Miałam piłkę. Rozmiarowo równą światu. Na czubku czuło się chłodnicę, można było przyłożyć nos i odjąć zroszony, mokry jak u psa. (Tożsamość na brzegu przeciwległym, u dołu.) Jej urokiem kulistość. Możesz obrócić choćby i milion razy, i wciąż coś nowego, mimo że palec przyklejony do zielonej plamy. Tam było dużo niezapominajek, tam były niezapominajki przede wszystkim – tak było granatnobłękiście! i jeszcze zwierz - czteronogi, ogonogi, beznogi. Gdzie byś nie pacnął, tam pierzchało i robiła się taka plama – jak dziura po zdartej farbie. A przy korku – gdzie się spuszcza powietrze – najszelestniej, najcytrynniej świergotało, na trawie wylegiwał się warkocz w truskafrotce.
Później miałam rzeczy.
Dostałam lalę o firankowatych rzęsach. Myślałam, że to córka ma, no i ciach za te rzęsy! Bo niepodobne były straszliwie. Ja chciałam, żeby lali grała w piłę ze mną. Ale ona unieść nie dała rady, bo tylko ja - dość siły, by dźwigać powietrze.
Grajka czasem markotniała. To ja ją chciałam zapoznać z morzem. Bach-pach-bach! – tuliłam kulę zapowietrzoną do tafli. A ona NIE i koniec. Nurkować nie będzie. Nawet utopić się nie da – dudniła plastikowość truskawki kucyka - mojego rzecz jasna, włośnego.
Nożyczki. razu pewnego ujrzałam – taka mała, ostra stal. Biło od nich sieroctwo. Więc myśl przez głowę leci. A jakby tak z tym…a co… a gdyby… to co…? no co?!
Musiałam, przysięgam. Tudzież przymus, tudzież obowiązek, naprawdę – OS! …trze.
I po piłce.