
Bosak
Użytkownicy-
Postów
7 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
nigdy
Treść opublikowana przez Bosak
-
Tak bardzo kocham ten świat, Znam go od wielu lat, Ale on mnie nie kocha, Powiedział mi "paszoł won" i "wynocha", Napełniając smutkiem i melancholią, Odbierającą oddech na ustach folią, Nie przygarnął mnie do siebie, Za to odrzucił, że upadłem ku glebie, Takie jest życie w mieście ciemności, Mieście zła pełnym i wrogości, U mnie na dzielnicy panuje pijactwo, Alkohol nad ludźmi rozciąga swe władztwo, Co drugi mieszkaniec to bej, A ten pierwszy wciąga klej, Pali trawę, wciąga kreskę, cokolwiek, O tym kto dealer każdy kol wie; Mamy tu burdel okazały, W którym kurwy niejednego chuja obciągały, Oprócz tego stoją też na ulicy; Wszyscy przechodnie to twoi przeciwnicy, Musisz im najebać, by przeżyć, Zawitaj tutaj, aby uwierzyć, Sąsiad jest dresem i kibolem, Sprawnie posługuje się bejsbolem, Meczem i ustawką nie pogardzi, Masz tu, kurwa, serial "ludzie twardzi"; Większość mieszkańców Katolicy, Pędzą do kościoła w okolicy Na złamanie karku, Rzucają hajs na tacę w podarku; Nie musisz Biblii czytać, Tylko przed piekłem zębami zgrzytać, Nie musisz miłować w sercu Boga, Bo to niewłaściwa droga, Ewangelia może być Ci obca, Uczą Cię tak od dziewczęcia i chłopca, Nie musisz rozumieć Jezusa nauki, Tylko śpiewaj pieśni jak te tłuki, Nie musisz tak jak Chrystus postępować, Czemu chcesz się nim sugerować? Wystarczy byś chodził do Kościoła I na pielgrzymkę gdy ksiądz zawoła, Oczywiście przyjął też kolendę, Do domu tego czarnego szpicla mendę, Czarni są cwańsi niż policja, Mieć rząd dusz to ich ambicja, Łamią wszystkie przykazania, Słowa Biblii to dla nich puste zdania, Dostaną nową willę w czyimś spadku, Tak katabasy opływają w dostatku, Wydają wasz hajs na rezydencje, Albo na drogich trunków sekwencje I by mieć obiad z pełną michą Oraz na dziwki, ale to pal licho, Gdyż gwałcą dzieci, te pedofile, Zatruwają naszego narodu chwile; Księża, że wy się Boga nie boicie, Ukrzyżowaliście Jezusa Chrystusa po raz wtóry, niezbicie, Śmiejecie się z Boga i z wiernych, Otumanionych waszą mową i stąd biernych; W bloku mieszka dziewczyna, Piękna, ale znowu zaczyna Robić to co zawsze robi, Złowieszczy uśmiech jej twarz zdobi, Szanse na miłość małe, Bo ona każdemu ciągnie pałe, Jej twarz spermą jest zbryzgana, Wchodzi w nią nowy buc każdego rana; Więc przyjmij, kurwa, do wiadomości, Że w tym świecie nie ma miłości!
-
Michaś -Którym transportem jedziesz? Zadał mi to pytanie Michaś. Popatrzyłem na jego twarz. Śmiał się po swojemu. Nie powiem, że debilnie. Bo on nie jest debilem. Jest bardzo inteligentny, chociaż nie zawsze to po nim widać. Skrywa swój intelekt za tarczą... tarczą czego? Trudno to wytłumaczyć, ale wkrótce będzie to jasne... -No, którym transportem jedziesz?! - spytał się ponownie Michaś -O co Ci chodzi? - spytałem -No, którym transportem jedziesz do obozu? -Jakiego obozu? -Do Auschwitz, debilu! Może nie jestem zbyt inteligentny by zrozumieć tok jego rozumowania, albo udaję, że nie chcę go zrozumieć. Więc nadal udaję debila: -Przecież nie jadę na żadną wycieczkę do obozu Auschwitz... -Jaką, kurwa, wycieczkę, Żydzie?! Jedziez do obozu koncentracyjnego nie by go zwiezić, ale by w nim zamieszkać, he he! Ten tekst jego autorstwa poprawił Michasiowi humor, więc zaczął pochichrywać. Ja wciąż próbowałem udawać, że go nie rozumiem. -A masz! I co teraz powiesz? Zanim to powiedział, Michaś wziął był do ręki jakąś pieczątkę, która leżała u niego na biurku i odcisnął mi ją na ręce, a później zrobił to samo sobie sam. -No i widzisz - powiedział tryumfalnie - Teraz masz już swój numer. Więc którym transportem jedziesz? -Sam sobie jedź! - odpowiedziałem -Mnie jutro wiozą do Aushwitz, do celi śmierci... Ale... czekaj, niech popatrzę na twój numer... No tak - ty wcale nie jedziesz do Auschwitz. Ty jedziesz do Birkenau. Nie do obozu, tylko od razu do gazu. Jak na porządnego Żyda przystało. Nie mogłem tego dalej tolerować: -Idioto, przestań sobie żarty robić z Holokaustu!!! To nie jest śmieszne! Ludzie gineli w obozach, a ty się z tego śmiejesz... -I co z tego? - odpowiedział - Byli Żydami. -A Żydzi to nie ludzie? - spytałem przerażony -Ludzie, ale gorsi. Semici. Rasa kaukaska. Nie to co my, Aryjczycy. Zapadła cisza. Michaś się tylko uśmiechał. Moja twarz miała taki wyraz jakbym właśnie ujrzał żywego trupa. Przerwałem ciszę. -Ty jesteś nienormalny... -No co, nie śmieszy Cię to? -Nie!!! Znowu cisza. Tym razem przerwał ją Michaś. -To spierdalaj, jebany Żydzie! - zażartował * Młody chłopak stoi niedaleko szkoły. Czeka na kumpli. Jest rano. Zaraz zaczną się lekcje. Zimno dzisiaj; słońce zasłoniły chmury. Wokół snuje się mgła i inne pogodowe pierdoły. Co tu opowiadać... Szkoda czasu, bo właśnie nadchodzą koledzy -No, co tak długo? - pyta młody chłopak -Sory - odpowiadają kumple Podają sobie ręce. Razem jest ich teraz czterech. -Elo, znacie ten dowcip - zagaduje ten chłopak, który czekał -No, jaki? - pytają kumple -Normalnie... Wsiada Żyd do taksówki i krzyczy: gazu, gazu!!! -He, he, he - roznosi się zbiorowy śmiech -A ten znacie: jaka jest różnica między Żydem a trampoliną? -No jaka? - pytają -Po trampolinie nie skacze się w glanach, he, he! Znowu śmiechy -No, a wiesz... - ktoś z grupki próbuje coś powiedzieć, ale... -Poczekajcie, jeszcze jeden mi się przypomniał. -No dobra, dawaj -Jaka jest różnica między Żydem a linią ciągłą? -No, jaka? -Linii ciągłej się nie przejeżdża Kolejny raz słychać śmiech -Dobra, chodźmy już, bo spóźnimy się do budy - powiedział jeden ze słuchających -Kurwa, jebana buda - powiedział ten chłopak, który opowiadał dowcipy Chwila ciszy. Nagle jeden z grupki się odzywa: -Ale, jak tak idziemy, to powiedz: - skierował pytanie do chłopaka, który opowiadał dowcipy - co sądzisz o Żydach? -No nic... Nie znam się na gazownictwie [ brecht ekipy ]. Ale guziki i mydło podobno były z nich niezłe [ znowu ogromny śmiech ] -A o murzynach? - koleżka pyta się znowu -A do czarnuchów nic nie mam. Każdy powinien mieć swojego. Ten chłopak, który czekał na swoich kolegów, a później opowiadał dowcipy i wypowiadał się na temat Żydów i murzynów to Michaś. Michał [ nazwisko ocenzurowano ], zwany Małym. Michaś chodzi teraz do pierwszej liceum ogólnokształcącego. Powinien chodzić do drugiej, ale kiblował rok w gimnazjum. Jednak nie ma co się tym przejmować, a cieszyć się z tego, iż dostał się do ogólniaka. Lepiej późno niż wcale. Michaś często wypowiada się na temat narodu Żydowskiego. Jego wypowiedzi trzymają ton i styl powyższych. Michaś nie czytał "Pożegnania z Marią". Ani żadnego innego opowiadania Tadeusza Borowskiego. Michaś może czytał wiersz Tadeusza Różewicza "Ocalony" ( Widziałem furgony porąbanych ludzi którzy nie zostaną zbawieni ), ale chyba o nim zapomniał. * Siedzimy sobie na podwórku. Przychodzi Mały. -Czołem - wita nas -Siema - odpowiadamy -Co takie ponure miny?- Mały zagaduje -Mam pomysł! Rozweselę was dowcipem -No dawaj - mówi Busz, jeden z moich ziomali -Höss stoi na bramie w Auschwitz. Nagle biegnie dwudziestu Żydów. Höss się pyta: -Kto wy? -My jesteśmy samochód -No dobra, możecie iść Pobiegli. Nagle biegnie za nimi z kolei stu Żydów -Kto wy? - pyta się Höss -My spaliny -He, he, he - słychać ogólny śmiech, sczczególnie Michała. Ja staram się nie śmiać, więc zamykam usta i zatykam je rękoma, lecz śmiech mimo to z nich się uwalnia. Niestety, ten dowcip jest śmieszny. Ale jest też okropny. Też... Przede wszystkim jest okropny. -No dobra, widzę że wam się miny poprawiły - przerywa śmiechy Mały - To walnę jeszcze ten dowcip: Jak Żydzi idą do nieba? -No jak? - pyta się Lupa, inny ziomal -Przez komin, he, he,he! Wszyscy się śmieją. Ja niestety też, choć zamykam usta i zatykam je rękami, starając się tłumić ten obrzydliwy śmiech -No dobra, to zarzucę jeszcze jeden kawał. Ilu Żydów zmieści się w trabancie? -Ilu? - pyta się Statek, jeszcze inny ziomal -Stu - pięciu na siedzieniach i dziewięćdziesięciupięciu w popielniczce Tego już było za dużo -Dość! - wstałem i krzyknąłem, przerywając gromkie śmiechy -No w sumie racja, to nie jest dobry temat na dowcipy - przyznał Busz Ekipa zmieniła temat rozmowy. * Bujamy się kiedyś ja z Bartem. Nagle patrzę, a tu z naprzeciwka idzie Mały. Witamy się z nim: -Cześć Michaś postanowił przywitać nas zgoła inaczej: -Heil Hitler! - krzyknął, stając na baczność i wyciągając rękę w znanym wszystkim geście -Pojebało Cię, debilu - warkną Bart -No co, coś Ci się nie podoba? - zbulwersował się Michał -Jestę szkopem, czy Polakiem? - spytał Bart -Oczywiście, że Polakiem, ale zarówno Polacy i Niemcy to aryjczycy. My, rasa aryjska, musimy się trzymać razem przed zalewem rasy semickiej i kaukaskiej, czyli zwierząt po prostu. Pamietajcie: ( i tu stanął znowu na baczność i krzyczał, a za każdym okrzykiem bił się w pierś, a następnie wyciagał rękę do przodu w Hitlerowskim pozdrowieniu ) Za Honor, Ojczyznę i Kraj! Sieg Heil! Sieg Heil! Sieg Heil! -Naprawdę jesteś pojebany - zyritował się Bart -No dobra, Hitler był zbrodniarzem wobec naszego narodu. Ale... nie był z niego taki zły gość, gdyż gdyby nie on, to wszyscy bylibyśmy teraz pachołkami Żydów... * -Naszym ideałem jest Höss, Höss, Höss! - krzyczą Michaś i jego koledzy z ... nie powiem skąd -No, a znacie ten dowcip - zagaduje Michaś - Żydzi mają pływać na basenie w kwasie siarkowym, a ten który zwycięży dostanie obywatelstwo niemieckie -No i co, no i co - pytają ziomale Michała -No i wskakują do kwasu i jeden Żyd zapierdala jak najszybciej... po chwili wypaliło już mu rękę i odpadła, więc płynie jedną; nagle odpadła mu druga, ale on nadal płynie, tylko że samymi nogami, lecz jedna noga mu odpadła, jednak nadal płynie, a tu odpadła mu druga, więc już porusza się samym tułowiem... i... dopłynął, jebany kurwa Żyd pierwszy... a Hitler woła: "Falstart!" -O kurwa, he, he, he! - słychać tępe śmiechy -Albo inny - kontynuuje Michaś - tak samo jak poprzednio Żydzi mają się ścigać o niemieckie obywatelstwo, tylko tym razem w normalnej wodzie, a nie w kwasie siarkowym. No i jeden Żyd czule żegna się ze swoją żoną przed wyścigiem, a ona mówi, że będzie za niego trzymała kciuki... gdzie tam, kurwa, trzymała kciuki - będzie się modliła. No to w końcu zawody się rozpoczynają, Żydzi wskakują do wody, a ten Żyd płynie najszybciej, płynie i... dopływa pierwszy. Wychodzi z wody. Dostaje laury. Schłychać oklaski. Żona rzuca się mu na szyję, a on ją odrzuca i mówi: "Spierdalaj, Żydówo!" Znowu słychać śmiechy -No, to jeszcze zarzucę wam kolejny. Czemu Hitler popełnił samobójstwo? -No? -Bo dostał rachunek za gaz * Zbyszek studiuje Historię i kulturę Żydów oraz Judaistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mówi biegle w języku Jidisz i uczy się Hebrajskiego, którym już włada całkiem dobrze. Krótko mówiąc jest pasjonatem kultury Żydowskiej. I molem książkowym - czyta ich tony, a jeśli nie siedzi w książkach o historii i kulturze narodu wybranego, najczęściej pisanych w Jidisz i po Hebrajsku, to siedzi na Kazimierzu. Zna tam wszystkie