Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Joanna Pamięta

Użytkownicy
  • Postów

    6
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez Joanna Pamięta

  1. Po lekturze wierszy epatujących oniemiałych zachwytem nad pięknem świata albo bezdenną rozpaczą (która jest juz przereklamowana) nareszcie znalazłam utwór o kiczu. O zabijaniu kiczem i zabijaniu samego kiczu. Nie wydaje mi się, by takie było przesłanie autora - prawde mówiąc, rzadko kiedy myslę o samym autorze - ale dla mnie motyle/muchy/karmelowe przysmaki bardzo dobrze pasują do opisu "interakcji z otoczeniem". W każdym razie - mojej. Czasami. Gdzieniegdzie. A co do śmiechu, to nie tyle się śmiałam, co miałam przed oczyma wizję twarzy rozciągniętej lekko pogardliwym, ale juz bezsilnym grymasem, który może kiedyś nawet przypominał uśmech, ale te czasy dawno minęły. Natomiast co się tyczy wulgaryzmów - nie przeszkadzają mi, ale mogło by się bez nich obyć. Wiersz nic by na tym nie stracił. Pozdrawiam
  2. Dziękuję jeszcze raz za komentarz; na forum, z którego ten wiersz wycofałam, ludzie nie potrafili się w ogóle wypowiedzieć.Co do rymów, to nie tyle ich nie lubię, (gdyz uważam, że trudniejsze jest napisanie wiersza rymowanego niż białego - o tej samej treści), co nie przepadam za niektórymi ich rodzajami: parzyste żeńskie dokładne niedmiennie kojarzą mi się z podręcznikowymi przykładami z podstawówki. Pozdrawiam
  3. Najeli, tu nie ma ani jednego cytatu, cały wiersz jest mój. Cudzysłów oznacza partię dialogową. Julio V.: dziękuję za poprawki w sferze interpunkcji, rymy niedokładne są zamierzone. Rażą mnie szczególnie dokładne rymy męskie parzyste. Ale to juz kwestia gustu. A co do treści, to tak, to jest ballada, historia dwóch postaci: ducha mężczyzny, który został zabity przez kchankę oraz żywej kobiety, może nekromantki, jego morderczyni. Ale nie chcę narzucac interpretacji. Wiem na czym polega problem z odebraniem wiersza: za bardzo liczyłam na wyobraźnię odbiorców. W każdym razie, na pewno nie miałam na celu doprowadzić nikogo do łez. Pozdrawiam i dziękuję za konstruktywny komentarz
  4. Na skąpanej w słońcu łące leżał człowiek. Leżał zupełnie jakby zamierzał tak zostać do końca życia. Z całej jego bezwładnej, zrelaksowanej pozy biło ciche postanowienie, że nigdzie się już nie ruszy. W jasności lejącej się z nieba jego obecność miała w sobie coś ledwo uchwytnego, wyglądał jak wykrojony z gęstej mgły ludzki kształt. Pewnie dlatego, że jego ubranie, włosy i skóra były jednolicie białe. Nawet łzy spływające wolno po policzkach przypominały krople mleka. A krew wsiąkła już dawno w ziemię, spłynęła po nim, nie pozostawiła najdrobniejszego śladu, na nieskazitelnej bieli skóry nie widać było nawet czerwonej smużki. Mężczyzna zdawał się rozpływać w świetle słońca... Kiedyś miał kruczoczarne włosy, śniadą skórę i niebieskie oczy, w które lubiło wpatrywać się wiele kobiet. On też zresztą nie czuł strachu przed zaglądaniem ludziom w oczy, jakoś nigdy nie zdarzyło się, by dojrzał tam coś odstręczającego. Gatunek ludzki był dla niego pełen tajemnic, godził się z jego ukrytą zwierzęcością, z utajonymi pragnieniami, które tylko w oczach znajdywały swe odbicie. Były one dla niego głębokimi studniami z ukrytymi na dnie skarbami. Jednak pewnego dnia spojrzał