Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

Marcin Piniak

Użytkownicy
  • Postów

    11
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez Marcin Piniak

  1. Wtedy, gdy zobaczyła je po raz ostatni w telewizji była dobranocka. W jednym momencie jej twarz stężała nabierając dziwnego zwierzęcego wyrazu. Blade palce delikatnych dłoni wbijały się zaciekle w oparcie fotela. Oczy na wpół szalone i przerażone w jednej chwili stały się odległe, dziwnie zapadnięte do środka, wpatrzone w coś nie z tego świata. To się czuło. W tym pokoju tylko ona to widziała. Tylko ona z tym była i miała tego świadomość. Jej łzy rozpryskiwały się bezgłośnie o krawędź stołu. Przestrzeń gęstniała przemieniając resztki tlenu w fale gęstej kadzi. Za oknem wyły psy, porwane spazmem nagłego szaleństwa. To była granica snu i jawy. To była szczelina pomiędzy jej życiem i śmiercią. Siedziałem na przeciw niej z otwartymi ustami z kołatającym ze strachu sercem. Nic, żadnego ruchu, słowa. Jedynie obecność, rola biernego świadka. Tylko tyle i aż tyle. Jak kto woli. Niebo za oknem sczerniało łamiąc ciszę nagłym grzmotem. Ujadanie psów, błyski odbite w powierzchniach mebli, jej niesamowita twarz z wbitymi we mnie błękitnymi oczyma. Powiem wam, że to jest taki moment, gdy nie jesteś w stanie nic powiedzieć, zrobić, ba pomyśleć nawet. Możesz tylko patrzeć. A twoje ciało mimowolnie odmawia posłuszeństwa, zaczyna tańczyć poruszane nie dającymi się pohamować falami drgawek. Narasta coś najgorszego, to, przed czym każdy z nas uciekał, budził się zalany pośrodku nocy. Strach. Totalny paniczny strach. Jego esencja. Pojawia się wszędzie, w tobie, na zewnątrz, napływa bezlitośnie rozsadzając twój mózg. Przejmuje kontrolę, dyktuje warunki. To jemu budują ołtarze maniakalni sadyści i mordercy, to on patrzy przez źrenice skazańców zaraz przed egzekucją. W nim kiełkuje szaleństwo. Jeżeli zdołasz uciec, nie wahaj się ani sekundy. Ale najgorsze jest to, że wiesz doskonale, że ucieczka jest niemożliwa. Bo to narasta w tobie, tam ma źródło i punkt docelowy. Pokonać go, to zwyciężyć wszystkie armie świata. Jest to wyczyn nadludzki. To – było w jej oczach, patrzyło na mnie. W tym mieszkaniu na jednym z milionów szarych blokowisk zobaczyłem Śmierć. Tak to nazywają. I za życia ciężko coś o niej powiedzieć. Lepiej milczeć. Oddać pokłon, czuć respekt. Ścisnęła moją rękę. Mocno, gwałtownie, dłoń była mokra i ciepła. Pełna miłości. Nie mogła mówić. I wtedy stało się coś niesamowitego – zobaczyłem jej uśmiech. Niczym błysk w jednej chwili rozdzierający neony mroku, tak ten widok odciął wszelki strach. Płakałem. Pokój oddychał światłem, wszystko było wyraźne i proste. Właśnie – proste. Poczułem, że są, tutaj, teraz. Wiem, że je widziała. Pewność. Zaufanie. Mówiła zawsze, że one są zbudowane ze światła i miłości. Gdy przyjdą do Ciebie wszystko się zmieni. W jednej chwili staniesz się kimś innym. Na zawsze. To jest łaska. Błogosławieństwo. Cud. One mieszkają wewnątrz, nie spadają z nieba, nie rodzi ich mgła ani wiatr. Są w tobie. Pewnego dnia może je odnajdziesz. Albo zgubisz na zawsze. Potrzebna jest miłość – tak się rodzą, gdy ją zabijesz nigdy ich nie zobaczysz. Jezus je rodził z każdym oddechem, ożywiał za każdą stacją swojej kaźni, a oni je zabijali jednego po drugim. Tak mówiła. Widziała jak je zabijają na własne oczy. Tylko, że ich się nie da zgładzić, mordowali je tylko w samych sobie. Z głupoty, nienawiści, gniewu. Pamiętam Jezusa bez nóg i rąk na parapecie jej okna, owiniętego w srebrną folię. Zawsze miała dla niego świeże kwiaty. Znalazła go na śmietniku wielkiego miasta. Okaleczonego. Ten ołtarz na parapecie był najpiękniejszym, jaki widziałem. Był tam roześmiany Chrystus.
  2. Małe imperium Widział jak się pnie, jak rośnie. Z każdym kolejnym dniem stawał się coraz większy, bardziej potężny, wszech mogący. DROGA była żmudna i męcząca jak sen. Działo się to na planecie Ziemia, okrągłej małej kulce ze wszech miar monumentalnej jak oko małego boga. System jawił się jako wielce niesprawiedliwy, upadlający ludzkie ze wszech miar pomieszane stworzenia. A jednak to istniało. A jednak! Czy to może cudownie? PRZEJAWIA SIĘ i znika, nagle...i znów się...UJAWNIA. Są tu ludzie całkiem mali, upaprani swymi niekończącymi się filmami władzy, iluzorycznej potęgi. Winszują kończące się Wielkim Nic zwycięstwa. Ale on o tym nie wiedział, nie poznał i nie zajrzał trochę dalej. Uwierzył w Prawdę Tego. Czy jednak - to jest... Prawdziwne. CZYM TO JEST? A jest nieprawdaż. A jednak jesteś, patrzysz, czytasz...Jesteś? TU(sic!) to znaczy Gdzie? [Ale lećmy dalej z tym opowiadankiem.] Więc kolega zajebiście nam się rozrastał, jak świeżo podlany nektarem miłości ogrodowy Eros. To było... tak najpierw był Zwykły, taki normalny, nie na plus i nie na minus. Norma, standard. Nic wielkiego. Ale pewnego dnia w wieku klasy Ósmej odkrył, że w życiu liczą się najbardziej PIENIĄDZE, - co za cudowne słowo - powtarzał. Idealne, takie okrągłe, drogie, słodko brzmiące, zniewalające - [to jest najlepsze słowo]. Patrzył na ojca i matkę i zrozumiał, że oni tego nie widzieli, olali to i są Nieszczęśliwi. NIE MAJĄ WSZYSTKIEGO, CO CHCĄ! Od tamtej chwili chciał je MIEĆ. Pływać w nich, na jedną myśl mieć coś od razu, Teraz. Pstryk i masz. Obraz mu się zawęził, urosły nie dla wszystkich widoczne kły i skurczył się mentalny żołądek umysłowy. I tak pomału rodziła się w nim Bestia. Widzieliście je na pewno - są zawsze głodne. W cudownych pięknych szatach, ale wiecznie nienażarte. Alien obrodził w nim, zakiełkował, jak nieuleczalny nowotwór. Rak toczył go. Zniewalał. Nie wiadomo, kim