synagogi i centra kultury. Ba! on zna tam każdy zaułek. No i wszystkie knajpy, ale chodzi do nich nie by się bawić, ale na spotkania i kółka naukowe z kolegami i koleżankami ze studiów. W przyszłości pragnie zamieszkać na Starowiślnej lub Krakowskiej. A najlepiej na ulicy Szerokiej. Albo w Izraelu. Zbyszek był tam na wymianie trzy razy i gościł u siebie w domu studentów z tego kraju. O Holokauście Zbyszek zawsze mówi z przejęciem. Był pare razy w Auschwitz-Birkenau, w Płaszowie i w innych obozach. Zawsze wracał stamtąd w szoku. -To bardzo ciekawe, jak w Polsce rozwijała się kultura Żydowska - opowiadał mi pwnego razu Zbyszek jak siedzieliśmy w Czajowni na Kazimierzu - W Polsce tolerancja dla Narodu Wybranego była największa w Europie. Nie było pogromów ani czarnej legendy, tak rozpowszechnionych w zachodniej, niby cywilizowanej, Europie. Sam król Kaziemierz Wielki zaprosił Żydów do kraju. Stąd miasto Żydowski jego imię... no, a dziś to już dzielnica Krakowa -Widzisz, a Niemcy mają czelność mówić o Polskich obozach koncentracyjnych. I później jak ktoś powie, że to nieprawda, to tłumaczą się, że chodzi im o geograficzne określenie. Bajdurzenie. Tu chodzi o zmienianie Historii. Niemcy robią to tak samo jak Rosjanie i piszą historię po swojemu, czyli,nazywając rzeczy po swojemu, kłamią i fałszują ją. -Tak, masz rację. Niestety taka jest brudna polityka... Ale zmieniając temat, muszę powiedzieć, że w społeczeństwie Polskim antysemityzm nie jest wielki. * -Jebać Żydów!!! Żydzi do gazu!!! - wydzierał się Michaś razem ze swoimi kolegami na Kazimierzu do wycieczki turystycznej z Izraela - Za Honor, Ojczyznę i Kraj! Sieg Heil! Sieg Heil! Sieg Heil! Wycieczka przeszła, a raczej uciekła przerażona. Towarzystwo Michasia zaczęli się rozchodzić Nagle Michaś stwierdził: -Kurwa, srać mi się chce! -No to sraj - odpowiedział jeden z jego kumpli -Ale gdzie? -A... tam jest synagoga Michaś poszedł pod synagogę. Po paru minutach wrócił i stwierdził: -Ale teraz musi jebać tam pod synagogą! * Im częściej widywałem się ze Zbyszkiem, tym bardziej stawałem się zainteresowany kulturą żydowską. Żydzi imponowali mi swoją mądrością i wiedzą. W końcu to naród księgi. Arabowie we wczesnych fazach swoich podbojów otaczali szczególną czcią narody księgi. Stałem się właśnie takim Arabem. Choć większość rzeczy które poznawałem stanowiły dla mnie czarną magię. Natomiast dla Zbyszka ni było żadnych tajemnic. Kabała to była dla niego pestka. Stary Testament znał na pamięc. Talmud czytał był do poduszki. Spędziliśmy razem kupę czasu w bibiliotekach i na Kazimierzu. Jak nie czytaliśmy książek to chodziliśmy po dawnym żydowskim mieście i dyskutowaliśmy na temat Judaizmu i wszystkiego co związane z Izraelitami. Zwiedzaliśmy synagogi i cmentarze żydowskie, których jest dwa: mniejszy przy ulicy Szerokiej i większy przy ulicy Miodowej. Gdy zyskałem większe zaufanie u Zbyszka, wstawił się u zarządu cmentarzy, bym mógł pielęgnować, sprzątać i czyścić mogiły. Zajmowaliśmy się tym po pare razy w tygodniu. Była to bardzo ciekawa praca i kształcąca: groby to przecież znaki historii. * -Wszyscy Żydzi idą do gazu! Wszyscy Żydzi idą do gazu, tralala!!! - śpiewał Michaś razem ze swoimi kolegami z... -Kurwa, chodźmy kogoś najebać - zaproponował jeden z kolegów Michała -No, ale kogo? - spytał się drugi z kumpli -Eee, nie ma dzisiaj żadnego meczu, no to kogo mamy napierdolić? Nie mamy pretekstu - zaprzecił trzeci -No to w takim razie porozpierdalajmy coś - zaproponował pierwszy -Ale co? - spytał drugi -No, może jakiś Kościół? Najlepiej Katolicki, tych jest zajebiście dużo, więc jak jeden rozjebiemy, to się nie połapią - zaproponował trzeci -Kurwa, moja matka chodzi do Kościoła - zaprzeczył jeszcze inny, czwarty -Co ty, pojebało ją?! - spytał pierwszy -Spierdalaj chuju, twoją starą pojebało i jest suką - odpowiedział czwarty -A twoja stara to kurwa stojąca na Warszawskiej - odciął się pierwszy -Spierdalaj ty... - nie dokoczył czwarty, gdyż Mały włączył się do rozmowy, przerywając kłótnię i zapobiegając bójce: -No to może synagogę? -Co synagogę? - spytał trzeci -No, obrzucić kamieniami i wybić parę szyb -No, to jest myśl - odpowiedział drugi -Szczególnie, że wszyscy Żydzi już dawno ulotnilili się do gazu, więc nic nam nie zrobią za demolkę - dodał Mały -Tylko którą? - spytał drugi -No, na Szerokiej jest pare - zaproponował Michaś -Nie przecież tam jest komisariat policji - powiedział drugi - Za duży przypał -To może jakąś inną - powiedział Michaś - może tą... kurwa... Synagogę Wysoką. Co prawda też jest blisko Szerokiej, ale zdążymy spierdolić przed policją -Ok. No to chodźmy - rzekł pierwszy Ekipa Michasia poczekała do około północy i wybrała się na Kazimierz, przedtem nabrawszy dużych kamieni. Mały wziął ze sobą także spray. Gdy dotarli pod Synagogę Wysoką było już po pierwszej w nocy. Było ciemno, cicho i ponuro. Nadszedł już wtorek, więc większość kazimierskich knajp i dyskotek była pusta, stąd nie słychać było gwaru, tylko absolutną ciszę. Wkrótce przerwały ją uderzenia kamieni o ścianę synagogi, brzdęk tłuczonych szyb i krzyki: -Jebać Żydów! -Żydzi do gazu! -Żydzi wypierdalać na Madagaskar! -Syjoniści do Syjamu! Trwało to trzy minuty, a potem Michaś wybiegł z szeregu i namalował sprayem na ścianie synagogi sfastykę, krzyż celtycki i napis: Za Honor, Ojczyznę i Kraj Sieg Heil Sieg Heil Sieg Heil Ekipa Małego na koniec stanęła w szeregu i wykrzyknęła bijąc się w piersi i wyrzucając rękę w geście Heil Hitler: Za Honor, Ojczyznę i Kraj! Sieg Heil! Sieg Heil! Sieg Heil! A następnie wszyscy z ekipy uciekli, znim na miejscu znalazła się policja * Tym razem nie było już żartów. Zbyszek użył swoich koneksji i zawezwał Mosad. Przyjechali z karabinami i wyłapali wszystkich antysemitów. Nie wiem jak to zrobili, ale mniejsza o to. Zbyszek zawezwał mnie do siebie i zaprowadził na Plac Wolnicę. Gdy tam dotarliśmy, ujrzałem tabuny klęczących jeńców, czyli wszystkich antysemitó, których pilnowali żołnierze Mosadu -No i co wy z nimi teraz zrobicie? - spytałem Zbyszka -Zostaną przetransportowani na lotnisko - wskazał mi ręką czekające wozy na więźniów, przypominające policyjne suki - a stamtąd do Izraela, gdzie zostaną osądzeni przez Międzynarodowy praworządny są i na pewno trafią do więzienia o zaostrzonym rygorze -Wszyscy? -Co do jednego Popatrzyłem na pojmanych. Wszyscy mieli skute ręce na plecach kajdankami. Ich twarze wyrażały strach. Nalge ujrzałem wśród nich Michała -Mały! - krzyknąłem do niego Spojrzał na mnie -To ty Pietras?! - odpowiedział -Mały, co ty tutaj robisz? -Te żydowski kurwy z Mosadu pojmały mnie razem z moimi ziomalami. Czy wiesz co zamierzają z nami zrobić? -Polecicie do Izraela, a tam was osądzą i traficie do paki o zaostrzonym rygorze -O ja pierdolę! Sytuacja była dramatyczna, ale postanowiłem działać. Zwróciłem się do Zbyszka: -Tam wśród nich jest mój przyjaciel -Co? - Zbyszek zrobił wielkie oczy - Przyjaźnisz się z tymi potworami? Ej, wiem że odnieśliśmy tryumf, ale nie jest to dobra chwila na żarty. -Tam jest mój przyjaciel - nalegałem -Czy ty mówisz poważnie???To są monstra, które napadają na członków społeczności żydowskiej. Niszczą synagogi. Krzyczą nazistowskie hasła. Straszą wycieczki z Izraela. Śmieją się z Holokaustu. Zadajesz się z takimi szumowinami? -Takim jest mój przyjaciel - udawałem głuchego jak głaz -Przestań powtarzać jak kataryna! - Zbyszek się zdenerwoał - Co to ma znaczyć?! Kumplujesz się z antysemitami?! Odpowiadaj natychmiast! -Może mój przyjaciel jest antysemitą, ale to nie zmienia faktu, że jest miom przyjacielem. -Który to? - spytał Zbyszek -Ten - wskazałem palcem na Michasia Zbyszek rozkazał żołnierzom Mosadu przyprowadzić Małego do nas. Kiedy to zrobili, powiedzaił: -A więc to ten. Znam go. Widziałem go kiedyś w akcji jak napadł z innymi na Żydowskich turystów... Oj, on to długo posiedzi, widziano go bowiem także jak niszczył synagogi. No, dziesięć lat jak nic... -Co kurwa?!!! - wykrzyknął Michał, ale żołnierz Mosadu szybko go spacyfikował -Posiedzisz, posiedzisz... - Zbyszek zwrócił się do Małego -Nie! - krzyknąłem - On zostaje ze mną -Co? Co ty wygadujesz?! - Zbyszek nie mógł się nadziwić - Bronisz tego gnoja?! -To nie żaden gnój, tylko mój przyjaciel - stanąłem w obronie Michała - To jeden z moich najlepszych przyjaciół. A przyjaciół się nie opuszcza, mimo popełnianych przez nich błędów -Nie, no to jest jakiś żart - Zbyszek dopiero teraz zaczął wierzyć w to co mówię - Ty, który szanujesz tak kulturę żydowską i Judaizm, czytasz o niej tyle książek, zwiedzasz synagogi, a nawet pielęgnujesz groby i ty... nie, nie... ja w to nie... zastanów się... tu nie ma szarych ludzi jak u Dostojewskiego. Tu jest tylko czarne i białe. Zło i dobro. Oni i my. Zastanów się po której jesteś stronie... No?! -Mylisz się - odpowiedział - Nie ma czarnego i białego. Życie nie jest tak proste. Bo widzisz - nawet w Michale, w którym dostrzegasz samo zło, ja widzę w tym źle iskierkę dobra. I wierzę głęboko w sercu, że z tej iskierki roziskrzy się dobro, które zmieni złe cechy Michała. Ja znam go wiel, wiele lat i wiem, iż w głębi duszy on jest dobry. Jesteśmy przyjaciółmi. Zbyszka to nie przekonało, natomiast doprowadziło do furii: -Kurwa, przestań pierdolić! Skierował się w stronę Małego, aby wziąść go do suki. Stanąłem mu na drodze. -Zejdź mi z drogi, idioto! Nie pogarszaj swojej sytuacji - Zbyszek mówiąc to był już bardzo pobudzony Ani drgnąłem. Podświadomie wyciągnąłem pięści i ułożyłem je w gardę. To nie był dobry pomysł, ponieważ wojak ze mnie marny i kompletnie nie umiem się bić. Zbyszek walnął mnie w twarz raz, drugi, trzeci... czwarty... piąty... i upadłem, uderzając twarzą w bruk. Leżać w kałuży krwi złapałem się za twarz. Mój nos zrobił się krzywy i był ewidentnie złamany. Czułem jak chwieją mi się zęby, po czym pięć z nich wypadło ze szczęki i wpadło do kałuży krwi. Mimo to szybko zerwałem się na nogi i krzyknąłem: -Michał to mój przyjaciel. Znamy się od dziecka, razem wychowywaliśmy się na podwórku, razem dorastaliśmy i bawilibyśmy się w piaskownicy, gdyby nie to, że uważałem to za głupią zabawę. Miałem go zawsze za młodsego brata. Kocham go. Tak, kocham go. Pieprzyć co sobie myślicie. Kocham go miłością braterską. I nic mnie nie obchodzi, że jest antysemitą. On się zmieni. Wierzę w to w głębi serca. Nastała cisza -Nie, no to już nie jest tragikomedia ani farsa. To jest gorsze niż Latający Cyrk Monthy Pyton'a - powiedział Zbyszek - A, zresztą... Rób co chcesz. Wypuśćcie go - rozkazał żołnierzom Mosadu Żołnierze Mosadu rozkuli Małego. Podszedł do mnie. Staliśmy tak razem, podczas gdy Izraelici pakowali więźniów do suk. Trwało to dość długo. W tym czasie wycierałem swoją zakrwawioną twarz i tamowałem krew z nosa i ust podkoszulkiem. W końcu skończyli i odjechali, a Zbyszek razem z nimi. Patrzylismy z Małym razem na zachód słońca -Teraz znowu będzie tak jak dawniej - powiedziałem do Michasia -Spierdalaj bucu! - krzyknął Michaś - Może ty uważasz się za mojego przyjaciela, ale ja nie jestem twoim!!! I poszedł.
