Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Eihra

Użytkownicy
  • Postów

    5
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez Eihra

  1. „Za górami ,za lasami, w miejscu, którego nie zna żadna ludzka mapa, ani w którym nogi swej nie postawił żaden człowiek tli się wieczny płomień...A może bardziej odpowiednim słowem byłoby "płomyczek", gdyż nie jest on duży... więcej powiem - jest bardzo niewielki... Żywi się dobrymi uczynkami, każdym dobrym słowem, każdym szczerym uśmiechem... Jednak przygasa, kiedy ludzie kłamią, kiedy oszukują i kiedy nienawidzą. Uważny czytelnik dostrzegłby jednak cień nadziei. Bo skoro płomyczek jeszcze istnieje, to znaczy, że świat nie został zdominowany przez zło...nadal więcej jest dobra...tylko na jak długo...? Płomyczek ów ma już wiele lat. W jego pamięci pozostały wspomnienia. I tak maleńki ogieniek pamięta czasy, kiedy był duży i silny... Kiedy płonął mocno, a swym światłem i ciepłem obdarzał najbliższą okolicę, a która mu była bardzo za to wdzięczną, bo któżby nie chciał po trudach dnia codziennego ogrzać się przy płomieniu...? Pamięta ludzką bezinteresowność, szczerość i miłość - jeszcze tą niewinną i czystą. W jego pamięci żyją także te czasy, kiedy umierał. Kiedy bardzo ciężko było mu utrzymać się przy życiu - był wtedy maleńką iskierką, powstałą z nadziei i wiary. Widział strach, cierpienie, śmierć. Płakał wtedy razem z ludźmi, ale nie nad swoim losem - o nie, sobą nie przejmował się wcale - płakał nad człowiekiem. Nad jego jednoczesną olbrzymią mądrością i głupotą, które odwiecznie szły ze sobą w parze. Czasem, kiedy płomieniowi znudziło się śledzenie losów świata, zastanawiał się nad przyszłością...Czy kiedyś dane mu będzie przynajmniej raz jeszcze zaświecić tak jasno, jak niegdyś...Czy ludzie wreszcie zrozumieją, że popełniają ciągle te same błędy i powoli krocza ku własnej zagładzie...? I jak szybko nadejdzie moment, kiedy będzie musiał odejść raz na zawsze...? Obiecywał wtedy sobie, że znajdzie sposób, aby pomóc ludziom…Jednak jak, skoro nikt nie wiedział o jego istnieniu, oprócz jego samego, wiatru i trzech mchowym pagórków go otaczających…Myślał wtedy jak cudownie byłoby zaświecić pełnym blaskiem, aby zwabić do siebie zbłąkanych wędrowców. Nie wiedział, że w tej krainie nie ma nikogo, kto mógłby do niego przyjść…Miał tą wielką i bezgraniczną wiarę, której tak często brakuje współczesnym… Kiedyś nadszedł taki rok, że płomyczkowi bardzo źle się działo, a co za tym idzie – źle działo się całemu światu. Wiatr – wędrowiec przyniósł wieści, że panuje olbrzymia wojna. Większa niż ta, którą ludzkość miała już za sobą. Płomień to wiedział – wiedział wszak wszystko o wojnach i pokoju. Teraz już nie był płomieniem – nadszedł moment, kiedy znów stał się jedynie iskierką ledwo tańczącą na wietrze. Bał się śmierci, bał się tego, co spotka go po niej – pod tym względem przypominał ludzi. Oni też bali się śmierci, jednak sami posyłali się w jej objęcia. Tego właśnie płomyczek nie potrafił zrozumieć. Wierzył, iż pewnego dnia zrozumie ludzi…przecież dzięki nim żył…”I dzięki nim umierasz” – powiedział jakiś cichy, złowieszczy głos. Tuż obok płomienia pojawił się cień, który z każdą chwilą nabierał wielkości, aż w końcu stał się większym niż ogień. „Żywię się bólem, cierpieniem i śmiercią…” – wyszeptał, idąc w stronę iskierki. „Odejdź, jesteś moim przeciwieństwem, nie masz prawa tu być!!” – krzyknęła, jednak nic to nie pomogło. Cień zbliżał się ,a z każdym jego krokiem jeden człowiek tracił nadzieję, cierpiał, umierał…Ogieniek