
Cyryl
Użytkownicy-
Postów
6 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
nigdy
Treść opublikowana przez Cyryl
-
***(Z samogwałtu zrodzony)
Cyryl odpowiedział(a) na Cyryl utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
nie wiem czy "fan" to odpowiednie słowo... i tu jest odpowiedź na pytanie irmy: chodzi o filozofie genezyjską julka (wędrówka dusz)... nie będę odrazu zdmuchiwał wszystkich świeczek;), bo tort przestanie być smaczny! smacznego -
***(Z samogwałtu zrodzony)
Cyryl odpowiedział(a) na Cyryl utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Z samogwałtu zrodzony poeta onanizuje myśli i spazmatycznie w słowa płodzi na kartce tej białej przeszłości wyrwanej Z prochu historii powstały strzepuje słowa krwawo w cztero – stron świata wiersz układane, który na wiatr rzucony w popiół obrócą Z krwi ojczyzny wykarmiony dziękuje wierszem ku pamięci narodu orła piórem pisanym co wiecznie głodować będzie Z miejsca w narodzie czyni pamięci tradycję walcząc o nieśmiertelności laur lecz przez społeczeństwo na zapomnienie skazany Z mieczem poezji kruszy żywym ciała, by ducha z ograniczeń cielesności uwolnić a jedynie martwych na świat przywołuje Z ducha wstępującego w serce przykład bierze mistycznej śmierci drogę znacząc do krzyża masowego grobu kultury współczesnej Z śmierci ostatnim tchnieniem dokonuje żywota w niepamięci mogile przez robaki zjadany, ale jako duch powróci robactwo pożreć -
I nagle obudziłem się. Wszystko tkwiło na swoim miejscu, ale nie było już tak, jak dawniej. Nie, nic się nie zmieniło. Tutaj nic się nie zmienia. To ja zacząłem inaczej postrzegać świat, wydawał mi się nietknięty, dziewiczy – musiałem go jeszcze raz poznać... W moim nowym świecie czułem się bardzo samotnie. Odczuwałem wielką pustkę. Pustka jest twórcza – beznadziejnie twórcza. Zacząłem więc wstawać, a robiłem to tak niezdarnie, że wyglądało to, jakbym się na nowo rodził. A może to prawda?... -Przepraszam bardzo, czy pan już się urodził? -Co? -Czy pan już się urodził?! Zobaczyłem przed sobą małego chłopca. Miał złociste włosy i długi żółty szal pasujący do zielonego ubrania. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że byłem na polanie oddalonej o setki kilometrów od jakiegokolwiek skupiska ludności. Polana była otoczona zewsząd gęstymi, dzikimi lasami. Ta nadzwyczajna dziewiczość, która mnie jak gdyby osaczyła i zaprzątała wszystkie moje myśli, nasunęła pewne obawy. Obawy te dotyczyły tego nowego świata, który przyszło mi na nowo poznawać. Czasami wydaje mi się, że swoją obecnością gwałcę tą całą niewinność, a jednocześnie ta cała otoczka jest taka podniecająca... Wtedy świat jest taki tajemniczy. Na chwilę zapomniałem o swoim niezwykłym i równie tajemniczym towarzyszu. -Skąd się tu wziąłeś? – wyszeptałem. -Czy pan już się urodził? – zapytał ponownie towarzysz, zauważyłem, że nie łatwo rezygnuje z raz zadanego pytania. -Tak. Tak mi się przynajmniej wydaje... – „Jestem taki zagubiony!”, chciałem dokończyć, ale coś mnie powstrzymało. -Ja też jestem zagubiony. Straciłem przyjaciela... – powiedział smutno chłopiec. -Bardzo mi przykro. Kiedy chcemy powiedzieć coś ważnego, to zazwyczaj brak nam ku temu odpowiednich słów. Staramy się wtedy milczeniem oddać całą chwilę. Złączyłem się w milczeniu z niezwykłym przybyszem. Stara rana zaczęła krwawić – ja też kiedyś straciłem przyjaciela. Ogarnął mnie nagły smutek, wzrok skrył się w dłoni, by mnie widzieć całej tej beznadziejnie twórczej pustki. Położywszy się w trawie, zapłakaliśmy... W pamięci najczęściej zapadają te złe chwile i choć nie chcemy o nich pamiętać, to dzięki nim możemy naprawiać błędy i wystrzegać się przed ponownym popełnieniem tych samych. Są to nadzwyczaj egzystencjalne chwile. Jak śmierć i narodziny... -Czy pan chciałby być moim przyjacielem? – zapytał towarzysz mojej niedoli. -Hmm... To wymaga czasu, możemy zasadzić ziarenko... -Ziarenko?... – melancholijnie zamruczał. -Tak. Ziarenko przyjaźni... i zobaczymy, co z niego wyrośnie. Chłopiec popadł w zadumę na dłuższą chwilę. Potem, wyciągnął z kieszeni dziwny rysunek przedstawiający skrzynkę z trzema dziurkami i zatopił się w kontemplowaniu swego nadzwyczajnego skarbu. A ja miałem trochę czasu, żeby zastanowić się nad specyficzną sytuacją, w jakiej się znalazłem. Wspominałem swoją bolesną