
Anduina
Użytkownicy-
Postów
22 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
nigdy
Treść opublikowana przez Anduina
-
************************** - NIECH DZIĘKI BĘDĄ CZCIGODNEJ MAAD ZA WSZYSTKIE NOWO NARODZONE DZIECI. NIECH DZIĘKI BĘDĄ MIŁOŚCIWEJ MAAD ZA KOLEJNY ROK ŻYCIA KAŻDEGO Z NAS. - Niech będą dzięki!... Dziękujmy jej!... Chwała jej!! – ludzie zebrani pod posążkiem chórem odpowiadali na wezwania kapłana. - DZIĘKUJMY JEJ WIĘC!!! CIESZMY SIĘ KU JEJ CHWALE!!! ZA ŻYCIE DZIĘKUJMY ŻYCIEM! TAŃCZMY, JEDZMY, PIJMY, BAWMY SIĘ NIE ZAPOMINAJĄC KOMU TO ZAWDZIĘCZAMY!!! - Chwała niech będzie MAAD!!!! Wszystko musiało mieć jednak swoją kolejność. Pierwsze zaczęły tańczyć te kobiety, które chciały w nowym roku począć dziecko, najczęściej młode mężatki, ale też te, które mimo lat starań nie doczekały się jeszcze potomstwa, a nawet te jeszcze niezamężne oraz te, które były już w stanie łaski Maad. Najpierw razem, trzymając się za ręce tańczyły wokół bogini w rytm bębenków, fletów, dzwonków i fujarek. Początkowo wolno, delikatnie. I coraz szybciej, wraz ze zmianą rytmu. Puszczały swoje ręce i dawały się ponieść muzyce. W tym momencie ciężarne kończyły swój taniec. Pozostałe przyśpieszały razem z muzyką, zdejmując jednocześnie kolejne warstwy ubrań. Tańczyły nagie wśród porozrzucanych ubrań, w pełni oddając się Maad, dopóki nie ucichła muzyka. Wtedy schodziły z placu a na ich miejsce wchodziły te matki, które chciały podziękować Bogini za jej szczodrość i łaskę macierzyństwa. W tańcu dołączały się do nich wszystkie inne kobiety z wioski. Święto Maad to dzień, kiedy wszystkie kobiety tańczą. Mężczyźni zaś grają podziwiając jednocześnie piękno i siłę swoich kobiet. Nie można im jednak do nich dołączyć. Wszyscy za to jedzą i piją. Bo na święto Maad przygotowuje się to co najlepsze. Specjalnie na ten dzień przygotowywane wino, ciemne piwo, słodkie ciastka i pieczone mięso. Starsi mówią, że jeśli tego dnia komukolwiek zabraknie alkoholu, w nowym roku więcej ludzi umrze niż się narodzi. Zmęczona, ale szczęśliwa, Arake usiadła przy zastawionej mięsiwem, ciastem i napitkiem długiej ławie. -Ah gdzie te czasy, kiedy ja mogłam tak szaleć...- z lekkim rozrzewnieniem westchnęła jej babcia.- Człowiek się starzeje... - A tam. Głupoty sąsiadka gada - wesoło zauważył starszy, lekko siwiejący mężczyzna, który swoją drogą od jakiegoś już czasu starał się zwrócić uwagę babci, Jadreg go we wsi wołali, wdowiec, gospodarstwo bogate miał, ale bez kobiecej ręki nie tak łatwo mu było - Jeszcze mnie przeżyjeta, a ja przecie wcale nie taki stary. -Przeżyje czy nie przeżyje, jedna Maad raczy wiedzieć, ale siły już nie te, co kiedyś- Babcia nie narzekała, to absolutnie nie leżało w jej naturze, tylko patrząc na wnuczkę, spoconą i radosną, przypomniały jej się dawne dni. - Taaaa. Pamiętam i ja jakoście tu prosiły Łaskawą Maad o córkę- po minie widać było, że zaiste pamięta i to z najmniejszymi szczegółami. - Ano prosiłam.- westchnęła- Nie było jednak mi pisane. Nawet syna tak szybko mi zabrała. Widać nie ma mnie w swojej łasce... -Za to Una nie odstępuje was chyba i na krok- niefrasobliwie weszła jej w zdanie Majan, matka 12 dorodnych córek- Cieszyć nam się dzisiaj, bo i wesoły to dzień. Więc schowajta te smutne historie na inszy czas. -Ano.- uśmiechnęła się babcia w myślach tylko dodawszy patrząc na wnuczkę- Nie długo już i Una mnie odstąpi. -Dlaczego? Czemu miałaby odstępować? – ludzie przy stole spojrzeli się na Arake jakby powiedziała coś bez sensu. Zrezygnowała więc. Babcia też nic nie powiedziała. Wszyscy wrócili do własnych dyskusji. I Arake i jej babcia wiedziały jednak, że później czeka je rozmowa. Ważna rozmowa. Rozmowa, po której zmieni się życie ich obu. - Pijmy na chwałę Maad- ktoś przy końcu ławy wzniósł kolejny toast.