się stał, był po części człowiekiem, po części bestią. Ale nauczył się zdobywać pokarm, przy takim nałogu musisz: Kłamać Oszukiwać Wykorzystywać Nie mieć skrupułów Na wszelki wypadek możesz wierzyć w Boga, gdyż Bóg ponoć zbawia Grzeszników. Etc. Ludzie kochają Bestie. Oślepiają ich wybrokatowane, jedwabne szaty, połyskująca cera, zdecydowanie, moc, i POTĘGA. BO PIENIĄDZE TO W-Ł-A-D-Z-A. Ulicami chodził z uniesioną głową, unosił się w powietrzu jak ptak o rozłożystych tęczowych skrzydłach, strzepujący rześką rosę na tle zachodzącego słońca. Był kimś, figurą, otaczała go fascynująca aura dostatku. Imponująca. Lgnęły do niego małe bestyjki, jak szczenięta zachęcone zapachem mleka. Lecz tylko nielicznym udzielał nauk. Jest to droga wtajemniczonych, ukrytej wewnątrz systemu kasty ZER. Byli także lepsi od niego, jednak on wiedział, że pewnego dnia okażą mu należyty szacunek. Zostanie pierwszym kapłanem. [Możemy w sumie zdradzić, że jednak nigdy mu się nie uda.] Nikomu jeszcze nie powiódł się plan zostania mistrzem ZER, gdyż mistrzowie ci nie mogą swą potęgo pokonać procesu ŚMIERCI. I powiem wam, że nie ma gorszego widoku niż konające Zero. Ale oni są zawsze spóźnieni o jakieś całe życie. Ból jest ponoć straszny. Ale póki, co nasz Gość pędzi jak strzała przez przestrzeń naszych wspólnych doświadczeń. I nie spotyka oporu, wszystko bucha jak z płatka śnieżnobiałego lotosu. On sam połyskuje coraz bardziej, pręży się, wygina, dwoi i troi. Cudowna jest droga na szczyt, najgorzej jednak się spada. Wielu ludzi musiało płakać, nienawidzić, planować zemstę. Jednak Zero jest puste, nie ma w nim litości. Litość to zły omen, zejście z drogi, złamane wskazanie. Musisz łapać za te małe głupie główki i napierdalać o ścianę. Albo wyciskać jak soczystą cytrynę, póki lecą soki. Chlipać, łapczywie sączyć to, co najlepsze, a później kukła żyje swym koślawym życiem. Jest spalona. Nigdy nie używaj dwa razy tej samej kukły, bo one lubią się mścić. W sumie to możesz się czasem zabawić, gdyż nie potrafią podskakiwać zbyt wysoko. Uważaj na Mistrzów Kukieł! Ci są niebezpieczni. Potrafią zaskoczyć i mogą cię zranić. CDN. Tymoteusz Paradyz/ParadyZ-ine 05-02-08 13:40
  3. Zapadnia wewnątrz chodnika pośrodku zminiaturyzowanych siedlisk pogardy nienawiści, zła obnażonego w ślinach pocałunków nikczemne świnie wciąż mają puste żołądki nienasycone - wbijają kopyta, kły, genitalia kopulują z pyskami wpatrzonymi w lustra Osaczone wiją się jak pijane konie Kukły oszpecone grubymi drutami 05-02-08 14:25
  4. małe okno pomalowane byle jaką farbą otwarte na świat, nic, w szybie - oczy, patrzą, wybite punkty w twardej czaszce korytarzem niosą spłowiałe obrazy -twarzy, miejsc mówili mi, że dusza ma ciało, że jest - tam, teraz ze mną, w środku, siedzi - czeka stary człowiek mówi - ja widziałem tylko kości, szczątki trzydziestu ludzi bez duszy w ziemi, dotykałem ich butem, wszyscy mieli kiedyś żony pierwszy orgazm, książeczkę do nabożeństwa, rower synku twój tatuś jest w piekle, był zły, bił mamusię je ogień, pije smołę, przypalają mu brodawki, zabijają wciąż na nowo, od rana do rana, 24 h, tutaj miał wszystko dom, samochód, ciebie, mnie, jednak musiał pić dlaczego? przecież mogło być tak cudownie nie wiem czy piękne wiersze trzeba pisać może lepiej nie Zapomnieć dobrych ludzi iść na cmentarz, napić się wódki, zapalić widzę swoją twarz na wszystkich nagrobkach swoje kości w ziemi poukładane w fałdy zbuduję dom, posadzę drzewo spłodzę syna 04-12-13 23:40 Utwór został zmodyfikowany ze względu na złamanie regulaminu lub zasad serwisu. Prosimy o niereklamowanie stron internetowych na łamach serwisu (pkt 5g regulaminu).
  5. śnieg z łomotem uderza o kocie łby, twarze kukieł rozrysowane grymasy na wpół obumarłych maskach krew, fekalia, stare gazety płyną korytami rynsztoków z lotu ptaka dostrzec można ich zawiłe betonowe pajęczyny meliny, sex shopy, teatry, kina, salony dilerów, uniwersytety drogie samochody, kościoły, zobaczyć ich – jak biegają, pełzają po swoją porcję wielkiego nic wyhodowano nową odmianę szczurów z ogromnymi głowami inteligentne hybrydy pozbawione uczuć połykające w całości psy, ludzi napompowane miliardami bezużytecznych informacji – nowe trendy w zarządzaniu, makroekonomia, interaktywne negocjacje wszystko – całe plastikowe królestwo pochmurnego dnia, gdy obłoki zwisały niedbale, to był listopad pojawił się mesjasz, w jednej chwili, nagle – jak błysk, wybuch i nim zdążył cokolwiek powiedzieć zrobili z nim kampanię reklamową, wyścielili wszystkie kolorowe pisma, słupy na ulicach, programy w telewizji wyznaczyli nowe trendy, dostał wiktora, złotą palmę wagony pieniędzy, dziwki, ekstazy, porsche 911 tak czy inaczej został wzorem do naśladowania nadzieją indyjskich eunuchów, chorych na AIDS, bełkoczących alkoholików I jak nigdy popyt na wielkie nic przekroczył podaż. Tymoteusz Paradyz/Symfonia prozaiczna 04-11-28 14:29 http://www.subart.blog.onet.pl/
  6. Widziałem ludzi Jak się kołyszą Drgają Skulone małe szczeniaki Dłonie im wrastają w twarz Toną w czarnym oku studni Na dnie bez dna We dnie na dnie We mnie na mnie Szczekają złe psy i ludzie Są jak małe poręczne lusterko Wciąż mi przypominają Kim jestem Byłem Będę Znam zapach zielonych łąk i dużych słoneczników Pamiętam upozorowane uczucia Beznamiętne twarde zasady kłamstwa Czym się ochronisz przed czarnym wiatrem? Jak zmyjesz to wszystko z rąk? Co zostało zapomniane? Kim jest robak z tego snu? Matką Ojcem Wyrocznią Żylastym korytarzem Soczystym okiem Nirwaną martwą jak płód strasznych kobiet Tam w tym czymś tworzysz się ty Tam pływasz I połyka cię wielkie światło Oto jestem...
