Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Magda Dagda

Użytkownicy
  • Postów

    4
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez Magda Dagda

  1. To jest takie pomieszanie z poplątaniem. Napisane z kaprysu, bynajmniej nie mojego własnego. Oczekiwałam większego i bardziej brutalnego zjechania. Ale i tak dzięki :P
  2. Urodziłem się jakiś czas temu, w pewnym mieście. Rodzice, kiedy żyli, przypominali mi, że byłem wesołym brzdącem. Już na początku mojego życia pokochałem zwierzęta i przyrodę, ale to nie one stały się moją drogą. Gdy wszedłem na ścieżkę edukacji zrozumiałem, że w brutalnym świecie młodych ludzi potrzebne są cechy, które powoli zanikały – wyrozumiałość, radość życia, umiłowanie człowieka i zdolność wybaczania. Starałem się jak mogłem. Czasem było ciężko zachować optymizm, kochać ludzi i wybaczać im. Jednak udawało mi się. Szukałem wzoru, autorytetu. Gdy nie mogłem znaleźć zagłębiłem się w wierze w Boga. Zrozumiałem Przykazanie Miłości, nauki i przypowieści. Uwierzyłem głęboko, pokochałem świat na nowo. Ludzie zaczęli szukać mojego towarzystwa, bo mogli na mnie liczyć w każdej sprawie. Zawsze byłem dla nich, byli mi prawdziwie bliscy, a ich problemy zdawały się dotyczyć również i mnie. Wiele przez to doświadczyłem, dobrego i złego. Chciałem im pomagać, być dla nich. Chciałem służyć, wszystkim. Jednak nie taką dostałem od Boga rolę. Przed wstąpieniem do seminarium poznałem dziewczynę. Nie była piękna, ale posiadała cechy, których u ludzi szukałem. Nie była jak tłum, też kochała, wybaczała, rozumiała. Gdy z nią rozmawiałem, wiedziałem, że chciała tego samego co ja. Służyć. Nie wiem jak to się stało, ale zakochaliśmy się w sobie, obdarzyliśmy uczuciem silniejszym niż chęć całkowitego powierzenia się Bogu, zadedykowania mu każdego aspektu życia. Nigdy nie przestaliśmy wierzyć, że to on nami kierował, że to dzięki niemu. Pobraliśmy się, gdy miałem trzydzieści dwa lata. Razem było nam łatwiej, niemalże bajkowo. Często dotykała nas rzeczywistość, ludzie dawali nam odczuć, że nie nadajemy się do życia w dzisiejszym świecie. Wtedy na tron w Watykanie wstąpił Jan Paweł I. Uśmiechał się, zawsze. Tak samo jak my kochał, radował się każdą chwilą. Przynajmniej takie wrażenie mieliśmy oboje z żoną. Ja pracowałem w szkole jako nauczyciel języka polskiego, ona była nauczycielką biologii. Cieszyliśmy się, że autorytet dla świata chrześcijańskiego potrafi być ludzki. Jednak nasza radość szybko została zgaszona, po nagłej śmierci papieża. Niedługo później Polak został głową Kościoła. Jaka to była radość w kraju, jakie zdziwienie dla świata! Człowiek, który pochodził z komunistycznego kraju, dalekiego, niemalże egzotycznego zostaje papieżem. Gdy mówił o miłości, o wolności, gdy okazywał się patriotą i prawdziwym Człowiekiem utwierdzałem się w przekonaniu, że moje działania i podejście do życia są dobre. Gdy widziałem, jak młodzi ludzie gromadzili się wokół Niego czułem rosnący szacunek. Kochał ich a oni odwdzięczali mu się tym samym. Budził szacunek u wszystkich, nie miłość, ale szacunek. Ja go pokochałem, jako wysłannika Boga, jako tego, który naucza, jak kochać. Poświęcił całe swoje życie Bogu, został pasterzem wszystkich owiec, szukał zagubionych, podróżował. Był KIMŚ. Od początku. Zainspirował mnie, swoją postawą dodawał mi sił. Może dzięki niemu zawsze byłem w pełni z moja żoną, była trzecią kobietą mojego życia. Bo pierwsza była Maryja, Matka Boga, jak mówił Jan Paweł II, Totus Tuus, Maryja, Totus Tuus. Następnie moja Matka. Kobieta, która dała mi życie, nosiła mnie pod