to widział i nie był w stanie nic zrobić. Cierpiał…ale nie gasł…Iskierka zamieniła się w płomyczek, a płomyczek w płomień. Gniew zapanował nad ogieńkiem i cała okolica zajaśniała jego blaskiem. Cień na ten widok począł się zmniejszać coraz bardziej i bardziej , aż w końcu zniknął całkiem. Mijały kolejne dni, aż w końcu woja ucichła. Ogieniek zastanawiał się, dlaczego ból dał mu życie…dlaczego i jak udało mu się przegonić cień…czyżby zło w pewnym sensie napędzało dobro…? Tego płomyczek nie wiedział…być może dowie się za jakiś czas…” – tymi słowami stary bard zakończył swą opowieść. Co ciekawe, zasłuchani siedzieli nie tylko najmłodsi, ale także i starsi. Ognisko powoli zaczęło dogasać. Bard podniósł się i otrzepał zakurzone ubranie. Odszedł nim ktokolwiek zdążył zaprotestować…Przez chwilę panowała głęboka cisza, przerywana jedynie nocnym nawoływaniem ptaków…Chwilę później ku nocnemu powędrowała stara pieśń, wspomagana cichymi dźwiękami gitary: "Idę tam, gdzie bezmiar błękitu Światłocienie cyprysów przy drodze Feerią barw każdy ranek rozkwita Chociaż wiem ,że do celu nie dojdę..." …a obóz wędrowców zaczął pogrążać się we śnie…niech śnią…może noc właśnie przyniesie odpowiedzi na dręczące ich pytania…dobranoc…
  2. Szyba. Kiedy wyciągał rękę w jej stronę, jego palce napotykały zimną i twardą powierzchnię. Głupi – myślał, że uda mu się dotknąć tego, co za nią. Świat uśmiechał się tylko, kiedy ten, niezrażony porażkami, próbował złapać ptaka, który przysiadł na parapecie po drugiej stronie okna Wydawało mu się, że wszystko jest szare. Szare tak głęboko, jak mogłoby być zielone, gdyby zieleń faktycznie istniała. Zieleni jednak nie było, tak, jak nie było błękitu czy czerwieni. Przez lata udało mu się zauważyć, że nie ma dwóch takich samych szarości. Szare było niebo, jednak ono było szare inaczej , niż, powiedzmy, trawa (bo ona też była szara). Szarzy byli też ludzie. Ich szarość była jednak zupełnie inna niż te, które poznał do tej pory. Kiedyś widział Anioła - był człowiekiem mniej szarym od reszty (my powiedzielibyśmy, że biały). Widział też kogoś, kto przypominał prawie czarny, po naszemu, punkt. Dla niego był ciemnoszary. Temu człowiekowi nie nadał imienia – nie potrafił. Tych udało mu się odnaleźć tylko raz. Codziennie zaś dostrzegał dziesiątki zwykłych, szarych postaci – żadna jednak już nie zrobiła na nim takiego wrażenia. Mijały dni, tygodnie, w końcu miesiące i lata, a on wciąż obserwował. Zajęcie – jak twierdził – było wyjątkowe, gdyż pod jego oknem żaden człowiek nie przeszedł dwa razy. Nawet, jeśli wyglądał tak samo, ubrany był tak samo, czy tego samego koloru miał włosy, nie był tym, który już tamtędy przechodził. Różniła go jego szarość – raz przygaszona, a innym razem tak ciemna, jak tylko ciemne mogłoby być niebo nocą, gdyby nie było szare. W jego domu nie było luster, dlatego też wiele godzin spędzał na zastanawianiu się, czy jest tak samo szary jak reszta ludzi. Za każdym razem dochodził do tego samego wniosku – tak, jest szary. Nie było to jedyne pytanie, które sobie stawiał. Kolejnym było na przykład – „jak bardzo intensywna jest moja szarość?” Na nie jednak nie znalazł satysfakcjonującej odpowiedzi. Czy uczucia mogą nie mieć barw? Któregoś dnia postanowił na chwilę przerwać swoje obserwacje. Zaczął szukać. Czego? Nie wiem. Wiem jednak, że ta czynność pochłonęła go całkowicie. Nie zauważył ostrej krawędzi kawałka rozbitego szkła. Po jego dłoni spłynęła kropla krwi. Miała barwę czerwieni. Czasem nawet dobra nowina przychodzi nie w porę.
