Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

trocheum

Użytkownicy
  • Postów

    6
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez trocheum

  1. Poznania krzyk ostrzegawczy. Skurcz! Ból wyskakuje z brzucha Zrozumienia. Wdech! Opary Prawdy wirujące w powietrzu. Chlup! Zachłysnęłam się Świadomością wymodloną. Hik! Wiedza odbija się czkawką. Uff.. Przynajmniej Ciekawość najedzona.
  2. Powszechnie wiadomo,że początki bywają trudne.Stąpam niepewnie po nowym gruncie,zbieram pierwsze cięgi,zaliczam upadki,potykam się.Ale mam nadzieje,że Wasze komentarze,szczególnie te krytyczne,pozwolą mi poprawić błędy,poruszać się nieco pewniejszym krokiem po meandrach poezji:)Podsumowując,nie odkładam broni,z mozołem,bedę dalej próbować swoich sił.Pozdrawiam serdecznie,Nowicjuszka:)
  3. Zbanalizowalam się cała Od stóp do głów bez żadnego powodu ot,tak zwyczajnie,dojmująco codziennie wylalam na siebie kubeł pomyj podłożyłam pod siebie ogień bardzo gorąco palący rozdrapywalam rany mocno,boleśnie czerwono podcinałam sobie żyły naiwnością oko karmiłam mrzonkami amputowałam,dziurawiłam, wyszarpywałam,tarmosiłam bez opamietania ot,tak Pewnego razu,spotkalam Ciebie Przepadłam na wieki...
  4. Dziękuję ślicznie za komentarz.Ucieszył mnie tym bardziej,że jestem niezwykle złakniona i ciekawa waszych opinii.Postaram się zastosować do rady i robić przerwy między przecinkami i kropkami-czego się nie robi żeby umilić ludziom lekturę:) Co do części dalszej,to jest ona w fazie intensywnych przygotowań.Mam nadzieje,że nie polegnę i że opowiadanie uda mi się pewnego pięknego dnia z powodzeniem ukończyć. Pozdrawiam serdecznie
  5. Drogi czytelniku, gwoli wstępu pragnę uroczystym tonem obwieścić Ci, iż tekst,który widzisz przed oczami jest niegrozny dla środowiska, posiada również atest Instytutu Matki i Dziecka, jest ponadto lekki, łatwy i przyprawiony głupotą. Głupawy charakter owego opowiadania ,stanowi celowy zabieg autora i jest płodem jego na poły chorej głowy. Zapach beznadziei roznosił się po okolicy ,drażniąc delikatne powonienie ludzkości. Szerokim echem odbijał się po świecie krzyk bezsensu, czyniąc zgiełk nie do zniesienia. Blask głupoty przetaczal się od brzegu do brzegu , przyćmiewając mądrość i zmuszając przechodniów do mrużenia oczu. Deszcz nieprawości niemiłosiernie kapał na głowy i bębnił o dachy budynków.Zewsząd widać było ,że świat chyli się ku upadkowi. Oczywiste przejawy degeneracji z wielką intesywnością wkradały się do świadomości , nieświadomych obywateli i obywatelek. W tych oto sprzyjających okolicznościach dorastał Józek. Biegał radośnie swymi dziecięcymi stopami po łąkach nieprawości , taplał się w błocie , jadal cukierki zaszczepiające naiwność szczególną , bo graniczącą z głupotą. Władze zacierały ręce , albowiem rosły im zastępy cudownie zidiociałych ludzi. Starszych-mądrzejszych zwykło się zamykać w specjalnych ,hermetycznych pomieszczeniach przypominających wielkie kapsułki.W obawie przed ich sprytem i przed ewentualną ucieczką wystrzeliwano ich następnie za pomocą olbrzymiej procy w