-
* Była ciepła noc lipcowa. Księżyc ułożył się w kształt chlebowego rogalika, zagiętego na wschód, zamoczonego uprzednio w jakimś błyszczyku albo w płynnym złocie. A może była to tylko bułka tarta, wyszlifowana w ten sposób, aby świeciła? Część z niej odkleiła się i rozsypała po nieboskłonie, tworząc gwiazdy, z których biła dziś aura większa niż zwykle, tak, iż przez chwilę wydawało się, że to jeszcze, albo już nowy dzień. Trwało to tak przez dość długą chwilę, nasilając się coraz bardziej, aż granatowa suknia Uranosa zaczęła błękitnieć, przyćmiewając wszystkie ciała niebieskie. Pojawiła się wtedy biała, jasna smuga, może to była kometa, wybielając wszystko. Widok był jak przy erupcji wulkanu albo wybuchu bomby atomowej. Po kulminacji i jej zniknięciu, wszystko zgasło, prócz starego rogalika i jego oderwanych płatków. Noc znów była czarna. Leżała nieruchomo na plecach na wygodnym, puchowym łóżku, zakończonym stylowymi, pozłacanymi obręczami, odprężona, wlepiając oczy w ciemny korytarz. Można powiedzieć, iż była zmęczona, a nawet chwilami znużona. Założyła ręce za głowę, opierając się na nich, lecz później zrezygnowała z tej pozycji i zaczęła gładzić aksamitne prześcieradło koloru platyny. Platyny? A może to było srebro, lub bez, kremowy bez? Albo mleczko kokosowe. Odchyliła szyję do tyłu i zaczęła przebierać malutkimi, szczupłymi paluszkami w swoich lokach. Ach, te loki... Jej włosy były długie do kolan, równe, bez żadnych grzywek i innych infantylizmów, przeprowadzanych w celu zapobieżenia wpadania włosów do oczu i ust. Nie przeszkadzało jej to, nawet lubiła skryć się za za nimi i nie widzieć świata. Zresztą nie tylko ona lubiła do tego używać swoich włosów. Zarzuciła je na brzuszek, tak by spływały na jej delikatną, gładką jak jedwab skórę, jak bystre, górskie strumienie lodowatej wody na nagą skałę. Lubiła swoje włosy, dlatego, iż były długie i przez to nie tylko czyniły z niej piękność, ale także wzbogacały ją jakoś. Niby leżała teraz rozebrana, bez żadnego ubrania, lecz loki zasłaniały jej piersi, następnie wylewając się w dół na pępek, biodra, kobiecość, oplątując uda, by w końcu okryć kolana. Leżała tak ją ją obmyślił Demiurg, bezbronna, obnażona, będąc przyozdobioną w najpiękniejsze szaty. O tak, najpiękniejsza suknia kobiety to jej loki. Westchnęła. Cichutko. Wszedł do pokoju, skradając się na palcach z bukietem kremowych róż w jednej dłoni i misą pełną owoców, butelką wody i szklanką miodu w drugiej. Znowu westchnęła. Wiedziała co nastąpi: będzie klękał przed nią, wplątywał kwiaty w jej bujne włosy, częstował owocami, poił miodem dla osłody i wodą dla ukojenia pragnienia duszy. Następnie pocałuje ją w dłonie, najpierw w prawą, potem w lewą, potem usta, włosy, piersi, pieszcząc i głaszcząc jednocześnie dłońmi, gładząc skórę. Wszystko delikatnie i powoli, z czułością, nie pozbawioną namiętności, lecz tylko z tą ugrzecznioną, bez siły i porywistości, bez szaleństwa. Będzie jak zawsze uważał by nie skrzywdzić jej ciała, a co za tym idzie, nie zranić jej duszy, kruchej jak chińska porcelana. Nie będzie spieszył się, przedłużając wstęp w nieskończoność. Była zmęczona. Bardzo zmęczona. Zmęczona i chyba trochę znudzona, a może zawiedziona. Nie, chyba tylko znudzona, a może wszystkie te uczucia tliły się w niej naraz? Ale wszystko może po kolei... Przypominała sobie ich noc poślubną. Tę pierwszą, wielką noc. Nie robili tego nigdy przedtem, żadne z nich. Z początku nie chciała tego robić, mimo, iż już dość długo była z nim. Bez żadnych konkretnych powodów. Chciała zaczekać z tym do ślubu, a po za tym bała się trochę, choć sama nie wiedziała czego. Tłumaczyła to sobie, iż jest na to jeszcze za młoda. Później względy praktyczne wzięły górę nad moralnymi. Bała się niechcianej ciąży oraz przerwania studiów. Dopiero potem, z czasem, gdy zdobyli pracę, chciała już tego. Ale on ją wstrzymywał. Śmieszyło ją to z początku, przecież mieszkają razem, śpią w jednym łóżku, lecz łączyło ich nadal jedynie uczucie platoniczne. On uważał je za najważniejsze, a tamto cielesne za dodatek. Chciał zaczekać do ślubu, lecz nie mógł jeszcze go zrealizować, z powodu wielu spraw na głowie. Z czasem zaczęło ją to trochę irytować, przecież to mężczyzna zwykle nalega, a kobieta się broni. Tłumaczyła to sobie. Myślała, że to dlatego, iż bardzo ją kocha i nie chce jej skrzywdzić. I nie myliła się. Gdy przyszedł czas, poszli do pokoju. Byli bardzo spięci i podekscytowani. Zauważyła jak trzęsły mu się ręce, spojrzał na nią i uśmiechnął się. Pokój był cały przygotowany: na ścianach zawieszone aksamitne płótna, w otwartym oknie rozpostarta przeźroczysta firanka, falująca na świeżym powietrzu i chłonąca, lekko przepuszczając stłumiony koncert cykad, które tej nocy grały wyjątkowo głośno. Księżyc był w pełni. Nie śpieszyli się. Planowali zrobić to wszystko powoli, jak najbardziej przedłużając wstęp, okazując szacunek do siebie nawzajem. Objęli się, przytulili, zbliżyli usta i pozwolili wargom tulić się do siebie, a następnie przyzwolili języczkom na to samo, smakując własnych podniebień. Wyciągneła ręce do tyłu i wyjęła spinki z włosów, burząc wspaniały kok, który miała na głowie. Fala gęstych włosów spłynęło potokami po jej plecach, następnie na jego, oplatając ich, aż do kolan. Zdejmowali z siebie te śmieszne teraz ubrania ślubne, on swój czarny frak, ona białą suknię. Wyglądali jak słynny znak Ying-Yang. Uzupełniali się, och tak. Gdy byli już w samej bieliźnie, wziął ją na ręce i ułożył na łóżku. Popatrzył na swoją żonę i powiedział w myślach: „Dziękuję Ci Bożę, dziękuję Ci!”. Położył się na łożu. Zdjął jej stanik i oczom jego ukazału się śnieżne, aksamitne w dotyku piersi; zaczął pieścić jej ciało: policzki włosy, ramiona, brzuszek, pępek. Na początku palcami, później wargami i językiem. Obchodził się z nią delikatnie, przypominało to trochę słonią bawiącego się z mrówką, ale to ta mróweczka miała nad nim całkowitą władzę i jednym gestem mogła uczynić kolosa sobie podległym. Zdjął jej białe, koronkowe stringi zębami i zaczął całować kobiecość. Potem przeszedł do nóg i stóp. Minęło jeszcze sporo czasu, zanim przeszli do sedna, ale to tylko ją rozochacało i podniecało. Była naprawdę szczęśliwa. Jej mąż nie był żadnym pantoflem i to on nadawał ton grze, ale nie był porywisty, ani brutalny, męski, lecz męskość jego nie objawiała się w sile, lecz w zdecydowaniu i czułości. Położył się na niej, przytknął ręce do jej piersi, ona objęła go, zarzucając cześć loków na jego głowę. Kochali się tradycyjnie, po „Bożemu”. Myślała, że czyta w jej myślach; tak wszystko prowadził, by sprawiać jej największą przyjemność... Chociaż z czasem zaczęli urozmicać zbliżenie, to jego zachowanie nie zmieniło się. Traktował ją jak królową, dbał o jej rozkosz, nie robił tego ja inni mężczyźni, jak jakiś „królik” albo bydlak, szukający zaspokojenia. Zresztą zawsze myślał tylko o niej, o siebie nie troszcząc się w ogóle. Zdziwiło ją to trochę, gdyż myślała, iż w łóżku będzie inny, ale w gruncie rzeczy cieszyła się z tego. Czasami sprawiał jej przyjemność językiem. Uważał, iż w ten sposób oddaje jej jakiegoś rodzaju hołd, choć nie przesadzał z tym za bardzo. Jeśli chodzi o odwrotną sytuację oraz o pozycję związaną z dwiema cyframi, to zabraniał. Uważał to za uwłaczające godności kobiecej i poniżające ją, niegodne, ukazujące mężczyznę jako samca i szowinistę. Rozumiała o co mu chodzi, ale z czasem zaczęła tłumaczyć nieśmiało, że przecież go kocha, i chciałaby spróbować tego i w żaden sposób to jej nie urazi. Spojrzał wtedy głęboko w jej oczy, trwając w tej pozie dość długi czas i nagle popłyneła mu jedna, malutka łza. Nie rozmawiali więcej o tym. Z czasem wiele się zmieniło. Choć pałali do siebie taką samą Miłością jak kiedyś, a może nawet większą , to było to uczucie w większości platoniczne. Myślała, że niby jest idealny, ale zapragnęła czegoś ostrzejszego. Pragnęła robić to szybko, agresywnie, poczuć jego masę i siłę, odpowiednio przytłaczającą i zniewalająca ją, czuć jego dominację, zwierzęcy instynkt, brać do ust, być traktowana przedmiotowo jak dziewczyna z ulicy. Ale on nie był w stanie tego uczynić. Czasami próbował, ale nie mogło mu to przejść przez myśl. Gdy wyobrażał to sobię, natychmiast przestawał. Nie mógł skrzywdzić swojego Anioła, chociaż byłaby by to krzywda udawana i pozorowana. Leżała więc teraz znudzona i patrzyła za okno. W ogóle nie zwracała uwagi gdy w nią wchodził, szeptając jej do ucha jakiś erotyk Kazimierza Przerwy-Tetmajera, chyba „Lubię, kiedy kobieta...”: „Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu, Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu...” Karmił ja tymi słowami, lecz ona nie przyjmowała ich. Nie odpowiadała na jego czułości, pocałunki i na żadne oznaki Miłości. Leżała bezwładnie i chciała, żeby już skończył. Przez głowę przelatywały jej różne dziwne myśli: rozwód, kochanek itd... W końcu zwróciła się w jego stronę i spojarzała mu wyzywająco w oczy: -Zgwałć mnie – Wyszeptała dziwnym, metalicznym głosem Zatrzymał się. Owiał go arktyczny, przeszywający kości chłód. Złapał ją za ramiona - Kochana! – Krzyknął z przerażenia – Co ty mówisz? Jak? Jak ja mógłbym?! Boże, nie! Nigdy, przenigdy, co ty mówisz? - Spokój już, spokojnie, żartowałam – usiedli na łóżku, przytulając się do siebie – co staruszku, już nic nie możesz z siebie wykrzesać? Żadnego ognia? - Przecież Cię kocham i nigdy bym Cię nie skrzywdził. Zresztą, zawsze myślałem, że tak właśnie lubisz – wciąż jakał się i trząsł ze zdenerwowania – z troską i opiekuńczością? - Tak, tak – zrobiło się jej troche głupio, nawet nie za to co powiedziała,ale za myśli które przemknęły jej przez głowę, o rozstaniu albo skoku w bok,choć on nie mógł tego słyszeć. A może jakoś usłyszał? – ale powiedz mi czemu nie możesz? – spytała – Chociaż raz? Odchylił głowę i spojrzał na niebo i błyszczące złotą bułką tartą księżyc i gwiazdy. - To długa historia... – westchnął. * Pamiętam od najwcześniejszych lat dzieciństwa apodyktyczność mojego starszego brata. Wszystkim chciał rozkazywać, lecz niestety dla niego, brak było mu odwagi by czynić to swoim kolegom. Kierował więc swoją siłę we mnie, chcąc zrekompensować zawód wśród rówieśników. Leczył tak utajone kompleksy, które narastały z każdym niepowodzeniem. Jak na ironię, był zawsze bardzo wyrośnięty i silny, lecz nie potrafił tego wykorzystać, ponieważ bał się każdego. Nie potrafił oddać, gdy ktoś go uderzył i tróchlał nawet przed największymi łajzami w jego wieku. Był bardzo agresywny i wulgarny, co wraz z jego posturą nadawało mu wygląd barbarzyńcy albo gladiatora. Niektórzy nabierali się na to, lecz Ci co go znali kpili sobie z tego, gdyż wiedzieli, iż nie odważy się użyć siły drzemiącej w nim. Jednym słowem był najzwyklejszym tchórzem. Wywyższał się i maszerował niczym Juliusz Cezar przejeżdżający pod łukiem tryumfalnym po zdobyciu Galii, lecz chylił głowę przed byle ślamazarą. Choć nie studiowałem nigdy Freuda, to mam jednak nikłe pojęcie, jak taka sytuacja sprzyja powstawaniu kompleksów i że kończy się tragicznie, gdy taki pokopaniec postanowi sobie odreagować stresy i niepowodzenia. Najczęściej robi to na osobach do których ma całkowitą pewność, iż są słabsze. Dochodzi wtedy do tragedii. Mój braciszek postanowił odreagować sobie na mnie, ponieważ byłem młodszy i dużo, dużo mniejszy i słabszy. Co prawda też byłem tchórzem, podobnym do niego, ale jakoś udało mi się wstrzymać chęć zemsty. Boże, jakiej zemsty? Takich ja my to powinno się mocno lać i patrzyć czy równo puchnie. Może wtedy zrobiono by z nas porządnych ludzi. A może się mylę? Nieważne, wracjąc do planów mojego brata, to nie wyszły za bardzo, gdyż od najmłodszych lat lubiłem się włóczyć, początkowo po placach zabaw, później po podwórku z ferajną, a w końcu po bibliotekach, więc nigdy nie było mnie w domu, co wywoływało furię rodziców, szczególnie, iż uczyłem się słabo, mimo oczytania. Czytałem zawsze szybko i na ilość, a nie jakość, więc zbyt wiele z tej literatury nie wyniosłem. Zanim opowiem Ci jak doszło do tragedii, pozwól, że wyjawię prawdziwą tajemnicę tchórzostwa. Ukuto wiele o tym pojęć. Najczęściej tchórz to osoba która sama za swój brak odwagi cierpi najwięcej. Mamy