sercem, kochała i zawsze wspierała. Nauczyła mnie odróżniać dobro od zła, kochać, radować się. I wreszcie Ona. Ta, którą zesłał mi Bóg, abym mógł jej służyć i być dla niej. Ta, przy której znalazłem nowy, drugi sens życia. Ta, która pokazywała mi, kiedy błądzę. Ta, która imponowała mi swoją wiedzą i bezinteresownością. I wreszcie ta, z którą zdecydowałem się spędzić moje życie. Zawsze chodziliśmy razem do kościoła, razem się starzeliśmy. Dla mnie zawsze była piękna, jej oczy, pełne wiary, miłości, nadziei, nawet po latach powodowały drżenie serca, jej słodki, lekko zachrypnięty głos rozdzierał ciemności i przyjemnie gładził uszy, dostawał się do najdalszych zakątków umysły, litery, które pozostawiał po sobie w mózgu zostawały tam na zawsze. Kochałem ją. Nie mógłbym być z żadną inną kobietą. Nigdy nawet nie pomyślałem o zdradzie, zawsze byłem w nią wpatrzony. Nawet, gdy cierpiała, była dla mnie najcudowniejsza na świecie. Gdy płakała scałowywałem jej łzy, gładziłem policzki, rozczesywałem palcami niegdyś brązowe włosy, kochałem każdą jej drobinkę. Nadal kocham, i kochał będę zawsze. Ludzie szydzili z naszej miłości, z naszej chęci niesienia pomocy, z naszej wiary. Uważali nas za gorszych tylko dlatego, że zarówno żebrak z ulicy jak i bogaty urzędnik byli dla nas równie ważni. Było w nas za dużo miłości. Jednak gdy patrzyliśmy na Niego, słuchaliśmy Jego słów wierzyliśmy, że nasza droga jest właściwa. Obelgi bolały, ale zawsze podnosiliśmy się i szliśmy dalej, aby kochać i mieć nadzieję za wszystkich. Staliśmy się dla siebie opoką, podporą, która była silniejsza niż wszystko inne, oprócz wiary w miłosiernego Boga. Wybaczaliśmy tym, którzy kamieniowali nas swoimi słowami, kochaliśmy ich jeszcze bardziej, bo byli zagubieni, stracili sens życia. Dążyli do zaszczytów i pieniędzy kosztem maluczkich. Dla nich byliśmy nikim, nauczycielska para, której wydaje się, że naprawiają świat. Para naiwnych ludzi, która daje się wykorzystywać. Zamach na Jana Pawła II był dla nas obojga ciosem. Baliśmy się o niego, modliliśmy się. Przeżył. Z czasem cierpiał coraz bardziej. Niektórzy wątpili w Niego jako człowieka, inni doceniali jego ból i ufność, z jaką znosi to wszystko w imię Boga i dla ludzi. Był wzorem Człowieczeństwa, Człowieka, pokazywał, jak żyć, jak kochać, jak znosić cierpienie. Cały oddał się swojej służbie, wyznaczał nowe progi, stawiał wysoko poprzeczkę. A ja wierzyłem coraz mocniej, studiowałem Pismo Święte w poszukiwaniu porad, jak żyć. Nigdy nie stałem się przesadny w swojej wierze, nikomu jej nie narzucałem i nie nawracałem nikogo na siłę. Starałem się pokazać, że życie szczęśliwe nie oznacza bez emocjonalnego dążenia do wyznaczonych celów, deptania wszelkich zasad moralnych, pozostawiana za sobą trupów. Dla mnie kwintesencją życia zawsze była Miłość, Wiara i Nadzieja. Jego wyznacznikiem to, jak czuli się przy mnie ludzie i to, czy trzymam się swoich zasad. Oceniając moje życie widzę, że było szczęśliwe. Często jednak wątpiłem w sens mych działań, mego umiłowania żywych istot, gatunku ludzkiego ze wszystkimi tego konsekwencjami. Wtedy znajdowałem wsparcie u żony. Zawsze. Nie było momentu, w którym Ona by zrezygnowała. Ze mnie, z nas, z naszej misji. Któregoś dnia, podczas rutynowych badań, wykryto u Niej poważną chorobę. Mizerniała w oczach, chudła, traciła blask. Teraz to Ona potrzebowała wsparcia i dawałem Jej je na tyle, na ile potrafiłem. Cierpiałem razem z Nią, razem z Nią wierzyłem. Razem z Nią przyjąłem wyrok lekarzy. Nie było dla Niej szans na powrót do zdrowia, można było tylko uśmierzać