kosmos, żeby tam w spokoju deliberowali,nie zakłócając rytmu życia i rozwoju młodzieży. Józek często chodził z innymi dziećmi oglądać "wydalenie" mędrców . Pożerał widowisko wzrokiem, klaskał bez opamiętania w dłonie. Niewypowiedziana przyjemność płynąca z uczestnictwa , stanowiła główną rozrywkę młodego adepta głupoty. Nie robiły na nim wrażenia tęskne, smutne spojrzenia inteligentów, być może nie zdawał sobie sprawy z powagi sytuacji, lubił bagatelizować, umniejszać , zmniejszac i minimalizować znaczenie. Wydawało mu się to papką bardziej zjadliwą i dalece smaczniejszą , niż ta, która była poważna, konkretna i doniosła- ta przyprawiała jego układ trawienny o drżenie, a cały organizm o mdłości, trudne do zniesienia. I tak Józek rósł, przybierał na wadze, wydłużał swe członki, nabierał muskulatury, a wszystko to działo się w atmosferze powszechnej durnowatości. W końcu wkroczył w wiek dojrzały. Wkroczył z całym młodzieńczym impetem, wigorem, z pieknym wyrośnietym karkiem i łyso ogoloną głową, która lśniła i stanowiła dla Józia powód do dumy. Nikt w okolicy nie posiadal równie pięknie błyszczącej głowy i równie dużego, miesistego karku. Zniewalająca powłoka zewnętrzna, skutecznie zniewalala niewiasty o cudownie farbowanych blond włosach(obowiązkowo z 10-centymetrowymi odrostami!), w świadczących niezbity dowód ich cnoty -mini spodniczkach i butach na wysokich obcasach , bedących nieodłącznym atrybutem ich inteligencji. Myslało się od dołu, nie od góry.Głowa była całkowicie wyłączona z procesu myślenia. Ona miala za zadanie tylko i wyłącznie wyglądać ,po prostu być, nie wymagano od niej nic innego. Jesli wykraczała poza swe kompetencje, wtedy zostawala surowo karana, spadały na nią szykany, a właściciel nieposłusznej glowy stawał sie pośmiewiskiem. Rodzinę i znajomych posiadacza niesfornej i nieposlusznej głowy, deportowano na Syberię ,zakłuwszy ich wczesniej w kajdany. Władza była zmuszona podejmowac tak zdecydowane ,drastyczne i mogące budzić powszechny sprzeciw środki ostrożnosci. Dobro ogółu ,stawiano ponad dobrem jednostki. Nie można bylo dopuścić do tego , aby niechciany element(tj.głowa mysląca)przedostał się do społeczeństwa i zatruwał go swym jadem od wewnątrz. Głowa myśląca ,wyrastała na wroga publicznego numer jeden i trzeba było niszczyć ją już u zarodka ,żeby nastepnie nie wykluło się z tego coś jeszcze gorszego, co mogloby zniszczyć panujące porządki, zatrząść posadami tak ładnie i zgrabnie ułożonego świata. Józek wzdragał się na samą myśl ,że ktoś móglby użyc swej glowy do tak niecnych czynów i pozbawic jej swej głównej,a mówiąc ścislej- jedynej właściwej funkcji-wyglądania .Jako, że autor jest tylko i wyłącznie zwykłym śmiertelnikiem i zmęczył się tworzeniem józkowego świata, dostał zadyszki, zasapał sie okrutnie i niemiłosiernie, w obawie przed znaczącym pogorszeniem się zdrowia, które może przypłacic życiem, zakończy na tym etapie opis i przystąpi do przybliżenia czytelnikowi osoby głównego bohatera poprzez ukazanie go w zwykłych ,codziennych sytuacjach. C.D.(być może kiedyś nastąpi)..