  7. "Ale ja jestem za to porządna – powiedziała brzydka kurwa do ładnej. " Hamilton Za zasłoną ze śniegu Ordynarne pałace Żałosne witraże Blokowiska Poniżej drzewo opuszczone Płyną szosami Mechaniczne zwierzęta Ludzie otuleni grubymi szalami Chodzą szybko Jak gdyby uciekali Wiatr smaga plecy W klatce nr 35 – ja Wewnętrznie rozebrany Czytający Hamiltona Coraz bardziej opisany Uregulowany Mokre połaci mięsa Pulsuje w skroni Wiersz krwista zorza Podmiot liryczny Wyrzucany Rozkładany Na fragmenty. T.Paradyz/Symfonia prozaiczna 24.03.01 11:45
  8. 1 Dym z papierosa wędruje po odrapanej, pożółkłej ścianie. Wznosi się spokojnie, jak myśl przetacza się przez labirynty wspomnień, kręte ślady urojeń, kołysze się po dzikich falach iluzorycznego porządku wszechrzeczy. Niczym wisielcza lina oplata szkło rozświetlonej żarówki. Wszystko zapada się w sobie, coraz bardziej i gęstniejąc, zastyga. Miniaturowy świat powiela się w szkle pustych butelek, odbicie stanu wyjątkowego, napiętego do granic możliwości, aż dziw bierze, że ten wrzód wciąż jest na swoim miejscu, że nie wybucha, nie zalewa tej skorupy umownych znaczeń. Nic nie jest na swoim miejscu, jeżeli w ogóle uznać by można, że cokolwiek ma swoje miejsce. A tak się przecież zdaje. Tak się umówiliśmy, lecz tylko do czasu. Niekiedy rzeczy, ludzie, słowa wkraczają w coś, co nie ma nazwy, sensu czy nawet uzasadnienia. Taki był ten dzień. Ale od początku. Dzień zapowiadał się całkiem normalnie, normalka - mówiąc jak młodzi duchem pop kultury. Wstajesz i na dzień dobry niezbędna jest kawa, ja tak mam, nie wiem jak wy, ale dla mnie ta gorąca filiżanka „czarnej”, jest jak pierwszy oddech noworodka. To jak w tej reklamie, po pierwszym łyku, świat nabiera rumieńców, śmieje się do mnie, nagle wybucha magmą barw. I dopada mnie coś takiego, jak już siedzę z tą kawą przy oknie, mianowicie zaczynam myśleć o tych wszystkich „ważnych i ostatecznych” kwestiach, czyli sensie tego wszystkiego. Zastanawiam się, kiedy umrę i jak, czy coś zrozumiem i co, i tak dalej, dalej, dalej... Oczywiście do tego typu historii konieczny jest papieros, dobry mentolowy fajorek. Wiatr porusza konarami drzew, gówniarze dźwigając dwudziestokilogramowe plecaki, idą do szkoły, wyglądając przy tym jakby szli na rozstrzelanie. Rozpoczyna się tysięczny dzionek z tej prozaicznej epopei dwudziestopierwszowiecznego robotoludzia, który jak wszyscy na tej obsmarkanej nieszczęściem planecie ma nadzieję, że będzie szczęśliwy. Lato, jesień, zima, wiosna radosna, poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela...ja jestem, rano w oknie z papierosem i przepływającą przez przełyk kawą marki zachodniej robionej w kraju świata trzeciego, przez niewolnika wyglądającego jak z filmu Amistad. I pewnie ten facet od kawy jest biedny, bo jest głupi, albo Bóg go pokarał, może bóg, co najwyżej. Kwestia jak najbardziej dyskusyjna. Zostawmy boga, osobiście nie znam, nie kumam, nie mam numeru telefonu. Jak jest, to mam przejebane, jak nie ma, to nawiasem mówiąc duża część populacji ma problem. A niech mnie piekło pochłonie. Zatem system za moim oknem działa sprawnie, nic specjalnie się nie wyłamuje, standard, pełna stabilizacja i po staremu. Dzień zaprasza mnie w całej swej psychodelicznej okazałości, bombarduje mnie milionami potencjalnych zdarzeń, które nieoczekiwanie mogą nadejść. I nadchodzą z tym, że najczęściej wcale nie zawierają zbyt wiele niespodzianek. Sąsiad słucha bułgarskiej samby połączonej z japońskim disco, dmucha mi tą muzyką ze swych stu watowych głośników marki Tonsil czy Tonsyf, a może Nietenton. W każdym razie najwyraźniej bawi się świetnie, moje ciało podryguje samo w takt tego okropieństwa. W sumie nie byłoby najgorzej z tą muzą, gdyby nie fakt, że pan mój sąsiad Rysio ma zwyczaj śpiewać, przy czym słowo „śpiewać” w jego wypadku jest bardzo nieprecyzyjne, mówiąc kolokwialnie on po prostu wydziera mordę. Do tego pieje w jakimś swoim języku, co go jeszcze lingwiści na uszy nie słyszeli. No cóż włączam radio, trudno i darmo, nie dam rady słuchać pana R. I słyszę jak mi muzyczne fekalia wylewają na bębenki i małżowiny, co to w ogóle jest! O czym jest ta muzyka, o czym śpiewa do mnie ten wyduźdany kogut, love, love...krowe, co za darmozjady mnie tu napastują, molestują wymęczone poczucie resztek smaku. To mnie zalewa, przytłacza, ugniata, ledwo można dostrzec, że prócz tego, już nic nie ma, czasem jeszcze rozświetla tą betonową pustynię słabiutki blask czegoś prawdziwego. Upozorowane prawdy i prawdunie powystrajane jak pierwszoligowe dziwki, co biorą czterysta dolarów (może lepiej euro) za numerek, biegają po tym świecie, albo światku i myślą sobie, że niby taka rewelacja. I najgorsze jest to, że to jest już wszędzie, panoszy się po moich zmysłach, walcuje mnie i próbuje formować. Oczywiście bezskutecznie udaję, że mnie to nie dotyczy, ja tego nie kupuję, ale to kupuje mnie zupełnie bezwstydnie i bezczelnie. Zostałem skazany na kurestwo. Na razie wyrok w nawiasach. Po drugiej stronie ulicy malują betonowe klatki na nowy kolor, łażą po tych rusztowaniach jak pijane koty, z butelkami w kieszeniach i plują gęstą śliną na chodnik. Mieszkania w blokach - zabytki prosperity poprzedniego ustroju, to były marzenia tysięcy młodych ludzi z pokolenia kolektywnej świadomości. Jak się dobrze przyjrzeć, to wszędzie jeszcze widać ślady Polskiej Rudery Ludu, pomimo tego, że chcą to zamalować, przyozdobić, ale czasy się zmieniają ludzie nie bardzo. Ile razy słyszałem, że wtedy to się żyło, kasa była, praca była, ludzie byli milsi mniej bandytów, więcej wartości. Szczęśliwe czasy udawaczy. Może i faktycznie było lepiej, teraz jest dla odmiany coraz bardziej plastikowo, wszystko przeistacza się w szybkie danie, tandeta w pięć minut. Czuję się jak grzanka w chemicznej pomidorówce. Zmasowane armie czarno widzących po pięćdziesiątce napastują mnie swoim tragikomicznym realizmem, mój własny dziadek straszy mnie bombą atomową i wielkim końcem. W szklanym teatrzyku, kierowanym przez pilota z wieloma przyciskami, nadają mi swoje „fakty”, że świat to kraina wielkiego nieszczęścia, muzułmanie chcą nas pozabijać, anomalie pogodowe są coraz bardziej niebezpieczne dla zdrowia, lepiej z domu nie wychodzić, wszystko jest takie straszne. I reklamy dużo reklam, trzeba konsumować na potęgę w tych czasach ostatecznych. Zbierać należy korki od popularnego napoju, bo za cztery tysiące korków dostaje się dwie limitowane szklanki. Patronat medialny nad tą fabryką kłamstwa sprawia banda kompletnych debili, to taki zasraniutki samo-nakręcający się mechanizm. Dużo trybików nakazujących. Dzwonek u drzwi. Patrzę na swój strój Adama, trzeba coś na siebie włożyć, tabu nagości zawsze dla mnie było symbolem tego, że kultura wyparła naturę. Wkładam nie firmową koszulkę i nie firmowe spodenki i ruszam zobaczyć, kto tam jest. Pewnie akwizytor. Otwieram, o jezusku, sąsiadka z manią prześladowczą i teorią spisku złych ludzi przeciwko dobrym bogobojnym obywatelom. Ubrana jak z podróży do przeszłości, opatulona jakąś chustą, cała się trzęsie, jej nerwowe oczy wodzą po mnie bez składu i ładu. Zaczyna się... - Panie Maksymilianie straszne rzeczy, straszne, wie pan ostatnio chodzą po osiedlu tacy, co to udają specjalistów od wodomierzy i okradają, strasznie kradną, no...ta, jak ona...