więc śmiesznych tchórzów, jak Ukko ze Slaina, którzy towarzyszą herosom, wykazujących się innymi cechami i często bardziej przydatnymi niż odwaga, jak Pan Onufry Zagłoba i jego fortele oraz tchórzy bohaterów, jak Lord Jim Conrada, który walczy sam ze sobą i wygrywa ze strachem, lecz przegrywa z życiem, kończąc je. Ale mało się mówi o tchórzach zbrodniarzach. Typ tego ostatniego doskonale zobrazował Jack London w swoim Białym Kle, gdy pijak indianin sprzedał wilka pewnemu białemu. Ów biały człowiek był właśnie tchórzem i to takim z najgorszego gatunku. Ludzie tacy zdolni są do ogromnej agresji i sadyzmu, gdy złapią swoją ofiarę. Ich właściwy charakter, będący wynikiem kompleksów, ujawnia się dopiero gdy tchórz będzie pewny, że jego wróg jest całkowicie obezwładniony i nic mu z jego strony nie grozi. Im większy i bardziej niebezpieczny, tym większa furia oprawcy. Najgorzej jednak, gdy pokonany jest dobry. Gdyby był mendą i szują, to tchórz nie będzie się nad nim tak znęcał, ale nie dlatego, żeby się bał czy czuł respekt. O nie, on po prostu nie ma mu czego zazdrościć. Natomiast gdy wpadnie mu w ręce ktoś szlachetny, mądry, zdolny do poświęceń i nie myślący nic o własnej osobie, lecz o innych lub posiadający szereg innych cech, których tchórz nie posiada, nie daj Boże odwagę, to wtedy uruchamia się prawdziwy mechanizm furiata. Pragnie odreagować za te wszystkie lata bycia gorszym i odbiera ofierze jej godność... Pamiętam tą scenę, gdy menda biła kijem do nieprzytomności Białego Kła, choć, na szczęście, spotkała ją za to kara. Niestety była to tylko książka, a nie rzeczywistość, fikcja... Nie chcę, żeby wyszło, że dzielę tutaj ludzi na lepszych i gorszych, na odważnych i tchórzy, na bohaterów i szuje. Nie nawołuję do żadnej obrony człowieka prawego, przed „masą” złych, jak czynił to Nietsche. Każdemu należy dać szansę na poprawienie się. Niestety, w przypadku mojego brata popełniłem błąd, bo to ziarno spadło na jałową glebę... Wszystko zaczęło się, gdy mieszkaliśmy już obydwoje osobno. Nigdy nie miałem szczęścia do kobiet i gdybyś nie zlitowała się nad moim żałosnym losem, to pozostałbym już na zawsze w czarnej żałośći. Zresztą... i tak jestem przecież tylko pyłem, nad którym pochylił się Anioł i przyćmił go swoim blaskiem, choć nie wiem za co spotkał mnie ten Niebiański zaszczyt. To było dość dawno temu. Mój brat znalazł sobie dziewczynę, bardzo piekną, o ślicznych niebieskich oczach i blond włosach. Z początku wydawało się, iż pasują do siebie, lecz z czasem... zauważyłem różne dziwne gesty i mimikę na ich twarzach. Widywałem ich wtedy często, był to bowiem czas, kiedy postanowiliśmy się trzymać razem po śmierci rodziców. Wszystko na początku było piękne. Kwiaty, prezenty, wyjścia na spacery, do kin i teatrów, do drogich sklepów. Pamiętam róże której jej kupował i nie wiem czemu... o Boże, czemu ja to zrobiłem, czemu ja o tym wtedy pomyślałem? To co się potem stało to moja wina. Gdy wręczał jej różę, to nie wiem czemu, szatan mnie skusił, wyszeptałem po cichu, by nikt nie słyszał, fragment wiersza Róża Tadeusza Różewicza: „Czerwona róża krzyczy złotowłosa odeszła w milczeniu” To był zły omen. Już wtedy coś mnie tchnęło, jakieś złe przeczucie, zaraz po wyrecytowaniu wiersza. Ale wkrótce o tym zapomniałem... Zacząłem się niepokoić, gdy pewnego razu po przyjściu na wizytę, dziewczyna nie wyszła z pokoju się przywitać. Brat tłumaczył to chorobą, lecz gdy poszedł do toalety, uchyliłem drzwi pokoju i ujrzałem ją siedzącą w kącie i obejmującą zgięte kolana, w które wtykała głowę. Usłyszała intruza i zwróciła na mnie wzrok. Płakała... Odtąd często zdarzało mi się słyszeć z pokoju ciche chlipanie, lecz nie reagowałem na to. Byłem tchórzem... Zdecydowałem się, iż trzeba to zmienić, gdy zobaczyłem ogromne sińce pod jej oczami, na piersiach i na rękach. Chciałem krzyknąć: „bydlaku”, lecz popatrzyła wtedy na mnie proszacym wzrokiem, abym nie robił tego. Czemu, czemu ja wtedy posłuchałem tej milczącej mowy? Wlepiłem wzrok w jej oczy, a ona odwzajemniła spojrzenie. Boże, ile bólu kryło się w tym niebieskim oceanie. Oczy posiadają głębię, ponieważ są wrotami do duszy. Wiele razy widziałem w nich ból, ale także błogość, smutek ale i radość, przegraną, ale i zwycięstwo. Lecz tutaj była tylko rozpacz. Nigdy nie dane mi było wcześniej, ani później u nikogo innego dostrzec czegoś takiego. Czułem jak ta głębia porywa mnie i chce utopić. Dawniej, jak byłem mały i nie umiałem pływać, bałem się głębokiej wody, nawet stojąc daleko na brzegu. Później mi to przeszło, że wręcz przeciwnie, wszelkie głębokości radowały mnie i stawały się schronieniem przed złym, lądowym światem. Czułem się w wodzie jak ryba, im głębiej tym lepiej. Wtedy gdy na nią patrzyłem przez tą chwilę, która trwała wieczność, znów powróciło uczucie z dzieciństwa, o którego istnieniu zapomniałem. Czułem, że tonę. Jak łajza jakaś, sam chciałem od niej pomocy, nic nie mogąc zaofiarować. Chciałem ją objąć, lecz ręce ciążyły mi jak ołów, pomyślałem, więc, żeby ona mnie objęła. Była piękna, lecz przez to co widziałem... Jezu, wolałbym przejść otchłanie piekieł i zadawać się z upadłymi Aniołami, niż widzieć dobrego Anioła, pobitego i zniszczonego. Zacząłem płakać. Lecz ona nie, nadal na mnie patrzyła, była silniejsza... Wtem przyszedł mój brat i zaczął wyjawiać mi „radosną”, Hiobową nowinę. Pokazał obrączki... Nie mogłem wytrzymać. Uciekłem... Tak, po prostu uciekłem stamtąd, jak czyniłem to sfrustrowany walką ze światem za młodu. Wyskakiwałem wtedy po kłótni z domu i biegłem. Biegłem nie wiem dokąd, z całych sił. Ja jestem tym typem tchórza który ucieka. Sumienie zjada go od wewnątrz, wyżerając duszę, lecz on nie ma odwagi nic zrobić, więc ucieka. Głupiec, nie „nie ma odwagi”, lecz jest śmierdzącym tchórzem. Ale przed sumieniem nie można uciec... Myślisz, pewnie, iż po ślubie wszystko się naprawiło i żyli długo i szczęśliwie, że zmienił się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki? Nic się nie zmienił! Chyba tylko na gorsze... Pamiętam jak dawniej krępował się objawiać swoją prawdziwą naturę, zgrywając kulturalnego człowieka. Później? Skądże! Koszmar zaczął się gdy zostałem raz do nich zaproszony na obiad. Nie, przepraszam, nie zaczął się, on już trwał od dawna. Żona krzątała się przy kuchence, szykując drugie danie, a my siedzieliśmy przy stole, popijając czerwone wino. Rozprawiał o sztuce, czy poezji, a może o dramacie, nie słuchałem go zbytnio. Modulował głos, przechodząc z wysokich tonów do niskich, akcentując każdą głoskę. Starał się mówić patetycznie, czyniąc rękoma teatralne gesty. Stawiał akcent proparoksytoniczny, aby brzmiało to jak jakiś epos. Nagle, ni stąd, ni zowąd, mój brat zakrzyknął mendowskim głosem: -Szybciej byś to gotowała! Nie uzyskał żadnej odpowiedzi, więc powtórzył swój okrzyk, tym razem trochę ciszej, lecz z jeszcze większą nienawiścią: -Nieładnie nie odpowiadać na moje grzeczne zapytanie. Słyszysz stara?! – warknął - Może byś się pośpieszyła?! A jak nie słyszysz, to kup sobie aparat słuchowy! -Przecież widzisz, że staram się jak mogę – odpowiedziała cicho i bojaźliwie -Nie pyskuj, wiedźmo! Bo zaraz wstanę i Cię nauczę dobrych manier! Zaprosić, kurwa mać, dziwkę do towarzystwa. -Wal się, śmieciu. W tym momencie zainterweniowałem, co było błędem, choć nie zdawałem sobie wtedy z tego sprawy. -Co ty robisz, idioto? Jak ty mówisz do swojej żony?! – wykrzyknąłem z oburzeniem – Jak Ci nie wstyd? Przeproś natychmiast! Był to błąd, gdyż powiedziałem to dokładnie wtedy, kiedy dziewczyna, co uruchomiło w umyśle brata instynkt bycia osaczonym w spisku, Dochtsloss, Nóż w plecy, Et Tu Brutus Contra Me? -No i widzisz co zrobiłaś, zdziro?! Podpuszczasz brata przeciwko mnie? Mało krwi napsułaś mojej, to teraz także jego, suko? -Zostaw mnie – broniła się -Proszę, uspokójcie się – kolejny błąd z mojej strony. Zrównałem ich w winie. Zamiast krzyknąć: „Zamknij mordę, bucu!” i zbesztać go, postawiłem ofiarę na sali oskarżeń w tym samym miejscu, co jej oprawcę. -Nie wtrącaj się, gnojku! – syknął do mnie, lecz po chwili, nagle się opanował, od tak, jakby nic się nie stało – Rzeczywiście, ładna pogoda - uśmiechnął się. Żona dokończyła gotować obiad, lecz nie siadła z nami, wybiegając do pokoju. Po twarzy spływały jej łzy. Nie mogłem jeść. Wymówiłem się, że śpieszę się do pracy na popołudniową zmianę. Boże, jaki ze mnie był gnój. Zamiast walnąć w mordę tego śmiecia, albo powiedzieć mu prawdę w cztery oczy, wyrzucić w twarz to co o nim sądzę, nie potrafiłem się nawet zdobyć na gest wyjścia z ostentacją, tylko uciekałem się do wymówek. Poczułem się znowu pięcioletnim, bezbronnym chłopcem. Boże, wystarczyło, żebym tylko zadzwonił na policję, chociaż nie mam zaufania do tej instytucji, ale może oni by się tym zajęli. Ale jego siła, jego wzrok i wyraz twarzy, miały taką władzę nade mną. Nad tchórzem... -Cóż, trudno w takim razie – uśmiechnął się szyderczo Odprowadził mnie do przedpokoju i kazał zaczekać, aby mógł mnie trochę odprowadzić. Wszedł tymczasem do pokoju, lecz nie zamknął za sobą dokładnie drzwi. Małżonka siedziała na kanapie, tuląc swoją twarz w dłoniach. Zerwała się, gdy wszedł. Cofnęła się w tył, lecz on szedł wciąż w jej stronę, aż przycisnął ją do ściany. Popatrzył jej w oczy z nienawiścią, jakiej jeszcze nie widziałem, po czym... rozluźnił się i uśmiechnął. A więc wszystko w porządku. Dziewczyna odsapnęła i wzięła głęboki oddech. Wtedy uderzył ją z całej swojej siły pięścią w kobiecość. Zawyła i osunęła się po ścianie. W czasie gdy ból miotał nią po podłodze, stanął nad nią i syknął: „kurwa!” Potem odwrócił się się w moją stronę i uśmiechnął. Nie szyderczo, nie ironicznie, po prostu z radości. Z ulgi. Jezu, Jezu, co ja mówię. Jaka ulga, to morderca! Ale wtedy tak właśnie myślałem. Nic nie zrobiłem. Uciekłem. To było w dwa miesiące po ich ślubie. Czy mam Ci to wszystko opowiadać? O tym jak przez następne pięc lat zwyzywał i bił ją notorycznie, kazał jej chodzić do pracy na dwie zmiany i harować w domu, używał jej w łóżku jak przedmiotu, gwałcił. Walił pięściami z całej siły po twarzy i po całym ciele, szczególnie upatrując sobie czułe na ból miejsca. Wiem, iż ciężko tobie to teraz sobie wyobrazić. Wiem też, iż pewnie wiele razy czytałaś o takich historiach w twoich gazetach kolorowych. Ale nie wierzyłaś nigdy, że to może być prawda. Albo wierzyłaś, tylko myślałaś: „daleko, gdzieś tam, za górami, za lasami”. Ale to było naprawdę, tu i tutaj. Czy mam mówić o jego zwyrodnieniach seksualnych, o sadyźmie, biciu jej, przynoszącym mu rozkosz? O tym jak kazał jej klekać i... Nie przechodzi mi to przez gardło. Lecz wtedy pozwoliłem na to. Zgodziłem się. Wiesz jak? Bo obojętność to przyzwolenie na zło. Skąd to wiem? Mówiła mi. Wiesz, czytałem sobie wiersz i wtedy przyszła do mnie do domu. Pobita. Mówiła mi to wszystko. Już nie płakała. Płaczą Ci, którzy mają jeszcze nadzieję. Nie prosiła o pomoc, chciała tylko mi opowiedzieć. Poczułem wtedy, że zawsze ją kochałem. Nie wiem czemu. Od dawna, od dziecka, choć jej przecież wtedy nie widziałem na oczy. Patrzyłem w jej ocean rozpaczy, a ona odwzajemniała spojrzenie. Nic nie byłem w stanie zrobić. Nie, nieprawda, przecież wiem, że byłem. Mogłem uczynić wszystko, zabrać ją, zawiadomić chociażby policję, albo inaczej, porwać i ukryć, wziąć dla siebie. Mogłem, cały czas mogłem ją uratować. Ale nie uratowałem. Bałem się... Znależli ją pewnego dnia w jego mieszkaniu. Reanimacja nic nie dała. Brat siedzi do dziś, ale wychodzi na to, że skrócą mu wyrok za dobre zachowanie. * Siedzieli nieruchomo. Milczeli. Spojrzał na nią. W jego oczach widać było winę. Winę, której nie można odpokutować. „Pięć lat mija od Twojej śmierci kwiat miłości który jest bez cierni” Patrzyli na siebie, lecz nic nie mówili. Pomyślał, że co gdyby on? Przecież także jest tchórzem? Myślał, że pokonał swój strach. Nawet nie próbował. Uciekł od niego. Wydawało mu się, że uciekł. Nie ma ucieczki. „Czy mi wybaczy?” Nie powinna, bo to byłby błąd. Nie powinna. - Proszę Cię – wyszeptała po bardzo długiej chwili – przytul mnie. „Dzisiaj róża rozkwitła w ogrodzie pamięć żywych umarła i wiara” Wybaczyła mu. Nie powinna była. Była ciepła noc lipcowa.
