Księżyc
Niemrawo próbuje przebić się przez chmury.
Chciałby być w pełni, lecz smutny ponury
Unosi się, krąży wciąż majestatycznie.
Czasem dziecinnie, to znów patetycznie.
Rzec by można: nudny, cykliczny, miarowy,
Przytłaczający, depresyjny, chłodny, surowy.
Nieraz płacząc przechodzi bez echa
Innym zaś razem serdecznie się uśmiecha.
Przewodnik kotów, zagubionych, marynarzy.
Poetów i obłąkanych przyjaźnią swą darzy.
Daje natchnienie, rozświetla ciemność,
Zawsze jest inny... Lecz wpisany w codzienność.
Widoczny jest tylko od tej jasnej strony.
Byt ciemnej, jesiennej od lat nieodgadniony.
Jak głębia duszy, przez pokolenia
Skrywa tajemnice niebieskiego istnienia.
A kiedy jego metaliczny oddech przytłacza
On to wyczuwa i bezszelestnie się stacza,
By naświetlić pod innym kątem
Wszechmiar niebytu tuż za horyzontem.