Łukasiewicz! Taka szwaczka z drugiej klatki mówiła, że jej znajoma z tamtego bloku, co go malują, ma siostrę, co to jej szwagra, którego wujka z tej ulicy przy sklepie naszli, zakneblowali i ukradli Panie wszystko zabrali nawet komplet Włocławka, taki ładny porcelanowy. Te czasy Panie, to koszmar, koszmar nie do pomyślenia, te bandyty i te młode pijane dziwki, chodzą jak te psy bezdomne po tych ulicach i szukają emerytów, rencistów, żeby okraść, zabić, skopać. Dobrych ludzi diabeł nachodzi, za jakie grzechy? Wszystko źle, Panie, za jakie winy, kiedyś Panie, to było, spokojnie się żyło, łobuzów nie było, jakoś się tam człowiek sobie radził i znajomych się miało, teraz wszystko za pieniądze, tylko kariery, dzieci nie chcą, a Papież mówi, że święto jak dziecko jest, to cud przecież. Tylko ten Papież nam się udał, bo w tej polityce to same debile i złodzieje i Żydy. Pan młody i Pan jeszcze tego nie widzi, a mnie się zdaję, że to, jaki koniec się szykuje. I pozabijają tych grzeszników całkiem, oczyści się to wszystko. Pan też zdaje się do kościoła nie chodzi, mszy świętej nie odwiedza i w niedzielę odkurza. Ja Panie, panu mówię, że to najwyższy czas się obudzić, bo później jak sąd najdzie to za późno na wiarę. Jezus tak cierpiał, chciałam iść do kina na ten film, co to go Żydy nie lubią, słyszałam, że piękny, że Jezus jak żywy i ta męka jego tak prawdziwie i pięknie pokazana. Teraz to same bezbożnicy, w nic nie wierzą tylko w pieniążki, kurwy i samochody. Obnoszą się z tym swoim majątkiem, tacy to najsampierw będą się w piekle smażyć. Dlaczego Pan do kościoła nie chodzi? - Zawiesiła na mojej twarzy swoje czarne zamglone pestki i wyczekuje, jej usta tańczą w osobnym szaleńczym rytmie, cała zesztywniała i czuję, że koniecznie chce usłyszeć odpowiedź. Wyczytać z moich słów, treści, które choć po części powinny podeprzeć jej chaotyczny wywód przyprawiony męką piekielną i poczuciem moralnej wyższości. Wkuliłem się cały w siebie, grzeszny, zły i brudny. - Wie Pani, ja w ogóle mam wrażenie, że to film kręcą, to wszystko to filmidło, tylko reżyser popełnił samobójstwo, i wszyscy już zapomnieli, o co w tym filmie chodzi. Z tym kościołem wie pani, to też epizod jest jakiś, na początku pozatrudniali aktorów a teraz zostali sami statyści i to za niezłą kasę. - Ręce mi się w pocie rozpływają, serce trzepocze nachalnie, głos łamie się jak polska gospodarka. Wbijam wzrok w jej pomarszczoną, wymalowaną twarz zdezelowanej kukły i zastanawiam się, co mi odpowie. W jej oczodołach błysnęły kurwiki jak to u pewnej posłanki, jej mózg począł intensywnie uderzać w ścianki twardego opakowania, nabrała gęstego powietrza w piersi, które bezapelacyjnie dowodziły prawu ciążenia. Czuję jak jej flegma myśli przeobraża się w słowa, które zaraz zdzielą mnie prosto w pysk. - Pan Panie to też taki kurwiarz bez zasad i moralności, alkoholik bez Boga w sercu, taki nowoczesny luj, nikt, bez honoru, ale zrobią z takimi porządek, są teraz politycy, co i Boga kochają i Ojczyznę i Honor, oni tam pojechali do tej Europy, tam pokażą, co Polak potrafi, jak walczy o prawdę, bo Polacy, mój zafajdany Panie to wielki naród, co Boga kocha, kocha Boga, kocha od zawsze i na zawsze. A takich jak Pan osobiście do piekła zaprowadzą aniołowie, bo one istnieją i patrzą na Pana, jak Pan się z tymi kurwami tutaj się tarmosi i wódę z tymi swoimi lumpami kolegami i może nawet narkomanami, i ten obsrany azjata z tymi czerwonymi włosami też w piekle spłonie, bo ta dzicz koty je i jest żółta, bo Bóg ich pokarał, Jezus był biały i te wszystkie ludzie, co kolorowe to piętnem boskiego gniewu naznaczone. Stoję, jak słup, pusto w głowie, nic, nie wiem czy wiecie jak się odczuwa nic, ale powiem, że to jest po prostu straszne, klaustrofobiczne doświadczenie. Wszystko zaczyna mi się mieszać, nie wiem, kim ona jest, po co na mnie patrzy, o Jezu, ale jak ona mnie wgniata wzrokiem, kim ona jest? Kim jest, ta czarownica, czy to ludzkie stworzenie, kosmiczny żart, klown z prowincjonalnego cyrku dla oszołomów. Sapie, zaczyna parchać jak koń z badziewnego filmu fantazy, ślina jej cieknie po umalowanych burakiem ustach, czerwone pyzate i pomarszczone poliki, nadymają się jak dwie żaby dmuchane przez rurkę. Coś jest zdecydowanie nie tak, tak chyba nie jest jak jest, a może jest właśnie tak. Uszczypnij mnie Szamanie, chcę się zbudzić, otrząsnąć. Ta wywłoka oblepia mnie jadem, nienawiścią, za co? Stop zatrzymajcie to, włączcie inny kanał, to reality bez szoł wgniata mój mózg w roślimaczoną czaszkę, poproszę przerwę na reklamy. Znikaj widmo, uciekaj, a kysz...poszła mi stąd. Odchodzi. Płynie przez przestrzeń szarych ścian, rozmywa się zostawiając za sobą odór kompletnej szajby. Zaraz, zaraz a może...Nie to niemożliwe, skoro nie to jak coś takiego mogło się wydarzyć, czy ja jestem pierdolnięty, powykrzywiany przez swoje frustracje, czy ta zmora istnieje, czy moja sąsiadka jest zjawą i koszmarem, czy jej nie ma i nigdy nie było. Znowu to samo? Jak to się dzieje, że mi się wyświetliło coś takiego, może ja jeszcze nie wstałem, tak to sen tylko sen, uszczypnij mnie Szamanie, sprowadź ład i porządek w obiekty moich zmysłów i napraw system, który tym zarządza. A może to wszystko właśnie tak wygląda? Tylko teraz to zobaczyłem, przeczuwałem, że coś jest nie tak, ale to jest już totalne przegięcie. Świat ma setki barw, tylko źle wymieszanych. Trzeba to zostawić, udać, że tego nigdy nie było to tylko widmo, urojenie rozszalałych neuronów. Dosyć. Podstawa to nabrać odpowiedniego dystansu, zebrać absurdalne fakty do kupy, przeanalizować je i nadać rzeczywistości nowy sens. Rozsądek wyszukuje meritum zdarzeń, przecież to fikcja, nasza zbiorowa imaginacja, coraz częściej otaczający świat jawi mi się jako globalne urojenie, oszustwo na niespotykaną skalę. Siadam na starym fotelu, odziedziczonym jeszcze po moim dziadku w okropne szare kwiaty, wtapiam się w tło minionych zdarzeń, rozczłonkowując je na czynniki pierwsze. Podpalam papierosa, ostry, zawiesisty dym rozdyma moje płuca, gęsta szara chmura wznosi się do sufitu, miliony śmiercionośnych substancji wsiąka w chropowaty strop. Płacę za swojego raka, palenie papierosów powoduje impotencję i jest już nie modne, nie tak jak w latach pięćdziesiątych, kiedy kto palił był bardziej spoko niż ten, co