Jestem powoli, wynurzam szybko czcionkę z tego, co mam na sobie
Choćbym nawet zmienił Słońce – nie pamiętam
jak nazwać podłogę, na której stoję
Ostrożnie aż do przeczekania
kleje stopy śliną mamrotania
Bezfonicznie nucę cichość.
Grunt musi przecież być wybielony aż do prostopadłych włókien
które machina czasu ustaliła na gwiazd fundament
A gdyby tak oszukać znaki zapytania
Wymazać wątpliwości
Odbić się od kalki wiedzy – prostując niejasny szmer,
Szczęśliwy na zawsze ten, kto nie wie –
- teraz trochę wyżej, szyję przecina granica
trochę wyżej, Strzał!
z jasnożółtego dymu uwolni się tabliczka,
która cofa znów o dziesięć pół
Czy więc z głowy da wyciągnąć się śrut,
co rakiem komórek, szczypcami sprzeczności?
oszustwo na nic
Ja skulony nieco nad podłogą czuje dym.
Zbliża się, a przy niej nie wypada
czuć popiołu swoich zmysłów,
z których wyciśnięte słowa podsycają ogień
- Cześć. Co słychać
- Wszystko gra, u ciebie?
- U mnie też
milczenie