Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

demek demko

Użytkownicy
  • Postów

    11
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Treść opublikowana przez demek demko

  1. „Leciały nieraz dwa gołębie. Widziałem w nich, dwie bliskie mi osoby. Pierwszy, majestatycznie wielki, z czarną głową i z długim ogonem, połyskującym w świetle słońca. Drugi gołąb mały, kruchy jednak z niespożytą energią, chwytał wszystko, co miał na swojej drodze. Niczego się nie bał, wiedział, że duży zawsze będzie przy nim. Często, gdy je obserwowałem, próbowałem zrozumieć, różne tajemnice. Na przykład jak za tak małym stworzonkiem mógł się kryć sam Bóg? Gołębie zawsze kojarzyły mi się z czystością, istotą bez skazy. Przechodząc przez krakowski rynek uświadomiłem sobie, że są one czymś więcej niż ptakami.”
  2. Bardzo dziękuję za komentarze, nie napisałem tego w jeden dzień więc mogłem poplątać czasy. Napisałem to jak miałem 13 lat. Znalazłem stare kartki to postanowiłem wkleić. Pisząc wogóle nie zwracałem uwagi na błędy. Teraz czytając zauważam te błędy i postaram się ich nie popełniać. Moja siostra też jest polonistką ;)
  3. Troszeczke się rozpisałem ;) postarajcie się przeczytać i dać komentarz. Z góry wielkie dzięki :)
  4. Jak z dawien dawna król elfów Lontacil dąży aby zagarnąć cały świat i panować nad wszystkimi stworzeniami. W owych czasach nie było mocarstwa tak potężnego jak kraj wielkiego Lontacila. Wielu próbowało powstrzymać elfa jednak nikomu się to nie udało. Złączywszy siły nie byli by w stanie zagrozić Lontacilowi, taki był potężny. Przedstawiam wam historię tego wielkiego pana. Lantacil syn Lantaciusa, kowala w Aderlandzie. Urodzony dnia czternastego, szóstego miesiąca, 726 roku panowania króla Azerberka. Młody elf dorastał wśród drzew i zwierząt, bardzo dobrze miotał mieczem i wspaniale strzelał z łuku. Często pomagał ojcu, przy czym wyrobił sobie zdolności kowalskie. Gdy skończył piętnasty rok swego życia, jako dojrzały wyruszył na największe święto elfów Ezdartan. Tam dostał wielkie dary od szamanki Azbeskini, figurkę nieśmiertelności i wolny wybór. Te dary dostawali nieliczni tylko jeden na miliard dostawał takie dary, wiec los sprzyjał młodemu. Jednak musiał on wybrać czy zostać i poświęcić swoje nieśmiertelne życie królowi? Czy wyruszyć w nieznane? Chłopiec nie wiedział, co czynić wiedział jednak jedno ze nade wszystko musi dostać znak, który pokaże mu, co ma wybrać. Po nieprzespanych nocach nastał czas wyboru. Chłopiec zemdlał przyśniła mu się wielka gołębica mówiąca, aby poszedł za nią, kierowała się ona do terenów leżących poza królestwem Aderlandu. Dzięki temu znakowi wiedział, co czynić wstawszy podszedł do Azbeskini oświadczył, że chce zacząć nowe życie i udać się w nieznane. Wtedy nastały fanfary i odbyła się wielka uczta w lesie. Była to uczta na pożegnanie młodego elfa. Dostał wiele podarunków żywność, ubranie, zbroja, oraz dwa najcenniejsze dary. Pierwszy od swojego ojca dostał wielki cisowy łuk i tuzin strzał, które potrafią się regenerować i klonować. To jedno z najnowszych wynalazków jego ojca. Drugi był od Króla, pod koniec uczty chłopiec zbliżył się do niego, tamten pobłogosławił go