przeszłość, śmierć podczas snu, ponowne narodziny, tajemniczego współtowarzysza i obawy, jakie zaprzątały mi głowę. -Kim jesteś, chłopcze? – zapytałem niespodziewanie, co wywołało u tajemniczego gościa lekki szok. Pewnie wyrwałem go z głębokiej zadumy, jeszcze przez kilka minut stał oszołomiony, po czym powiedział pełen dumy: -Nazywam się Jeszcze Mniejszy Książe i jestem twoim przyjacielem! Moje zaskoczenie było tym większe, gdy złapał mnie za rękę i wzniósł się na pewną wysokość. Nagle zerwał się wicher, który owładnął naszymi ciałami. Szal Jeszcze Mniejszego Księcia roztańczył się na dobre. Cała okolica polany targana została niekontrolowanymi podmuchami wiatru. Gdy spojrzałem jeszcze raz na niezwykłego przybysza, powiedział: -Nie bój się, nauczę cię żyć od nowa... Jego głos był słyszalny mimo panującego wokół powietrznego pandemonium. Wiatr smagał mnie po zdziwionej i nieco przerażonej twarzy. Kawałki ziemi i trawy wirowały wokół, niejednokrotnie ocierając się o nasze ciała. Jeszcze Mniejszy Książe nadal trzymał mnie za rękę. Chwyciłem go kurczowo za szal i odlecieliśmy gdzieś tam, daleko gdzieś. Tyle myśli, tyle dziwnych myśli krąży mi po głowie, aż trudno je zatrzymać, gdyż biegną jak oszalałe (na oślep), niczym struga wirującej i pieniącej się wody. A gdy cichutki śmiech Jeszcze Mniejszego Księcia wprowadzi je w zakłopotanie, każda ucieka gdzie poniesie ją wzrok... Wciąż w podświadomości słyszę jego słowa, odbijające się o ściany mojego serca jak echo: „...nauczę cię żyć od nowa... od nowa... od nowa...”. -Dokąd mnie zabierasz? – spytałem. -Czymże jest podróż, że o nią pytasz? – odpowiedział pytaniem na pytanie. Czym jest podróż? Poznaniem samego siebie. Zapewne, ale czy chcemy siebie znać? Myślę, że nie, ponieważ kiedy odkryjemy tajemnice, to przestaje ona nią być. To jest tak jak z niewypowiedzianymi marzeniami, kiedy się spełniają, czar pryska... Więc wyruszam w podróż ku poznaniu, odkryciu. Jaki będzie jej kres? Nie wiem... Pierwszą planetę zamieszkiwała Wiara. Była to stara postać, bez określonej płci. Nieco wychudła, zmęczona i... samotna, drżącym głosem powiedziała: -Witajcie ostatni pielgrzymi. -Dzień dobry. Dlaczego ostatni? – przywitał ją Jeszcze Mniejszy Książę. -Jeszcze niedawno odwiedzało mnie wielu pielgrzymów. – powiedziała Wiara – Byłam szanowana, a ludzie ufali mi. Jedni bardziej, inni mniej, ale wszyscy wiedzieli, kim jestem. Teraz jestem samotna i skazana na zapomnienie... Milczałem. -To smutne, ale ludzie – ciągnęła – już mnie nie potrzebują, nie potrzebują mi ufać. Stali się bardziej pewni siebie i zapatrzeni w przyszłość. Ludzie już nie wierzą... Nastała nagła, przenikliwa cisza. Cisza, która potrafi wyrazić więcej niż tysiące słów. -To, co najważniejsze skrywa się przed wzrokiem. – powiedział Jeszcze Mniejszy Książę, – Dlatego ludzie nie potrafią cię docenić, patrzą się w przeszłość (patrzą się na ciebie) i nic nie widzą, więc spoglądając w przyszłość, próbują szukać czegoś, co wypełni ich życie. To złudne... Nic nie mogłem powiedzieć, stałem jak zamurowany. Myślałem o tej smutnej prawdzie, przecież i ja taki jestem! Patrzyłem na twarz Wiary, czułem jej wzrok na swojej duszy... Wiedziałem już, co mam myśleć, chciałem ją ratować przed zapomnieniem. Widziałem całą tą pustkę w swojej duszy. Zadałem sobie pytanie:, czym jest człowiek bez Wiary? Kiedy byłem małym dzieckiem, to zawsze myślałem, że kiedy człowiek się zużywa staje się manekinem i trafia na jedną z wystaw sklepowych. Teraz wiem, że to zwykła bzdura! Bo człowiek się nie zużywa, tylko traci swe wartości - staje się tak pusty we wnętrzu i tak skamieniały na zewnątrz, że w końcu staje się przykładem. Tak, przykładem złego postępowania, a ludzie wystawiają go ku przestrodze, do powszechnego oglądania. Dziś wszyscy ludzie to złe przykłady... Wiem, że Wiara słyszała moje myśli, choć starałem się wypuszczać je bez najmniejszego szmeru. Wyszeptałem: -Wypełnij mą duszę i zamieszkaj w sercu... Druga planeta była, pozornie, opuszczona. Zjawiając się tu, również my, poczuliśmy się opuszczeni... Jeszcze Mniejszy Książę ukradkiem wytarł niewinną łzę, która spływając po bladym policzku sprawiała wrażenie drogocennego klejnotu. Wspierany przez Wiarę krzyknąłem: -Pokaż się! -Już dawno nikt mnie nie wzywał. – usłyszałem dziwny, metaliczny głos. Nie był to głos