-
- Gdzie idziesz? –spytałam Dokoła było już ciemno. Nie była to jakaś straszna ciemność. Po prostu ciemno, tak jak zawsze, gdy słońce przestanie już świecić, a księżyc nie ma jeszcze ochoty się pokazywać. - No, gdzie idziesz? Poczekaj! Przyśpieszyłam kroku. Piasek zwykłej wiejskiej drużki, takiej drużki, jaką się zwozi siano, taki piasek, w jakim zostawiają ślady końskie podkowy, uciekał mi spod stóp. Był przyjemnie ciepły, nie wystygł jeszcze po całym dniu wylegiwania się na słońcu - Czekaj! Słyszysz mnie? Był czerwiec. Zapowiadała się piękna i ciepła, czerwcowa noc. Las szumiał delikatnie. Zachęcająco. Żaby prowadziły niekończące się kumkumane rozmowy. Plotki nie są tylko domeną ludzi. - Ja już naprawdę nie chcę dalej iść. Nie dam rady. Rozumiesz? I usiadłam. Na skraju drużki. Na skraju lasu. Na mokrej już od rosy, zielonej trawie. Odeszliśmy już naprawdę spory kawałek od domu, a czekał nas jeszcze powrót. Miałam, chyba prawo być zmęczona, szczególnie,że zbliżało się święto Maad, więc w domu ciągle było coś do zrobienia. Siedziałam, więc sobie tak na skraju lasu, czekając aż wróci. Przecież musiała w końcu wrócić. Siedziałam tak kilka minut. Może krócej, może dłużej. Czas zawsze zmienia kształt, kiedy się na coś czeka. Zaczęłam się już bać. Nie, nie o to, że coś jej się stanie. Małe dziewczynki nie wyobrażają sobie, że coś złego może stać się ich babciom. Bałam się, że to mi przyjdzie spędzić noc tuż obok ciemnego lasu albo, nie daj Boże, wracać samej do domu. Nie wiem, co przerażało mnie bardziej… Na szczęście wróciła. Przecież wiedziałam, że wróci. - Jesteś! Tak się bałam…- chciałam rzucić się na babcię i schować w fałdach je wyblakłego fartucha. Delikatnie mnie powstrzymała. Dopiero teraz zobaczyłam, że trzyma coś na rękach. Jakieś czarne futerko… piesek sąsiadów! -Co mu się stało? -Złamał dwie łapy i na pewno chce wrócić do domu- uśmiechnęła się, bardziej do niego niż do mnie. Ucieszyłam się, że wracamy do domu. Biegłam tuż przed babcią od czasu do czasu nawet podskakując ….lala la lalala lala la… Było już ciemno jak wróciłyśmy do domu. Nie mogłyśmy jednak jeszcze pójść spać. Trzeba było opatrzyć połamane łapki i przygotować pieskowi jakieś miejsce do spania. Było już przecież stanowczo za późno, żeby odnosić zgubę właścicielom. Tak więc babcia zajęła się opatrunkiem a ja wygrzebałam spod łóżka jakiś stary fartuch i zrobiłam z niego całkiem przyjemne posłanko. - Na piecu powinny jeszcze stać jakieś resztki z obiadu. Włóż mu trochę w jakąś miskę. Jest głodny. Włożyłam, więc pieskowi kolację, patrząc jak babcia nastawia mu drugą łapę i usztywnia ją, sobie tylko znanym sposobem. Nigdy nie pomagałam jej przy opatrywaniu zwierząt. Kiedyś chciała, żebym pomagała. I próbowałam. Ale nie wychodziło mi. Nie wiem jakbym się starała to i tak nie wychodziło to co powinno. Tak jakby zwierzęta nie chciały, żebym się nimi zajmowała. Może to dla tego, że