ból. Zawsze była dla mnie piękna, nawet, gdy jedzenie ciekło Jej po brodzie, gdy twarz wykrzywił Jej grymas niewyobrażalnego bólu, gdy nie miała już w sobie tej radości. Gdy załamywała się pomagałem Jej odzyskać siły, przygotować się do odejścia. Gdy nadeszła taka potrzeba, nie zwlekając poszedłem po księdza, wyspowiadał Ją, udzielił namaszczenia chorych, dał wiatyk. Niedługo potem odeszła. Wtuliła się we mnie, wbiła paznokcie w moje ramiona, jęknęła cicho. Gdy położyłem ją na łożu, zapłakałem. Oto odeszła Ona, ta, z którą spędziłem moje życie, ta, która dała mi namacalny przykład znoszenia cierpienia. Ucałowałem Jej białą dłoń i załkałem. Jej dusza odeszła, zostały tylko szczątki. Gdy po Jej odejściu, spojrzałem w lustro zobaczyłem siwego, nie ogolonego mężczyznę z wielkimi workami pod oczami. Na mojej koszuli było trochę jej krwi, która, widać, musiała ujść jej przez nos. Długo ją opłakiwałem, nadal czuję jej brak i czuł będę już zawsze, do czasu, aż nasze dusze spotkają się u Boga. Czuję jej obecność, jej wsparcie. W najgorszych chwilach zawsze czułem, że nie mogę się poddać, dla pamięci o Niej. Po blisko pół wieku spędzonego razem na tym świecie, nadal była obok. A ja pamiętałem, kochałem i tęskniłem. Jan Paweł II zaczął gasnąć w oczach, w telewizji pokazywano archiwalne zdjęcia, cytowano Go, mówiono o nim, o jego cierpieniu. Kiedy, po zabiegu w klinice Gemelli, pojawiał się w oknie swoich komnat na audiencji generalnej i w milczeniu błogosławił ludzi, widziałem, że powoli jego pielgrzymowanie się kończy. Cierpiał już nie na poczet swojego zbawienia, ale za świat. Za ludzi, których tak ukochał. Szczególnie za młodych. Gdy pojawiły się informacje o znacznym pogorszeniu Jego zdrowia, osłabieniu wszystkich układów i cierpieniu, jakie musi mu towarzyszyć, zacząłem się gorliwie modlić. Nie o zdrowie czy śmierć dla tego pasterza dusz, ale o błogosławieństwo. Włoska prasa wcześnie ogłosiła Jego śmierć, ale ja czułem, że to jeszcze nie koniec. Wiadomości zostały zdementowane. Umarł w wigilię Niedzieli Miłosierdzia, święta, które sam ustanowił. W pierwszą Sobotę miesiąca. Dwadzieścia cztery lata po zamachu. Kochał wszystkich, zarówno dobrych jak i tych źle czyniących. Najlepszych i najgorszych. Wierzył w człowieka, szukał ludzi, był Pasterzem Ludu w pełnym tego określenia znaczeniu. Na końcu Jego pielgrzymki to ludzie go znaleźli, to oni przyjechali do niego, z miłością, wiarą, szacunkiem. Nauczył ludzi modlić się, żyć w zgodzie z Bogiem, radować się życiem i zbliżającą perspektywą zbawienia. Teraz to ja leżę na łożu śmierci. Z jednej strony chciałbym zostać na tej ziemi, dalej żyć. Z drugiej jednak, chcę już połączyć się z Bogiem, spotkać duszę mej żony. Pozostawiam po sobie słowa, może trochę ciepła w ludzkich sercach, może odrobinę nadziei. Kocham całym sobą. Już dawno wybaczyłem wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób mi szkodzili, krzywdzili lub wyśmiewali. Kochałem ich nie mniej, niż innych. Ludzie byli i są mi drożsi niż ja sam sobie. Mam nadzieję, że udało mi się kogoś nauczyć, że najważniejsze są Wiara, Nadzieja i Miłość. Że to one są wyznacznikiem życia, a nie to, czy dostanie się podwyżkę czy nie. Ufam, że pozostawiam po sobie ciepłe wspomnienie. Wszystkich, których kiedykolwiek skrzywdziłem – przepraszam. Wszystkim, którzy kiedykolwiek mi pomogli – dziękuję. To jest swego rodzaju testament starego człowieka, który chciał dobrze żyć. Człowieka, którego marzeniem było, aby ludzie się wzajemnie miłowali, mieli nadzieję i wiarę. Aby świat był lepszy. Jestem szczęśliwy.
