
MichałOlczak
Użytkownicy-
Postów
2 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
nigdy
Treść opublikowana przez MichałOlczak
-
Spotkanie z Sindbadem
MichałOlczak odpowiedział(a) na MichałOlczak utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Muzo, moja Muzo, Muzo ukochana, Dodaj mi pomysłów do wiersza pisania. No bo to już chyba, prawie ze dwa lata, Gdym nic nie napisał, los mi figla płata. Proszę zatem cicho, proszę zatem skromnie – Muzo moja miła, uśmiechnij się do mnie. Niechaj Twoja lutnia z elizejskich błoni Zabrzmi znowu jeszcze, w mojej leżąc dłoni. I niech tam popłynę, gdzie świerszcz cicho cyka, Gdzie słychać szum wody z górskiego strumyka, Gdzie pasą się kozy, gdzie rajskie ogrody, Gdzie wszystko możliwe, gdzie zapach przygody. Nudzi mnie już szarość każdego poranka, Gdy dzień taki samy, niewierna kochanka. Więc ponieś daleko, mnie zabierz ze sobą, Gdzie tylko rozkażesz, tam zawsze ja z Tobą. Gdym tylko te słowa na kartce napisał, Grom jasno zagrzmiał i do ziemi zwisał. Wiatr zadął mocno – wypadłem przez okno, Wicher w swą paszczę mnie porwał i połknął. Niestety nie powiem, ilem czasu leciał, Bo zawiał wiatr mocniej zegarek mi zleciał. Na domiar złego zgubiłem kapelusz, A zamiast na łąkę wpadłem do burdelu... Pomyśl, czytelniku, jakie straszne jęki Tam usłyszałem, gdy wpadłem do wnęki. Lecz klient i pani, co w małym pokoju, Transakcję spełniali ciemnego pokroju Tak byli zajęci, że mnie nie dojrzeli. Wielkie to szczęście, bo pewnie by chcieli Zawołać alfonsa, co z pejczem na dole Twardo swych trzymał upadłych w niewolę. Więc buty zdjąłem, z niemałym przestrachem Na boso, cichutko i z kroków rozmachem Ku oknu pomknąłem, by szybko i płynnie Pasek związawszy, spuścić się po rynnie. Na dole było ciemno, pusty prawie chodnik, Spotkałem może dwóch, może trzech przechodni. Idę sobie, myślę: „ładna mi przygoda Miała być arkadia, a jest zła pogoda” Pewnie bym powrócił do domu bez wrażeń, Gdybym był nie spotkał Sindbada Żeglarza. Przechadzał się aleją, w ręku trzymał kieszeń, Szedł wcale nieprędko, w ogóle się nie spieszył. Mocno mnie zadziwił, bo nie wiedzieć czemu Pierwszy do mnie rzekł w głos po swojemu: „Hejże, podróżniku, głowę wznieś do góry, Powiedz, dokąd zdążasz, przez te szare mury?” „Sindbadzie, ach Sindbadzie, wód bezkresnych książę, Szukać chciałem przygód – dosyć mam już książek. Chciałem na swej skórze poczuć szał przygody, Poznać obce kraje, z czary pić swobody. Ale moja lutnia chyba coś nie zgrana Brzęczy, skrzypi, rzęzi niczym opętana. Miałem w blasku słońca leżeć pośród błoni, A miast tego muszę iść ulicą po nic.” „Nadto się nie frasuj – Sindbad odpowiedział, Nie wiesz przecież, dokąd ta ulica wiedzie. Blisko stąd do portu, tam mój okręt stoi, Ruszaj dalej, żwawo, jeśli się nie boisz. On nas pokieruje na nieznane tory, Bo za chwilę rusza znikąd do Balsory. Tam spotkamy wuja mego Tarabuka, On przygodę nową w klawiaturę wstuka.” Weszliśmy na statek już uszczęśliwieni – Płynie łajba chwacko, w falach blask się mieni. Ale gdzieś w pół drogi, późnym już wieczorem, Spotkaliśmy w wodzie z dziwnym się potworem. Gębę miał parszywą, wielkie, krwiste oczy, Płetwy dość szerokie, z pyska pianę toczył. Cóż to jest za bestia? Ukłon ma nie dworski. Sindbad odpowiedział: „druh mój Diabeł Morski!” Kiedym to usłyszał, bardzo się