mężczyzny, nie przypominał on również niewinnego głosu kobiety i nie wykazywał ani trochę podobieństwa do dziecięcego szeptu. Był to głos kamienny i... Kamienny? Tak, to kamień! Rozejrzałem się dookoła i zobaczyłem zimny i ponury kamień, na którym wyryty był napis: ZAPRAGNIJ, RZEKNIJ, A STANIE SIĘ. Kamień leżał na mchu, a wyglądał tak dostojnie, że w oczach Jeszcze Mniejszego Księcia mech stał się poduszką, a kamień sam w sobie tronem. -Wszystko, co ludzkie zawstydza mnie – zaczęła Nadzieja – Naprawdę wolę kamieniem być, kamienie nigdy nie śmieszą do łez... Nic nie mogłem powiedzieć, chciałem jak najszybciej stąd odlecieć, ale Jeszcze Mniejszy Książę popatrzył na mnie wymownym wzrokiem. Nadzieja ciągnęła: -Nie przeraża mnie nieskończoność bytu, nie pragnę, nie zazdroszczę; po prostu trwam. -Ale jesteś samotna, straszna i napawasz nas strachem. Powinnaś być ostoją, pomagać ludziom w trudnych chwilach i być dla nich matką. – powiedział stanowczo, aczkolwiek lękliwie Jeszcze Mniejszy Książę. -Właśnie, dlatego szczęścia w najczystszej formie doświadczam... Zacząłem płakać. Wiedziałem już, o czym mówiła nadzieja. Mój umysł zaczęły nawiedzać koszmarne wizje przyszłości, widziałem świat pozbawiony jakichkolwiek wartości, opuszczony i zniszczony przez wojny. Rozumiałem sens mojej wędrówki. Odkrywałem świat od końca, poznawałem go od tej najgorszej strony, aby móc go naprawić. Jeszcze raz odczytałem napis na kamieniu: ZAPRAGNIJ, RZEKNIJ, A STANIE SIĘ. Była to zagadka, której rozwiązaniem był klucz do serca. Powiedziałem głośno i patetycznie, a moje słowa materializowały się i stawały żywymi: -Zgrzeszyłem... Wszystkie moje złe uczynki rozpierzchły się niczym ostatnia gwiazda przypalana pierwszymi promieniami słońca. Trzecią planetę zamieszkiwała Miłość. Dla mnie była nią kobieta, a dla Jeszcze Mniejszego Księcia miała ona kształt róży. -Jesteś taka niewinna – zaczął naiwnie Książę, bo nadal patrzył na swoją różę – i taka nieporadna... -Dlaczego patrzysz na mnie jak na różę? – odparła Miłość. Jeszcze Mniejszy Książę posmutniał tylko i patrząc się w kierunku najjaśniejszej z gwiazd odpowiedział: -Byłem zbyt młody, żeby umieć ją kochać! Miłość popatrzyła na mnie. -Jakie noszę dla ciebie imię? – zapytała. Nie umiałem odpowiedzieć. Patrząc na Miłość, widziałem kobietę, raz małą o pięknym głosie, a raz wyższą i dziecinną do bólu. Miłość zawsze była dla mnie ukryta w innej osobie. Popatrzyłem na nią jeszcze raz, zaczęła się zmieniać z formy cielesnej w duchową, by za chwilę ujawnić się przede mną jako zwierciadło. Zwierciadło tak potrzebne każdemu... Z lekką obawą spojrzałem. Zobaczyłem siebie. -Jestem tobą! – oznajmiła Miłość. Poczułem się jak człowiek, który przed chwilą cudem uniknął śmierci. Zrozumiałem istotę życia. Przez cały czas szukałem czegoś, co zawsze było we mnie, było mną... Spoglądałem na innych tak, jakby to oni potrafili za mnie żyć, podczas gdy cała prawda tkwiła we mnie... Nastała długa chwila, podczas której wracały bolesne wspomnienia. Rozpamiętując te wszystkie porażki, zacząłem dostrzegać pewną koligację między Wiarą, Nadzieją i Miłością... Strzępy obrazów złączyły się w jedną całość. Tylko człowiek, który ogląda świat sercem i nasłuchuje go duszą, potrafi dostrzec w nim prawdę. Spojrzałem na Jeszcze Mniejszego Księcia, który w blasku najjaśniejszej z gwiazd, ze łzami w oczach, pomachał mi na pożegnanie jakby chciał powiedzieć: „Idź i nie przepraszaj...”, i wzbijając się w powietrze odleciał do swojej róży, która była dla niego jedyną prawdą. Ten ostatni krok musiałem zrobić sam. Wszedłem, więc w tą czarną przestrzeń niezbadanego wszechświata, naznaczając tym samym pejzaż prawdy. Ostatni krok w mojej podróży, krok ku poznaniu... Czwartą planetę zamieszkiwała Choroba... I nagle obudziłem się. Wszystko tkwiło na swoim miejscu, ale nie było już tak jak dawniej. Nie, nic się nie zmieniło. Tutaj nic się nie zmienia. To ja zacząłem inaczej postrzegać świat, wydawał mi się nietknięty, dziewiczy – musiałem go jeszcze raz poznać... W moim nowym świecie czułem się bardzo samotnie. Odczuwałem wielką pustkę. Pustka jest twórcza – beznadziejnie twórcza. Zacząłem, więc wstawać, a robiłem to tak niezdarnie, że wyglądało to jakbym się na nowo rodził. A może to prawda?... -Przepraszam bardzo, czy pan już się urodził? -Tak...