  3. Dziękuję wszystkim za komentarze. I za, jakby nie patrzeć, ciepłe przyjęcie. Co do głównej bohaterki - sposób ubierania nie świadczy, według mnie, o tym, jakiej muzyki się słucha i o przynależnoścido danej subkultury. A już na pewno nie definiuje charakteru.
  4. Tyle mówi się o chwilach, które potrafią przewrócić wszystko do góry nogami, wszyscy moi znajomi zawsze w nie wierzyli, niektórych nawet spotkały takie momenty. Ja nie potrafiłam, nie chciałam uwierzyć. Sądziłam, że wszystko można kontrolować rozumem, że na wszystko ma się wpływ. Ufałam, że w pełni kontroluję siebie i swoje życie, że mam wpływ na to, co się dzieje, ba!, może nawet i na to, co czuję. Któregoś dnia jednak zwątpiłam w ten pomysł, nie bez powodu. Taki splot wypadków nie zdarza się codziennie. Postanowiłam pojechać z mamą na pielgrzymkę - dla zabawy, żeby zobaczyć inne formy modlitwy, być może żywą wiarę. Sama nie byłam przekonana co do mojego stanowiska wobec Boga, do tego, czy ta wiara ma sens. Mama obudziła mnie o piątej rano, oczy mi się zamykały, a na domiar złego w autokarze ludzie śpiewali i modlili się. Nie wiedziałam, jak wytrzymam podróż a co dopiero pobyt tam, jeśli modlitwy miałyby tak wyglądać. Gdy wreszcie dojechaliśmy i wysiadłam z autokaru okazało się być tłoczno i gorąco, a ja w moich wysokich glanach i czarnych spodniach byłam okazem niemalże egzotycznym. Włosy latały mi we wszystkie strony na delikatnym wietrze, a kiedy podchodziłam pod górę, na plac, do moich uszu doszła cicha muzyka, która powoli nabierała na sile. Gdy już się rozłożyliśmy, ogarnęło mnie coś na kształt wyciszenia, usiadłam na kocu i wsłuchałam się w pieśń. - Chodź, pokażę ci kaplicę i obraz. – powiedziała do mnie mama. Poszłam z nią, wszędzie były nieprzebrane tłumy, ledwo udało nam się wejść do kaplicy. Na obraz tylko rzuciłam okiem, bez żadnej refleksji. Wróciłyśmy na naszą miejscówkę. Podczas jednej z wielu modlitw poczułam w samym środku siebie chęć zobaczenia obrazu z bliska. Wstałam i po prostu poszłam, mówiąc tylko, że idę na spacer. Uścisk w moim żołądku nie zmalał, wręcz chyba się nasilił. Gdy weszłam do kaplicy zaczęłam przeciskać się przez tłum, spojrzałam na obraz. Patrzyłam długo, w końcu poczułam w sobie coś dziwnego, coś, co dławiło w gardle. Przypomniałam sobie opowieść o żołnierzu, który przeciął policzek na obrazie Jasnogórskiej Królowej. W mojej głowie pojawiły się obrazy ze szwedzkiego oblężenia i sienkiewiczowska opowieść o tych wydarzeniach. Bohaterska postawa ludzi, ksiądz Kordecki, prawdziwa wiara. Słyszałam w głowie huk wystrzałów armatnich. Zamknęłam oczy i zrobiłam to, czego nie robiłam od dawna. Spróbowałam się pomodlić prawdziwie, z serca. - Prowadź mnie i wskaż mi drogę. – Tylko na tyle było mnie stać. Powtórzyłam w głowie kilkakrotnie te słowa po czym wycofałam się aby umożliwić kolejnym ludziom zobaczenie obrazu. Gdy nieco się oddaliłam ponownie spojrzałam na obraz. Pozwoliłam moim kolanom ugiąć się, a ustom bezgłośnie wyszeptać słowa modlitwy. Przez te momenty wierzyłam na prawdę, byłam częścią tych wszystkich ludzi, byłam z nimi przez ten jeden moment nie tylko ciałem. Wyszłam z kaplicy, w drodze