przejąłem, Pamiętałem jego psoty niewesołe. Sindbad także, choć zuch, mocno się nasrożył, Stał jak osłupiały, dłonie w pięści złożył. Jeden tylko Diabeł wcale się nie burzył, Brzydko się uśmiechał, łeb wystawiał duży. „A niech to, nieszczęście, lat już trzy tysiące, Odkąd nie spotkałem bestii tej cuchnącej. Ale się nie boję – Żeglarz tak powiada – Listów nie przyjmuję przebiegłego gada.” „Nie bądź zły, Sindbadzie, ja przyjaciel przecież, To za moją sprawą, tułasz się po świecie.” – Rzekł mu Diabeł Morski – cicho, lecz donośnie, Potem wypiął tyłek, pierdnął w nas nieznośnie. Wraz z okropnym gazem, co pomieścił w zadzie, List zostawił, szelma, z nami na pokładzie. Po czym schylił głowę, skończył swe podchody I za chwilę zniknął w nurtach morskiej wody. „Jakie by nie było z Diabłem tym obejście, Trzeba list wyrzucić – czeka nas nieszczęście.” Zgodnie stwierdziliśmy i mocnym kopniakiem Strąciliśmy list ten w morze, nie wiem jakie. Wszystko było dobrze, miałem tę nadzieję, Że tym razem statku wicher nie zachwieje I spokojnym szlakiem tej doczeka pory, Kiedy za dni parę dotrze do Balsory. Lecz wtem majtków okrzyk z marzeń mnie ocucił: „Sztorm się zbliża, ludzie, prędko żagle zrzucić!” Jakoż nie pomogło: pierwszy cios uderzył – Woda już się wdziera, maszt złamany leży Jeszcze raz się przydał mój pasek od spodni, Który przywiązałem mocno do masztowni I wespół z Sindbadem silnie się trzymałem, Okręt z wolna tonął pod sztormu nawałem. Nie wiem, czybym uszedł z życiem z tego piekła, Gdyby nas na wyspy burza nie zawlekła. Okręt po otchłani dzikich wód dryfując, Dotarł na mielizny, życie nam ratując. Żniwo było straszne – pięciu z nas przeżyło, Siedmiu marynarzy na dnie morskim było, Czterech pożarł rekin, a co było z entym – Byłbym Wam powiedział, gdybym zapamiętał. Wyspa była piękna, pełna drzew zielonych, W głębi stała góra o krawędziach stromych. Po wysiłku jaki w sztormie ponieśliśmy, Naturalna sprawa – bardzo pić chcieliśmy. A że słona woda z morza nam obrzydła, Trzeba było w lesie iść poszukać źródła. Pierwszy wszedł kapitan, głową wściekle kiwał, Zaraz jednak krzyknął: „Niech mnie, ile piwa!” Tak w istocie było, bo na drzewach rosłych, Zamiast liści pełne puszki z piwem rosły. Kapitan wniebowzięty szybko zerwał owoc, Ręka mu się trzęsie, pragnie go spróbować. Zatrzymał go Sindbad i tak peroruje: „Nie pij, kapitanie, ono cię otruje. Wiele razy byłem na takich podróżach – Zawsze podstęp kryje łatwa zdobycz duża.” „Zejdź mi z drogi, chłopcze, pókim jest cierpliwy.” Odgryzł się kapitan, po czym łyknął piwa „Jakie smaczne, bracia, ze mną go skosztujcie – Daje marynarzom – ze mną posmakujcie” Wszyscy spróbowali, piją, piją, piją, Tak im smakowało, już godzina mija. Oni dalej piją! Aż kapitan stęknął – Z przepełnienia brzuch mu nadął się i pęknął. A z nim marynarze, choć już pić nie chcieli – Czary to sprawiły – pić piwo musieli. Jak szerokie beczki pod drzewami stali, Chwilę później sami także popękali. Muzo, moja Muzo, za ten dar dziękuję. Zawsze mi nad wierszem trudno się pracuje, Dziś wystarczy chwila – nowy wiersz powstaje, Za nim jest kolejny, prędko baśń się baje. Ale czytelnika nie chciałbym zanudzić, Proszę więc Cię Muzo, pozwól mi obudzić Śpiącą gdzieś królewnę – piękną, złotowłosą Helenę lub Izoldę, niech ją diabli niosą... Wracam więc na wyspę... głodni