-
Dzień jak co dzień tego roku, upalnie i duszno. Powietrze ciąży jak stare, lecz czasami jeszcze kłujące wspomnienia. Wspomnienia leniwe i nieco już przetarte, z okresu gdy jednym spontanicznym gestem potrafiłem zasiać drzewo wielkiej przyjaźni, by jednym strachliwym słowem spalić to wszystko. I ten zapach; sprzątaczka skrapla wielkie kwiaty w biurze. Zapach, który pamiętam z dzieciństwa - świat po deszczu. Nasuwają się obrazy. Moja mama była wspaniałą kobietą. Ale ja nie potrafiłem tego wtedy dostrzec. Częstokroć kłóciliśmy się; żadną siłą nie da się cofnąć wykrzyczanych w złości słów... Mój ojciec był jednym z tych ludzi, którzy nie potrafią okazywać swoich uczuć. Nigdy nie usłyszałem od niego tych dwóch tak pożądanych słów. Teraz rozumiem go, zbyt często używane słowa zatracają się gdzieś i nie są tak dziewicze, prawdziwe , szczere... Szkoda tylko, że tato nie zdążył mi nigdy powiedzieć tego sam. Siostry nigdy nie znałem i nigdy też nie pragnąłem poznać... A poza tym powietrze jest tak gęste, że można by je ciąć nożem; od wspomnień nie da się odciąć... Ciągle buczące wiatraczki i systemy klimatyzacyjne nasuwały skojarzenie wiosennej łąki z mnóstwem pięknego kwiecia i tysiącami pszczół, których nieustannie poruszające się skrzydełka nadawały rytm naszemu życiu. Na sekundę oderwałem się od wspomnień; siedząc w plastikowym biurze trudno o głębsze przeżycia. Jak zwykle w takich dniach ruch był znikomy, od czasu do czasu pojawiał się jakiś zdyszany i spocony człowiek, z tych, co to wszystko odkładają na ostatnią chwilę. Obok największego z wentylatorów swoje stanowisko ma panna Zuzia, w takie dni jak ten jest nadzwyczaj pogodna i uśmiechnięta. Zawsze wszystkich dziwił ten wiosenny uśmiech Zuzanny, bo w mroźne zimowe dni nie zagościł nigdy na jej rumianej twarzy. Ja jednak znam jej mały sekret, Zuzia ponad wszystko kocha bosy spacer po kolorowej, wilgotnej od porannej rosy łące... Nawet bez świadomości tego małego sekretu, ludzie, a w szczególności pracownicy firmy uważają ją za dziwaka i częstokroć za jej plecami podśmiewają się. Ja jednak pozyskałem sobie jej sympatię i vice versa. Szczerze polubiłem Zuze. Do naszego bliższego kontaktu doszło w nieco dziwnych okolicznościach, bo na dachu jednego ze szklanych wieżowców. Byłem wtedy pomywaczem i będąc na platformie zawieszonej na wysokości trzydziestego piętra czyściłem szyby wyżej wspomnianego wieżowca. W jednym z pomieszczeń zobaczyłem roztańczoną postać z miotłą w dłoniach. Niewysoka, szczupła brunetka w kraciastej spódnicy i zielonym swetrze, tańcząc w rytm miarodajnych uderzeń palców o przyciski komputerowych klawiatur. Widok tyleż zaskakujący, co piękny. Zachwyciłem się tym widokiem, napawałem przez dłuższą chwilę, chcąc zapamiętać każdy szczegół tego niezwykłego sabatu. Otworzyłem cicho okno wpuszczając tym samym nieśmiałe promienie słońca, które oświeciły pląsającą dziewczynę. Zarówno jasne promyki i tańcząca Zuzia rozpierzchły się jak przestraszone gołębie uciekające z zaniedbanego pomnika jednego z wielkich poetów... Jej wzrok najpierw skierował się na mnie, później na schody prowadzące bądź w dół, bądź w górę; zależnie od tego, którą drogę chcemy wybrać. Chciałem coś powiedzieć, ale Zuza była już na schodach; biegła w górę. Pobiegłem za nią. Kiedy dotarłem już na dach, bo tu skierowała się ona, Zuzia stała na krawędzi, miała rozłożone ręce i zamknięte oczy. Wyglądała jakby chciała skoczyć. Zamarłem. Chwila wydawała się wiecznością. Powiedziała tylko: - Raz, dwa, trzy, ganiasz ty. I zaczęła powoli opadać jak ścięte drzewo. Chciałem krzyczeć. Podbiegłem do niej i złapałem za rękę. Staliśmy teraz obok siebie, drżałem, a ona się tylko uśmiechnęła. Przytuliła się do mnie, roześmiała i zaczęła ponownie tańczyć. Zaprzyjaźniliśmy się, ale nigdy nie było mowy o miłości. Po drugiej stronie biura w samym koncie zasiada Filip, informatyk z zamiłowania, z wykształcenia ekolog. Cały czas siedzi przy swoim komputerze i monitoruje cały system firmy. To jest trudne i monotonne zajęcie, każdego odwiedzającego nas, odwiedzanego i zlecanego przez Centrale, musi wpisać do komputera. Często zna każdy szczegół z życia klientów (tak zwykliśmy nazywać ludzi, którzy są częścią naszej pracy i często stają się częścią naszego życia). Dlatego w najtrudniejszych przypadkach decydujący głos należy właśnie do niego; chyba, że chodzi o klienta przypisywanego z Centrali - ci muszą być załatwiani w trybie natychmiastowym. Filip nie od razu dostał posadę informatyka, na samym początku pracował na niższym stanowisku, tu gdzie ja, odbierał telefony i pracował w terenie. Szybko jednak awansował i zyskał uznanie wszystkich pracowników. Uznania jednej osoby jednak nigdy sobie nie pozyskał i chyba nigdy tego nie pragnął... Ten mężczyzna stojący przy oknie to pan Karol, właśnie on nigdy nie polubił Filipa; zresztą Karol nie lubi nikogo. Dużo pali i ma później suchy i ostry kaszel. Zawsze jest ubrany na czarno, nawet dziś, kiedy upał zdaje się być większy niż zwykle. Pan