nie palił. Kobieta z papierosem wyglądała kobieco, a facet był bardziej męski. Co to wszystko ma znaczyć, już jakiś czas temu z niesmakiem zauważyłem, że zdarzają mi się pewne sytuacje jakby z drugiej strony lustra, Alicja zastawia sieci, matriksowy Morfeusz kusi mnie swoimi tabletkami. Powinienem wziąć Prozac, odpłynąć, pozwolić by porwał mnie złocisty ocean. Nie do szpitala już nie wrócę, straszna nuda, brak twórczych wariatów, sami nieszczęśliwcy, smutny widok. Szukam kolorowych świrów, nie inspirują mnie frustraci, świat pełen jest smutnych pojebusów, biegają wolni, a wielu gości, którzy są całkiem w porządku faszerują jakimiś świństwami w ordynarnych cywilnych lazaretach. Nie ma sprawiedliwości, ni w ząb, jakaś wielka tragedia to nie jest, ale nie mniej jednak powinno być troszeczkę bardziej elegancko, galowo i porządnie. A tu raj odbity w rynsztoku, farsa bez happy endu. No, niby ta sąsiadka istnieje, przecież widują ją od czasu do czasu a to w sklepie, na ulicy czy na klatce. Parokrotnie już ze mną rozmawiała, nawalała mi te swoje smutne kawałki a potem luz do domu i bez ekscesów. A to, co to było kurwa mać twoja postrzelona, dlaczego tak na mnie wyskoczyła bez orientu, szaleju się najadła, zżarła radioaktywny serek homogenizowany z Iraku. A może to spisek wyznawców nowoczesnej Kabały z Kalifornii, albo misterny plan katolików z Ligi Polskich Radioaktywnych Rodzin, chcą mnie nawrócić, osaczyć, nastraszyć, nauczyć paciorka i na wieki zniewolić. Ja nie! Mnie proszę zostawić, piekło czeka i puszcza do mnie ogniste oko, szatańskie prostytutki o dużych soczystych brodawkach oblizują jaskrawo czerwone wargi i palą duże zielone cygara marki Clinton&Lewiński. Niebieski wiatrak kręci się jak oszalały produkując nędzną imitację chłodu. Zapowiada się gorący dzień, słońce wisi na błękitnym suficie i rozpala metalowe parapety do czerwoności, od czasu do czasu zrywa się lekki wiaterek smaga niezdarnie zielone liście. Rozglądam się wokół, mieszkanie wygląda jak speluna w brazylijskich filmach klasy D, popielniczki, butelki, ciuchy i wszędzie jakieś cholerne papiery. Nie mam dzisiaj siły pracować, a powinienem coś zrobić, na chleb i wódkę zapracować uczciwą pracą umęczonego intelektu. Wolny zawód ma taką przypadłość, że jest czasem za bardzo wolny, na jakimś etacie zapieprzasz te osiem godzin i koniec, a tu opieprzasz się cały dzień, ale wiesz, że ten ekran monitora i wpięty w niego pusty arkusz terroryzuje cię przez cały zafajdany dzień. I w końcu siedzisz te dwanaście godzin i pot leje się strumieniami po tyłku i pracujesz. Ostatnia faza tego zajęcia jest dla mnie męczarnią. Wódka z colą postawi mnie na duchu nieco, śniadanie jadam około czternastej, mój organizm wcześniej nie może trawić żadnych pokarmów. Lód pęka w szklance, ręka trzyma ją pewnie, smak jest mocny. Dobre. Papierosik. Relaksik. Dzwonek u drzwi. Co tam znowu? Idę otworzyć, otwieram i oczom nie wierzę. 2 Stoi czarnula, tak na oko dwadzieścia pięć lat, fajniutka, delikatna buzia, migdałowe oczy, pachnie bardzo ponętnie. Trochę nieśmiało patrzy na mnie, ale widzę, że z hiper krótkiej chwili na hiper krótką chwilę zmienia się nie do poznania. Przeistacza się w pewną siebie wamp maszynę. Czekam, ciekawy, co powie. Biała bluzeczka ciasno oplata dwie duże, jędrne piersi, nagi opalony na brązowo brzuch jest gładki niczym jedwabne majteczki królowej Anglii. No nie mogę kurwa, niech lepiej idzie, bo ja już nie mogę, tak mnie męczy ta jej boska obecność. - Dzień dobry, jestem z prywatnej agencji badania opinii publicznej, robimy badania na zlecenie firm farmaceutycznych dotyczące leków przeciwbólowych, jednocześnie na zlecenie producentów soków badamy konsumentów pod względem spożycia, dodatkowo na zamówienie firmy SEXFORALL przeprowadzamy pomiary formy seksualnej młodych Polaków przed trzydziestką. Czy mogłabym z panem porozmawiać, jednak zależałoby mi na jakimś źródle prądu, ponieważ muszę podłączyć swój komputer. Mam tam dane i filmy potrzebne do prezentacji. Co pan na to? - Patrzy na mnie takim wzrokiem, że moje kolana zaczynają tańczyć samowolnie w rytm przepływających w głowie gorących obrazów, brak śliny, totalne odłączenie. - Proszę, zapraszam, czemu nie, ja uwielbiam badania, a tak ładnej ankieterki nie widziałem przez ostatnie dwadzieścia wcieleń, nie ma sprawy bardzo chętnie, pani wchodzi, bałagan jest, duży bałagan, nie będzie to pani przeszkadzać? - Żona w domu?- zapytała oblizując wargi. O co chodzi? Czemu ona tak na mnie patrzy, robi mi się ciężko, Szamanie to jest realne, czy spreparowane, poukładało się z fantazyjnych puzzli? Kurwa ta jej woń, wsiąka we mnie nieubłagalnie, ugniata mnie, rozsadza mnie, tak wiem, co to znaczy myśleć fiutem, on cały zadowolony nadaje mi krótkie sygnały uczuciowe, że ankieta jest tym, co właśnie chce przeprowadzić. Tylko, co ona z tą żoną, to aż dziwnie brzmi, jak wejdzie do środka, jej głupie pytanie będzie jeszcze głupsze. Uchylam drzwi, wchodzi poruszając tanecznie dobrego profilu biodrami, śniada Dakini ogarnia wzrokiem moje mieszkanie. Już zapewne wie, że nie mam żony, przy odrobinie bystrości wie także, że dawno nie było tutaj żadnej kobiety. Krok i ciało modelki, opanowanie, zdecydowanie. Dobra kombinacja. Patrzę na siebie, poplamiony t-shirt, trzydniowy zarost, podkrążone oczy, marny ze mnie amant. I jeszcze ten przestrzenny polakierowany syfem burdel, jej to nie przeszkadza. Szamanie dary losu, kamienie magiczne. Siada przy szklanej polepionej ławie, na złamanie karku pędzę po ścierkę, szybkimi ruchami ścieram koliste plamy, sprzątam butelki, szklanki i pełne popielniczki. Wygląda to jak weselny stół na wysypisku śmieci. Siada na fotelu, zamaszystym ruchem nakłada jedną długą nogę na drugą, prostując się wypina okrągłe cycki w stronę światła. Nie wierzę, nie daję rady, mózg mi się pławi w soczystych ociekających słodkimi świństwami obrazach pornograficznych. Amok. Zasłaniam ciemno zielone żaluzje, przestrzeń pachnie seksem. Pytam, czego się napije, proponuję drinka, ku mojemu zdziwieniu ona chce wódki z colą, nie no sobie też koniecznie muszę nalać, chłodnica wyobraźni puszcza gęstą parę. Odpina górny guzik w białej bluzeczce, krągłości wylewają się jeszcze bardziej. Muszę się zacząć hamować, bo jeszcze będzie z tego jakieś nieszczęście, racjonalność jest już bardzo daleko za górami za lasami, ucieka w popłochu patrząc na mnie z przerażeniem. Jej szczupła ręka zmysłowym ruchem pieści zimne szkło, od czasu jakby wchodzi we mnie tymi dużymi źrenicami, jestem mały jak ślepe szczenię, ta kobieca potęga zawsze mnie wgniatała w ziemię, robi się ogromna, nieosiągalna majestatyczność i zimne opanowanie opinające do granic mój rozczłonkowany umysł już zupełnie mnie zniewala. Czym ja jestem w tym momencie wobec TEGO. W takich chwilach zaczynam