powrotnej zobaczyłam małą kolejkę do czegoś. Przeczytałam na tablicy, że to wejście do wieży. Stanęłam na końcu i zaczęłam wchodzić. Nagle poczułam na moich plecach jakieś małe dłonie, odwróciłam się do tyłu i zobaczyłam dziewczynkę, która chciała jak najszybciej przejść wyżej. Odsunęłam się i pozwoliłam jej pójść przodem. Mój wzrok padł na ciemnowłosego chłopaka w żółtej koszulce. Od razu się dobudziłam, stwierdziłam, że to zasługa koloru jego ubioru. Poszłam dalej, krótko porozglądałam się z balkonu po czym zeszłam. Wróciłam do mojej grupy i powiedziałam mamie, że byłam na wieży. Nie wspomniałam nic o obrazie. Po jakimś czasie, podczas kolejnej modlitwy, postanowiłam odwiedzić mury i spojrzeć na wszystko z wysokości. Chyba tylko dlatego, że poczułam się nieswojo słysząc dochodzący zewsząd niezrozumiały dla mnie język i czując na moim ramieniu dłoń mojej mamy. Gdy dochodziłam do pomnika prymasa Wyszyńskiego zobaczyłam siedzącego tam chłopaka z wieży. Uśmiechnęłam się do niego, zupełnie jakbym znała go od lat. Poszłam dalej, poczułam na moich plecach palące spojrzenie, coś kazało mi się odwrócić. To był on. Uśmiechnęłam się jeszcze raz po czym poszłam dalej, sądząc, że pozostanę nie zauważona, że będę tylko jakąś dziewczyną, która się uśmiechnęła. Pewna część mnie krzyczała, że tak nie będzie i czekała na niego, na jego twarz obok a druga mówiła, że nic z tego, że kiedy będę wracała jego już nie będzie, rozmyje się jak sen, który rankiem odpływa. Jednak to ta pierwsza część mnie miała rację. Po chwili poczułam delikatny, przyjemny dotyk na moich plecach. Odwróciłam się i zobaczyłam tego chłopaka, lekko zaskoczonego, ale uśmiechniętego. Coś w jego postawie kazało mi odwzajemnić gest, jego oczy przywiązały moje spojrzenie na dłużej, na skórze poczułam lekkie mrowienie. - Zaintrygowało mnie, czemu tak się uśmiechałaś? – spytał ciepło. - A, ja mam tak zawsze – odpowiedziałam z serdecznym uśmiechem, na jaki nie zawsze jestem w stanie się zdobyć. Zaczęliśmy rozmawiać, po pewnym czasie zrozumiałam, że wykorzystał pretekst do rozpoczęcia rozmowy o wszystkim. Był niewiele wyższy ode mnie, jego ciemno brązowe włosy sięgały prawie do ramion, brązowe, ciepłe oczy miały w sobie niespotykany błysk a słowa pełne były wiary. Sama jego obecność sprawiała mi przyjemność, nie musieliśmy rozmawiać. Wiedziałam, że jest starszy ode mnie, ale nie obchodził mnie jego wiek. Nie poruszaliśmy tego tematu. Rozmawialiśmy o rodzinach, o zainteresowaniach, o nałogach. Był pierwszym chłopakiem, który przyznał się do uzależnienia od czekolady, pierwszym, z którym rozmawiałam tak swobodnie. Nim się zorientowałam już byliśmy jak starzy, dobrzy kumple. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, spacerowaliśmy. Wymieniliśmy się numerami telefonów. Zapewne obserwator z boku stwierdziłby, że oboje flirtujemy, ale ja tego tak nie odbierałam. To byłam po prostu ja, nikogo nie udająca, mogąca wreszcie pokazać siebie. Nim się obejrzałam minęły dwie godziny i siedzieliśmy razem na murku, zapominając o całym świecie. Udawaliśmy, że dociera do nas msza, że słuchamy i odpowiadamy, jednak co jakiś czas rzucaliśmy na siebie