-
MC Busz ( w przeważającej mierze trzynastozgłoskowcem ) MC Busz był w okolicy znany niesłychanie Był, gdyż zjadał tu MC's lekko jak śniadanie, Nikt nie był w słownej walce mu równy, niezbicie Mistrzem Busz był, choć on nie ćwiczył pracowicie Nad swoim stylem, chyba on się z nim urodził, resztą nad znajdowaniem rymów nie rozwodził, Umiejętności jego były wszak wrodzone I śmieszyły go słabych MC's tak strudzone Twarze, on z nich kpił, oni nic nie mogli zrobić, Bo ich rozwalał w Battle'ach, mogli się li dobić, Więc zazdrościli. tyle tylko im zostało, Za to on ich na wylot poprzebijał strzałą, Ale nie o tym dzisiaj będzie jednak mowa, Ta gadka to był tylko wstęp, taka osnowa, Posłuchaj więc jak dalej historia się toczy, Rozkmin te wersy, otwórz szeroko swe oczy, Gdyż masz przed sobą, dzieciak, opowieść o Buszu, Wstrzymaj oddech, bo ona dojdzie twoich uszu. Siedzieli na podwórku pod blokiem ziomale I trochę się nudzili, nie dziwię się wcale, Bo nie ma do roboty nic, zwyczajna nuda, Oplata ludzi jakby rządzących obłuda, Tak więc ekipa wzięła i napiła się browca I zapalili fajki jak dymy z parowca, Gadają, dyskutują, śmieją się, normalka, Można odpocząć, kończy się codzienna walka, Odpoczynek od szkoły i pracy to chwila Krótka, ale konieczna, gdyż życie umila; Wtem nagle osoba wkracza niespodzianie! To Buszu jest i słychać już freestyle'owanie, MC Busz wkracza słowem, by powitać ziomów, Jego wolny nie będzie zawierać pogromów, Jakimi razi wrogów podcza walk na rymy, Więc kiedy indziej scenę ogniem roziskrzymy, Dzisiaj Buszu lajtowo gada, gdyż na luzie, Buja się w spodniach wielkich i w Molesty bluzie, On dżinsy ma niebieskie i strasznie szerokie, Nie nastukany, chociaż idzie chwiejnym krokiem, To wolny styl tak działa, prawie jak narkotyk, W odróżnieniu od niego nie jest to zły dotyk, Rani on tylko w walce lamusów, frajerów, Nie mają oni prawa puszczać z adapterów Swojej żałosnej oraz żenującej muzy, Z ich twierdzy po ataku pozostaną gruzy, Tak Buszu słowem razi swoich oponentów, A szczególną pogardą skrytych konfidentów Traktuje; Tak więc postrach u nich Buszu budzi, Lecz lajtowo rymuje wciąż dla swoich ludzi; Pragnę tutaj przytoczyć ciekawą opowieść, Jednak to nie jest mądrość szerząca przypowieść, To tylko osiedlowa gawęda, zwyczajna Rekonstrukcja wydarzeń, subiektywnie skrajna, Gdyż dotyczy przyjaciół, stąd nieobiektywna, Za to pełna radości życia, a nie sztywna, Tej radości płynącej prosto z rymowania, Która miast odpoczynku do tworzenia skłania, O to opowieść prosta o walce w cipherze, O pojedynku wielkim w tej magicznej sferze, Cipher grupkka tworzyva zawsze w kształcie koła, Beatbox'ują, a każdy o walczących woła, Gdy nagle wyskakuje jakiś koleś wielki, Opuszcza wszystkich ludzi walki zapał wszelki, A on stoi i mówi: "Ale za was są tchórze, Zamiast MC's by lepsze z was były na rurze Tańczące prostytutki; jesteście frajerzy I nikt już w wasz styl wolny nigdy nie uwierzy!" Krąg ludzi zamarł, wszyscy milczą przerażeni, Tak strach nimi owładnął, jakby poparzeni Byli ogniem potwornym i tryumf dobitny Szykował się dla typa, gdy wszedł ktoś wybitny, To był MC Busz, który od razu uderzył I swoim wolnym stylem z kolesiem się zmierzył, O to MC Busz wkroczył: "Yo, mam coś tu na to, Załatwię Cię, gdyż zawsze będziesz zwykłą szmatą, Nie masz nic do gadania, opuść swoje ręce, Będę za chwilę niszczył Cię przy twej udręce, Hej kurwo, nie podskakuj, bo rymem Ci jebnę, Gdyż tylko ja wiem co jest w Hip-Hopie potrzebne, Niezbędnym elementem tym jestem ja, frajerze, A ty jesteś odpadkiem, mówię tobie szczerze, Więc wypierdalaj z tego cipher'a jebana Cioto, swym pyskiem humor zniszczyłeś mi z rana, Ale poprawię sobię go Ciebie mordując, Gadając słowem jakby w ryja tobie plując, Zobacz jak dziś upadasz w błocko głupi cwelu, Ja tańczę nad twym trupem jakby na weselu, Wiem - żałujesz ogromnie, że ze mną zadarłeś W cipher'ze, lecz za późno, bo, kurwo, umarłeś!" Tak MC Buszu skończył walkę ze zwycięstwem, Kroczył po kościach wroga, krusząc je ze chrzęstem; Ale to było kiedyś, a teraz na podwórku, Na świeżym powietrzu, a nie przy biurku, Busz freestyle dla ziomali rozpoczyna I nie marnuje się na smuty żadna czasu krztyna: "Mówię o kwiatach, chociaż one już nie kwitną Bo zima je zabija, prawdą to dobitną Jest, lecz to nie pogoda, charakter niszczy Je, charakter mój zły nie pozostawia zgliszczy, Przez moje grzechy więdną piękne dzikie róże I czasami, gdy stoję na wysokiej górze, Widzę pogorzelisko ze spalonych kwiatów, Popioły oznaczają granicę dwóch światów, Ten pierwszy to realny jest, imaginacją Jest drugi, marną, czarną, życiową wariacją, Wynik działania mojej ciężko chorej duszy, Co zbudowała bastion, którego nie wzruszy Nic, ona nie padnie jak upadła Bastylia, Samotna na morzu jest jak wyspa Sycylia, Zło się we mnie zalęgło i mnie nie zostawi, Nie wiem, czy bym człowiekiem dobrym był ktoś sprawi, Mogę już tylko zbierać proch z kwiatów z zwiędły I oblicza na lustrze moje całkiem zrzędły" Tak Buszu freestyle'ował poetyckim tonem, Przemawiał jakby chyba był samym Platonem, Lub wielkim Sokratesem, greckim filozofem, On nim nie był, jednakże podążał ich tropem, Rymować nie przestaje, już temat kolejny Dostał, więc mówi, chociaż głos zmęczony, O to wolny styl będzie mówił o koszmarze: "Boicie się, już widzę zalęknione twarze, A ja lęku nie czuję, kiedy spaceruję Po cmentarzu po nocy, umysł wam zatruję Moimi opowieśćmi prosto z piekła mroków, Przerażeni nie mogąc zrobić paru kroków Będziecie płakać, krzyczeć oraz wołać: "Mamo!" Ale ja was im porwę i otoczę ramą; Idę po starym, ciemnym cmentarzu i nagle Statek życia ludzkiego zwija swoje żagle, Wszystkich was przerażenie ogarnia biedacy, Mroków zapadających nie rozświetlą racy Światła, jest coraz ciemniej, strach wszystkich ogarnia, Zgasły gwiazdy i księżyc i każda latarnia, Groza, groza! To słabe słowo, aby oddać Uczucia, którym serca swe musicie poddać; Patrzycie się wkoło nic nie dostrzegając, Marzycie by stąd uciec tak szybko jak zając, Ale nic z tego moje dzieci, grób was czeka, Goni was upiór, potwór, na was śmierć nie zwleka! Nadchodzi noc makabry, noc dla dusz przeklętych, Zapomnianych przez żywych, a nawet wyklętych, Dziś krew będzie płynęła potokami, wielkie Potworności nadchodzą i czyny złe wszelkie... Yo, w tym momencie ktoś freestyle Busza przerywa, Mały się on nazywa, o to jego ksywa, I mówi on tak: "Ej ziom, zakończ już ten temat, Dla mnie on to nie najlepszy schemat Jest, mówiąc szczerze już ze strachu wymiotować Chcę, a ty mi jeszcze chcesz coś zgotować, To nie na moje nerwy, ja tego nie trawie, Wolałbym oddawać się słowotwórczej zabawie, Więc zmień to opowiadanie, proszę, O wylajtowanie freestyle'u twego wnoszę Ja"; na to Buszu taką odpowiedź zapodaje: "Dobra, dobra, zmieniam mojej gadki obyczaje, Rzuć mi tylko nopwy temat", "Rzucam" - mówi Mały "Dzielnica - o to temat, tylko nie dawaj chały!" "Yo! Popatrz na tę okolicę zniszczoną Wielce, jak załamującą ręce matką zrozpaczoną Nad losem swoich dzieci, mnie to wcale nie dziwi, Czujesz gorycz i kwasotę życia jak smak kiwi, Ej stary, nie załamuj się, trochę odwagi Ci potrzeba, ale nie dadzą Ci jej na pewno dragi, To dziadostwo tylko Cię zniszczy, Diabeł w narkotyku czycha na Ciebie i piszczy, Ty! Posłuchaj mnie, tak, mówię ty! Ogarnij Się człowieku i zło tego świata ze swego serca zgarnij, Wybierz życie, mówię Ci - wybierz życie, Nie pozwól by narkotyki zamordowały Cię skrycie; A wracając do tematu dzielnicy, to słuchaj Chłopie, pełno jest tu takich, z którymi się nie udobruchaj, To dilerzy, którzy sprzedają ten jebany towar, On was niszczy doszczętnie, to nie to co browar Wypity od czasu do czasu, tak więc powiadam: Jebać dilerów i narkotyki, taki cios im teraz zadam, Oczyścimy dzielnicę z tych wszystkich skurwysynów, A do tego nie potrzeba wcale wielkich czynów, Wystarczy nie brać dragów, nie dawać tym chujom zarobku, Nie bądź naiwny jak dzieci w żłobku, "Myślę nie, mówię nie" to moje hasło, Przebijam się przez wrogów zastępy za jego pomocą jak przez masło, Oczyścimy naszą dzielnicę z narkotykowych chwastów Bo nie ma tutaj miejsca dla dilerów, czyli pederastów!!!" Freestyle Busza wywołał u ziomków zachwyt i dostał owacje, A teraz Busz wrzucił na luz, jakby wcisnął spację... Dobra, ale ziomale rymów domagają Się ciągle, na kolejną opowieść chęć mają, Ale Busz wyczerpany nie chce już rymować Dziś, taka jego słowa jest teraz wymowa, Więc wyciąga z kieszeni browara i pije Go dużymi łykami, a rym się nie wije Już; reszta za przykładem Busza się zabrała Za picie browara i czyni to bez mała. Ale nagle, co się dzieje, proszę Państwa, to nie sztuka za trzy grosze, Buszu skończył browara i powraca by rymować, Więc na kolejny strzał musicie się przygotować, O to MC Busz wkracza oczywiście rymem, Aby obronę słabych mc's puścić z dymem, "Yo, to będzie mój freestyle, ale bez tematu, Wypuszczam rym jak pocisk jakby z automatu, Ja rymuję na wolno i bez zająknięcia, Nie ma w mych wersach nigdy tu żadnego spięcia, A teraz poetycko będę śpiewał sobie, Wykwalifikowałem się nieźle w sposobie Tym, bo życie to przecież poezja, nie wierzysz? Gdyż życiem nie żyjesz, lecz tylko się z nim mierzysz, A życiem trzeba cieszyć się i ponad wszystko, Życie to różnorodność, nic wspólnego z czystką, Życie trzeba pochwycić obiema rękoma, Trzeba zgłębić misterium zapisane w tomach Księgi świata, mądrości zaczerpnąć należy, Musicie żyć prawdziwie, musicie uwierzyć W to: O życie należy dbać bo jest największą Wartością, obcy ludzie darów nie powiększą, Sam musisz walczyć, dzieciak, o profity, kumasz? Takie są tu zasady, nic tu nie wydumasz, Carpe Diem, chwytaj chwile i żyj pełnią życia, Bo jedyne co warte to właśnie przeżycia, Lecz życie łatwo przegrać, a więc go nie zmarnuj, Cdn... ( chyba? )
-