i spragnieni Musieliśmy szukać czegoś do zjedzenia. Tylko czego przecież? Bo tu wszędzie rosło, To co zgubę wcześniej marynarzom niosło. Zgodnym tedy sumptem ruszyliśmy dalej Szukać szczęścia w ciemnym drzew skupisku alej. Długo tak wciąż szliśmy aż do lasu granic. Tam ujrzałem ścieżkę – wiodła do otchłani Góry, która była bardzo tak wysoka Że swój czubek biały gubiła w obłokach. Więc nie było wyjścia – chyba tonąć w morzu – Trzeba wspiąć się po tym stromym gołoborzu. Z początku było trudno – strop skalny narastał Ścieżka kręta, długa wiła się jak pasta Z tubki wyciśnięta w zbyt dużej ilości Lub jak obwarzanek, gdy pierwszej jakości. Sindbad jednak siły nowe we mnie wzbudził, Choć był głodny bardzo za nas dwóch się trudził. Wreszcie ukazała dal się za zakrętem A na końcu zamek, dziwy niepojęte! Ile wokół złota, srebra i diamentów, W słońcu aż się mieni blask tych ornamentów. Resztką tedy siły szybciej znów ruszamy I za minut parę byliśmy u bramy. Piękny wewnątrz miasta rynek się przedstawił – Długi i szeroki, miał kilometr prawie. Dobrze trafiliśmy, nikt nas nie lustrował, Tylko jeść do stołów żwawo inwitował. Cały plac był bowiem wzdłuż i wszerz zajęty Stołów wielką liczbą od ciężarów zgiętych Przeróżnej żywności – na pierwszy rzut oka Pieczenie i kiełbasy błyszczały z wysoka, Potem zobaczyłem soczyste rolady, Ciasta, rogaliki, słodkie czekolady. Dalej winogrona, jabłka, ananasy, I obrusów zwisłe, jedwabne kutasy. Wtem trąby zagrzmiały i mężczyzna siwy, Co najwyżej siedział taki głos dał tkliwy: „Dzisiaj święta chwila, ruszają zawody, Mej córki Przeobżartej ogłaszam gody. Kto dziś do wieczora najwięcej zjeść zdoła, Tego ma księżniczka przed ołtarz powoła” – Mówił król, gdy skończył, usiadł uśmiechnięty. Zadecydowano – uczta rozpoczęta! Wszyscy zajadają, tłuszcz im brodą ścieka. Płynie wino, wódka, z żarciem nikt nie zwleka. Wokół gra muzyka, szum gwar i hałasów, Tak tu często było – kraj był to grubasów. A że często jedli, szybko się zatrują – Tamci wciąż bekają, ci już wymiotują. Ja tymczasem wolno, acz również obficie Głód swój zaspokajam, jedząc smakowicie. I gdy wszyscy moi obok konkurenci Leżeli na ziemi kolką jelit zdjęci, Ja siedziałem dalej i razem z Sindbadem Jedliśmy na deser mleczną czekoladę. „Brawo, brawo, brawo – krzyczy Przeobżarta – Tych dzielnych rycerzy moja miłość warta, Z nimi mogę co dzień przysmaki zajadać, Kolacjować, ciamkać, deserować, śniadać.” „Miarkuj się dziewczyno – król do córki gada – Dwóch kochanków przecież to lekka przesada, Powiedz szczerze, droga, którego wybierasz, On twym mężem będzie, z nim się naobżerasz.” Sindbad przerwał kłótnie i tak do nich prawi: „Problem, który wasze teraz serca trawi, Łatwo się w istocie bardzo da rozwiązać – Ja mam przecież żonę, za nią chcę podążać, Lecz ten mój przyjaciel młody jest i wolny Przy tym uśmiechnięty, no i kochać zdolny...” Król usłyszał radę i tak podsumował: „Niech tak pozostanie, słuszna jest ta mowa.” Wtedy głośno radość wielką obwieszczono, Że królewna wreszcie jest już zaręczona. Zabrzmiała muzyka tańce i zabawa, Na stoły wędrują znów nowe potrawy. Takim to sposobem i bez mego zdania Wszedłem w tej królewskiej córki posiadanie. Choć królewna gruba trochę ponad miarę, Miała jednak całkiem ładne oczy szare. W celu zapoznania wzięła mnie do wieży, Gdzie w komnacie pięknej duże łoże leży. Rozmawiamy, w końcu na posłanie padłem I w sen twardy, mocny, niebacznie zapadłem. Jakież było moje ogromne zmieszanie, Gdy się obudziłem na własnym tapczanie... -