słyszeć muzykę, niesamowitą, przenikający wszystko śpiew kobiecy, i psychodeliczną wprowadzającą w trans melodię. To jest we mnie. Krótka chwila jednak swą intensywnością przewyższa wszystko, mam tak od dziecka, w tych momentach wszystko znika, zapada się i tylko ten głos, rozsadza całość od środka, staję się wielkim odbiornikiem, nie ma niczego, nikogo, tylko czysty pusty dźwięk. - Jakich środków przeciwbólowych używa pan najczęściej? - Dobiega głos gdzieś z daleka. Wracam, siedzi lekko przechylona w lewą stronę, jej spokojna twarz tworzy uderzający kontrast z resztą opalonego gorącego ciała i hipnotycznymi oczyma. Wiem, że mam otwarte usta, wybałuszone białka, źrenice i spojówki i te cienkie niebieskie, które to wszystko łączą. Co ona mówi, nie słyszałem. Widziałem tylko ruch jej warg, pełnych krwistoczerwonych ust. Coś się dzieje dziwnego, mam takie cholerne przeczucie. Cała sytuacja rozłazi się sama w sobie, resztkami sił próbuję zatrzymać, choć resztki orientacji. Daremnie. Coś mi daje na otwartej dłoni, wyciąga ją w stronę moich spierzchniętych ust. Fioletowa tabletka. - Pan zdaje się słabo coś wygląda, proszę to zażyć, bardzo dobry środek, od razu poczuje się pan lepiej, niech Pan się nie boi i mi zaufa, alkohol nie wchodzi z nią w reakcję. To jest najnowszy środek, który jest dopiero w fazie testowej. Wkłada mi to coś do gardła, mimowolnie zaczynam lizać jej smukłe palce. Jej dłoń delikatnie głaszcze mnie po włosach, błogość wkracza w każdą komórkę mojego ciała. Obraz staje się lekko surrealistyczny, śpiew wewnątrz mojego umysłu powraca ze zdwojoną siłą. Mówi coś, nic nie wiem, szepcze w jakimś obcym języku, wszystkie dźwięki zaczynają się wiązać w jakieś przedziwne konstrukcje. Ma to jakiś diaboliczny posmak. Mam poczucie jakby coś wewnątrz mnie chciało wydrzeć się na zewnątrz, ona to nawołuje, rządzi tym jak szatański dyrygent. Z coraz większą siłą ugniata moją twarz, teraz już dwoma rękoma. Kim ona jest? Co się ze mną dzieje, w życiu nie czułem się tak jak teraz. Jak przez mgłę widzę jej obraz wstaje z fotela cały czas coś szepcze, obchodzi ławę stoi nade mną jak cudownie symetryczny nie odkryty cud świata. Kładzie mi obie dłonie na głowie, pochyla się i całuje mnie, jej mokry język zatacza okręgi, nieznana mi dotąd siła przewierca falami drgawek rozdygotane mokre ciało, odchyla moją głowę do tyłu, sufit zaczyna wirować w szaleńczym tempie. Czuję na twarzy jej ciepły oddech, moje ręce coraz gwałtowniej zdzierają jej bluzkę, która rozpada się niczym zbutwiała od starości kora. Jej cudowne piersi wystają przez czarny koronkowy biustonosz. Są jednocześnie twarde i miękko uległe pod naciskiem moich dłoni. Podciąga czarną spódnicę, oplatając mnie mocnymi opalonymi udami, ściąga mi spodnie szaleńczo mnie całując. Mam krew w ustach, ciepłą i przyjemną, powyżej pępka ma dziwny tatuaż, ni to litera ni to symbol, dotykam tego miejsca koniuszkami palców, ona zaczyna cichutko pojękiwać. Jej wzrok jest tak mocny, jej przewaga nade mną tak paraliżująca, jestem jak zagubione samotne szczenię odnalezione przez pełną spokoju matkę. Nagle zalewa mnie ocean gorąca odbiera mi ostanie fragmenty świadomości. Znikam. 3 Leżę na wznak, unosi mnie ognisto czerwona tafla gęstej cieczy. Jestem nagi, niebo ma ciemnogranatową barwę cały czas generuje nie znane mi postaci i dziwne białe twarze. Rozproszone intensywne światło czyni wzory na tafli - miliony kółek, które nachodząc na siebie tworzą niespotykane konfiguracje obcych symboli. Nie wiem, czym jestem, czym jest to wszystko, nie pojawia się żadna emocja. Nic. Jestem to wszystko, co mogę w tej sytuacji pomyśleć. Delikatny wilgotny wiatr muska ciecz, tworząc pomarszczoną skorupę. Jest coraz ciemniej, robi się gęsto, wszystko zaczyna się kurczyć, wchłaniać do własnego środka. Ja również staję się coraz mniejszy, jednocześnie jakby widzę samego siebie na zewnątrz, z tą różnicą, że ciężko mi określić, czym dokładnie jest to, co widzę. Co widzi, przecież nie mam oczu, co myśli przecież nie mam mózgu, co czuje przecież nie mam ciała. Szamanie, czym jestem, co jest tam pode mną, czy ja jestem tym, czy tamtym? O co tu chodzi. Twarze na już fioletowym niebie krzyczą, wrzeszczą w niebogłosy, co to za język? Co one ode mnie chcą? Obrazy nachodzą na siebie, zalewają się. Wszystko się trzęsie, drga wraz ze mną. Nagle ciemność i przerażająco jasne błyski rozrywają mnie furiacką mocą. Nic. Bezkres pustyni, siedzę na gorącym piasku, suchy wiatr wpycha w moje usta ostry pył. Błękitne niebo zbiega się w odległej linii z niekończącą się żółtą pomarszczoną piaszczystą ziemią. Jestem sam, nie wiem gdzie jestem, nie wiem czy to, co widzę jest prawdziwe. Jak to wszystko się stało? I po co to się stało. Czy to nie dziwne, że zawsze wydaje się nam w takich kurewsko popierdolonych sytuacjach, że to musi mieć jakiś powód? Tak chory na umyśle jeszcze nie byłem, takiego dragu jeszcze nie brałem. I ta porażająca samotność. Z kim mam teraz pogadać, jak się stąd wydostać, w którą stronę iść i czego szukać. Mam dziwne wrażenie, że to miejsce nie istnieje na kuli ziemskiej. Kula ziemska, kurwa zawsze mnie to śmieszyło, na małej kuleczce małe robaczki przeżywają swoje wielkie dramaty, kosmiczna farsa. A tutaj masz ci los i co zrobisz, jak nie wiesz, nie rozumiesz, nie potrafisz wytłumaczyć. Popłakać się najlepiej. Poprosić o umysłowy azyl. Kurwa a jak to już tak zostanie i zdechnę tutaj. Całe to moje pieprzone życie gubię się w tym wszystkim, jedyne, czego jestem pewien to, że coś jest nie tak. Kiedy zaczął mnie odwiedzać Szaman zamknęli mnie w psychiatryku i karmili jakimiś gównami. Jak oni to wykombinowali, żeby podzielić wszystkich tych popierdoleńców na mniej i bardziej popierdolonych. Kto im dał boski mandat do takich diabelskich interwencji? Są poranki, że mi się to wszystko odlepia i za cholerę nie wiem, co zrobić i kim mam być. Wtedy też tak było, co z tego, że rozmawiałem z Szamanem, którego oni nie widzieli, co z tego, że byłem nagi na środku największego ronda w mieście, a oni oczywiście zrobili z tego dramat. Nagle ich uporządkowany światek urodził jakąś niespodziankę i zaraz zrobili awanturę. Wypieprzyli mnie z gazety i zamknęli w tym zasranym szpitaliku na peryferiach z wysokimi płotami. A jak ktoś organizuje koncerty z okazji wniebowzięcia matki boskiej, to jest niby normalny? Normalnie - nienawidzę tego słowa. Za to oni je kochają. Co pan lekarz zrobiłby na moim miejscu, jaką dałby tabletkę na takie haluny. Dwie czerwone i jedną pomarańczową? CDN... Tymoteusz Paradyz 04-08-29 18:42