Kim jestem? Studentem prawa. Niestety w trybie zaocznym. Ale chodzę z dziennymi na zajęcia, gdyż nie pracuję. Wiem, iż obciąża to finansowo moich rodziców, więc staram się to im wynagrodzić poprzez dobrą naukę. Kiedyś, gdy uzyskam dyplom i dostanę dobrą pracę, oddam rodzicom pieniądze, które we mnie zainwestowali. Bardzo ich kocham i doceniam trud, jaki wkładają w moje wykształcenie i całe życie. Nie chcę by martwili się o mnie i smucili z mojego powodu. Z tego powodu staram się uczyć jak najlepiej, choć nie czynię tego tylko dla nich. Robię... tak, myślę, że robię to głównie dla siebie. Niezwykle interesuje mnie nauka prawa i chciałbym w przyszłości pracować jako prawnik, a najchętniej jako pracownik naukowy. Pisałbym wtedy wiele książek i prowadziłbym zajęcia na Uniwersytecie. Realizowałbym w pełni swoją pasję i zainteresowania. Poza nauką uprawiam sport, a konkretnie dwie dyscypliny. Są nimi: jazda na rowerze - codziennie jeżdżę na uczelnię i nie tylko, w zasadzie wszędzie, na rowerze- oraz kickboxing. Wiem, iż ten ostatni może się wydawać nie bardzo intelektualnym zajęciem, lecz jest to pobieżny osąd. Kickboxing, podobnie jak boks, nie wymaga tylko brutalnej siły, lecz szybkości, zręczności, zwinności, gibkości i przede wszystkim techniki, a także taktyki. Jest to sport, gdzie w wyjątkowo dużym stopniu, w porównaniu z innymi, używa się mózgu. To nie żadna farsa - naprawdę potrzebne jest tutaj myślenie. Na każdego przeciwnika trzeba obrać odpowiednią strategię, styl walki i rozsądnie rozplanować trening, a także starcie. Jest to, moim zdaniem, sport intelektualny. Oczywiście obrażenia głowy nie wpływają korzystnie na umysł, ale staram się ich unikać, a ponadto... no cóż... trzeba się zdecydować, czy akceptujemy pewne niedogodności. Ja je zaakceptowałem, ale oczywiści nie każę nikomu postępować tak jak ja i niszczyć swojego mózgu. Każdy musi podjąć indywidualną decyzję, gdyż nie ma jednej słusznej drogi. Czasami gdy trenuję i ból oraz zmęczenie wprawiają mnie prawie w omdlenie, gdy pot spływa mi po całym ciele, myślę o granicach ludzkich możliwości. Czy zdołam ją osiągnąć, a może przekroczyć. To ideologia wpływa tak na mnie - nie ideologia taka, jaką ma każda sztuka walki, gdyż kickboxing nie jest nią, lecz sportem walki, a to jest wielka różnica. On jest jej pozbawiony, ale posiada ogólną ideologię sportu, jednaką dla niego jak na przykład dla kajakarstwa i tenisa. Dla mnie kickboxing to nie tylko dbanie o swoje zdrowie i kondycję. W moim przypadku jest to część życia, część samego mnie. Chciałem kiedyś napisać o kickboxingu wiersz, ale nie byłem w stanie nic sklecić. Może i słusznie, gdyż kickboxing to owszem poezja, ale nie poezja słowa. To poezja ruchu. Kickboxing wyleczył mnie z kompleksów. Rozbudził moją wyobraźnię i rozszerzył percepcję piękna. Wstaję nad ranem, gdy jest jeszcze ciemno, jadę rowerem poza miasto, staję na wzgórzu i ćwiczę. Uderzenia, kopnięcia, poruszanie się i uniki. Jest zimno, szaro i ponuro, ale ja się nie poddaję. Ćwiczę dalej. I kiedy padam już ze zmęczenia, gdy mam się już poddać i przegrać, kiedy nie mam już sił - zaciskam żeby ( tu nie liczy się już wytrzymałość, lecz siła woli ) i ćwiczę dalej. I... wtedy... wstaje słońce. Pewnego razu ćwiczyłem tak rano z dwoma kumplami; oni walczyli ze sobą, a ja sam. W pewnym momencie wyczerpałem się tak, że poddałem się i położyłem na ziemi. Cierpiałem z bólu, lecz oni walczyli dalej, będąc tak samo zmęczeni jak ja. Walczyli dalej. Walczyli dalej. I wtedy wzeszło słońce nad nimi i oślepiło mnie. Jedyne co mogłem dostrzec to wszechobecne światło, jarzące się słońce i dwa cienie walczące na jego tle. Od tego czasu zrozumiałem, że muszę zawsze walczyć do końca. A i jeszcze jedno: precz ze wszystkimi sterydami, anabolami i używkami. Sport to zdrowie. Sport to piękno. Oprócz sportu interesuję się także literaturą. Lubię dramaty, które wolę czytać niż oglądać wystawiane w teatrze. Moim ulubionym jest "Dzika kaczka" Ibsena. Przewierca mnie na wskroś poezja, jakby chciał nauczyciel z "Ferdydurki". Lubię romantyzm, Mickiewicza i Słowackiego, oraz poezję nowoczesną: Skamandrytów, Herberta, Różewicza. Szczególnie tego ostatniego. jego wiersze z tomiku "Niepokój" powodują we mnie dreszcze i wstrząsy, a czasem nawet płacz. Wiem, iż to niemęskie płakać, ale taka jest prawda. Może jestem słabeuszem, nieprzystosowanym do brutalnego życia. Nie wiem, nie wiem. Wiem natomiast, że częścią mego życia, ech, żeby tylko życia, częścią mojej duszy, są właśnie te wiersze. Czasami mylę literaturę z rzeczywistością i wydaje mi się, iż to ja jestem Ocalonym, ja jestem Uczniem Czarnoksiężnika, ja jestem ogrodnikiem z "Róży". Lubię także prozę. Przeczytałem wiele opasłych tomiszczy, takich jak "Ulisses", "Obłęd" czy "Chłopi", a także pełno mniejszych dzieł. Może się zbytnio chwalę, ale wiele godzin przesiedziałem w bibliotekach i na fotelu w domu, czytając. Nienawidzę się chwalić. Głupio mi teraz, że to zrobiłem. Strasznie głupio. Jestem głupcem. Interesuję się też historią. Przeczytałem wiele książek z tej dziedziny, póki nie zajęło jej miejsca prawo. Kiedyś też pasjonowała mnie polityka. Codziennie czytałem na lekcjach w liceum "Dziennik", a wcześniej "Rzeczpospolitą". Ale to było kiedyś... Dziś uważam sztukę rządzenia państwem za brudną. Uwielbiam książki bez morału, które nie pokazują nam idealnego typu człowieka ani stylu życia, gdzie każdy jest po trochu dobry i po trochu zły. Dostojewskizm. Za to cenię "Zbrodnię i karę" oraz "Granicę". W tej drugiej doskonale ukazano różne spojrzenia na tą samą kwestię, mianowicie jacy jesteśmy. Jakiej muzyki słucham? Wielu gatunków. Od heavy metalu, przez rap, po klasykę. Nie jestem ekspertem w żadnej z nich, ale odczuwam, gdy słyszę daną muzykę. Lubię kaprysy Paganiniego, "Etiudę rewolucyjną" Chopina; interesują mnie teksty hip-hopowe 2Pac'a, Magika, Eldo, Vienia i Włodiego; natomiast ekstazy doznaję gdy słyszę gitarę Jason'a Becker'a, Marty'ego Friedman'a, Kirk'a Hammett'a, Dave'a Mustein'a, Tony'iego Iommy'iego i Jimi'ego Hendrix'a. Kocham muzykę, choć nie potrafię grać ani napisać żadnego tekstu do rymu, a i bez niego także. Jestem tylko konsumpcjonistą. Cenię sobie kulturę i dobre wychowanie. Sam jestem świadomy wielu swoich wad, lecz staram się je zwalczać i pracować nad sobą. Nienawidzę chamstwa i prostactwa, a szczególnie dresiarstwa. Chodzą tacy z żelem na głowie, albo krótko ostrzyżeni, bądź nawet łysi i napadają na ludzi na ulicy. A jeśli nie, to krzyczą, drą się i klną. Często są pijani, choć nawet trzeźwi zachowują się jak orkowie z "Władcy pierścieni". Najbardziej uderza mnie, gdy osaczają dzieci i młodzież, najczęściej młodszych i słabszych od siebie, wyciągają noże i inne narzędzia zbrodni i żądają pieniędzy albo telefonów komórkowych, lub innych kosztowności. Ja potrafię się obronić, ale inni? Jak można napadać na kogoś bezbronnego? Gdzie humanizm i szacunek dla zdrowia i życia ludzkiego? Czy już kompletnie weszło w życie prawo ( bezprawie ) Homo Homini Lupus? Czy nic nie pozostało w nas, ludziach, ludzkiego? Chyba niewiele... Już o tym mówiłem, ale chciałbym wypowiedzieć się na ten temat więcej. Chodzi mi o poezję, a dokładnie o postrzeganie świata, percepcję piękna. Dawniej poeci w tym źle, które nas otacza, szukali dobra i je pragnęli opisać. Dzisiaj w poezji znajdujemy cierpienie i nienawiść. Czy poezja może opisywać zło i być dobra, piękna? Wpadają do niej także twory popkultury i kapitalizmu, śmietnik wypełniony płytami Britney Spears, Coca-Colą, chipsami "Lays", "Snickers'ami", "Modą na sukces", "Big Brother'em", "Tańcem z gwiazdami", gumą do żucia, jaskrawym makijażem nastolatek i słownictwem współczesnych jaskiniowców - dresiarzy. Jak można znaleźć we współczesnym świecie piękno? A może nie można. Więc poezja czerpie ten śmietnik i nie jest już piękna, A jednak jest. Może poezja jest jak krowa, przerabiająca trawę i wodę na mleko. Przerabia zło w dobro, brzydotę w piękno. Nie wiem. Jestem tylko prostym człowiekiem. Nie umiem pisać wierszy. A bardzo bym chciał. Może za bardzo. Dlatego mi nie wychodzi. Kiedyś jednak stworzyłem mój jeden jedyny wiersz, takie badziewie: Noc Noc... Ciemność... ...Ale przecież gwiazdy świecą... ...Księżyc świeci... Samotność... Brak mi Ciebie... Znów ( nie ) przyjdziesz do mnie Przyjdziesz jako marzenia Nie przyjdziesz naprawdę Chciałbym zniknąć Straszne badziewie. Brak mi talentu. A tak wiele chciałbym powiedzieć. To straszne, nie umieć się wypowiedzieć. Dobrze przynajmniej, że sport i studia rekompensują to trochę i zwalczają zgorzknienie. Mówiłem już, iż czytając wiersze płaczę. Nie jestem widać przystosowany do twardego, szarego życia. W ogóle nie jestem przystosowany. Jestem ponadto wewnętrznie sprzeczny. Czasami podoba mi się świat, gdy ćwiczę kickboxing, jeżdżę na rowerze, uczę się prawa; jednak gdy czytam literaturę, czuję smutek. Jestem słaby. Jestem słabeuszem, nie potrafię wykorzystywać wad innych na swoją korzyść, lecz pomagam ludziom je pokonać, za co oni mi się nie odwdzięczają, wręcz przeciwnie - ranią mnie. Nie umiem rozpychać się łokciami. Gdy wyjdę już na dany szczyt, samemu, bez niczyjej pomocy, podaję rękę innym, a oni po wejściu, kiedy już też tam stoją, zrzucają mnie w dół. jestem słabeuszem, ale mimo to walczę, gdyż mam dla kogo. Dla rodziców, rodziny i przyjaciół. Oni mnie nigdy nie zawiedli. Dla nich żyję i staram się dążyć do bycia dobrym człowiekiem i stawać sam na sam przed falą zła. Staram się, choć nie zawsze mi wychodzi. Walczę. Jestem wojownikiem. Wspiera mnie sport, nauka i literatura, szczególnie poezja. Staram się. Jest jeszcze jedna pasja o której wam nie mówiłem. Jest ona silniejsza od wszystkich pozostałych, choć jedna z nich - kickboxing - współgra z nią. A więc lubię, uwielbiam, kocham... napierdalać się na meczach!!! I nie tylko na nich, gdyż nie pogardzę żadną ustawką. W sumie to teraz więcej napierdalamy się na nich, gdyż na stadionach zbytni przypał. Wszystko przez ten jebany monitoring. Jebać kamery, ochroniarzy i oczywiście policję!!! No i straż miejską. Po chuj te skurwysyny mieszają się do naszego hobby?! No po chuj, kurwa, pytam. Czy przeszkadza im, że na stadionie wbijamy się normalnie kurwa na sektor kibiców drużyny przeciwnej? No kurwa, może jakimś pedałkom, którzy się nie napierdalają, a tylko przychodzą popatrzyć na mecz, ale chuj z nimi. Gdyby byli prawdziwymi kibicami, to by się nadubcali jak my. I co to za pierdolenie z tymi rodzinami przychodzącymi na mecze z dziećmi? Przecież oni mają inny sektor, a my się lejemy na innym. W ogóle to nie znoszę tego jebania smut, że prawdziwi kibice się nie biją, a my nie jesteśmy kibicami, tylko pseudokibicami. Gówno prawda! To my jesteśmy wiernymi fanami naszych drużyn!!! Naprawdę interesujemy się meczami, choć wynik zadymy czy ustawki jest ważniejszy. Naprawdę obchodzi nas gra piłkarzy, a wynik spotkania to nie tylko pretekst do walki. Ta jebana "Gazeta Wyborcza" oczywiści pierdoli jakieś smuty, że my w ogóle się nie interesujemy piłką nożną, nie kibicujemy na prawdę, lecz szukamy w piłce pretekstu dla chuligaństwa. Pierdolenie!!! Pewnego razu zajebiemy wszystkich gnoi, którzy chcą skończyć z ruchem hools. Zajebiemy także policję, bo po chuja się mieszają do naszych zadym i ustawek? Jeszcze do zadym to ostatecznie mogę jakoś to zrozumieć, ale do ustawek? Co im kurwa niepasuje, że napierdalamy się w lesie między sobą? Przecież nie mamy wątów do osób postronnych. Chuj w dupę policji! Jebać policję! Niech do nas nie podskakują, gdyż jest nas coraz więcej i pewnego dnia zajebiemy ich wszystkich. I niech nikt nie myśli, że jesteśmy jakimiś dresiarzami. Kłamstwo! Tylko część z nas nimi jest. Pozostali jesteśmy normalnymi, kulturalnymi ludźmi, sportowcami i intelektualistami. Tylko sport cenimy najwyżej. A ten sport wyraża nasz ruch: Hools. Tylko to nas różni od innych ludzi, że lubimy się napierdalać. I to przecież nie z bezbronnymi, tylko między sobą. Dlaczego kurwa wszyscy, na czele z "Gazetą Wyborczą" macie, kurwa, do nas wąty? Za co? Za zadymy i ustawki, za wierność własnym klubom? To nasze życie. W ten sposób manifestujemy właśnie wierność ukochanym barwom klubowym. Razem z piłkarzami dbamy o dobro naszych klubów. Tylko tym się różnimy, że zadaniem piłkarzy jest grać, a naszym kibicować, czyli chodzić na mecze, jeździć na wyjazdy i napierdalać wrogich kibiców. Ponadto naszą chlubą i dumą jest nienawiść do policji, straży miejskiej, ochroniarzy i jebanych konfidentów. A do wszystkich kibiców wrogich nam drużyn razem zgodnie krzyczymy: CHODŹCIE SIĘ BIĆ, KURWY!!!