mówiąc „a zdun hara sinamatko” i podarował wielki artefakt. Gwieździsty naszyjnik, jego moc jeszcze nie była zbadana i był zdolny do wszystkiego. Azerberk powiedział jeszcze jedno zdanie: noś to chłopcze, ponieważ jest do naszyjnik wielkiej mocy dzięki niemu staniesz się silny a kto wie i może nawet będziesz panem świata. Chłopiec uznając te przepowiednie jako żart nosił amulet, jako ochrona i wsparcie. Wyruszył w drogę. Wsiadł na kasztanowego rumaka i popędził na wschód do gór Zardas himari gdzie zamieszkał w jednej z małych jaskiń. Tam dni upływały powoli tęskno mu było za rodzinnym Aderlandem. Jednak musiał żyć, stał się doskonałym łucznikiem strzelał z odległości setek metrów zabijając mysz miał bardzo wyostrzone zmysły biegał niczym wiatr a jego długie, jasne włosy połyskiwały się w świetle słońca. Pewnego wieczoru spostrzegł istotę idącą przez las. Był to młody człowiek, który prawdopodobnie przemierzał świat w poszukiwaniu nowych tajemnic. Lontacil z ciekawości pobiegł za ów istotą. Jednak była ona spostrzegawcza po godzinie zorientował się, że go ktoś śledzi, elf widząc niepokój człowieka podszedł pytając w niezrozumiałym dla ludzi języku elfów czy w czymś nie pomóc. Jednak on zrozumiał to inaczej, wyją piękny długi miecz i przytrzymał go tuż przy gardle elfa, zmieszany szybkością i spontanicznością człowieka elf wypowiedział krótkie słowo, dastatari, co oznaczało w każdym języku pokój. Mężczyzna odłożył miecz i zapytał, czego go śledzi w starym delfickim języku, elf zrozumiał, ponieważ uczył się kiedyś języka starożytnych elfów. Więc odpowiedział, że chciałby się dowiedzieć, co sprowadza go w te strony i czy czegoś nie potrzebuje. Wtedy człowiek się przedstawił, jestem Martasin syn króla Wincentorisa, zgubiłem się i szukam miejsca gdzie mógłbym się schować przed namiestnikami króla orków, z którymi toczymy wojnę, moje wojska się rozpadły zostałem tylko ja. Więc proszę cię dobry elfie czy mógłbym się u ciebie schronić? Lontacil odpowiedział: tak oczywiście, chociaż moja nora jest skromna i uboga, ale mogę dostarczyć waszej książęcej mości wszystkie dobrodziejstwa, jakie sobie zażyczy. Elf usługiwał księciu, aż tamten wyzdrowiał. Wdzięczny człowiek podziękował i zaproponował czy Lontacil zaszczyci progi, królestwa. Wyruszyli w drogę. Droga była ciężka i żmudna, jechali najpierw poprzez wielkie lasy Aderlandu. Tam napotkali grupkę orków przeszukujących las. Wierny Lontacil chciał zaatakować, rozkazał księciu skryć się za skałą a sam strzelał z precyzją do nieprzyjaciół. Jednak zaraz nadeszła piechota elfów patrolu, która właśnie przechodziła. Zaczęła się bitwa orkowie padli, pouciekali, nie było dla nich ratunku. Elfowi nie stracili ani jednego żołnierza, z spokojem ustawili się w szyk i pobiegli dalej. W końcu przyjaciele mogli iść dalej. Galopowali przez pustynie darun gdzie czają się największe niebezpieczeństwa i rozgrywają największe bitwy. Jednak nic groźnego się nie stało. Już przy końcu pustyni szła jakaś grupa żołnierzy. Książe od razu rozpoznał swoich ludzi, zawołał:, co się dzieje żołnierze!? Jednak oni milczeli i podeszli. Panie twój ojciec zginą nasze tereny zagarnęły oddziały orków, nie było