nigdy tak naprawdę nie miałam w sobie prawdziwej miłości do zwierząt. I nie chciałam im pomagać. Tak. Moja babcia zawsze sprowadzalna do domu zabłąkane i chore zwierzęta. Odkąd pamiętam. Od tych najmniejszych, ptaków, czasem nawet myszy(nie miała serca żeby zostawić je półżywe, ani żeby je dobić, wiec brała do domu i leczyła) po krowy i konie. Raz nawet leczyła niedźwiedzicę, ale nie przyprowadziła jej wtedy do domu. Znalazła ją w lesie, ktoś ją postrzelił, ale tak niefortunnie, że zaatakowała myśliwego. Na szczęście jemu udało się uciec. Niedźwiedzica natomiast powoli się wykrwawiała… Taką znalazła ją babcia.. Nie mogła jej jednak pomóc od razu. Zajęło jej to trzy dni. Trzy dni spędzone w lesie. Dla babci zwierzęta zawsze były ważniejsze niż dom i rodzina. I nikt jej nie miał tego za złe. Sąsiedzi przyprowadzali do niej chore zwierzęta, przychodzili też, gdy któreś się zapodziało. I nie tylko sąsiedzi. Przychodzili też ludzie z sąsiednich wiosek. Babcia leczyła i szukała. I znajdowała. Zawsze. I było to dla mnie całkiem normalne. Aż do tego dnia, kiedy wróciłyśmy z lasu z tym małym pieskiem. Wtedy zaczęłam się zastanawiać, czy to na pewno jest takie całkiem normalne. Dlaczego to babcia zbierała wszystkie chore zwierzęta? Dlaczego to zawsze do babci ludzie przynosili zwierzęta, którym coś dolegało? Dlaczego ja nie mogłam im pomóc? Myślałam o tym patrząc jak babcia zawija kawałkiem szmatki lewą łapę czarnego szczeniaczka. Nie spytałam jednak babci. Wiedziałam, że tego dnia mi nie odpowie. Jeszcze nie. Skończyła i delikatnie ułożyła pacjenta ma przygotowanym przeze mnie fartuchu. -Pora spać- powiedziała i zgasiła lampę.
-
Dzięki za komentarz:) Może faktycznie następnym razem dodam trechę pieprzu. Wszystko przede mną:) A anduina co, brzydko?;)
-
05. 06. 06. Na torach pisane… (po raz pierwszy, pewnie nie ostatni) - W zasadzie to nie wiem po co tu przyszłam… -A to nic. Posiedź tu sobie, posiedź. – Siwiutka babcia z promiennie pomarszczoną twarzą pogłaskała mnie po głowie. – Skoro przyszłaś, to jakiś powód się znajdzie. – Uśmiechnęła się. Jest zimno. Siadam na asfalcie, tuż przy torach, tak żeby mnie nikt nie przejechał. Jest już późno, ale samochody jednak przejeżdżają, od czasu do czasu. Właśnie przejechał kolejny. - I tak nie zwrócą na mnie uwagi. – Chciałam tylko pomyśleć, ale usta same się otworzyły.- A nawet jeśli, to co kogo obchodzi teraz jakaś idiotka z zeszytem na krawędzi torów. Mnie by nie obchodziła. - Nie oszukuj mnie, dziecko. Pomyślałabyś, że zazdrościsz jej odwagi. Wszystkie latarnie świecą fioletowo-różowawym światłem. Tylko ta jedna, z tyłu za mną właśnie zgasła. Światło mam słabe. Za to niebo piękne. Tuż nad rzędem świecących latarnianych główek jaśniutki błękit, taki trochę rozlany wodą, przepływa w co raz ciemniejszy granat. Nade mną noc. Pod błękitem szare chmurki przypominają trochę góry i morze, trochę Mordor, trochę baśniowy