-
Ustawka To było tak: od nas z ekipy ludzie mówili coś, że ostatnio parę osób dostało bęcki, a ekipa X się rozbujała na dzielnicy, więc trzeba coś z tym zrobić. No to pytamy się co, a oni mówią, że wypadałoby zrobić im jakiś wjazd na osiedle. No to my się pytamy kiedy i gdzie, na to myślą, że w piątek. A kiedy to słyszałem to był poniedziałek. Więc przez te cztery dni ćwiczyłem ostro Kicka, a także ze sprzętem. Tak więc w końcu nadszedł piątek, czyli upragniona ustawka, bo jak się okazało, to już nie będzie wjazd, gdyż ktoś wychlapał ozorem, konfident jebany, i tamci już wiedzą, są przygotowani i w ogóle to oni chcą nam najebać, zamiast my im. Tak więc standardowa ustawka, tylko z tym wyjątkiem, iż nie w lesie, tylko u nich na osiedlu Zamroczenia i nie bez broni, tylko ze sprzętem. Jak mi o tym powiedzieli, to zatryumfowałem, bo ja to bez narzędzi to tak kiepsko, ale ze sprzętem to rządzę. No to co tu dużo mówić: pojechaliśmy tam w piątek rano o godzinie dziesiątej, więc zajebioza, bo opuściłem lekcje, no niektórzy autobusami, niektórzy z buta, a jeszcze inni, tak jak ja, samochodami, choć nie jest to bezpieczne, bo jakby te kurwy dorwały się nam do gablot, kiedy my byśmy się nadubcali z resztą, to przechrzanione, jakby pyty przyjechały – nie byłoby jak uciekać; pewnie skończyłbym znowu w celi, tak jak wtedy po tej napierdusze w parku. Ale dobra, dobra, jak się później okazało, nie dokurwili się nam do samochodów, a niebiescy nie interweniowali; ilość konfidentów na osiedlu Zamroczenia musiała pewnie zmaleć wcześniej. No to tak to było: wysiadamy z gablot, ustawiamy się razem z resztą brygady, no i jest nas trzydziestu, każdy ze sprzętem. Bujamy się po ich dzielnicy, a tu tamci, a ich… jest sześćdziesięciu! Ale chuj, Y jest najlepszą drużyną w mieście, a jej bojówki rządzą i klepią skurwysynów z X. Ustawiliśmy się w szeregu, a oni naprzeciw nas i krzyczymy do nich: -Co jest kurwy, zesraliście się ze strachu! Spierdalajcie, bo wam najebiemy! Kurwa i tak macie zresztą wpierdol za wpierdol na naszych ludziach; Wpierdol za wpierdol, bęcki za bęcki! A oni na to: -Ssijcie nam pały, szmaty! A my: -Chuj wam w dupę! A oni: -A wam w uszy, bo w dupę to pewnie dla was przyjemność! Na to ja się wkurwiłem i już chciałem zajebać ich wszystkich, ale mnie kumpel jeden przytrzymał i mówi, żebym się zatrzymał, żebym się nie wychylał przed szereg, bo i tak im najebiemy, tylko jeszcze im pojedziemy po ambicji, żeby byli wkurwieni na maksa i bili się najlepiej jak potrafią, a i tak w końcu dostaną wpierdol. Więc ja wylajtowałem trochę, więc czekam i słucham: -Chodźcie się bić, kurwy! – krzyczą nasi -A co, tak bardzo wam się śpieszy, żeby dostać wpierdol, wyjebane, zeszmacone pizdy?!!! – krzyczą z zapytaniem oni Na to my już nie wytrzymaliśmy i cały pierwotny plan poszedł się jebać, bo to nie oni nas zaatakowali, tylko my ich. Ale chuj mnie szczerze mówiąc obchodził nasz pojebany plan. Ja tu przyszedłem się bić, a nie deliberować No to biegniemy na nich, wrzeszcząc: Y PANY, JEBAĆ X!!!, licząc, że oni się nas przestraszą, ale oni nic, pewnie dlatego, że było ich sześćdziesięciu, a nas tylko trzydziestu; szmaty jeszcze same zaczęły krzyczeć: X PANY, JEBAĆ Y!!!, a ponadto zaczęli biec na nas, wymachując sprzętem, tak samo jak my. Więc biegniemy i biegniemy, biegniemy, biegniemy, biegniemy, biegniemy i oni biegną i my biegniemy i… JEBUDU!!! Starliśmy się ze sobą! Kurwa, nie wiem jak to było wszystko, więc się mnie przestań o to pytać, naszkicuje Ci to jak ja się napierdalałem. Standardzik, biegnę, zanim się jeszcze starliśmy, na jakiegoś buca z bejsbolem, a ja w ręku trzymam siekierę. Zbliżamy się do siebie i w tej chwili on chce mnie uderzyć tym drewnianym kijem, więc zamachuje się i już to widzę w jego oczach jak napawa się zwycięstwem stojąc nade mną, kopiąc mnie w plecy i plując mi w moją pękniętą czaszkę… Ale nic z tego bo to ja byłem szybszy i pojechałem mu siekierką po palcach, a on na to jak nie pisnął i nie wypuścił kija z grabar na ziemię, no to ja mu jebnąłem trzonkiem toporka w samiuteńki czubek głowy, a on padł zemdlony. I to jest przewaga siekiery nad bejsbolem i wszelkimi pałkami. Chodzi mi o jej niewielką wielkość i lekkość, tak więc można ją schować do plecaka, albo najlepiej jeszcze owinąć siatką, i wtedy można ją nawet wyjąć przy chuju, którzy trzyma na przykład batona w ręce i on nie wie co ty masz tam w tej reklamówce, a ty mu JEB! z przyczajki, ale to taki trik nie na ustawkę, tylko tak na co dzień… co? jaką, kurwa, dygresję robię, co kurwa, masz coś do mnie?!!!, aha, rozumiem, odchodzę od tematu, spoko, to już wracam, ale nie używaj jakichś zjebanych słów pochodzenia naukowego. Tak więc szukam kolejnego buca i już upatrzyłem sobie gnoja z pałką policyjną, nie wiem skąd on taką wyczaił, mniejsza o to, pewnie ssał smerfom pałe, to mu dali w prezencie pałe, o kurwa, ale śmieszny jestem, no to on zbliża się do mnie, więc ja biegnę na niego i już zamachnąłem się siekierą od góry, gotów do uderzenia, kiedy on jebnął mnie tą gumową pałą po nogach. A ja na to: Auuuuuuuu, kurwa!!! I skulam się z bólu, a później podskakuję na prawej nodze, bo w lewą mocniej mnie jebnął, gdy on szykuje się do drugiego ciosu, ale debil się pomylił, bo zamiast mnie jebnąć w czachę jak skuliłem się, to on odczekał, by napawać się moim cierpieniem i śmiejąc się, a ponadto to nie zauważył, że nie wypuściłem siekierki z ręki, więc gdy podszedł by jebnąć mnie podłużnie poziomo w nerkę, to ja mu machnąłem leciutko, ponieważ nie miałem wiele siły, gdyż cały czas nogi mnie tak bolały, jakby ktoś mi w nich wiercił wiertarką od środka, więc jak już mówiłem, leciutko machnąłem mu siekierą po twarzy, zadając uderzenie tylko z prawej ręki, bo lewą trzymałem się ugiętej lewej nogi i cały czas podskakiwałem na prawej. Tak więc mój cios nie był silny, ale wystarczył, żeby rozciąć mu policzek na pół i zrobić dość dużą szparę w nosie. Krew zalała mu twarz, złapał więc się za nią rękami, a mnie jakoś ból w nodze ustąpił, więc tak jak poprzedniemu bucowi, zajebałem chujowi trzonkiem siekiery wprost w czubek głowy. Kolo naturalnie zemdlał, a ja w tym czasie wpadłem przez przypadek na innego skurwysyna z przeciwnej brygady, w dodatku trzymającego ogromnej wielkości kosę. Fart, że się na nią nie nabiłem; patrzę na jego zaskoczoną twarz, a on na moją zaskoczoną twarz również, ale to ja pierwszy ocknąłem się z odrętwienia, więc jebnąłem mu od razu siekierą w ramię. Kolo padł na ziemię, ale siekiera utkwiła mu w ramieniu, więc miałem problem z wyjęciem jej mu z ręki, a tu patrzę, a leci na mnie inny pojeb z łomem i w ostatniej chwili, zanim mnie nim zajebał wbijając mi go w czaszkę, lutnąłem mu nim na ślepo z zamachu prosto w zęby. O kurwa, ile poszło ich, a moja siekierka znowu mi utknęła, tym razem w jego mordzie, ale wyjąłem ją bez większych oporów, kiedy kolo jeszcze stał na nogach, zanim zwalił się z nich w bitewny pył. Kurwa, gites, myślę sobie i szukam kolejnego, a tu moim oczom ukazuje się chłopek także z siekierą, więc zajawiłem się, bo zmierzę się z kimś z mojej dyscypliny. Biegniemy na siebie i ja mu jeb, w nadziei, że rozwalę mu czachę, a on to samo, ale ja byłem szybszy, lecz nie trafiłem w łeb, lecz w palce, które zaciskał na siekierze i już napawam się zwycięstwem, gdy on, skurwysyn jebany, pedał cwelony, dziwka dymana, wyciąga drugą ręką z kieszeni w spodniach batona, rozsuwa go i JEB! mi po głowie. Zakręciło mną jakbym wszedł pod wielki dzwon i ktoś by w niego jebnął takim specjalny kijem. O kurwa, wywaliłem się na plecy nie mogąc ustać, próbuje jednak wstać, bo wiem co się za chwilę stanie, więc zrywam się, ale nie zdążyłem; skurwysyn zaczął już mnie butować z całej pizdy, ile miał siły w nogach. Ja już myślę, że to koniec, ale nagle czuję, że przestał, podnoszę głowę, rozglądam się, a tu mój zajebisty ziomek stoi nad tamtym bucem, który leży teraz nieprzytomny na ziemi, i trzyma bejsbola w ręku. -Dzięki, że mi pomogłeś – mówię -Lajcik, Mały, czego się nie robi dla ziomków – odpowiedział Podniosłem się z gleby, otrzepałem ubranie i podniosłem siekierę. Patrzę, a tu już po ustawce. Naszych trzydziestu rozgromiło tych jebanych sześćdziesięciu cwelów. Stoję tak i widzę jak oni zabierają swoje dupy w troki i uciekają ze swojego ojczystego osiedla. Co za hańba, ja bym walczył do końca w obronie swojego podwórka. I twojego też, bo graniczy z moim i tworzą tak jakby jedno ogromne podwórko. Więc stałem tam, lecz nie napawałem się zwycięstwem, ponieważ jednak dostałem porządny wpierdol mimo czterech zwycięstw. Stoję nie napawając się zwycięstwem, ale dumą z przynależności do bojówki najlepszej drużyny w moim mieście, kraju i w ogóle na świecie, co jeszcze udowodnią. Y PANY, X KURWY! Y rządzą kurwa i rozpierdalają wszystkich. Y pany, jebać cwelów kibicujących X. Pewnego dnia zajebiemy ich wszystkich i skończy się ich bujanie i policję zakurwimy również, bo my jesteśmy najlepsi i normalnie, kurwa, nikogo się nie boimy i w ogóle to zajebiemy każdego, kurwa mać, Y RZĄDZI, Y PANY! Jestem dumny z Y i z siebie jako kibica Y. Mogę śmiało powiedzieć, że jestem prawdziwym fanem i pasjonatem piłki nożnej. Jestem wierny swojej drużynie i czynię dla jej dobra. Nie odwracam się za siebie. Sport to zdrowie!!! Wiem, że podjąłem właściwą decyzję. I chuj, że innym to się nie podoba. I chuj, że znowu będę kiblował klasę w gimnazjum. I chuj z tym, że moja Matka ma zmartwienia, bo musi odbierać mnie z aresztu na posterunku i wysłuchiwać skarg wychowawczyni. Chuj. JESTEM Z SIEBIE DUMNY!!! UWAGA!!! ATTENTION!!! WARNUNG!!! WNIMANIE!!! Nazwy klubów piłkarskich zostały ocenzurowane jako X i Y, a nazwa miasta, w którym rozgrywały się zdarzenia przedstawione w opowiadaniu przemilczana dla dobra osób postronnych. Oparte na autentycznych wydarzeniach.
-
1. Budzisz się. Lóżko w którym aktualnie leżysz jest na maksa rozbebeszone. Wiesz o co mi chodzi. Kołudra została chyba poszatkowana jakimś mieczem samurajskim, prześcieradło przeszło przez niszczarkę do dokumentów, a o poduszce słuch zaginał. To znaczy, nie jest tak jak mówię, ale wygląda to na takie jakby to było. Wstajesz, pragniesz ubrać się ale przedtem bierzesz głęboki oddech i… spostrzegasz, że nie pamiętasz jak się nazywasz. - „O kur…” – tak właśnie mówisz – „Jeszcze przed chwilą było mi to znane. A teraz? Co zamierzasz zrobić wobec tego zajścia? - „Mam to gdzieś, nie zależy mi na tym jak się nazywam!”. Przejdź więc do punktu 2. - „Muszę sobie przypomnieć kim jestem”. Przejdź więc do punktu 3. 2. Znajdujesz się więc gdzieś w jakimś obcym mieszkaniu, nie wiadomo do kogo należącym, może do Ciebie, a może nie. No, ale skąd o tym masz wiedzieć skoro sam nie wiesz jak się nazywasz? Dobrze byłoby się po nim rozglądnąć. A więc: -„Rozglądnę się po tym mieszkaniu, na pewno to ja w nim mieszkam, więc nie będzie to kradzieżą, jeśli coś sobie z leżącym tutaj rzeczy wezmę. A zresztą nawet jeśli to nie mój dom, to ten kto mnie tutaj zostawił, brał pod uwagę taką możliwość, że się zbudzę, więc się nie obrazi. Przejdź więc do punktu 4. - „Nie będę buszował po cudzym mieszkaniu. Co ja jestem, jakiś buszujący w zbożu, z książki Jerome David Salinger’a?” W tym momencie natchnęła Cię eureka, ponieważ przypomniała Ci się książka, którą przeczytałeś kiedyś. Nie jesteś już zwykłą tabula rasa. To może przypomnę sobie coś jeszcze z czasem. Przejdź do punktu 5. 3. Bardzo starasz się przypomnieć sobie jak się nazywasz, niestety nic Ci z tego nie wychodzi. - „ Cholerny świat…” – myślisz Nadal próbujesz wytężyć umysł i otworzyć wieko skrzyni ze skarbami, ale ono jakby na złość samo się zamyka. Zaczynasz więc denerwować się coraz bardziej, aż w końcu rzucasz się z furią na postrzępione prześcieradło. Ale zaraz… czemu ono jest tak twarde? Podnosisz je do góry i … wypada z niego przeźroczysta butelka z etykietą. Podnosisz ją, odwracasz nadrukiem do góry i spostrzegasz widniejącego na niej brodatego mężczyznę. Odczytujesz wielki napis pod spodem: „Rasputin” i malutki na dole: „84,5 %”. - „No tak, teraz już wiem, czemu straciłem pamięć. Ale jak wypiłem całego Rasputina i zdołałem wstać bez środków na kaca, to z pamięcią też nie będzie problemu”. Przestajesz się więc na razie przejmować tym problemem. Przejdź do punktu 2. 4. Rozglądasz się rzutkim wzrokiem po pomieszczeniu. Ma ono kształt prostokąta. Jedna z dłuższych ścian jest cala zastawiona meblościanką, a po drugiej stronie znajduje się biurko z komputerem i kwiatek. Taki duży. To może roślina? Przy pierwszej krótszej ścianie jest też jedna szafka i lóżka nad którym stoisz, zwrócony wzrokiem w stronę przeciwnej ściany, będącej drzwiami na balkon. Za oknem jest bardzo jasno, tak, że promienie słońca oślepiają Cię, mimo dość grubych, białych firanek. No to co robimy? - „Przy biurku widzę jakiś plecak. Na pewno są w nim dokumenty”. Przejdź do punktu 6. - „Na meblościance po lewej stronie jest pełno papierów i książek, na pewno walają się wśród nich jakieś dokumenty”. Przejdź do punktu 7. - „Na szafce kolo lóżka jest dużo książek. Może do jednej z nich ktoś włożył jakiś dokument tożsamości?” Przejdź do punktu 8. - „Mam gdzieś te cale szarady! Muszę się przewietrzyć. Wychodzę na balkon”. Przejdź do punktu 9. - A może by tak wyjść z tego pokoju? „Świetna myśl. Wychodzę stąd”. Przejdź do punktu 10. 5. Stoisz więc sobie tak na środku pokoju i nic nie robisz. Ale jeśli się nie nudzisz, to spoko. Gdybyś jednak przypadkiem się znudził, to przejdź do punktu numer 4. Ale pamiętaj, nie śpiesz się. Ja w każdym razie Cię nie popędzam. Nie chcę być w żadnym wypadku oskarżany o mobing w czytaniu książek. 