Pamiętam bardzo dobrze ostatni dzień matur. Był trzydziesty maja, dzień zaczął się słonecznie, lazurowe niebo zaglądało do mego pokoju przez uchylone zasłony, oświetlając go do tego stopnia, że zbudziłem się, uprzedziwszy dzwonek budzika. „A więc ostatni dzień – myślałem – nareszcie będzie spokój”. Nieco omdlałą ręką uniosłem zeszyt z notatkami leżący na podłodze tuż przy łóżku i starałem się powtarzać najprzydatniejsze słówka. Nie trwało to jednak długo, gdyż wkrótce rozległ się dźwięk budzika, zwiastując godzinę 7:45. „Uczę się już tyle czasu, będzie, co ma być, w dziesięć minut i tak nie powtórzę materiału” - skonstatowałem. Za chwilę podniosłem się, wykonałem dla rozruszania parę wymachów ramion i skrętów bioder oraz dwadzieścia pompek, zaścieliłem łóżko i udałem się na poranną toaletę. Dopiero przemycie chłodną wodą przywróciło mi rześkość. Wyperfumowałem się i w koszuli na ramiączka poszedłem do kuchni spożyć śniadanie. Nerwy sprawiły, że nie miałem apetytu, mimo wszystko spożyłem jednak dwie bułki z mielonką i pomidora. Spożywając, patrzyłem co chwila na zegar, tak by wyjść około dziewiątej i nie spóźnić się na egzamin, bo wtedy – tragedia. „Jeszcze dwa łyki herbaty, garnitur i przed siebie”. Kiedy ubierałem się, obudził się mój młodszy brat, na szczęście dał mi lekkiego kopniaka. Mogłem wyruszyć. Wspaniały był to dzień. Coraz bardziej świeciło słońce. W powietrzu unosiła się dziwna woń, która sprawiała, że każdy każdy oddech był niesamowitą przyjemnością. Wszystko budziło się do życia, dojrzała wiosna zazieleniła obficie liście drzew, które z lekka falowały na delikatnym wietrze. Śpiewały ptaki, a na żółtych mleczach niekiedy ukazywał się biały motyl lub włochaty bąk. Ponieważ sprzed nosa uciekł mi tramwaj, dystans dwóch przystanków postanowiłem przejść pieszo. Przyjemnie zeszła mi droga, choć trochę się denerwowałem myślą o maturze, towarzyszyło mi jednak trochę uczucie dumy – symbolicznego wkroczenia w dorosłość oraz radości, radości, że wreszcie nadejdą wakacje. Przed wejściem spotkałem kolegów stojących w kółku. Jak zwykle podaliśmy sobie dłonie. Nie pamiętam wszystkich szczegółów. Więc nie przytoczę dokładnie, o czym rozmawialiśmy, na pewno coś o przeciekach na maturach, bo miała być jakaś afera. Matury pisaliśmy na sali gimnastycznej, obszernej, nieco cuchnącej stęchlizną, ale wiosenną porą, przy otwartych oknach, dało się tam wytrzymać. Losowano miejsca, mi przypadła 1, wszedłem więc do sali i usadowiłem się z przodu przy ścianie. Niepokoiło mnie tylko, że Janek, mój najlepszy kolega jeszcze z podstawówki, nie przychodził. Uspokoiłem się jednak niebawem, bo przyszedł tuż przed zamknięciem sali, przypadło mu miejsce 9, więc widzieliśmy się dosyć dobrze. Matematykę i polski mieliśmy już za sobą, pozostał tylko francuski i dzisiejszego dnia mieliśmy go właśnie pisać. Rozdano arkusze. Tłustej, siwiejącej już wychowawczyni mojej klasy, przypadła rola opiekuna spotkania (ona właśnie uczyła francuskiego). Ostrzegła nas przed konsekwencjami ściągania, podała kilka ważnych informacji i egzamin mógł się rozpocząć. Wylałem mnóstwo potu z siebie przy pisaniu, aczkolwiek dziesięć minut przed czasem regulaminowym opuściłem salę. Za chwilę wyszedł też Janek. i jak? - spytał mnie. powinienem zaliczyć – odparłem – a jak Tobie poszło? Ja też, tylko to słuchanie mnie wnerwiło, taki bełkot, że się słów nie dało odróżnić – narzekał defetystycznie. Trzydzieści procent będzie, nie ma się co martwić, Żebym miał jak na próbnej, to byłoby super. A ile miałeś? 