las. Zimno. Z nosa zaczyna mi kapać. Wstaję żeby poszukać chusteczki. Nie mam. Babcia bez słowa wyjmuje z dżinsów paczkę higienicznych. Częstuje mnie. - Dziękuję. – głos mi się trochę trzęsie. Jest zimno. Siadamy obie nad starymi torami i machamy czterema nogami w dżinsach. Słychać szum pociągu przejeżdżającego gdzieś dalej. Przed nami jakieś stare wagony, brązowe, zielone, w większości rdzawe. Pociągu nie widać. Jest za to pani z psem. Zobaczyła nas i zawróciła. - Skoro już tu jesteśmy - babcia przerwała ciszę między naszymi czterema machającymi się nogami. – Opowiadaj.- Uśmiechnęła się tak, że od razu chciałam jej wszystko powiedzieć. To co umiem i czego nie. – Ale co? – Spuszczam głowę. Nie umiem mówić. Za każdym razem otwarcie się dla drugiej osoby to walka. Właśnie przeszedł pan z czarną parasolką. Przeszedł jakby nas nie zauważał. Czyżby padało? - Jak tu trafiłaś? – Wiedziałam, że jej powiem, nie wiem czy to ten uśmiech, oczy(szare), zmarszczki? Coś w niej mówiło: „Powiedz. Nie będziesz sama.” I powiedziałam. Powiedziałam wszystko. I jeszcze więcej. Powiedziałam, że już nie mogłam sama, tak w domu. Że wyszłam. Że chciałam inaczej. Że chcę być dobra, nie myśleć o sobie. Że nie wychodzi. O tym, że płaczę.(Czemu wszyscy muszą tak przeklinać, pomyślałam, tuż koło mnie przeszła jakaś, kurwa, miła, młoda para.) O tym że mi źle czasem. I o tym, że chciałabym być dla Niego najważniejsza, żeby od czasu do czasu nie tylko myślał o mnie, ale żeby się przełamał i pokazał że myśli. Bo wierzę, że myśli. Tak jej powiedziałam. O tym, że wierzę, że nie weźmie, chociaż mu nie powiedziałam, nie umiałam. Bo głos mi się załamał przy niebiesko-żółtej słuchawce Siemensa. O tym, że chciałam gdzieś iść, z kimś iść. Żeby nie myśleć, żeby nie płakać. Ale wszyscy zajęci, umówieni, zmęczeni… Wszystko powiedziałam. - A teraz chciałabym, żeby po powrocie do domu On już tam był. Żebym znowu nie musiała czekać. Sama.– Nie rozpłakałam się. Chociaż byłam prawie pewna, że to zrobię. - Powiedz, że będzie. Kolejny samochód zaskrzypiał przy zakręcie. Innemu strzelił tłumik. Ale to dalej. Było mi ziemno. Ręce się trzęsły, wiatr przejmująco dmuchał na odkryty kark i szalał pod kurtką chociaż mam dwa swetry. Fioletowy i czerwony. I niebieskie rękawiczki. Takie jak niebo nade mną. Tylko bez gwiazdek. - Żeby był. – Powtarzam cicho. Babcia nie odpowiada. Patrzy tylko na mnie. Patrzy tak, że już wiem, że wrócę do pustego mieszkania. Ale też tak, że jestem pewna, że będzie dobrze. - Mhm. – Kiwam głową. Daje mi na drogę jeszcze chustkę, bo z nosa kapie od zimna i niewypłakanych łez. Wstaje.. Całuję babcie w policzek. - Dziękuję. – mówię na pożegnanie. - Ja tu jeszcze zostanę. Gdybym była potrzebna… Odchodzę dwa kroki. Odwracam się jeszcze, żeby jej pomachać. Nie widzę jednak ani siwych włosów ani wesołych oczu. Czyżbym znów rozmawiała sama ze sobą? Nie. Ona tam jest. Macham. I idę.