szans nadziei. Tylko my zdołaliśmy uciec. Zdruzgotany książe upadł na ziemię. Cóż mam teraz czynić, gdzie mam się podziać? Czy mam walczyć z wrogiem czy oddalić się i zapomnieć? Na ten miecz przodków Wincentorisa i moich przodków. Obiecuję zemstę. I odzyskam ziemie, które należą do mojego rodu. Ludzie wymierają, Alusie strażniku mojego ojca, sprowadź w te krainy wszystkich ludzi, poszukamy schronienia i ziemi u króla elfów. Czy wasz król przyjmie ludzi? Zapytał się Martasin. Ależ oczywiście jest on bardzo rozsądnym władcą a orkowie są dla niego wielkim zmartwieniem, miejmy nadzieje, że wysłucha twojej historii i pomoże ludziom. Tak, więc druhowie udali się do królestwa elfów. Aderlandu. Wracając Lontacil przypominał sobie wszystkie rodzinne strony. To tam doskonalił się w walce, tam dorastał. Dojechaliśmy do miasta, oświadczył elf. Książe był zdziwiony, bo nie zobaczył żadnych budynków. Wtedy Lontacil zaśpiewał starożytną pieśń. Jego glos był tak kojący i uspokajający, że Martasin usną. Dzięki tej pieśni niewidzialne bramy się otworzyły, drzewa odsunęły i jechali już na swych wierzchowcach przed oblicze króla. Król był już bardzo stary a nie miał następcy. Jedynym prawowitym następcą była jego córka Wena. Stanęli przed jego obliczem, światło wydobywające się znad króla oślepiało każdego przybywającego. Król przywdział postać sędziwego starca z wielkim berłem i lśniącym łukiem. Obydwaj ukłonili się. Odezwał się człowiek Najjaśniejszy Panie proszę Cię pomóż. Mój lud popada w nicość tylko ty możesz nas uratować. Przed twoim królestwem stoi grupa ludzi, którzy przeżyli po ataku orków. Rasa ludzka może zniknąć proszę pomóż w imieniu wszystkich ludzi i imieniu wielkiego króla i mojego ojca Wincentorisa. Pomogę. Odrzekł król. Od dzisiejszego dnia 752 roku mojego panowania zawieram pakt z ludźmi. Niech elfy i ludzie staną się przyjaciółmi na wszystkie wieki. Macie wschodnią wyspę ziem Aderlandu tam rozmnażajcie się i szykujcie do wielkiej wojny z Orkami. A ty Lontacilu, mianuję cię moim wielkim generałem. Teraz ty będziesz stał przy moim boku. Biegnij do swojego ojca, bo bardzo tęskni. Stało się tak jak powiedział król, ale wróg nie spał. Ludzi było coraz więcej, elfy uczyli ich białej magii. Ludzie stawali się coraz doskonalsi, już prawie tak jak elfy posługiwali się łukiem a mając więcej sił byli lepszymi rzemieślnikami. Osiągali coraz większy poziom. Było ich tak wielu, że nie mieścili się na wyspie. Więc postanowili szykować się do boju. Wszystkie plemiona orków łączyły siły opanowały już większą część świata. Cały glob szykował się do wojny każda z ras wyrabiała broń. Uczyła się coraz to nowszych sztuk walki. Zapowiadało to wielką wojnę.
  5. Bardzo spodobał mi się twój tekst, jest tak lekki i przyjazny, że miło mi go było czytać :D
  6. ale dobrymi też nie pogardze
  7. Każdy wyraża swoje zdanie, każdy popełnia błędy. Ja chciałem zobaczyć co mam poprawić w tym opowiadaniu niżeli dostawać same pochwały, ponieważ tak naucze się pisać. Dzieki za wszystkie krytyczne uwagi.
  8. tekst poprawiony
  9. Wielkie dzięki za komentarze i porady. Zaczne pisać w wordzie. No i będe czytał to co napisałem. Następnym razem się postaram.