  9. Labirynt Spirale koncepcji Ostre sznury definicji Trumny Umownych znaczeń Zabójczych dualizmów Armie Nikczemnych myśli Bogobojnych odruchów Skrywanych intencji Prawda --------- Kłamstwo Szaleńcze metody przejmowania kontroli Dyktowania zachowań Rysowania postaci Kreślenia granic Bóg ------------- Szatan Kosmos Nieskończonych interpretacji Samozachowawczych uproszczeń Relatywnych mądrości Egotycznych prezentacji Życie ------------- Śmierć Wzruszające fatamorgany Piękna Rozrywające bólem Iluzje brzydoty Dobro -------------- Zło Psychologia Strachu Tłumu Osobowości Śmiech Łzy Niebo utopione błękitem Do cna wypalone piekło Umarli nie powstali z martwych Sąd zamknięty Nie ma Pana Niewolników Jedynie moment. T.Paradyz/Symfonia prozaiczna 04-11-07 12:06
  10. Psychodeliczny taniec Kończyn Punktów zaczepienia Rozpaprany umysł Skończoności To nie prawda Że czas nagradza mądrością Nadwyżką zrozumienia Szacunkiem Godzinami błogiej ciszy Ostatni będą pierwszymi Pierwsi zapomną Zapewnienia Będą tylko Znakiem zapytania Ogromna fala Nadchodzi niespodziewanie Bez ostrzeżeń Zwiastunów Zapowiedzi W majestacie Brakuje usprawiedliwień Słów obrony Sprytnych rozwiązań Nie chadza się na kompromisy Nie daje łapówek Nie bierze na litość Sprawy okazują się Dużo prostsze Porażająco oczywiste Nie ma zastosowań Dwuznaczności Oglądu z innej strony Odpowiedzi są wiadome Pytania jasne Dyskusja nie wchodzi w rachubę Tak to tak Nie to nie. T.Paradyz/Symfonia prozaiczna 04-11-07 12:59
  11. 1 Mam nową manię. Namiętnie gram w tenisa. Nawet w tej chwili pakuję gościowi piłkę w lewy narożnik stołu. Jest czterech przeciwników, każdy kolejny lepiej gra, ten, z którym teraz walczę jest drugi. Raz dałem mu radę, ale przyszło mi to z wielkim trudem. Każdy grający ma swoją publiczność, po trzech z kwadratowymi głowami, jak zdobędziesz punkt oni klaszczą wznosząc kanciaste ręce do góry. W każdym kolejnym meczu jestem kimś innym, raz bywam Tybetańczykiem grającym z żółtym małym komunistycznym Chińczykiem, innym razem Czeczeńcem rozgrywającym szybkie piłki z ruskim ubekiem. Jak mi się już skończą pomysły przeistaczam się w katolickiego Polaka, co rozgrywa decydujący bój z niemieckim satanistą. Technika jest prosta, czwórką i siódemką poruszasz się w lewo lub prawo, gwiazdką odbijasz piłeczkę, a jak chcesz podkręcić to po odbiciu naciskasz 4 lub 7. Raz próbowałem zagrać z najlepszym, ale już po minucie było 21 do 0 dla najlepszego. Dlatego muszę dużo trenować, bo on to całe zło na świecie, a ja chcę z nim walczyć i wygrać. Obiecuję wam jak wygram z czwartym, będzie zajebiście fajnie, będą wysokie renty, nie będziemy już umierać i wszyscy będą się kochać. Dlatego musicie trzymać za mnie kciuki, a ja zamierzam trenować z determinacją i wiarą. O Szamanie znów przegrałem! Szlag by to jasny i gwieździsty! Pi pi ri pi - grają muzyczkę mojej klęski. Z opuszczoną głową kończę rozgrywki. Czas na kawę, papierosa i kontemplację, nazywam to trzy w jednym. Regeneracja plus metafizyka plus zdystansowanie. W tym celu trzeba przejść długim świetlistym korytarzem w stronę mrocznego pokoju sióstr. Po drodze spotkać można wielu ciekawych ludzi, a każdy z nich ma własną wersję tego świata. No, bo to, że ten świat nie istnieje chyba już wiecie? Wpadliście na to? Z lewej z prędkością światła mija mnie Zbych, twarz pomarszczona, oczy rozbiegane w szaleńczej pogoni za papierosem. Koordynacja ruchowa szwankuje koledze, ponoć od dziecka, ale przywykł, pogodził się i teraz najczęściej mawia: spoko. - Maks masz jakiegoś spoko papierosa dla mnie, mentolka jakiegoś znajdziesz, dasz kumplowi w potrzebie, ludzie powinni być bardziej spoko, pomagać sobie, wspierać się, częstować fajkami jak potrzeba. Maksiu nie bądź małym brzydkim chłopcem, daj fajeczkę? Patrzy na mnie tym swoim wzrokiem, nie do przejścia. Dosłownie widzę samego siebie w wybałuszonych szkliwach jego aparatu do patrzenia. On już prawie płacze. Decyzja... - Spoko Z. Masz, walnij sobie w płucko - wyciągam smukłego mentolowego Cristala z białym jak śnieg ustnikiem i daję Z. Niech ma coś spoko z życia. Na mnie już czas, pędzę dalej. Cel jest jasny. Strzelisty czajnik elektryczny, ciemno brązowy preparat, szklanka i cukier. W pokoju siostra Weronika z domu Nowicka ogląda M jak miłość, kobieta, dom, słońce, wesoła gromadka dzieci. Jej łzy rozpryskują się o biały kitel. Czerwone paznokcie wbijają się w podniszczone oparcie fotela. Cała jest w obrazie, dialogu, dźwięku, dokumentnie wpompowana w filmidło. Seriale o życiu, sadystyczna ironia losu. Chrzanić to. Wciskam ON, czekam, bulgocze, zalewam i jest. Ten aromat, wzniesiona para układa wzory faliste, bo Sebę piję wciąż... Co u Ciebie Rysiu? Dobrze? To fajnie. Najgorsza część ceremonii, trzeba to zanieść do świetlicy. Z mroku w światło, z światła w skondensowany czyściec pokoju uciech minimalnych. Udało się pełen sukces nie wylałem żadnej kropli, jest mój stolik, moje krzesło, mój widok z okna. Nadciągnęła jesień, obsypała kawałek kulki papierowymi kartkami z pozdrowieniami od Pana B. Deszcz, wiatr i inne żywioły rozgościły się na pustych ulicach. I szybciej gaszą światło. Och! Jak wspaniale usiąść, wygasić te palące problemy wyimaginowanej reality i spocząć spokojnie w wygodnym krześle, popijając czarną parzoną po krajowemu przypalając dobrą fajeczkę. Relaksik, tutaj naprawdę nie ma ciśnień. Za oknem bez zmian, żadnych sensacji, wojen, Sodomy, klęski, niekontrolowanej apokalipsy. Czasem przykleją się jakieś nędzne problemiska, dociekiwania, przypomnienia, złowieszcze zapowiedzi upadku. To tylko slajdy, przeglądam je spokojnie, bez emocji, z małym uśmiechem pobłażliwości. Wracam do chwili, do jej potęgi, ogromu i nieskończoności. Gorący moment rozpuszcza śniegowe Było, czy Będzie. Teatralne rekwizyty i spektakularne oszustwa, zapadają się w siebie cicho i beznamiętnie. Stepowe wilki na małej smyczy. Łyk, sztach, myśl, trzy elementy. Oddech, uderzenie serca...jestem. Sedno sprawy, jestem? Jestem? Czy nie? Ktoś mnie widzi, ja widzę kogoś, rozmawiamy, ale mam wrażenie, że udajemy, wszystko udajemy, od początku do końca. Puść to! Puszczam, a i tak wraca. Tylko udaje, że odchodzi. Dajmy spokój dywagacjom. Spójrzmy na Marka. 