-
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. IX i X(ostatnia:)
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
I to by było na tyle. Happy end taki. Może ktoś będzie miał ochotę jeszcze skomentować. :) -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. IX i X(ostatnia:)
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
*** Widzę! Znowu widzę! Ale jakim cudem? Myślałem, że to już koniec... Skąd, do cholery, Kapturek wytrzasnęła ten miecz? Kto ją nauczył tak walczyć? A może ja jeszcze śpię? Kapturek z mieczem...i umie się tym mieczem posługiwać... to musi być sen! Albo już nie żyję i trafiłem tam, gdzie Kapturki walczą mieczami. Pieprzony Wampir, ucieka przed Kapturkiem...Tchórz jebany... Kurwa, dobra jest! Skoczyła! Cięcie. Dobre! Cholera, nie trafiła! Jeszcze raz. I znów się nie udało. Tchórz pieprzony, ucieka jak królik...Kapturek goni skurwysyna, ale to nie ma sensu... Za blisko! Podleciał za blisko! Uważaj! Cholera, dostała.. jak ja, skrzydłem w twarz... Krew! Jej to chyba nie rusza. Dzielna dziewczynka! Kurwa...Wąpierz leci w kierunku Babci...Co on chce...? Babciu, uważaj!!! Dzielna Babcia! A swoją droga ile trzeba jeść czosnku, żeby tak chuchać? Sukinsyn najwyraźniej stracił równowagę... Teraz Kapturku!!! Pięknie! Jeszcze jedna ósemka... jedno cięcie....Udało się! Leży! Trafiłaś! Leży! Dobrze tak pieprzonemu Wampirowi! A ten debil co? Po cholerę mu ten kołek? Ledwie się ocknął i już z kołkiem ... Debil, nie inaczej... Przebił Wampira kołkiem...Jak tu się nie śmiać z idioty? Chyba każde dziecko wie, że te wszystkie kołki to bajki dla pieprzonych idiotów. Widać mama wiedziała co ma opowiadać synkowi! Niech ma radochę! Ale gdzie ten debil się wybiera? A, nieważne. *** - Panie Wilku, nic się panu...-Kapturek nie dokończyła pytania.- Panie Wilku, pan nie jest Wilkiem!!! Rzeczywiście. Na miejscu Wilka leżał młody człowiek, z krwawiącą raną na policzku. - To tylko twoja zasługa, Słoneczko. - Już-nie-wilk uśmiechnął się do Kapturka - Zabiłaś tego pieprzonego wąpierza. Ten, który rzucił czar zginął, jego moc przestaje mnie wiązać. Tylko… jak ty żeś to zrobiła? - Zobaczyłam, że nie dajesz sobie rady, więc wyciągnęłam miecz spod kapturka. W końcu od czegoś mama mi go uszyła, no nie? Zamachnęłam się raz i drugi, Babcia chuchnęła i jakoś poszło. A zapomniałam - dodała ze znaczącym uśmiechem - Leśniczy przebił go kołkiem! I chyba poszedł zakopać! Oboje parsknęli śmiechem. - Z czego się śmiejecie?- Leśniczy najprawdopodobniej wykonał już swoją misję i wrócił, aby opowiedzieć wszystkim o swoich bohaterskich czynach - Macie szczęście, że z wami jestem! - Duma mało nie rozsadziła mu rozporka, tak jak wtedy, gdy popisywał się przed Kapturkiem znajomością Organów. - Gdyby nie ja, kto wie co by się tu stało. A jeśli nawet udałoby się wam go zabić to na pewno by się odrodził. Jak zwykle, to ja pamiętam o wszystkim! To dzięki mnie... - Ty durny capie - Babcia nie dała mu dokończyć - Kiedy naprawdę było groźnie ty srałeś w majty ze strachu. Ten smród cały czas unosi się wokół ciebie! Idioto! A kiedy tylko zobaczyłeś krew straciłeś przytomność chrzaniony bohaterze! - Babcia, ciesząc się stratą Dziadka, była dość łagodna w swoich osądach. - Kapturku, czy mogłabyś pokazać mi swój miecz?- Kapturek spełniła prośbę Młodzieńca - O kurwa - srebrny! W jaki sposób wnuczka wampira może się posługiwać srebrną bronią? Przecież w twoich żyłach też musi płynąć wampirza krew. A spotkanie ze srebrem jest dla każdego wampira śmiertelne. Dowód mamy w ogródku. - Mimo, że jestem mądrą dziewczynką, nie mam zielonego pojęcia! – Kapturek potrafiła przyznać się do własnej niewiedzy, była wszak mądrą dziewczynką. - No chyba, że - Wilk chyba coś wymyślił - Dziadka ugryzł ktoś, ewentualnie coś, dopiero po urodzeniu się twojej mamy. To jedyne racjonalne wytłumaczenie. - Ale pan jest mądry!