Karol jest jakby naszym przełożonym, mówią, że był tu od zawsze. To on szkoli nowych pracowników, często w ironiczny sposób. Kilka jego powiedzonek nawet przeszło do kanonu "Złotych Myśli". Często ich używamy, gdy chcemy mu trochę podokuczać. Mówimy mu wtedy: -Panie Karolu, kaszle pan jak "ślimak na Tour de France". Oryginalna wypowiedź, wypowiadana do nowicjuszy brzmi: "Ruszasz się jak ślimak na Tour de France". Też często używanym powiedzonkiem pana Karola jest: "Wyglądasz jak moja teściowa na rowerze". Mówimy mu wtedy: -Panie Karolu, wygląda pan jak czarny rower. Ogólna atmosfera dzisiejszego dnia sprzyjała rozleniwieniu. Całe miasto zdawało się uśpione. Pan Karol głośno kaszlną. Telefon zadzwonił. Odebrałem: -Souvenir, słucham. -Dzień dobry, tu Centrala. - odpowiedział męski głos. Takie telefony są dla mnie najcięższe, wiem, że za chwilę będę musiał wstać i wyjść. Następny klient. -Dzień dobry. -Straszny upał prawda? Pewnie nie macie tam zbyt dużo pracy!? - spytał mężczyzna z Centrali. -Kto tym razem? - zapytałem, by nie przeciągać chwili. Co musiało wywołać u mojego rozmówcy jakąś dziwną złość. Odparł: -Storczyk Krystyna, ul. Krótka 2a. Do widzenia. - i trzasnął słuchawką. Chyba się naraziłem... -Storczyk Krystyna, ul. Krótka 2a. - powtórzyłem. Zuzia od razu zaczęła wypisywać niezbędne dokumenty. Poprosiłem Filipa, aby sprawdził w swoim komputerze, czy nie widnieje tam osoba o takich danych. To chwilę potrwa. Zastanawiam się gdzie jest ulica Krótka? Muszę iść na dworzec kolejowy, a to jest długa droga; dworzec jest za rzeką. -Nie, nie mam tu takiej osoby. - oznajmił Filip. -Nowy przypadek. - powiedziałem. -Postaraj się być wyrozumiałym. -Przecież mnie znasz. Spojrzałem na Zuze, kiedy wręczała mi dokumenty. Mrugnąłem okiem. Uśmiechnęła się. Idę. Jeszcze tylko jedno: -Panie Karolu... Jasność, okropna, rażąca jasność. Muszę chwilę odczekać, aż oczy przyzwyczają się do piekącego słońca. Miasto śpi. Asfalt klei się do butów. W ogóle o tej porze roku miasto jest zaniedbane, rzekłbym nawet brzydkie. Zieleni nie ma prawie wcale, a jeżeli już jest to w kolorze ciemno żółtym. Muszę przejść przez plac, przy którym swoją siedzibę ma Souvenir; moja firma. Jeden z tysiąca podobnych do siebie wieżowców, szklany, wysoki i smutny. Aż trudno pomyśleć, że na jednym z pięter po lewej stronie decyduje się o czyimś byciu lub nie byciu... Skierowałem swoje kroki w stronę dworca kolejowego. Idąc ulicą Ostrą muszę skręcić na skrzyżowaniu w prawo, a potem prosto na przystanek autobusowy, skąd już tylko przez most wprost na dworzec. Mijam pewną kawiarnię, często wpadamy tu po pracy. Jest to magiczne miejsce. Wchodzi się tam po schodach w dół. Wnętrze nasycone jest czerwonym kolorem, co tworzy dziwny hipnotyczny klimat. Cały wystrój utrzymany jest w konwencji PRL-u. Tutaj czas jakby się zatrzymuje. Zatrzymałem się. Pewnego wieczoru odbywał się tu wieczorek poetycki połączony z przedstawieniem teatralnym. Tutaj często organizuje się takie performance. Na krzyżu wisiał ogolony na łyso mężczyzna. Nad nim wisiała tablica z napisem : "To być może jest Jezus Chrystus". Na scenie nie było widać nic, poza ostrym niebieskim światłem i gęstym dymem. Nagle był ogromny huk, jak wybuch bomby lub uderzenie błyskawicy. Wszystko zgasło, nastała niepokojąca cisza i gęsta czerń. Na scenę wyszła dziewczynka ze świeczką i zaczęła śpiewać: -"Wlazł kotek na płotek i mruga. Piosenka to ładna i nie długa."... Ruszyłem dalej, już tylko kilka kroków dzieli mnie od przystanku autobusowego. Zastałem jedną osobę. Dość znudzoną, może trochę zmęczoną. Usiadłem. Autobus spóźnia się. -Spóźnia się! - powiedziała kobieta spoglądając na zegarek. Ludziom zawsze się śpieszy. Nie mają na nic czasu. Czas to ciekawe zagadnienie, płynie nieustannie swoją wytyczoną z góry ścieżką. Czas chyba się nie kończy. Ale ludzkie życie szybko się kończy... Nie chciałbym obudzić się pewnego dnia i stwierdzić, że moje dotychczasowe życie było jedynie snem. Dziwnym snem. Snem krótkim, ale jakże bolesnym. Czas zawęża się. Jedzie autobus. -Jedzie autobus! - powiedziała kobieta spoglądając na zegarek. Droga przez most prowadzi na dworzec kolejowy. Mosiężne liny podtrzymują zmęczone ramiona mostu. Z kolei moje zmęczone ramiona podtrzymują mosiężną głowę. Upał daje się wszystkim we znaki. Inni pasażerowie również przyjęli postawę antycznych myślicieli. Błędne koło filozoficzne... Trochę trzęsie. Powoli dojeżdżamy do celu; dworca kolejowego. Wędrówka dobiega końca. Coś się kończy, a coś zaczyna... Dworzec jest zbudowany w starym stylu. W czasie wojny toczyły się tu główne bitwy o miasto. Dziś również toczą się tu bitwy, o innym charakterze; politycznym. Rzecz w tym, że władze miejskie chcą zlikwidować ten piękny, aczkolwiek stary dworzec i przerobić na centrum handlowe. Wzorem niemieckiego miasta Leipzig. Paradoksalnie to przecież Niemcy w czasie wojny okupowali te tereny... Wchodzę na sporych rozmiarów plac, na środku znajduje się sporych rozmiarów mapa miasta. Szukam