w studnię bez dna. Zmrużył oczy, gdyż niemożliwym wydało mu się, by ktoś tak dobrze ukrył przed nim swą tożsamość. Wtedy poczuł, że nie jest to studnia, a przepaść, a on spada w nią jak kamień. Zachwiał się i przytrzymał pnia drzewa, ale mimo że jego ciało utrzymało się w pionowej postawie, jego dusza zatonęła w czarnych oczach, a on sam, nie wiedząc o tym, bezpowrotnie zatracił się w błogim uczuciu spadania. Nieprzytomnym wzrokiem powiódł po twarzy, która była rumiana, zdrowa, o czerwonych ustach. Przesunął wzrok na ramiona, na które opadały lśniące pukle włosów, potem zorientował się, że ma przed sobą kobietę. Właścicielka niezwykłych oczu uśmiechnęła się zniewalająco, a chociaż uśmiech jej był puszczony w powietrze, gdyż w tej akurat chwili rozmawiała z kimś innym, mężczyzna wmówił sobie, że był przeznaczony tylko dla niego. Od tej pory wykorzystywał każdą chwilę, aby nawiązać znajomość z kobietą i spytać się, jak to jest możliwe, że jej oczy nie mają dna. Chodził za nią krok w krok, uważając jednak, by nie spostrzegła się, że ktoś ją śledzi. Po jakimś czasie zorientował się, iż nie jest jedynym jej wielbicielem. Gdziekolwiek była ona, tam zaraz pojawiała się grupka postaci, odzianych w ciemne płaszcze i głębokie kaptury. Mężczyzna uznał, że w ten sposób kryją się przed sobą, starają się nie pokazać rywalowi swej twarzy. Przypominali mu bandę skrytobójców, kręcących się w kółko, albowiem musieli jednocześnie unikać ciosu w plecy i bacznie wyglądać okazji, by zadać śmiertelny cios przeciwnikowi. Wiecznie kryli się w cieniu, nie zauważani przez innych ludzi, ślepi na wszystko oprócz kobiety, za którą podążali jak ćmy za światłem świecy. On błąkał się wśród nich, zupełnie zagubiony i wbrew własnej woli odizolowany, mimo że zamaskował się pod takim samym płaszczem, a głowę skrywał w cieniu kaptura.. Nauczył się naśladować ich posuwisty, ociężały krok, oszczędne ruchy i mrukliwe głosy, które wydawali jako namiastkę ludzkiej mowy. Tak męcząc się i tłamsząc swoją łaknącą światła naturę, włóczył się za bandą obdartusów, zawsze nieco z boku lub z tyłu, osamotniony w swej wędrówce za kobietą o oczach bez dna. Pewnego dnia zatrzymali się w podziemnych mieście, gdzie kobieta spotkała się z grupą znajomych. Jej wielbiciele przycupnęli cicho przy wejściu do sali balowej. Chłód i wilgoć ciągnęły od trony zatęchłych kanałów, szczury piszczały w rurach, a wygłodniali, zabiedzeni skrytobójcy wytrwale kręcili się pod drzwiami, co i raz w dłoni któregoś błyszczał nóż, i ktoś osuwał się bezwładnie na ziemię. Mężczyzna jak zwykle stał z tyłu, nie miał odwagi wejść między nich. Z tymi swoimi błyszczącymi głodem ślepiami, chwytliwymi dłońmi, które przeobraziły się w szpony, przypominali mu bandę brudnych szczurów. Brzydził się nimi, ich szarością, bezbarwnością, anonimowością. Znowu ogarnęła go pogarda dla samego siebie, ponieważ dał się tak poniżyć i dla jednej kobiety dołączył do tych nieszczęśników. Zaraz jednak przypomniała mu się głębia jej oczu, pomyślał, że dla odkrycia ich tajemnicy gotów jest zrobić wszystko. Ale czy to, co zrobił do tej pory, było wszystkim? Czy starał się wystarczająco? Czy włóczenie się z tymi obmierzłymi stworami mogło choć na krok przybliżyć go do celu? Ogarnięty nagłym przeczuciem, czy też w przypływie