- Kapturek była oczarowana inteligencją rozmówcy, chociaż po rozmowie z Leśniczym, nawet but wydawał się inteligentny - A jak pan w ogóle ma na imię? Młodzieniec przyjrzał się uważnie Kapturkowi. - Wolfeon Winiceliusz Niebieskobury ze starego rodu Eavtvoan. Ale ty- znacząco mrugnął okiem do Kapturka - możesz mi mówić Jasiek. Kapturek uśmiechnęła się z zakłopotaniem. - Może pójdziemy się przejść? – zaproponował - Jak chcesz Jaśku.- Kapturkowi najwyraźniej spodobał się ten pomysł. No i poszli. -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. V, VI, VII i VIII
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Nie. To jeszcze nie koniec. Przykro mi:) -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. V, VI, VII i VIII
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
*** - No i przybiegłem tutaj. Muszę go zbić! Albo on mnie. Wolałbym jednak pierwszą wersję. To jedyna szansa. Inaczej już na zawszę zostanę tak jak mnie tu widzicie. Z sierścią i zębami. Wierzcie, albo i nie, ale to nie jest najprzyjemniejsza postać. - Czy to prawda panie Dziadku? - Leśniczy chciał się poczuć jak ktoś mądry. Niestety nie wyszło. - Wierzycie temu zapchlonemu... - Zamknij się stary capie!– Babcia najwidoczniej wierzyła.- Do kibla chodzisz, chamie niemyty?! Zabić mnie chcesz?! Mnie, biedną, delikatną, miłą i bezbronną kobietę?! Dajcie mi coś! Jak mu przywalę nocnikiem bez łeb to mu się odechce!!! - Wilku, czy masz jakiś dowód na to co mówisz? - I znów Kapturek okazała się mądrą dziewczynką. - Babciu, czy ma Babcia w domu trochę czosnku? Jeśli Dziadek go zje, to was okłamałem. Babcia wyciągnęła z pod materaca wianek z główkami aromatycznego warzywa. - Żryj!- grzecznie poprosiła miła, starsza kobieta. Dziadek nie zżarł. Zamiast tego, machną papierem toaletowym. Przeobraził się w Wampira. -O!!! – wyrwało się z kilku piersi. Teraz już nikt nie miał wątpliwości. Wilk mówił prawdę. Zanim ktokolwiek zdążył ochłonąć, Wampir skoczył, złapał Babcie... - Odsuńcie się ode mnie z tym czosnkiem! Bo ją zabiję! Czosnek. W głowie Wilka zamrugało jasne światełko. - Babciu, chuchaj! Babcia nabrała powietrza i chuchnęła. Z całej siły. W twarz Wampira. Wampir na chwilę stracił równowagę. Ta chwila wystarczyła. Nie zabił mnie od razu. Przecież mógł. Po co mu był Znak Trzykoła. A może nie mógł? Może jest za słaby? Wilk rzucił się na wąpierza. - Babciu, uciekaj! - Kapturek też już oprzytomniała. *** Dobrze. Wyrwała się. Ale co teraz? Gdzie ten pieprzony wąpierz? Jak mam z nim, do cholery, walczyć? Nie widzę... O, jest! Sprytny... Boi się moich pazurów... Cholera ja przecież nie umiem latać!... ale on nie może tam siedzieć przez całą wieczność...a właściwie, czemu nie?...chrzaniony tchórz! Leci! Co ja mu, kurwa, mogę zrobić.. Za mały jest... Macha tymi skrzydłami jakby chciał mnie zabić...Cholera, on chce mnie zabić! Ja się nie dam... Nie mogę... Skurwysyn nie może być silniejszy ode mnie...Przecież zabiłby mnie od razu... nie bawiłby się w jakieś tam Znaki Trzykoła... Ale wtedy był dzień... teraz już prawie noc... Aaaaa!!!!.... Dostałem...Cholera, krew mi leci... Co jam mam skurwielowi zrobić...Przelatuje między łapami...znowu uciekł.. nie widzę sukinkota.. trzepot skrzydeł.. ciemno ..Czemu tu jest tak ciemno..? .kurwa, chyba jednak druga wersja... *** Niedobrze. Wyrwała się. Co ja mam teraz... Racja...Lecę! Po co mu te pazury... Wolałbym się na nie nie natknąć... Ale nie mogę tu tak wisieć w nieskończoność. Otwarte okno...Ale tak uciec bez walki... czterech przeciwników...Kapturek się nie liczy... to trzech... Już prawie noc ...Leśniczy