45%, a ty? 79% Ty kujonie – powiedział do mnie, skromnego zgrywasz. Hehe, zaliczymy, pomyśl, że mamy odtąd wolne. Ponarzekaliśmy jeszcze trochę wespół z kilkoma innymi kolegami pod szkołą. Cieszyliśmy się bardzo, że wreszcie kończy się szkoła, ale był w nas też element nostalgii, że już nigdy tu nie wrócimy, rozpoczniemy całkiem nowe życie. Niektóre dziewczyny płakały, robiły sobie pamiątkowe zdjęcia z przystojniejszymi z chłopaków. Nie wiem, chyba pierwszy wpadłem na ten pomysł, ale w drodze powrotnej chcieliśmy jakoś uczcić ten dzień. Padło na wycieczkę rowerową. Dawaj nad jeziorko – powiedziałem Ok. browca po drodze się wypije Musowo To za ile wychodzimy? Ja mogę już właściwie – niecierpliwiłem się. Ja też, jak najszybciej! Ok. to za pół godziny na placu Podaliśmy sobie zwyczajnie ręce, choć mieliśmy widzieć się niebawem. Janek skręcił na na prawo, mieszkał kilka uliczek za mną w kilkupiętrowym bloku. Ja poszedłem prosto do swojego nieco wyższego budynku. Spieszyłem się, by jak najszybciej chwycić rower w swoje ręce. Byłem uradowany, poranne napięcie, całkowicie ustąpiło rozluźnieniu. Kwestia zaliczenia była dla mnie oczywista, chciałem kontynuować naukę na studiach, ale na razie myśl tę odrzuciłem od siebie. „Wolność” – chodziło mi po głowie i znów zaczerpnąłem powietrza pełną piersią, czując niewypowiedzianą rozkosz. W domu wypiłem tylko szklankę wody mineralnej, zagryzłem suchą kiełbasą. Tak posiliwszy się, sięgnąłem do starego plastykowego pojemnika, w którym trzymałem drobne i długo grzebałem pośród miedziaków o groszowym nominale nim wydobyłem pięciozłotówkę. „To na browar, a może nawet dwa – powiedziałem do siebie – w końcu taki dzień zdarza się tylko raz w życiu”. Garnitur rzuciłem na łóżko, wdziałem letnią koszulkę i spodenki, czarne pantofle zamieniłem na adidasy i wziąłem rower z balkonu. Czas na wycieczkę. Bardzo lubiłem jazdę na rowerze i często z Jankiem robiliśmy tego rodzaju wypady. Raz do lasu, kiedy indziej w miasto, było jak spędzać wolny czas. W windzie zorientowałem się, że zapomniałem gazu pieprzowego, który miałem w zwyczaju zabierać ze sobą na dłuższe wycieczki po przygodach, jakie spotkały mnie minionych wakacji na wsi. „Chrzanić to, nie będę tchórzem ani nie będę wracał się dziesięć razy jak Miałczyński do domu” - pomyślałem. Wkrótce byłem już na betonowym placu – boisku do koszykówki, gdzie przywitał mnie czekający na mnie Janek. Masz speeda – wykrzyczałem, ja właściwie od razu z chaty lecę z rowerem ja tylko ciuchy zrzuciłem i nie było mnie, no, ja jeszcze zjadłem A po co? Mniej browarów wypijesz Heh, idziemy po Rudego? Można iść To dawaj – krótko zakończyłem dialog. Rudy był to nasz wspólny kolega z podstawówki, kiedyś częściej się spotykaliśmy, obecnie trochę rzadziej, gdyż wszedł w szemrane towarzystwo i często palił zielsko, na rowerze był jednak niezastąpiony. Pod jakim on mieszka? - zapytał mnie kumpel. Chyba 49, ja