spojrzenia, pełne różnych uczuć i wrażeń. W pewnym momencie włożyłam mu w ręce moje picie i oznajmiłam, że idę do toalety. Przytrzymał moją dłoń, przeszył mnie delikatny dreszczyk a po plecach przeszły przyjemne ciarki. Miał ciepłe dłonie, miękkie i czułe. - A wrócisz? - No pewnie. – Zabrałam dłoń z jego dłoni i poszłam do łazienki. Gdy wracałam z mokrymi dłońmi zobaczyłam, że się uśmiecha. Machałam rozbawiona rękami, aby je wysuszyć. – Mówiłam, że wrócę? – Tylko się uśmiechnął. Usiadłam obok niego. - To chyba kiepskie miejsce do suszenia rąk. Na patelni jest lepiej. – Wskazał głową w stronę placu, na którym siedzieli wszyscy. - Na patelni to się lepiej udaru dostaje. – powiedziałam z uśmiechem na co on oddał mi picie. Później kupiliśmy sobie lody i jedliśmy je w trakcie mszy. Nie patrzyliśmy na to, że nie wypada. Wielu rzeczy nie powinno się robić, jednak się je robi. Gdy przyszła pora na Komunię to ja musiałam na niego czekać. Miałam czas na zastanowienie się nad tym, co czuję. Myśli, które przegalopowały mi przez głowę ciężko byłoby wszystkie spisać. Gdy wrócił znowu zaczęliśmy rozmawiać. – Zaraz usnę. – oznajmiłam cicho a jego ramię przybliżyło się do mnie w zapraszającym geście. Oparłam głowę o jego bark, jedna jego dłoń zaczęła gładzić mnie czule po włosach, druga pieszczotliwie po przedramieniu. Poczułam się niezwykle, znowu po moich plecach przebiegły tysiące małych ludzików, w klatce piersiowej poczułam dziwny, niespotykany na co dzień uścisk, może nawet serce zaczęło mi szybciej bić. - Wiesz… mam dziwne wrażenie, jakbyśmy się skądś już znali. Jakbym znał twoją duszę. Nie mówię o reinkarnacji, bo to herezja, ale… wszystkie dusze są stworzone przez Boga, może nawet przeznaczone dla siebie. Wierzę, że w tej jednej milisekundzie stworzenia dusze stają się jednym z Bogiem, w przeszłości, teraźniejszości i przyszłości… - W mojej kieszeni zawibrował telefon. - Przepraszam na chwilę – Wyjęłam denerwujące urządzenie i przeczytałam SMS'a od mamy. – Muszę iść. – Klepnęłam go lekko w kolano i podniosłam się z murku. Razem przeszliśmy kawałek i w jednym momencie postanowiliśmy się pożegnać. Uścisnęliśmy sobie dłonie po czym spojrzeliśmy w oczy, wtedy przyciągnął mnie do siebie i po chwili obejmowaliśmy się. Czułam się bezpieczna, było mi ciepło i dobrze. Miał silne, ale delikatne ramiona, jego dłonie nie krążyły po moich plecach, teoretycznie gest był przyjacielski, ale miał w sobie jakąś chemię, coś, co nie pozwalało tak myśleć. – Zaraz mnie pocałuje. – pomyślałam i odchyliłam się lekko od jego barku z zamiarem odejścia. Moje oczy napotkały jego ciepłe spojrzenie. Przez tę sekundę dowiedziałam się, co czuje i czego pragnie, oczy tego chłopaka były czystym zwierciadłem, były czyste niczym górski potok z krystaliczną wodą, widziałam więcej, niż zdarzało się wcześniej. On chyba nie czytał w moich oczach, wtedy dowiedziałby się, że nie odwzajemniam jego uczuć. Jednak zrobiło mi się gorąco, kiedy nasze usta zbliżyły się do siebie. Delikatnie przywarliśmy do siebie wargami, nie decydując się jednak na śmielszą pieszczotę. Nie zauważyłam nawet, kiedy moje powieki zamknęły się a ja mocniej się do niego