  3. A. Był motylem. Przepięknym motylem z wielobarwnymi skrzydłami. O takim Matka Natura mogła powiedzieć "to moje dzieło!". Pamiętał jednak, to wszystko co działo się, zanim otrzymał od niej skrzydła i kolory. A działo się wiele. Był dzieckiem brzydkim i samotnym. Nauczył się wić wokół siebie kokon - kokon z uczuć, myśli i marzeń. Czy dobro jednak więzi? Zaczął od nóg - cienka nić oplotła je na tyle, że nie był w stanie biegać. Ba! Nie mógł nawet chodzić- nauczył się więc czołgać. Wierzył, że czołganie jest dobre, więc czołgał się kilka, a może i kilkanaście lat. Następne były piersi - już nie mógł nabrać w nie powietrza i zachłysnąć się wolnością, życiem. Jego serce, coraz mocniej więzione, nie pracowało, jak dawniej. Zwolniło, zobojętniało. Zaczęło umierać. Wierzył jednak, że to naturalna kolej rzeczy - zawsze przychodzi moment, kiedy serce zwalnia, więc nie ma się czym martwić. Nie martwił się więc. Któregoś dnia kokon zakrył jego głowę oraz twarz. Wtedy został uwięziony na stałe. Nie mógł się poruszać, nie mógł swobodnie oddychać, zaczął więc myśleć. W tym samym czasie gdzieś w oddali rozbrzmiała muzyka - spokojna, niosąca ukojenie, tchnąca miłością. Nie słuchał jej. Myślał. Trwał tak wiele tygodni. W tym czasie muzyka zdążyła ucichnąć, odejść. Jego uszy, choć oplecione cienką,acz solidną nicią, wyłapały jednak jej brak. Wtedy do pieśni przyłączyło się jego serce. Nadeszło długo oczekiwane zrozumienie, wplecione w delikatne nuty, rozchodzące się - wraz z krwią - po całym ciele Muzykę raz usłyszaną noszę w sercu jeszcze przez długi czas Kiedy nuty doszły do serca, kokon pękł. Wyłoniła się z niego para wspaniałych, różnobarwnych, delikatnych jak oddech, skrzydeł. Wtedy ktoś mu powiedział, że powinien być wdzięczny Matce Naturze. Stał się motylem, dzieckiem słońca i wiatru. Mógł być ćmą i kryć się już na zawsze w mrokach nocy. edit: Dziekuje - błędy poprawiłam :) a co konkretnie nie gra (mówiłaś o związkach wyrazowych)?
  4. Nawet jesli chłam, to można to ładnie i bez ironi powiedziec ;) i tego bym sobie zyczyła, mimo wszystko :) Ale pomaranczka jest lepsza niz jabłuszko,wiec wierze w pomaranczki :D
  5. Słyszałes kiedyś teorię,że rodząc się oddajemy nasze skrzydła w depozyt? I od nas zależy tylko, czy uda nam się je odzyskać. Z czasem skrzydła ciemnieją i zaczynaja tracić pióra. Kłamstwo? Żegnaj maleńkie piórko ... Zazdrość? Biały przemienia się w szary,z szarego powstaje czerń. I tak przez całe życie. Czy myślisz,że kończąc je uda Ci sie wzbić w powietrze na dwóch nagich kościach? Pytasz, czy można skrzydła wcześniej odebrać. Jak ? - zastanów się, proszę. Przecież osobiście trzeba pojawić się tam, gdzie skrzydła pozostawiono. Nie, nie znajdziesz tego miejsca na Ziemi. A czy można przywrócić skrzydłom dawny, śnieżnobiały blask? Nie wiem. Być może ... Spróbuj. Spróbuj żyć od tej pory tak,żeby nie uszkodzić ich już więcej...
×
×
  • Dodaj nową pozycję...