zadzwonię ok. Po kilku minutach dosyć szybkiej jazdy, zatrzymaliśmy się przy klatce odrapanej kamienicy. Wcisnąłem okopcony przycisk, za chwilę odpowiedział mi ochrypły głos kobiecy: Halo! Dzień dobry, czy zastałem Rafała? (tak miał na imię, Rudym nazywano go z uwagi na gęste rude włosy i piegi, które żółtą plamą kładły się na jego bladej, trójkątnej twarzy). Nie ma! W szkole. Rozumiem, dziękuję, do widzenia. No tak, chłopaczyna dopiero w drugiej klasie, nie zdał przecież – zwróciłem się do Janka. A do której ma zajęcia? Nie wiem, nie ma co czekać pod budą, jedźmy! Puszczę mu smsa to najwyżej dołączy nad jeziorko. Spoko, jedziemy. I puściliśmy się asfaltową aleją otoczoną starymi dębami. Za chwilę ukazała się szersza ulica, po której dość często przejeżdżały samochody. Tędy trzeba było dojechać do mostu, a po przekroczeniu rzeki zjechać na dół z wzniesienia na wąską ziemną ścieżkę. Przed zjazdem pojechaliśmy jednak jeszcze trochę prosto, gdzie przy niewielkim kościele był dosyć dobrze nam znany sklep monopolowy. Niestety, te czterysta metrów zrobiliśmy na próżno, bo nie wiedzieć czemu, zastaliśmy tam zasunięte palety. Trzeba było się wrócić. Cholera gdzie teraz browca dostaniemy? Tam po drugiej stronie jeziorka też coś chyba jest, poszuka się. Zjechaliśmy. Dokoła rosły wysokie trawy, krzaki, czasami ukazywał się rozleglejszy teren. Szum samochodów ustał całkowicie. Fajnie się jedzie – milczenie przerwał wyraźnie zadowolony Janek. No, zajebista pogoda, ścigasz się? Nic nie mówiąc, zaczęliśmy przyspieszać, raz wysuwałem się do przodu, innym razem mój kolega, żadnemu z nas nie udało się jednak osiągnąć wyraźnej przewagi. Gdy maksymalnym wysiłkiem mięśni ud, aż do uczucia bolesnego pulsowania, doścignąłem Janka, spytałem (bo miał licznik prędkości): Ile?! 35! Fuck! Jechałem już 40 Tu piaszczysta ścieżka, na asfalcie co innego Racja odrzekłem lakonicznie, gdyż ból w udach wzmógł się nie do zniesienia. Zaczęliśmy hamować, bowiem ścieżka kończyła się, a na skrzyżowaniu – polance, ukazały się 2 drogi. Teraz chyba w prawo – powiedziałem, tam za tymi drzewami powinno być jeziorko. A co tam jest? Spytał mnie Janek, pokazując palcem drogę na wprost. Nie wiem. Sprawdzę ok. I pojechaliśmy. Okolica rzeczywiście była malownicza: na szerokiej przestrzeni bujnie rosła trawa, wysokie drzewa porozrzucane w nieładzie, likwidowały monotonię terenu. Słońce świeciło bardzo mocno, przez chwilę tylko lżej dawało się we znaki, kiedy nieliczne cirrocumulusy zaszły mu drogę. W pobliskich krzakach coś zaszeleściło i ukazał się dziwny ptak. Popatrz tam! Co to? Kuropatwa? Zdaje się, że bażant. Jechaliśmy dalej. Kolega wysunął się do przodu. Ja nie podzielałem jego entuzjazmu. Zaczęła mi dokuczać ta droga, bo w głębi stała się strasznie wyboista i kręta. Wiła się pomiędzy pagórkami i kępami krzaków. Z trudem utrzymywałem kierownicę, trzęsąc się i podskakując. Ja tam nie jadę, tam nic nie ma – wyraziłem swoje niezadowolenie. Odpowiedziało mi milczenie, toteż z niechęcią, aczkolwiek pokierowałem się dalej. Spotkaliśmy się przy kolejnym rozwidleniu dróg. Na miejscu była udeptana trawa. Zdumiony nieoczekiwanym zjawiskiem spytałem: A to co u licha? Kręgi zbożowe? Fajnie byłoby zobaczyć to z góry. Znajdując się na tym pustkowiu, teraz po raz pierwszy poczułem niepokój. Włosy zjeżyły