trasy, którą będę mógł dojechać na ulicę Krótką. Obok tras umieszczono czas, jaki zajmie pokonanie drogi, aby mogli wybrać najkrótszą z nich. Ludziom zawsze się śpieszy... Muszę iść na peron pierwszy. Jeszcze tylko kupię bilet. Myślałem, że będzie gorzej, ale trafił się zadbany pociąg. Każdy, kto korzystał kiedykolwiek z usług kolei, wie, czym jest jazda w zadbanym inaczej pociągu. Ja mam dziś szczęście. Wsiadam. Jest nawet wolny przedział. Siadam. Pociąg rusza. Podróż zajmie jakieś dwadzieścia pięć minut. Ulica Krótka jest na przedmieściach. Zaczynam się zastanawiać nad swoją pracą. Kim jest kobieta, do której się udaję? Jaka panuje tam sytuacja? Jakie środki będę musiał zastosować? Moja praca nie należy do najprzyjemniejszych; przynajmniej dla większości z naszych klientów. Ale ja ją lubię. Wybrałem ją specjalnie, aby móc obcować z ludźmi. Jedna z zasad naszej firmy mówi o "nie nawiązywaniu bliższego kontaktu emocjonalnego podczas rutynowych wizyt", czyli teraz. Zasady są jednak po to, by je łamać... Dlatego klientów traktuję pobłażliwie i z sympatią. Niestety nie wszyscy mi na to pozwalają. I tworzą się pewne stereotypy. Czuję jak pociąg zwalnia. Zbliżam się. Koła stanęły. Wstałem i skierowałem się do wyjścia. Ulica Krótka ciągnęła się wzdłuż dziwnych łąk, pełnych dziur. Nie wiem, co lub, kto mógł zrobić te doły. Może będą tu coś budować? Nieważne. Jest to typowe dla tego miasta przedmieście. Zaniedbane, szare i ponure. Domy tu stojące wydają się być opuszczone, gdzieniegdzie przez otwarte okno dochodzą mnie dźwięki starych piosenek odtwarzanych z adaptera. Mnie interesuje tylko jeden dom, ten, do którego zmierzam. Numer 2a, Krystyna Storczyk. Poszukiwania nie trwały długo. Dom jest mały. Drewniany. Podchodzę do drzwi. Pukam. Cicho. Żadnej reakcji z wewnątrz. Ponawiam pukanie. Znów nic. Zaczynam się niecierpliwić. Zaglądam przez okno do środka. Widzę: pokój jest niewielkich rozmiarów, na środku stoi stara kanapa, naprzeciwko niej stojący na podłodze telewizor, na ścianie wiszą dwa obrazy, jeden zamazany i nieczytelny, drugi przedstawia małego chłopca na polanie, jest brudno. Znów pukam; tym razem mocniej. Drzwi się uchylają. Niepewnie je otwieram. Wchodzę do środka. Ciemno... Pokój wydaje się być większy niż ten, który widziałem przez okno. -Dzień dobry! Czy zastałem panią Storczyk? Cisza. -Halo! Czy jest tu ktoś? Nadal nic. Szukam w kieszeni zapałek. Są, znalazłem. Zapalam i zamiast rozejrzeć się po mieszkaniu; wpatruję się tempo w płomień. Nagle robi mi się ciepło i sennie. Przed oczyma pojawia mi się ta sama dziurawa łąka, która rozciąga się wzdłuż ulicy. Jest niezwykle jasno i kolorowo. Na łące oprócz dużych dołów jest multum wiosennych kwiatów. Unosi się z nich pyłek, piękny zapach wdziera się do moich nozdrzy. Ja, w otoczeniu grupki osób biegnę w bliżej nieokreślonym celu. Po prostu biegniemy. Wszyscy jesteśmy ubrani w białe koszule. Jesteśmy boso. Jest tak pięknie. Czuję się szczęśliwy i bezpieczny. Uśmiech nie znika z naszych twarzy. Jest tak pięknie. Obracam się wstecz i widzę podróbkę szczęścia z fabryki na Tajwanie. Wszyscy, którzy biegli ze mną wpadają teraz w te dziury. Zatrzymuję się i próbuję ich wyciągać; na próżno - wszystkich, których kochałem wpycham do dziur. Mam czyściutkie sumienie i bilet pewny do nieba bram?... Powoli odzyskuję świadomość. Pierwszą rzeczą, która wita mnie ponownie na świecie jest ciemność, ta, którą spodziewałem się już zawsze widzieć i ta, której nie chciałem już więcej odczuć. Powraca też czucie, boli mnie głowa i co gorsza odczuwam straszny ból sumienia; czuję jak krwawi mi dusza, krew rozlewa się po świadomości wędrując szlakiem prawdy do rozbitego serca. Chcę pamiętać wszystko to, co w tej chwili się ze mną dzieje, a jednocześnie nie znać bólu; to jest nie możliwe. Staram się otworzyć oczy, ale powieki zaklejone są zastygłymi łzami. W końcu udaje się. Otwieram oczy. Jasność, okropna, rażąca jasność. Jestem w małym pokoju, leżę na kanapie, naprzeciwko stoi telewizor, na ścianie wiszą dwa obrazy, jeden zamazany i nieczytelny, drugi przedstawia małego chłopca na polanie, jest brudno. Odzyskuje pamięć. Ciszę przerywa melodyjny głos: -Proszę pić. - młoda kobieta podaje mi kubek - Spał pan dwa dni, wydaje mi się, że to omdlenie. Nie zawiadamiałam nikogo. Nieśmiałe podniosłem kubek do ust. Zaczynam pić. Nieznany mi napój, coś na pograniczu alkoholu i ziołowej herbaty. Dobre i orzeźwiające. -Zupełnie nie wiem, co się ze mną działo? Nie wiem dlaczego się działo? Prawdę powiedziawszy nie za wiele teraz wiem. Przepraszam i dziękuję! -Proszę. - kobieta zmieniła ton głosu; stał się bardziej podejrzliwy - Zaopiekowałam się panem jak najlepiej umiałam. Zastanawiało mnie tylko dlaczego pan się tu znalazł? Nie lubię, gdy ktoś zwraca się do mnie "pan". -Przepraszam, czy pani Krystyna Storczyk? -... -Nazywam się Henryk Kwiatek i... poproszono mnie o sprawdzenie sytuacji, w jakiej się pani znajduje. -Po co? - kobieta zupełnie zmieniła ton głosu. -Nie