2 Siedzi rozkołysany, ni to płacze ni to uśmiecha się. Coś tam mamrocze do siebie pod nosem. Tak już ma. Nie wiem dokładnie, od kiedy. Jak go przywieźli był maksymalnie wkurwiony. Kolosalnie. Klął, na czym świat stoi. Leży, dogorywa. Miał swój plan, a oni go obrócili w niwecz, sprowadzili do jakieś wyssanej z palca teorii braku zdrowia psychicznego. Marek uważa, że to był najbardziej jawny ze spisków i tym samym potwierdzili to, co od dawna wiedział. A mianowicie Marko odkrył prawdę. Często mi powtarzał, że jak przypadkiem odkryję, o co chodzi, to żebym pod żadnym pozorem nikomu o tym nie mówił. Bo przeprowadzą interwencję i skończy się źle. Niczego nie odkryłem, a i tak jestem tu gdzie Marek, zatem jego teoria trochę zawodzi. Ale on mówi, że już mnie wyprali i nawet nie pamiętam, dlaczego tu jestem, podawali mi radioaktywne tabletki powlekane amnestyczną wydzieliną z gruczołów iluzorycznych i przeprawili w słodki świat niewiedzy. No może, sam nie wiem. Trzeba go zapytać. - Co tam Maruś tak siedzisz i patrzysz sobie na ten za okienny prowincjonalny światek? - widzę jak mu drga gruba fioletowa warga i pulsuje cała lewa strona twarzy. Jest jakiś taki zapadnięty w sobie, wyobcowany, nieufny. Rozgoryczony porażką. - To gówno Maks, cholerna pantomima, oszustwo gorsze od wszystkiego, zobacz te ptaki, co one mają zrobić? Mają jakiś kurewski wybór tego, co ich spotyka? Z nami jest tak samo, kto to kurwa wymyślił i po co? Po co Maks? - mówi do mnie, chaotycznie podpalając papierosa marki Level, podsinionymi gałami wbijając się w moją od dawna nie goloną twarz, zakrzepniętą umowną maskę. - No wiesz, muszę pomyśleć, noo...niby Bóg, tak powiadają, że w sześć dni to wygenerował i już tak zostało, zamontował Adasia i Ewkę, diabeł się pojawił, jabłko, drzewo rozpoznania i bęc - cierpienie, śmierć, ten szpital. I tak się bujamy i czekamy na powrót króla, sąd i wtedy albo tu albo tam, góra dół, dół góra. To w sumie nie moja sprawa, co oni wymyślili, nie wiem czy to prawda, musiałbym zapytać wielkiego Generatora. Marko się zamyślił, odpłynął i po chwili mówi: - Chuj, dupa, bzdura, zasrane pączki w maśle, kabaret nakręcili i wyeksponowali dla mas, rozumiesz? Nie? Pismo, słowo na początku, ludzie księgi, nie? Jaki chuj ich podkusił, żeby sprzedać taką ściemę, żeby wmówić nam, że to słowo Boga, a skąd oni to wzięli, że Bóg gada słowami i to do nas gada? A nie na przykład do kosmitów, albo krasnoludów. A piekło stary to już najlepsze, gwóźdź programu, strzał w dziesiątkę. Oni tylko chcieli kontroli, porządku, uczynili z siebie uprzywilejowaną kastę kapłanów, zasmarkali nas tymi kaszalotami, że to niby Bóg albo bóg księgę im objawił. To, co do kurwy nędzy? Zabawę sobie wymyślił? Sadysta jakiś? Ja pierdolę - łapczywie rzecze Marko, wciągając dużego sztacha dymu w rozdygotane wnętrzności, jednocześnie wychylając sporego hausta zielonej herbaty. Poprawia przerzedzone kępki włosów i z uporem maniaka zakleszcza pole widzenia do mocnego spojrzenia na rozkołysane za oknem drzewo. Niemalże widać szaleńczy chaos jego myśli, jak uderzają z całą mocą o ścianki podrapanej czaszki. Wznosi palec do góry i rzecze: - Bóg nie istnieje Maks, nie ma, to wymysł, jesteśmy tylko tymi marnymi ciałami, które nie mogą uwierzyć w to, że są skazane na unicestwienie i nikt i nic im nie pomoże, żaden zasraniutki święty z Lotaryngii. Dlatego postanowiłem im opowiedzieć o tym fakcie, podczas ich śmiesznej pseudo duchowej ceremonii, zdzieliłem w pysk tego czarnego wiarołomcę i tłumaczę im jak krowie na granicy, żeby się obudzili, przestali już bawić się w ten zabobonny teatrzyk, żeby zaczęli patrzeć na fakty a nie na upośledzone dogmatyczne wygibasy. Kurwa Maks, ale się zrobił cyrk, najpierw stali jak wryci, a później lawina poszła, przez chwilę czułem ból a później ekstazę prawdy, Maksiu ja jestem pewny, że prawda sama w sobie wyzwala. Doświadczyłem tego z całą jebaną mocą, wzniosło mnie do gwiazd. Wysoko Maksiu, bardzo wysoko. Wtedy ten zakłamany szarlatan powiedział do wiernych, by mi odpuścili gniew swój, że Jezus też wybaczył grzesznikowi, gdyż nie wiedział, co czyni. A ja Maksiu wiedziałem, dobrze wiedziałem, co robię i dlaczego, bo ja już nie wytrzymywałem tego kłamstwa. Kłamstwo ma króciutkie nogi i wypierdoli się o pierwszy lepszy dowód swej głupoty. Kapłani spłoną jak cienkie zapałki. Zobaczyli we mnie szaleńca i zamknęli, bo się boją. Boją się prawdy Maksiu. Skończył. 3 Opadł jak kukła po stosunku seksualnym ze swym intelektem. Oddycha nierównomiernie, oszalałe spazmy wyjawienia tajemnicy tarmoszą go z boku na bok. Jest małą żaglówką na oceanie rozpaczy, nieopisanym triumfem światła nad ciemnością. To on Marek stoczył walkę z hordami zakłamanych armii, które jednak wbiły go na pal, wywróciły na lewą stronę, uczyniły niewiarygodnym. Jednak znalazł wrażliwe na prawdę ucho, w które wtoczył swe niezmordowane dowody prawdy, jedynej, ostatecznej i nieodwołalnej. W moje ucho. Tylko, co ja mam z tym fantem zrobić, ordynować dalej, schować, poddać w wątpliwość. Mam wrażenie, że Marko z rozpędu wyważył otwarte drzwi, wymyślił dobrze znany poemat, objawił jedną z miliona gówno wartych prawd. Pytanie... No dobra, ale co dalej? - Jak to kurwa, co dalej? - jego drobna twarz szaleńca wypełniła się gniewem po kanciaste brzegi. Zdawał się być rozpiętym w przestrzeni hologramem, odbiciem wykreowanym dla potrzeby chwili. Aktorem stworzonym tylko po to, aby wypowiedzieć tą właśnie kwestię. - No załóżmy, że masz rację, nie ma Boga, wszystko to spisek, ty dodarłeś do prawdy i co? Co to za prawda, która uczyniła z ciebie roztrzęsioną galaretę, wygina ci umęczony umysł, stawia na przegranej pozycji? Po co to, komu? Gdyby nie było kłamstwa nie odkryłbyś prawdy, zatem czym jest kłamstwo? Idąc dalej, bez oszustwa nie było by docierania do prawdy i jej samej. Co tu stanowi istotę sprawy? Marko, gwałtownie porusza głową, dyndającą niedbale na cienkiej szyi, fizjonomia nabiera rumieńców skupienia, kreują się kontrargumenty. Uwaga! Start... - Pierdolisz coś Maksiu, za dużo myślisz, albo kombinujesz chcąc obronić stary porządek, ty też boisz się potęgi nagiego aksjomatu, jego oczyszczającej właściwości, co dalej...dalej...gówno dalej, nie ma dalej, nigdy nie było, twoje dalej, to tylko nie mów więcej Marku, bo się boję tego chaosu. Proste. Odwracasz bieg rzeki, musisz walczyć samemu, nadać temu własny sens, bez pomocy, tajemnych sztuczek, odgrzewanych definicji. Pierwotny punkt i pytanie, czym ty właściwie jesteś i po co? A doszedłem do miejsca, gdzie takie pytania nie mają już sensu, prawa bytu, uzasadnienia. To tylko nasza gra wymyślona by się czymś zająć, oszukać. Nie szukaj kapłanów, wejdź w siebie w swoją prawdziwą kondycję i rozejrzyj się wokoło. Ja też tu jestem. I jak się czujesz? - Skoro tak, to jest w dechę, fajnie tu u ciebie Marko, przytulnie, tylko z lekka niedorzecznie. W jednym momencie wszystko jakby się zatrzymało, zgęstniało, wzmocniło kontrast i moc. To musi wybuchnąć. Czekam...10,9,8,7,6,5,4,3,2...1 i... - Ale ty jesteś kurwa głupi Maks, normalnie chuj mnie strzela gołą ręką, tłumaczę, wyjaśniam, perswaduję z anielską cierpliwością a ty kurwa nic, zero. Po japońsku napierdalam do ciebie czy co? Ty znać polski język? Ty wiedzieć, że ja ci tłumaczyć ważne sprawy, najważniejsze w dupę, kurwa jego mać. A ty mi tu z lipą wyskakujesz, jesteś ignorantem, zgubioną owieczką szukającą pasterza, małym dzieckiem na kolanach wuja pedofila. Wake up Maks! Wake up! - Panowie czas na leki! - jak echo powtarzał nieznajomy głos, dochodzący z czeluści kłamstwa. Tymoteusz Paradyz 04-11-12 16:56
×
×
  • Dodaj nową pozycję...