  6. Poranek.Donośne,natarczywe pukanie do drzwi.Sponiewierany przez sen,wyrwany z sennech majaków, niechętnie i powoli wstałem z łóżka.Przetoczyłem mętnym wzrokiem po pokoju.Nadzieja na to,że poranny gość odejdzie zniechęcony moją opieszałością,uleciała bezpowrotnie.Niezadowolenie wzrastało z każdym następnym uderzeniem tajemniczego jegomościa,któremu torturowanie moich uszu musiało sprawiać niewypowiedzianą radość.Przywdziałem stary i mocno naznaczony zębem czasu szlafrok i posłuszny nawoływaniom dobiegających zza drzwi powolnym krokiem wtoczyłem się do przedpokoju.Droga prowadząca do drzwi okazała się być niezwykle wyboista i pełna pułapek czyhających na zaspanego i nieuważnego człowieka.Butelki,buty,śmieci,mnóstwo rupieci czyniły zeń istną drogę przez męki,tor przeszkód wymagający od uczestnika akrobatycznych wręcz umiejętności.Jako,że moja poranna koordynajcja nie należy do najlepszych,raz po raz potykałem się,o coś zaczepiałem,czegoś nie zauważałem.I tak zmaltretowany stanąłem w końcu u kresu wędrówki.Duże drewniane drzwi i niecierpliwe stukanie.Patrząc w prawo natrafiłem na swoje odbicie w lustrze.Ludzkie oko nie powinno być raczone takim widokiem.Po dłuższej chwili intensywnego przypatrywania się lustrzanemu blizniakowi doszedłem do wniosku,iż moja facjata z rana wygląda nieporównywalnie gorzej niż za dnia.Apogeum brzydoty następuje pod wieczór ,kiedy to zmęczony i pobity przez codzienność wracam do domu.Zmeczenie wysysa,wypłukuje doszczętnie ze mnie te i tak nieliczne znamiona piękna.Ponaglające stękniecie wyrwało mnie z orbity rozważań dotyczących mojej aparycji.Niezwykła wytrwałość osoby stojącej za drzwiami zaczęła się przeradzać w niekłamany mój podziw.Analiza zachowania nieznajomego wskazywała na determinację o niespotykanej sile.Od 20 minut kolejne ciosy uderzały zaciekle drewniane drzwi, wprawiając je w delikatne drganie.Człowiek,od którego oddzielała mnie cienka warstwa drewna musiał mieć mocne dłonie.I właśnie obawa przed ich mocą oraz brak większego zaufania do wytrzymałości moich drzwi przyprawiane ciekawością sprawiły ,że otworzyłem.Wbrew przewidywaniom ,moim oczom ukazała się kobieta.Niewielkiego wzrostu,wyraz zagubienia malował sie na jej wąskiej twarzy.Oczy,nieproporcjonalnie duże i nienaturalnie rozszerzone ukrywały niezwykle tęczówki barwy bliżej nieokresonej.Kolor włosów nie pozwalał jej zakwalifikować do żadnej konkretnej grupy.Grdziłyby nią prawdziwe blondynki,brunetki również nie przyjełyby jej z otwartymi ramionami,nie wspominając o elitarnym gronie osób rudych.Ubranie nie świadczace o niczym konkretnym.Nijaka spódnica do kostki,płowy sweterek i zwyczajne buty. Z jej wyglądu nie można było nic wyczytać.Istna mistrzyni kamuflażu.Panna Nikt,jedna z tych które przechodzą niezauważone przez życie,które giną w tłumie,wtapiają się w otoczenie.Była przezroczysta i aby ktoś zwrócił na nią uwage,musiałby mieć ogromną lupę,lornetkę lub inne zmyślne urządzenie poprawiające w znacznym stopniu percepcję wzrokową.Stała przede mną chybocząc się i zarzucając lekko swym wątłym ciałem z prawa na lewo.Osobliwy widok.Czekałem aż dama otworzy usta i wyda z nich artykułowane dzwięki.Miast tego,kobieta zdawała się prowadzić dziwną i dla mnie kompletnie niezrozumiałaą grę.Jej wargi raz po raz rozchylały się ,rozpalając we mnie nadzieje na usłyszenie słowa,zdania,aby zaraz potem ową nadzieję bezlitośnie zgasić.Zabawa trwała już dłuższą chwilę,byłem uczestnikiem spektaklu,w którym główna bohaterka usilnie próbowała zamienić się w rybę wyrzuconą na brzeg morza przez okrutne fale.Wiadomo jak zachowuje się taka delikwentka pozbawiona naturalnego środowiska.Zaczyna łapać spazmatycznie powietrze,goroczkowo otwiera i zamyka usta.Monstrualny wysiłek ,zaciekła walka,chwytanie się kurczowo