mogę powiedzieć. - zacząłem wstawać - Czy mogłaby pani podać mi moją marynarkę? -Po co? - pani Storczyk ponowiła pytanie; zaczęła prawie krzyczeć. -Chciałbym pani coś pokazać. -Co? Te dokumenty! Skąd macie moje dane i po co wam one? - wyjęła z kieszeni moje dokumenty i zaczęła nimi wymachiwać - Co to ma wszystko znaczyć? -Proszę się uspokoić i oddać mi dokumenty. Nie mogę nic pani powiedzieć. -Nie, nie uspokoję się! Słyszałam o takich jak ty! Tutaj zdarzały się już takie rzeczy! - jej krzyk przerodził się w płacz. Muszę nagiąć przepisy i powiedzieć o wszystkim. Ale przecież nie mogę. Sytuacja wynika się spod kontroli. Centrala pewnie już tu jedzie. Kobieta się boi; nie dziwie się. I tak prędzej czy później będzie musiała przejść proces. Łamie stereotyp. -Pracuję dla firmy Souvenir. Jest to rządowa placówka dowodzona przez Centrale. Wysłano mnie tu w celu zbadania sytuacji, aby można było opracować najlepszy plan działania. Centrala musi wiedzieć o pani wszystko; gdzie pani pracuje, co je...! Chodzi o pewien proces, podczas którego zostaną pani wszczepione nowe wspomnienia... W ten sposób już zawsze ma być pani kontrolowana, a to, co od tej pory ma pani przeżywać, będzie tylko komputerową symulacją. -Boże... -Dokładnie, Centrala jest jak Bóg, który ingeruje w swój twór. -Skąd więc mam mieć pewność, że ja w ogóle żyje? Może mnie wcale nie ma, może ja istnieję już jako komputerowa symulacja? Może to wszystko jest nieprawdziwe? - i zaczęła rzucać wszystkim dookoła siebie. Rozbijała to co aktualnie wpadło jej do ręki. Wpadła w szał. Na zmianę wrzeszczała i płakała. Teraz żałuję, że jej to powiedziałem, ale i tak proces jest nieunikniony. Złapałem ją. Trwało to trochę zanim się uspokoiła. -Może i ty przeszedłeś taki proces i jesteś tylko marionetką tej Centrali? - powiedziała i opadła na moje ramiona. Na sekundę przestałem oddychać. Przecież wszystko to co się ostatnio działo nie było normalne. Te moje dziwne zasłabnięcie; jakby wizja. I to jak się znalazłem w firmie, zwerbowano mnie z ulicy; jak mogłem zapomnieć. Tak samo znalazła się tam Zuza i Filip. A reszta pracowników, nawet ich nie znam. Pracowałem bez zbędnych pytań, w niewiedzy i nawet nie przeszkadzało mi to. Jeszcze Centrala, ja nawet nie wiem gdzie i co to jest!? -Masz gdzie się ukryć? - spytałem. -Tak, ale czy cokolwiek ma jeszcze sens? - odparła. -Idź, schowaj się, przeczekaj trochę i nikomu nic nie mów! Powiem, że ciebie nie zastałem. Muszę coś wyjaśnić. -Ale... -Idź już! W jej oczach wyczytałem zniechęcenie i strach. Wybiegła z domu. Pozostawiła po sobie jedynie delikatny zapach perfum. Zadzwonił telefon. Wcześniej go tu nie było. Odebrałem: -Souvenir, słucham. - nie wiem dlaczego to powiedziałem! -Dzień dobry, tu Centrala. - odpowiedział męski głos. Takie telefony są dla mnie najcięższe, wiem, że za chwilę będę musiał wstać i wyjść. -Dzień dobry. -Straszny upał prawda? Pewnie nie masz tam zbyt dużo pracy!? - spytał mężczyzna z Centrali. -Kto tym razem? - zapytałem, by nie przeciągać chwili. Co musiało wywołać u mojego rozmówcy jakąś dziwną złość. Odparł: -Kwiatek Henryk. Do widzenia. - i trzasnął słuchawką. Chyba się naraziłem... Kiedy wyszedłem na zewnątrz było już ciemno. W nocy miasto jest jeszcze brzydsze. Nie wiedzieć czemu unosi się atmosfera grozy, a latarnie nie świecą. Znów stanąłem obok tej niezwykłej łąki. Skierowałem swoje kroki w kierunku domu, natomiast moje myśli nadal kierowały się w stronę podświadomości. Kim tak naprawdę jestem? Czy i mnie nie wszczepiono nowych wspomnień? A może po prostu jestem przewrażliwiony? Nawet nie wiem kiedy dotarłem pod mój dom. Szybko zleciała mi droga, podczas walki z własnymi myślami. Dom leży w dość wygodnym i miłym miejscu; nieopodal parku. Jest to chyba najbardziej zielona, a raczej ciemno żółta część miasta. Jedyne o czym teraz marze to ciepła czekolada i wygodne łóżko. Jestem padnięty. Otwieram drzwi. Na pierwszy rzut oka coś mi nie pasuje. Jakby ktoś ruszał moje rzeczy. To pewnie przez zmęczenie. Wchodzę, klucz rzucam na komodę w przedpokoju. W domu panuje bałagan; nie należę do specjalnie pedantycznych osób, szczerze mówiąc nie radzę sobie z utrzymaniem w czystości tego miejsca. Ściągam marynarkę i idę do kuchni. Nie mogę znaleźć puszki z czekoladą. Chyba zrezygnuję dzisiaj z mojego ulubionego trunku. Idę spać. Nawet nie zrzucam z siebie ubrania. Spycham tylko stertę brudów na podłogę. Łóżko jest takie jak lubię; chłodne i miękkie. Nadal jest gorąco, mimo, że za oknem środek nocy. Zasypiam. Mój sen nie trwa zbyt długo. Chyba jednak uchylę okno. Obleciał mnie nagły strach. Na plecach poczułem ciarki. Wydaje mi się, że widziałem dwa cienie. Ktoś tu jest. Staram się znaleźć coś do obrony; nic nie znajduj?. Walka nie potrwa zbyt długo. Ruszyłem do kontaktu, muszę zapalić światło. Oni są za moimi plecami. Czuję ich spokojny oddech. Wiem, że są nasłani przez Centrale. Już czas... Musiałem nieźle oberwać po głowie. Bo przez dłuższą chwilę mam kłopoty z podniesieniem się. Jestem