odwagi, tupnął ze złością nogą, aż odgłos jego tupnięcia rozniósł się korytarzami daleko, daleko, prawie na samą powierzchnię. Gromada skrytobójców zamarła w bezruchu, szczurze oczy wpatrzyły się w niego z uwagą. Mężczyzna zdarł z głowy kaptur, ukazując swą bladą od przebywania w ciemnościach twarz i długie do ramion, kruczoczarne włosy, które rozrzucił na boki, potrząsając głową jak lew. Posłał swym milczącym towarzyszom dumne spojrzenie błękitnych oczu i podszedł do wrót, roztrącając ich na boki. Dłonią zwiniętą w pięść załomotał w odrzwia. Odpowiedział mu zdławiony pomruk, zaraz jednak wrota otworzyły się. Czyjeś ręce chwyciły go za ramiona i wciągnęły do środka. Przez domykające się wrota dojrzał jeszcze wyciągnięte ku niemu szponiaste dłonie, a potem spłynęły na niego potoki niebieskiego światła. Oślepiony stał w miejscu, a tymczasem czyjeś dłonie zdarły z niego przetarty płaszcz, rozczesały włosy – a może był to tylko wiatr? –, owiał go upajający zapach kwiatów. Kiedy wzrok przyzwyczaił się do nadmiaru światła, zobaczył, że stoi pośrodku pięknej łąki, a przed nim znajduje się kobieta o oczach bez dna. Bez słowa chwycił jej ręce w dłonie i przycisnął do ust. - A więc warto było – wyszeptał z uśmiechem. Owiewał ich ciepły wietrzyk, niosący zapach kwiatów, wszystko wokół aż kipiało od żywych kolorów. Mężczyzna zapatrzył się w oczy kobiety, ponieważ chciał wykorzystać szansę i odczytać ich sekret. Były czarne jak węgiel, matowe, nie przypominały oszlifowanego obsydianu, jak sobie to nieraz wyobrażał. Jej oczy przerażały go i zachwycały jednocześnie, tak jak przeraża i zachwyca spojrzenie samej Śmierci... Ledwo o tym pomyślał, wzdłuż pleców przebiegły go zimne dreszcze. Kobieta delikatnie oswobodziła dłonie z jego uścisku i uśmiechnęła się szeroko, a wtedy ujrzał lśniące bielą, ostre zęby, zaś kiedy się odezwała, owionął go zapach popiołu. -Przeze mnie mówią wieki. Jestem starsza od wszystkich ludzi, i żyję bez końca, albowiem jedynym moim pokarmem jest ich życie. Nie powiem ci, kim jestem, bo i tak nie zrozumiesz. Nie uwierzysz, że są starsi ode mnie, a niektórzy sięgają nawet prapoczątków waszej historii. Wsadziłbyś nasze istnienie między bajki i zwariował, a mi potrzebny jest twój nieskażony niczym umysł i zdrowe ciało. – przerwała, machnęła ręką, wrota otwarły się i przeszli przez nie skrytobójcy. - Oni są moimi sługami. Zwiemy ich ghulami, to tacy jak ty, ale przeciwieństwie do ciebie nie są oślepieni miłością, tylko głodem. Oderwałam ich od światła, które potrzebne im jest do życia. Dlatego musiałam zmienić ich dietę, by przedłużyć ich istnienie. Karmię ich krwią. – ruchem szybszym niż myśl zrobiła paznokciem nacięcie na przegubie jego dłoni. Mężczyzna nawet się nie poruszył - Jeśli naprawdę mnie kochasz, przedłuż moją nieśmiertelność. Daj mi to, co jest w tobie wiecznie żywe. Daj mi swe barwy. Chodź, utoń w mych oczach. Są bez dna, gdyż tylko wtedy mogłabym poznać tajemnicę istnienia. Tylko wieczna pustka jest w stanie oddać smutek mej nieśmiertelności. Tylko czerń najgłębsza z możliwych, barwa nieistniejąca w twoim słonecznym świecie, umożliwia mi egzystowanie wśród żywych... Nie bój się – zbliżyła się doń, ujęła jego twarz w dłonie i wtedy zauważył, że są one szponiasto zakończone. Zbliżyła nienaturalnie czerwone