życia prowadzi w konsekwencji do śmierci.Ostatnie agonalne drgawki wstrząsające ciałem i rybka odchodzi na zawsze.Jeśli więc dama stojąca przede mną udawala suma,karpia,sardynkę-to trzeba przyznać,ze czyniła to po minstrzosku.Wirtuozeria i niezwykla zdolność naśladownictwa umierającej ryby, sprawiła iż moja wyobraznia roztoczyła przede mną widok damy pływającej pośrod wodorostów,muszelek,i innych morskich drobiazgów.Miałem ochotę chwycić ją czym prędzej i wrzucić do pierwszego lepszego akwenu wodnego.Autentyzm bijący z odgrywanej przez nią sceny, kazał mi czym prędzej ochlapać ją chociaż wodą. -Chce pani popływać?-zapytałem z przejęciem i bez większego zastanowienia nad sensem wypowiedzianych słów,pchany przekonaniem,iż mój niezapowiedziany gość poniesie bez wody niechybną śmierć.Niewiasta nieokreślonego wieku chyba nie zrozumiała mojej szlachetnej intencji ratowania jej życia.Oczekiwałem,że usłyszawszy taką propozycję rzuci mi się na szyję,pelna wdzięczności dla swego wybawiciela.Nic takiego jednak nie nastąpiło.Po chwili milczenia spuściła nieśmiało oczy i uparcie wpatrywała się w ziemię,jak gdyby tam mogła znalezć odpowiedz na zadane przeze mnie pytanie.Po chwili do moich uszu doszedł cichy głos.Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu,kobieta przestała udawać szamocząca się bezwładnie rybę i przywdziała szaty człowieka. -Ja..nie wiem,nie jestem pewna..może..-Usłyszawszy te słowa,pomyślałem,że niewiasta mimo całej swej bezbarwności i miałkości,posiadać musi niezwykłe poczucie humoru.Zaraz jednak moją głowę storpedowała inna zgoła myśl.Byc może jej odpowiedz świadczyła o czymś zupełnie odwrotnym.Może miałem przed soba osobnika,który traktuje życie z niezwyklą powagą i namaszczeniem,dla którego słowa wypowiedziane przez innych są ostateczne i zawsze na serio.Cisza,która zapadła,wydała mi się krępująca,dlatego gorączkowo zacząłem wertować wachlarz możliwych słów,których możnaby użyć do riposty.Nic sensownego,wszechogarniająca pustka napawająca trwogą.Czułem jak powoli ogarnia mnie zdenerwowanie,najpierw odbiera mowę,wmurowuje w miejsce,bezradność udzielająca się każdemu jednemu zakamarkowi ciała i umysłu.Ogromny wysiłek,jaki wkładałem w walkę ze swoją niemocą,sprawił iż krople potu-klasyczny,książkowy objaw zestresowania-wypełz wbrew mej zniewolonej wówczas woli na czoło,co tylko spotegowało poczucie niudolności.Postanowiłem zebrać się w sobie,przerwać tę uwierającą nieznośnie sytuację. -Jak pani na imię?-wypaliłem,aby powiedzieć cokolwiek,byle tylko przerwać uporczywe milczenie.Mimika kobiety,pozostała nieprzenikniona,doprawdy trudno było stwierdzić,jakie wrażenie odniosło moje pytanie. -Niepewność..chyba...-powiedziawszy to,spuściła skromnie oczy,jak gdyby zawstydziła się tego co powiedziała. -Niepweność??-powtórzyłem bezwiednie,zupełnie już zbity z tropu i zdenerwowany do granic możliwości. Kobieta lekko drgnęła,po czym ku mojemu wielkiemu zdziwieniu,kiwnęła twierdząco głową. -Przepraszam Panią najmocniej ,ale wydaje mi się,że "niepewność"to określenie pewnego stanu,w jaki czasem zdarza się popaść człowiekowi,nikt nie nadaje takich imion potomstwu..Kolejna chwila ciszy wkradła się miedzy przestrzeń jaka nas dzieliła,atmosfera była gęsta od napięcia i oczekiwania.Kobieta wydawała się byc mocno przejęta mymi słowy,spuściła po raz kolejne oczy. -Niepewność to moje imię..pewności nie mam,ale chyba tak..przepraszam,jestem taka niepewna wszystkiego,jaką więc mogę mieć pewność swego imienia?..Nie da się ukryć,że jej wywód miał jako taki sens,co jednak nie umiejszało pewnej niecodzienności zaistniałej sytuacji.Aby wybrnąć z niezręczności,jaką zostaliśmy spowici,postanowiłem niezwłocznie zaproponowac tajemniczej damie herbatę. C.D.(chyba)N..
×
×
  • Dodaj nową pozycję...