  10. dopiero sie ucze, no coż jeszcze jestem młody a polszczyzny to się można nauczyć
  11. Ocknąłem się. Nie wiedziałem gdzie się znajdowałem, te wszystkie okropne wydarzenia chciałem wszystko zapomnieć, ale nie mogłem. Leciałem samolotem, coś uderzyło w skrzydło straciłem sterowność zacząłem upadać robiłem, co mogłem próbowałem wzywać pomocy przez radio jednak nie łapałem fali. Zderzyłem się z ziemią. Tyle pamiętam. A teraz budzę się w jakiejś jaskini nie wiem, co się zemną działo, bardzo boli mnie głowa nic nie widze, bo jest bardzo ciemno. Moje całe ciało jest pokaleczone a na kończynach czuje uścisk. Wpadłem w szał, starałem się jakoś uwolnić. Bałem się każdej nadchodzącej chwili. Postanowiłem zbadać teren. Tak rozpoczęła się moja przygoda, na tych tabliczkach napisze wszystko, co mi się przydarzyło, może jakiś podróżnik pozna moją historię. Zaspałem, cały czas wiedziałem, że musze uciekać jednak nie wiedziałem drogi ucieczki. Byłem coraz bardziej głodny, a nie miałem na tyle sił, aby wyplątać się z węzłów. Straciłem wszelkie nadzieje zadawałem sobie mnóstwo pytań nie wiedziałem gdzie jestem, która jest godzina, czy jeszcze uda mi się z stąd wydostać? Co chwile budziłem się, próbowałem się wydostać i znów słabłem i zapadałem w śpiączkę. Gdy się budziłem, byłem cały rozpalony, czułem, że jest ze mną coraz gorzej. W końcu udało mi się przegryźć węzy, zacząłem macać podłoże szukałem czegoś do zjedzenia, wtedy trafiłem na coś martwego nie myślałem nad tym co to jest, chciałem jak najszybciej coś zjeść. Nie czułem smaku, ale okropnie śmierdziało, było całe pokryte jakąś mazi, nie chciałem wiedzieć, co to było. Obmacywałem dalej, wyczułem wilgoć pod palcami zacząłem lizać podłoże, nie wiedziałem, co to była za substancja, ale bardzo kojąca i słodka. Nabrawszy siły postanowiłem, przejść kolejne metry. Wstałem, chociaż bardzo trudno było utrzymać równowagę nie dostałem sufitu, więc musiała to być wysoka jaskinia. Znalazłem jakieś kości nie wiedziałem czyje i nie chciałem wiedzieć. Nie byłem dobry z anatomii, ale to były duże kości, nie zastanawiałem się dalej, poszedłem szukać czegoś do zjedzenia. Znalazłem stół. Na stole leżały jakieś przyrządy z tego, co wyczułem to był nóż obcęgi i skalpel. Włożyłem je do kieszeni mogły mi się przydać. Wtedy dotknąłem czegoś miękkiego przeraziłem się, poczułem wielki ból w okolicach szyi zemdlałem. Usłyszałem kroki ktoś krzyczał, następnie przeraźliwy jęk nie wiedziałem już czy to ja te dźwięki wydaje czy może ktoś inny potem ktoś mnie, podnióśł wziął na ramiona i poczułem jak mnie rzuca. Ta osoba była bardzo mała, nie była zbytnio silna, bo targała mnie po ziemi. Zapach od niej był przerażający. Wtedy znalazłem się na czymś miękkim i przytulnym, już pomyślałem, że to ktoś się zlitował i przeniósł mnie na łóżko, ale nie, to nie była prawda. Jak stwierdziłem leżałem na skórze jakiegoś zwierza. Okropnie od niej cuchnęła posunąłem po niej ręka a ona się ześlizgnęła, to musiało być jakieś martwe zwierze. Może niedźwiedź dokładnie nie potrafiłem określić. Wtedy, niespodziewanie zobaczyłem wyłupiaste, wielkie, świecące oczy wpatrujące się we mnie popatrzyłem na to stworzenie jednak dostałem czymś ciężkim w głowę. Znowu zemdlałem. Ocknąłem się, na moją twarz świeciło słonce. Próbowałem się poruszyć, ale na nic. Byłem zakuty. Szarpałem się próbowałem się wydostać. Wiedziałem gdzie jestem, na czym leże, ale nie chciałem przyjąć tego do świadomości, wtedy zobaczyłem narysowany jakiś znak na moim brzuchu, a na nogach powbijane jakieś szpilki nie zdążyłem wiele zobaczyć. I znowu te wyłupiaste oczy i znowu ból straciłem przytomność. Gdy tylko otworzyłem oczy od razu zwymiotowałem, nie wiedziałem, co to stworzenie mi robiło, ale wiedziałem, że czas mojej klęski się zbliża.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...