6. Dopadasz do plecaka. Przeszukujesz go, ale nic nie możesz w nim znaleźć oprócz książek, których tytułów nie chce Ci się nawet czytać. Podnosisz więc tornister wysoko w górę i trzymając go otworem w dół oraz potrzepując, wysypujesz zawartość na samą ziemię. Książki spadają i walają się po niej w całkowitym bezładzie. Wtem wśród licznych odpadłych w tym czynie kartek dostrzegasz typowe czarne etui na dokumenty oraz klucze. - „Bingo!” – mówisz Łapiesz za etui i otwierasz je i znajdujesz tam tylko jeden papier. Jeden, pojedynczy plastikowy dokument, ale ile warty… to dowód osobisty! Patrzysz na zdjęcie, w nadziei ujrzenia tam siebie i… -„ Kto to jest?! To mam być ja?” Spoglądasz szybko w lustro zawieszone na ścianie i porównujesz odbicie w nim ze zdjęciem. Następnie w wyobraźni odejmujesz od odbicia małe, pijackie oczka, czerwony nos i… ten koleś na zdjęciu to rzeczywiście ty! Hurra!!! Ale to nie koniec. Spoglądasz na dane na dokumencie i o to co widzisz: Nazwisko: Ogórkowski Imię: Bartosz Data urodzenia: 06.02.1988 Miejsce urodzenia: Kraków Adres zameldowania: Aleja Mickiewicza 13F/25 Kod pocztowy: 18-135 Kraków Resztę informacji można spokojnie pominąć, gdyż są już mało istotne w zadaniu odzyskiwania pamięci. - „Kto do cholery dal mi na imię Bartek?” – myślisz sobie. W tym momencie odzyskujesz nagle całkowicie świadomość i przypomina Ci się wszystko co robiłeś poprzedniego wieczoru. Oj, wiedziałem, żeby nie pić Rasputina. Tak, jak prawdopodobnie myślałeś, znajdujesz się w swoim mieszkaniu. No dobra, pora się ogarnąć. Otwierasz znalezionym kluczem drzwi do pokoju, które wcześniej zamknąłeś, gdyż w pijackim stanie bałeś się napadu karaluchów, które widziałeś na korytarzu, wyposażone w umiejętność otwierania drzwi ( albo tak Ci się przynajmniej wtedy wydawało). Po otwarciu znajdujesz się w przedpokoju, gotowy do rozpoczęcia dnia. Od czego zaczynamy? - „Najpierw zimny prysznic. Mam już dość tego pijackiego stanu.” Przejdź więc do punktu 11. - „Najpierw śniadanie”. Przejdź więc do punktu 12. 7. Dopadasz do meblościanki. Przeszukujesz leżące na niej książki i pliki kartek. Czytasz tytuły, nie zagłębiając się dalej w tekst, ale już teraz jesteś w stanie powiedzieć, iż łączy je wszystkie jedno zagadnienie: psychologia. - „ O kurcze, czyżbym był studentem psychologii?” Niestety nie znajdujesz na półce tego, czego szukałeś. Wróć z powrotem do punktu 4, ale pamiętaj ,że nie masz już opcji 7. 8. Podchodzisz do szafki kolo lóżka. Patrzysz na nią swoim przenikliwym wzrokiem, ale jedyne co potrafisz znaleźć to tylko jakieś kryminały i melodramaty i to w dodatku niektóre po niemieckie. - „ Ja to wszystko czytam? No dobre sobie…” Przeszukujesz wszystkie książki, ale nie znajdujesz w nich niczego wartościowego ( nie mam tu na myśli zawartości merytorycznych literatury ). Wracasz z powrotem do punktu 4, ale pamiętaj, iż nie masz już możliwości 8. 9. Podchodzisz do drzwi balkonowych. Starasz się przynajmniej, gdyż słońce razi tak mocno, iż z trudem patrzysz w stronę w którą idziesz. Ostatecznie udało Ci się jednak dopaść klamki, która przekręcasz przez zwisającą z karnisza długaśną firankę. Otwierasz drzwi. Teraz po odsunięciu kotar to dopiero zaczyna Cię razić słońce. Mimo to wychodzisz na zewnątrz. Momentalnie uderza Cię taka siła, że tracisz całkowicie wzrok, mimo iż zdążyłeś przedtem zamknąć oczy. Żar w skroniach rozpala Cię tak, iż odwracasz się .Chwila oszołomienia jednak mija… otwierasz oczy i widzisz już całkiem dobrze. Nic Cię nie boli. Twoje oczy powróciły do prawidłowego funkcjonowania. I o to co ujrzały: Stoisz na balkonie wychodzącym z jednego mieszkania, znajdującego się w tzw. Termitierze, czyli ogromnym bloku, ciągnącym się na „kilometry”. Z tego co zauważyłeś, to znajdujesz się na ostatnim piętrze. Przed sobą masz z boku po obu stronach dla mniejsze bloki, a przed sobą bardzo duże podwórko, pełne drzew, w tym jedno z nich to płacząca wierzba. Podwórko kończy się pasem garaży samochodowych, przylegających do muru, oddzielającego ogromny ogród od reszty świata. Zachwycając się tym widokiem jakby na chwilę tracisz kontakt z rzeczywistością, gdy nagle budzi Cię z tego transu krzyk. Patrzysz na dół i dostrzegasz maleńką postać. Co robisz: - „Co to za koleś odważa się na mnie krzyczeć? Co za bezczelność?” – postanawiasz go więc zlekceważyć. Przejdź do punktu 13. - „Może on mnie zna, skoro do mnie krzyczy. Zapytam się go” Przejdź do punktu 14. - „Co za chamstwo drzeć się na ludzi w biały dzień? Zaraz mu pokażę kulturę”. Przejdź do punktu 15. 10. Dopadasz do drzwi. Niestety są zamknięte. Pociągasz mocniej za klamkę. Ani drgnęly. Starasz się więc je wyłamać, ale wykończony Rasputinem nie masz na to mocy. Może więc by znaleźć klucz? Eureka: - Zawsze chowam klucz do plecaka. Nie wiem skąd to wiem, ale widocznie muszę już odzyskiwać pamięć. Dopadasz więc plecaka. Przejdź do punktu 6. 11. Kierujesz się do łazienki. Po drodze przechodzisz przez korytarz, znajdujący się w równie wielkim bałaganie jak twój pokój. Gdy już znajdujesz się kolo wanny, przypominasz sobie swoje postanowienie wykąpania się w lodowacie zimnej wodzie. -Oj, będzie ciężko… - mówisz szeptem do siebie. ( Ciąg dalszy nastąpi ( chyba )) 12. Kierujesz się do kuchni. Nie znajduje się ona w o wiele lepszym stanie niż pokój. Ogólnie to cale mieszkanie wygląda jakby przeszło przez nie tornado. Otwierasz lodówkę i o to co w niej znajdujesz: -Siedem flaszek Rasputina -Pięć puszek piwa -Dwie nalewki owocowe ( tzw. mózgojeby ) -Otwarty karton mleka -Kiełbasę Po za tym w całej kuchni nie znajduje się nic zdatnego do spożycia. Co robisz: -To ja już sobie podaruję śniadanie – idziesz więc do łazienki. Skieruj się do punktu 11. -Najlepszym sposobem na kaca jest klin! – sięgasz więc po: A. Rasputiny – przejdź do punktu 16 B. Browary – przejdź do punktu 17 C. Nalewkę owocową – przejdź do punktu 18 D. Po wszystkie powyższe naraz – przejdź do punktu 19 -Napiję się mleka na kaca! Podobno to pomaga… - przejdź do punktu 20 -Mam ochotę na zagrychę – sięgasz po kiełbasę. Przejdź do punktu 21 13. Zlekceważyłeś kolesia, ale on nie daje za wygraną i zaczyna wrzeszczeć coraz głośniej, tak, że jego z początku nieartykułowany krzyk przeradza się w skandowanie okrzyku: „Złaź na dół!”, przerywanymi coraz bardziej wulgaryzmami zamiast przecinków. Z chwili na chwilę ich liczba narasta wprost proporcjonalnie do ich chamstwa. Możesz więc nadal je ignorować, ale chyba lepiej byłoby jakoś zareagować. No chyba, że jesteś tchórzem, ale wtedy to proszę bardzo, zamknij się w toalecie, a nie wychodź na balkon. No to co? Nawiązujesz z nim konwersację ( punkt 14 ), czy pokrzyczysz na niego ( punkt 15 )? 14. Postanowiłeś się odezwać. Rozpoczynasz więc bardzo kulturalnie rozmowę: - Przepraszam Cię najmocniej, ale czy może wiesz kim ja jestem? Pomyślałem ,że będziesz wiedział, bo na pewno mnie znasz, jeśli… -Co ty, kurwa, pierdolisz? – odezwał się twój rozmówca, przerywając Ci wypowiedź – Musiałeś się rzeczywiście nieźle wczoraj schlać skoro nie wiesz jak się nazywasz, he, he. Ale jazda! -Ale ja naprawdę nie wiem jak się nazywam, ani kim jestem? – próbujesz mimo wszystko uzyskać jakąś informację. -To zajebiście mnie cieszy, że się najebałeś na maksa, ale ja naprawdę nie mam czasu, a mam do Ciebie sprawę. Złaź na dół, albo przyjdę tam do Ciebie i dostaniesz bęcki. - Ale… - niestety nie zdążyłeś się odezwać, gdyż twój „znajomy” znikł gdzieś za drzewami. Nie pozostaje Ci nic innego jak wrócić do pokoju. Wróć więc do punktu 4, pamiętając ,iż nie masz już opcji 9. 15. Ze względu na wulgarność tej sceny i praktyczną bezwartościowość jej dla dalszej fabuły, oprócz konkluzji z ust postaci na dole: „Złaź natychmiast na dół”, postanowiłem ocenzurować ją w całości. Ponieważ twój rozmówca znikł gdzieś za drzewami, nie pozostaje Ci już nic innego jak wrócić do punktu 4, nie masz tam już jednak opcji 9. A jeśli nadal nie przewietrzyłeś się wystarczająco, to możesz ponapawać się jeszcze długo widokiem, ale pamiętaj, by wrócić później do pokoju, czyli punktu 4. 16. Sięgasz drżącą ręką po pierwszą z siedmiu flaszek Rasputina. Zaczynasz pić. -Gorzkie – mówisz do siebie, krzywiąc usta od smaku wódki – przydała by się jakaś zagrycha… O, a od czego ta kiełbasa?! – sięgasz więc po nią i kierujesz się przez to do punktu 22. 17. Pijesz sobie browca, jednak niewiele Ci to pomaga. -Chyba jednak się wykąpię. –Skieruj się więc do łazienki ( punkt 11 ). 18. To była zła decyzja. Nalewka zadziałała tak mocno, że straciłeś świadomość. Gdy ją odzyskałeś, obudziłeś się w izbie wytrzeźwień na ulicy Rozrywki. Dołączyłeś w ten sposób do szacownego grona meneli. A ta gra miała być o ludziach dokonujących wielkich czynów. Nie możesz już być jej głównym bohaterem. Spróbuj następnym razem, zaczynając od punktu numer 1. Koniec gry 19. W sekundę zdaje się wychlałeś całą zawartość lodówki. I wtedy… teleportowało Cię do innego świata! Znajdujesz się teraz w ogromnych rozmiarów ciemnym lesie, zamieszkałym przez stwory z iście fantastycznych dziel literackich. Elfy, krasnoludy i w kolo Macieju. Jednym słowem… jak gdybyś czytał jakieś opowiadanie fantasy. Tylko, że teraz to się dzieje naprawdę. Rozglądasz się więc po czarnym borze i zamierzasz postąpić krok do przodu, gdy nagle z węgła wypada banda orków. Jest ich około trzynastu, każdy ma ponad dwa metry wzrostu i posturę A’la Pudzian. Uzbrojeni są w topory, miecze oraz na dodatek w luki, więc nie ma co mówić o ucieczce. Co robisz: -Cześć chłopaki, nie wiecie może którędy do najbliższej stacji benzynowej? – mówisz. Przejdź do punktu 23. -Czego się na mnie rzucacie, młoty jedne? W ryj, no w ryj?! – przyjmujesz postawę agresywną. Przejdź do 24. -To może ja już sobie pójdę? – Odwracasz się i maszerujesz w przeciwną stronę, jak gdyby nic się tu nie wydarzyło. Przejdź do punktu 23. 20. Wypiłeś to co zostało w kartoniku, czyli jakaś polowa jego zawartości. Potem ( mimowolnie ) zwróciłeś to wszystko i nie tylko to. -Muszę na przyszłość ograniczyć picie – mówisz sobie – chyba wezmę kąpiel. – Skieruj się więc do punktu 11. 21. Już masz wziąć kiełbasę, gdy nagle myślisz sobie: -No co ja będę na sucho jadł. Potrzebna mi jest jakaś przepita. – Sięgasz więc po pierwszą z flaszek zawierających wodę ( ognistą ). Skieruj się do punktu 22. 22. Wypiłeś już wszystkie siedem flaszek i zjadłeś całą zagrychę, której było jakieś trzy kilo kiełbasy. I nagle… wytrzeźwiałeś!!! Mimo to wyglądasz i czujesz się jak łach, więc postanawiasz skierować się do łazienki. Przejdź do punktu 11. 23. Nie udało Ci się uniknąć starcia z bandą orków. Ich przewaga fizyczna, liczebna i w ekwipunku nie pozwoliła Ci ich pokonać. Jeden z nich przebił Cię mieczem i upadłeś na ziemię. Odpłynąłeś w ciemną przepaść, coś jakby studnię, która nagle otworzyła się u dołu i oczom twoim ukazała się przepaść. Spadając w nią, jedyne co cały czas słyszałeś to basowy śmiech orka, który Cię pokonał. Spadałeś tak długo, że wydawało Ci się, iż trwa to cale wieki. Gdy wreszcie sięgnąłeś dna, zdałeś sobie sprawę, że znajdujesz się w jakimś ciemnym pomieszczeniu, leżąc w dodatku na starym łóżku. Wstałeś z niego energicznie i zauważyłeś drugie lóżko, na którym leżała niska, brodata postać. -To pewnie krasnolud – pomyślałeś sobie – muszę go zbudzić, może on mi powie gdzie nas zabrali tamci orkowie, po tym jak zemdlałem. Podbiegasz do współlokatora celi i łapiesz go energicznie za obojczyk. -Ej, przyjacielu, gdzie nas zawiozła ta banda orków? -Co kurwa? – odpowiedział twój rozmówca. Nie był to bowiem krasnolud, ale menel, a ty nie znajdujesz się w barbarzyńskiej fortecy, lecz na izbie wytrzeźwień. Jako menel nie możesz już być głównym bohaterem tej gry, gdyż spędzisz teraz najbliższe parę lat na odwyku, a tyle czasu nie mamy na grę. Spróbuj ponownie i wróć do punktu numer 1. Koniec gry 24. Rozpocząłeś bardzo wulgarną wymianę argumentów z humanoidami, a następnie walkę. Podbiegłeś do największego kafara z nich, widocznie ich przywódcy i walnąłeś go z całego impetu w mordę, a następnie odezwałeś się do niego: - I co zielony frajerze? Taki twardy jesteś, bucu! – napawasz się dumą, patrząc na leżącego orka. W tym momencie podbiegł do niego jeden z pozostałych i zaczął pomagać mu wstać. I nagle… znalazłeś się z powrotem w swoim mieszkaniu, na balkonie, a na sąsiednim widzisz leżącego sąsiada ze złamaną szczęką i jego dziewczynę pomagająca mu wstać. - O kurcze… - mówisz sobie – chyba naprawdę przestanę imprezować – zwracasz się do sąsiada – Przepraszam najmocniej pana bardzo, ale byłem pod wpływem napoju wyskokowego – sąsiad nie reaguje, jedynie trzyma się za złamaną szczękę. Jego niunia podaje mu chusteczkę higieniczną, a on bierze ją i robi sobie z niej okład na nos, który także jest potłuczony. Dziewczyna kolesia zaczyna drzeć się na Ciebie: -Ty bucu, gnoju, chamie, bydlaku jeden! Co mu zrobiłeś! -Ale ja naprawdę niechcący – tłumaczysz się, ale ta argumentacja nie przynosi efektywnych rezultatów ( bo efektowne – owszem – maniura zaczyna coraz bardziej miotać przekleństwami. – Niech pani się uspokoi – tłumaczysz – ja naprawdę byłem pijany… -Tłumaczy się, cham jeden! Zejdź mi oczu, łotrze!!! Stoisz chwilę bez reakcji… … laska cały czas krzyczy… … ty stoisz… i w końcu: -No dobrze – odzywasz się i wchodzisz do swojego pokoju. Nasuwa Cię refleksja: -Muszę przestać pić. To moje postanowienie! Ale najpierw doprowadzę się do stanu porządku. Królestwo za zimną kąpiel! – Kierujesz się do łazienki ( 11 ).