Skamienialy szkielet gigantycznych rozmiarow nazywa sie Space Jockey. Na planecie zamiatanej nieprzyjaznym wiatrem spedzil wystarczajaco duzo czasu, zeby obrocic sie w kamien. Gdy pierwsze podniecenie opada a puls powoli powraca do normy, uwage nasza przyciaga ogromny teleskop, czy moze luneta, ktora stwor trzyma przy kamiennym oku. Jakie horyzonty mierzyl? Ktore z mglawic wiekszych od ziarenka piasku? Takie rodza sie pytania. Przyjrzawszy sie blizej, dochodzimy do wniosku, ze rownie fascynujace sa wypustki jego kregoslupa, czyniace go podobnym do olbrzymiego trylobitu. Nie mozemy sie powstrzymac i z platformy, ktora nie jest juz nasza platforma, slyszymy jak usta nasze szepcza: "Oh, my God". Nigdy wczesniej nie bylismy swiadkami tak dramatycznej historii. Podskornie czujemy, ze statek potwora byl kiedys zywy. Odgadujemy dokonana integracje systemow. To tak, jakbysmy byli w brzuchu wieloryba. Planeta ziemia, zna podobne przypadki, ktore, tak jak wszystkie watpliwe fakty, funkcjonuja jedynie poprze przekaz ustny. Resztka zmyslow wysuwamy pazury i wbijamy je w rzeczywistosc. Biorac gleboki oddech, wycofujemy sie powoli, w glab.