w jakimś pokoju, wygląda jak hotelowy. Jest tu tak czysto i sterylnie. W powietrzu unosi się zapach pachnideł w kształcie choinek porozwieszanych w szafie. Usiadłem na łóżku. Dziwnie się czuję. Jestem pewien, że to sprawka Centrali, a jednak mam nadzieję, że to nie oni. System wszczepiania ludziom wspomnień. I ja nic nie podejrzewałem!? A co z moimi? Też wszczepione? Nigdy nie pragnąłem tej chwili. Zawsze widywałem ją tylko w najgorszych koszmarach. Moje życie to sen. Czas się z niego wybudzić. Wstałem. Wchodzi dwóch mężczyzn. Podchodzą do mnie i mocno chwytają pod ręce. Nie opieram się. Idę tam gdzie mi karzą. Prowadzą mnie długim korytarzem, na ścianach wiszą obrazy z portretami sławnych ludzi. Każdy z nich dziwnie się uśmiecha, jakby w moją stronę. Całość przedpokoju i pewnie domu utrzymana jest w drewnianym stylu. Wchodzimy do obszernego pokoju, bogato zdobionego. Pali się ogień w kominku. Nie wiem która godzina. Przed kominkiem stoi fotel, jest obrócony do mnie plecami. Ktoś do mnie przemawia. Dziwnie znajomy głos: -Twoje życie to sen - powiedział i obrócił się w moją stronę. To pan Karol. -Sen... Nigdy nie pragnąłem tej chwili, a mimo to zawsze na nią czekałem. Wiedziałem, że kiedyś sen stanie się jawą, a prawda... A prawda zawsze tu była. Zawsze była we mnie, była mną. Prawda mnie zabija każdego dnia i każdego dnia sprawia, że chcę żyć. Jak ostatni wydobyty dźwięk fortepianu; krzyk... -Nasze życie to sen!!! - wykrzyknąłem. -A czym jest sen? Niczym innym jak tylko obrazem wyświetlanym pod powiekom. Widzimy tylko to co chcemy widzieć, słyszymy tylko to co chcemy słyszeć... - odpowiedział smutno. -Chcę wiedzieć... chcę słyszeć... chcę... -Nic nie mów - urwał - możesz już otworzyć oczy. Nastała jedna z tych chwil, która tworzy czystki w naszych głowach. W takich chwilach nie myślimy, pozwalamy losowi robić to za nas. Wspomnienia uleciały. Dzwoni mi w uszach. Wokół mnie ciemność; czerń. Nie jest to czerń, którą znamy ze strasznych legend, nie jest ona uosobieniem zła. Czuję się tu bezpieczny, jest ciepło. Idę więc w tę czerń i im bardziej się w nią zagłębiam, tym mniej myślę o tym co się ze mną dzieje. Widzę przed sobą dziurę podobną do tych, które były przy ulicy Krótkiej. Początkowo wpatruję się jedynie w nią. Jest to dziura w mojej duszy, a życie jest takie krótkie... Podnoszę wzrok ponad dziurę. Po drugiej stronie stoją wszyscy moi przyjaciele. Zuzanna zdaje się coś mówić, Filip z uśmiechem jej przytakuje. Ciągnie mnie w ich stronę, ale strach nie pozwala mi na jakikolwiek krok; w końcu przede mną dziura... Idę. Pierwszy krok jest najgorszy; krok w nieznane. Wiem, że zaraz spadnę w tą otchłań, ale jednak wierzę. Przepaść materializuje się; wspomnienia wracają. Idę więc po tym co zapisałem sam, co zapisali moi przyjaciele. Idę po prochach przeszłości. Życie to chwila, chwila to przemijanie, tylko wspomnienia są wieczne. Ale, czy rzeczywiście są to moje wspomnienia? Zuza wskazuje palcem niebo. -Tylko głupiec patrzy na palec, który wskazuje niebo... Spojrzałem. Niebo nad nami otworzyło się jak stare pudełko, do którego zaglądamy po latach by przywrócić przetarte nieco wspomnienia. Powoli, zagląda ktoś do wewnątrz tego pudełeczka. Jakaś dziwna postać, od której bije blask. Starzec z brodą. Chyba się uśmiecha. Nie widzę dokładnie. Czuję się taki bezpieczny. Jakby świat się poruszał. Wszystko wiruje. Słyszę jak dziwna postać wystukuje palcami w klawiaturę komputera. Zuzia zaczyna tańczyć. Filip śmieje się głośno. Uderzenia, jak gdyby bębna, radosne pląsanie i śmiech układają się w jedną całość niczym ostatnia część do składanych całe życie puzzli. -Wstań i idź! - powiedział pan Karol. -A... -Tak, znowu zemdlałeś. -Mia... -Wiem, miałeś wizje. -Ską... -Nie pytaj skąd wiem. Po prostu wiem. Chciałeś poznać Centrale, więc wstań i idź... -Gdz... -Przed siebie! - i zniknął. Wielki pokój opustoszał. Jedynym moim towarzyszem był ogień tlący się ledwo w kominku. Patrzę przed siebie; widzę otwarte na oścież okno. Idę. Zatrzymuję się jeszcze. Idę. Już nie myślę. Czas wypełnia się. Skacze. Na sekundę; wolny jak ptak. Wieje zimny wiatr. Ledwo tlący się ogień gaśnie... I ten sam ledwo tlący się ogień, wybucha nowym, mocniejszym żarem w zupełnie innym miejscu. Wszystko to widziałem, oczami wyobraźni.
-
***(Był taki moment...)
Cyryl odpowiedział(a) na Cyryl utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Był taki moment gdy wszyscy ludzie zasnęli – koniec świata nastąpił w zaledwie kilku snach, we krwi zastygłej na rogu nosa, w jednej zmazie. Żywi obudzili się martwi a ci co umarli we śnie są żywi w wierszach, śpiochów umieszczono między wersami i kazano czytać. Krok wstecz wymusza jedno zdanie: Para majestatycznych staruszków znaleziona nad ranem w miłosnym uścisku felernego piecyka. Później nadeszły bezsenne noce, strach o własne życie, wyostrzyły się zmysły, krew wyciekła z nosa zwiastując kolejny koniec świata Wiersz przeniesiono do działu "Poezja - Forum dla początkujących poetów" MODERATOR