mi się na głowie. Ale tam i tak nic nie ma, powtórzyłem swoją wątpliwość. Nie jadę. Spójrz tam daleko, samochody! Istotnie w oddali pomiędzy lukami w szpalerze drzew ukazywały się z rzadka pojazdy. Tamtędy pewnie też można dojechać! - ucieszył się Janek Nie wiem – odparłem bez przekonania. Dziwiło mnie, że mimo kilku odbytych już wycieczek nad jeziorko, okazało się, że tak mało znam tę okolicę. Nie chciałem tam jechać i byłbym pewnie mocno zaprotestował, ale majaczące na horyzoncie samochody pobudziły moją ciekawość. Pozostałem jednak w tyle, nie spiesząc się. Wjechaliśmy teraz na pustą przestrzeń, kończyła się ona krzakami, dziko rosnącymi drzewami owocowymi, coś jakby nieużytkowane ogródki działkowe. Droga wiodła prosto, na końcu tonąc w gęstych zaroślach. Janek wyprzedził mnie już dosyć znacznie. Celowo przemieszczałem się pomału. „Po co on tam jedzie – myślałem – jeszcze jakieś psy wyskoczą”. I w tym momencie, kiedy tak rozważałem, może z dziesięć sekund później, usłyszałem agresywne szczekanie. Zatrzymałem rower, gdy mój kolega dojeżdżał właśnie do tego zakończenia drogi, z chaszczy wybiegły dwa masywne rottweilery. Ciarki przeszły mnie po całym ciele. Zimny pot w okamgnieniu pokrył czoło. – Uciekaj! – wykrzyczałem szybko i zawróciłem nerwowym szarpnięciem rower. Kiedy jechałem już w odwrotnym kierunku, Janek dopiero zawracał. Psy były coraz bliżej niego. „Boże, zaraz się zacznie” – przemknęło mi przez myśli i mimo martwienia się o przyjaciela obudziła się we mnie egoistyczna żądza przetrwania. Paraliżował mnie strach, jednak ze wszystkich sił naciskałem pedały, by osiągnąć jak największą prędkość. Rower strasznie podskakiwał na wybojach. „Trzymaj kierownicę, trzymaj ją, kurwa” – powtarzałem. Odwróciłem się jeszcze raz, wtedy to widziałem ostatni raz Janka. Bestie były tuż przy nim. Biegły, charcząc straszliwe, rozwierając ogromne paszcze. „Może nic mu nie zrobią” – łudziłem się nadzieją. Lecz za moment straciłem ją, bo usłyszałem przeraźliwy krzyk, podobny słyszałem chyba tylko raz w życiu, kiedy widziałem samobójczynię skaczącą przez okno, wołanie ratunku. Potem dołączył upadek roweru i odgłosy okrutnej walki człowieka z psem. Co to były za straszne dźwięki, do końca życia ich nie zapomnę! Świdrują moją głowę. Po chwili słychać było tylko już tylko psy. Człowiek umilkł. Odtąd myślałem już tylko o sobie. Czułem zatapiające się kły w moim ciele. Jechałem na oślep, jak najszybciej by uciec z feralnego miejsca. Ratunku, ludzie, psy człowieka zagryzają, pomocy! - krzyczałem tak głośno jak tylko potrafiłem. Nie odpowiedział mi nikt. W nerwowym amoku nie mogłem znaleźć drogi powrotnej. Droga zarosła wysoką trawą ciągnęła się prosto nie wiadomo dokąd. Zabłądziłem. Chciałem zadzwonić na policję, lewą ręką dotknąłem kieszeni – okazało się, że była pusta. Prz gwałtownej ucieczce telefon musiał wypaść mi gdzieś na drogę, ale niemożliwym wydawało się cofnięcie. Ratunku – krzyknąłem znowu i tym razem nikt nie odpowiedział. Jechałem wciąż prosto. Po paru minutach błądzenia dotarłem na wysypisko śmieci. Tam spotkałem pierwszych ludzi. Mieli telefon. Janek nie przeżył. Okropna musiała być jego śmierć, podobno zostały z niego tylko strzępy. Dużo po tym wypadku chorowałem. Matury poszły nam świetnie, jednak ja wiem, że nie zaliczyłem egzaminu dojrzałości.