usta do jego ust. Chciał się wyrwać, ale nie miał siły. To dusza, uwięziona w oczach bez dna, wzywała go do siebie – Przecież należysz do mnie. Dla mnie zrezygnowałeś z dnia. Dla mnie więc zrezygnuj z życia... Wieczorem w jednej z wykwintnych restauracji można było ujrzeć kobietę niezwykłej urody w otoczeniu orszaku złożonego z równie pięknych mężczyzn. Wszyscy byli młodzi, zadbani, a ona stała wśród nich jak królowa, panująca nad barwami, mieniąca się tym wszystkim, co żywe. Widywano ich później na balach, w salach królów i baronów, zawsze nocą, albowiem za dnia gdzieś znikali. Ponoć ktoś widział, jak chowali się do kanałów, ale kto da wiarę, że taka piękność mogłaby mieszkać w tak obskurnym miejscu? A na skąpanej w słońcu łące leżał człowiek. Jego otoczona kwiatami głowa lśniła bielą, chociaż nie był on stary, to tylko życie wycisnęło swe piętno na jego delikatnej twarzy i odebrało kolor tęczówkom, włosom i skórze. Był teraz człowiekiem z kości słoniowej, z mlecznego leukoszafiru. Owa barwa odzwierciedlała też stan jego ducha, wewnątrz czuł się oczyszczony, gotowy. Oczyma, w których ostały się jeszcze resztki dawnego błękitu, patrzył śmiało w niebo, prosto w słońce. I kiedy owa ognista kula zaczęła się nagle ku niemu przybliżać, kiedy poczuł, że unosi się prosto w objęcia śnieżnej bieli, z jego piersi wyrwało się pełne ulgi westchnienie. Wiedział, że nareszcie umiera.
  5. To wiersz. który co prawda umieściłam kiedyś na jednym forum, ale nikt, ale to zupełnie nikt go nie skomentował. I nie był w żaden sposób nagradzany (to a propos regulaminu). Z niecierpliwoscia oczekuję komentarzy, szczerych, ale może na wstępie odrobinę złagodzonych - jeśli mozna prosić.
  6. Mrok niepamięci minionych dni wypełnia cień, co kroczy w ślad kobiety, co straciła sny, tej, która chciała zmienić świat. Ten blady uśmiech, co twarz ducha ożywia niczym kruk grobowiec, dręczy ją jak pustynia sucha, -wśród żywych niczym wilk wśród owiec. "Już przy Twym boku dni i nocy nie zliczę, ile trwam- w udręce, śmierci wyrwany dzięki mocy wiążącej umysł, duszę, serce. Twój już na wieki. Dałem duszę, ofiarowałem serce z głazu, a wciąż o Ciebie walczyć muszę, "kocham" nie rzekłaś mi ni razu. Nic nie chcę- dumę mam jak pył duchem- nie mogę być mężczyzną, nic nie chcę- tylko daj mi sił; Twa łza, Twój uśmiech- to jest wszystko... Inaczej- pójdę precz od Ciebie, rozpłynę się we mgle poranka, lecz mnie nie spotkasz, Miła, w niebie, w piekle nie znajdziesz swego kochanka. Zanurzę się w odmętach morza o dnie ginącym gdzieś w nicości, Ty tylko ujrzysz w ostrzu noża jak płynę tam na statku z kości. Dziwne to morze czarnych fal, wiatr ściga tutaj potępionych nic, tylko mgła- gdy spojrzysz w dal; gdy słuchasz- wiatru cichy skowyt. Jedyny cień- pod Tobą, w głąb, jedyne światło- strażnik- ptak, płomieniem znaczy wieczny lot, uczucie- strach, nadziei- brak. Strażnicy mają twarze dzieci ze świtu skórę, skrzydła ptaków. Tylko niewinność nieprzekupna dogląda brzegów morza wraków. Kochaj mnie zatem, miła, kochaj, nie każ mi tonąć w czarnym morzu, zatrzymaj mnie przy sobie, nie daj, bym przed Wiecznymi się ukorzył. Ty jesteś niczym krople rosy, lśniące wspomnieniem słońca w nowiu, bez ciebie jestem nędzny, bosy, wichrem strawiony na pustkowiu..."
×
×
  • Dodaj nową pozycję...