przytuliłam. Chłopak zdawał się wkładać całego siebie w obejmowanie mnie, zupełnie jakby ten lekki dotyk ust był tylko dodatkiem, całkowicie zbędnym, jakby nie był dla niego ważny. Powoli, ale zdecydowanie się od niego odsunęłam i jeszcze raz spojrzałam mu w oczy. – Pa – rzuciłam krótko i odeszłam patrząc na niego przez moment. Wydawał mi się być czymś bardzo zdziwiony, widać było po nim, że on mnie nie tylko lubi. Coś w jego błyszczących oczach kazało mi tak myśleć. Wróciłam do mamy i usiadłam na trawie. Zaczęłam się śmiać, sama nie wiedziałam czemu. – Mam nowego kolegę. Fajny chłopak. Ale on chyba myśli, że to coś więcej. – Mama patrzyła na mnie zdziwiona, ale nic nie powiedziała. Musiałyśmy iść z całą grupą do autokaru. Gdy usiadłyśmy na naszych miejscach zaczęłyśmy o nim rozmawiać. - Ile ma lat? - Nie wiem, ale jest starszy ode mnie. - Uważaj, co robisz. - Mamo, przecież on by mi nic nie zrobił. Jest rozsądny. A mi nawet na nim nie zależy. – Po chwili dostałam SMS'a, właśnie od niego. Poznałam go przypadkiem, najprawdopodobniej przez jeden uśmiech. Gdyby nie wieża, gdyby nie moje tendencje do rozdawania uśmiechów na prawo i lewo zapewne nie znałabym go. Tamtego dnia runęły moje wyobrażenia o pierwszym pocałunku. Już nie wierzę w to, że musi być związek, wiem, że czekanie na idealny moment, na chwilę, w której byłoby się tylko we dwoje nie ma sensu. To nie dodaje magii, to potrafi zabić całą spontaniczność tego wyjątkowego momentu. Nie kocham go, ale uwierzyłam w przypadek. Uwierzyłam w chwile, bez których wszystko mogłoby wyglądać inaczej. Nie kocham go, nawet dobrze go nie znam. Ale nie powiedziałam mu "żegnaj", dałam mu nadzieję. A słowa, które wypowiedziałam w autokarze, te rzucone bez namysłu "A mi na nim nawet nie zależy" były wielkim kłamstwem, mimo że nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nie mówię prawdy. - Możesz mieć każdego, nawet palcem nie musisz kiwnąć. – powiedziała mi koleżanka, kiedy opowiedziałam jej o mojej przygodzie. - Wiem – odpowiedziałam bezmyślnie, cały czas czułam wokół siebie jego ramiona, na ustach miękkość jego warg a przed oczami kolejne SMS'y. Chciałam i chcę nadal kolejnego jego dotyku, tak czułego jak wtedy. Pragnę wpleść dłonie w jego włosy i cieszyć się tym, że jest obok. Dzieli nas pięćset kilometrów i wiem, że to nie ma szans. Nie zabiję moich pragnień rozumem, ale liczę, że czas pozwoli mi o nich zapomnieć. - A co z twoim chłopakiem? – Nigdy nie byłam poszukiwaczką miłości, która wiąże się tylko, jeśli czuje, że kocha i jest kochana. Raczej nie potrafiłam uwierzyć w miłość w moim wieku, nie chciałam jej znaleźć, dopuścić do siebie. Wystarczało mi, że jest ktoś, kogo mogę nazwać swoim chłopakiem, że mam kogo przytulić czy pocałować. Nie zależało mi nigdy na trwałości i wierności, nie oczekiwałam tego i nie potrafiłam tego dać. Jestem niczym chorągiewka na wietrze, dająca ponosić się najmniejszym nawet porywom wiatru. Nie przywiązuję się do jego siły i kierunku tak, jak nie przywiązuję się do ludzi. - Nic się nie zmieniło. – odpowiedziałam dokładnie wtedy, kiedy zadzwonił dzwonek na lekcję.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...