W hipnotycznych dźwiękach rdzawej muzyki podryguje tłum. Żywo pokazując gesty przyjaźni, wydeptuje oazę szczęścia. Niewielki, potargany wiatrem obłok przyciąga i zabiera za horyzont mroku żółty, nasycony helem balon. Kołysani melodią płyniemy oceanem asfaltowych kamyków, po chropowatej tafli spalonych źdźbeł trawy. Cichy syk uwalnianego z puszki gazu i wsiąkamy. Zniszczonym przez tytoń uśmiechem, jak zwykła woda w organiczny piasek, pomiędzy ludzi. Ten hermetycznie zamknięty kubełek szczęścia już nas nie wypuści. Będziemy się przedzierać dalej. Pomiędzy splecionym w uścisku stosem ciał, pachnących potem wieczornych kropel, lepkiej wydzieliny z mokrego podkoszulka. I Lady Pank, zaśpiewa: „pada deszcz - tak już było wczoraj...”
Ze sceny wydobywa się światło, nieregularnie błyskając jaskrawym strumieniem, lirze młody naskórek naszych twarzy. Z każdym kolejnym wersem piosenki, bardziej intensywnie. Wsysa się powodując dreszcz, pobudza złożony tylko z jednego zmysłu organizm. Wytrawny kochanek wie jak sprawić przyjemność tej bezpłciowej istocie. A ta bierze do siebie każde jego słowo. „pada deszcz - tak już było wczoraj...” Przed moim domem ciągle trwa pozostała po nim kałuża. Odbija niespokojną powierzchnią mordkę spijającego z niej kota. Przed moim domem trwa, w zielonym mule. Wyrwałem ostatnią w tym miesiącu kartkę z kalendarza i prognozą pogody na najbliższe 5 dni. Zachmurzy się, szary sufit zrzuci nowe kałuże pełne oleistych plam cuchnącej mazi, nasycone ludzką krwią. Jeszcze powiedzą o tym w wiadomościach. Pokażą zdjęcie satelitarnych chmur opasających dwie rozpoczęte od nowa wojny. Pokażą zabitego człowieka i transparent z napisem „Za waszą wolność” Nadchodzą opady nowego deszczu, ludzie zmokną. Jeszcze raz woda zabierze wszystkie słowa, pogasi uliczne latarnie. Młode usta otoczy chłód przyciśniętego do nich lusterka. I odkleją nam od policzka jedną łzę, bezbarwną.