Gorący piasek wdziera się w buty i parzy w stopy. Jak każdy żyjący człowiek, jestem pielgrzymem dążącym do świętego miejsca, które poznam dopiero na skraju życia. I nie wiem dokąd mam pójść. Stoję na rozstaju, mało oryginalnym i ambitnym.. wyłożonym nie piaskiem, a zimnym i twardym betonem. Wylanej cementem trumnie. A moja głowa jest jak popsuty kompas…boje się dokąd mnie skieruje. Czy w jakąś ciemną dziurę, gdzie skończę do reszty nie będąc sobą? Dławiąc się i krztusząc tą „normalnością”.. Wszystko dlatego, bo tak chciało przeznaczenie? I tak musiało być? Urodziłam się w złym czasie.. w złym miejscu. Nie powinno mnie tu być. Nie jestem do cholery szczurem, żeby brać udział w tym wyścigu. Widocznie sam fakt przedarcia się przez drogi rodne mojej mamy, wpisał mnie na listę startową. Ciekawe czy mam numerek. I jak nas potem z tego biegu rozliczają. Ja nie mam na to siły.