nie powinien stanowić kłopotu... z Wilkiem też sobie poradzę! W dzień nie miałem szans, ale teraz... Noc to moja siła! Tylko co z Babcią...? Trudno! Ryzykuję! Cholerne pazury... Mało brakowało...prawie przedarł skrzydło...nie mogę na to pozwolić... szybciej, machajcie szybciej... Jest! Dostał! A ten co? Jeszcze mu nic nie zrobiłem... tak mdleć...właściwie dobrze wyszło.. Jednego mniej! Mam krew na prawym skrzydle... jego krew! Krew Wilka! Jeszcze raz! Do góry.. Mam! Dostał! Chyba stracił przytomność...Udało się! Jeszcze tylko wbiję ząbki... *** Posłuchała. Dobra Babcia. To znaczy, że Dziadek jest Wampirem?! Trudno się mówi! Ja jestem mądrą dziewczynką i w każdej sytuacji umiem sobie radzić. Mam nadzieję, że Wilkowi się uda. Inaczej będę musiała mu pomóc. Niedobrze. Dziadek wleciał pod sufit. Wilk chyba go nie widzi. Uważaj!!! Dziadek leci! Zobaczył. Wilk ma wielkie pazury, ale Dziadek wcale nieźle się rusza, jak na swój wiek. Wilk chyba nie nadąża. Niedobrze. O kurde! Dostał! Wilk dostał! Dziadek ciął go skrzydłem. Nieładnie. Wilk krwawi! A temu co? Zawsze wiedziałam, że Leśniczy jest idiotą... ale że takim delikatnym? Trochę krwi tu jest, ale żeby od razu mdleć?! A mówią, że to kobiety są słabe. A przecież ani mi, ani Babci nawet do głowy by nie przyszło, żeby mdleć w takiej sytuacji! Trudno się mówi! Teraz są ważniejsze sprawy. Dziadek znowu poleciał do góry. To chyba dobrze. Złapał nocnik! Niedobrze. Kto tam postawił ten nocnik? A tak, jak Babcia nim rzucała to trafiła w półkę. I już tak zostało. Czemu ta półka była akurat w pobliżu Dziadka? Dziadek nie chce chyba... A jednak! Rzucił nocnikiem w Wilka. Niedobrze. Trafił! Wilk chyba stracił przytomność. Dziadek już wystawia zęby! Nie mogę na to pozwolić!!! -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. III
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Dzięki. Szczególnie za "uwieżę". Wstyd mi bardzo. Mam nadzieję, że ciąg dalszy nie będzie gorszy:) -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. IV
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
*** Był piękny dzień. Byłby również słoneczny, gdyby nie lało jak cholera. W małej chatce pod lasem rozległo się pukanie. Młodzieniec, który do tej pory siedział na stołku w kącie izby rozmyślając nad sensem takiego siedzenia, wstał i otworzył drzwi. - Dobry! - na progu stał starszy człowiek z papierem toaletowym w ręce. Widząc papier w ręku gościa, młodzieniec domyślił się charakteru wizyty. Nie dał jednak nic po sobie poznać. - Czego? - tak zwykło się witać niespodziewanych gości z papierem w ręce. - Panie, pomóż! Ona mi nie da spokoju! Ja nie mogę tak żyć! Jeszcze ten czosnek!!! - Ale kto, co, jak? Czy mógłbym wiedzieć, co się właściwie stało? - młodzieniec nie ulegał panice. W końcu jego nie bili. - Żona mi żyć nie daje. Nawet, żeby tu przyjść musiałem powiedzieć, że idę do sracza. To wiedźma nie kobieta! Ratuj, panie! - Staruszek wyraźnie panikował. W jego oczach widać było przerażenie. - Co pan? Z babą se pan poradzić nie umiesz? - Młodzieniec nie widział żadnego problemu. Jeszcze się taka nie urodziła, której by nie dał rady. Tak mu się przynajmniej wydawało. - To wiedźma nie baba! Ratuj, panie! - Żal mi was starcze. – młodzieniec poczuł litość do staruszka, który nie może sobie poradzić z własna babą - Jak wam mogę pomóc? - Zabij ją! Pomóż biednemu człowiekowi! – biedny człowiek miał w oczach łzy rozpaczy. Ulżyło mu trochę po donośnym smarknięciu w papier toaletowy trzymany do tej pory w lewej ręce. - Co pan, panie? Babę zabić?! Ja tam bab nie głaskam, ale żeby tak od razu zabijać?! To nie humanitarne! Niech se pan sam ją ukatrupi, a mnie, porządnego człowieka, nie miesza do swoich brudnych spraw!!! - Jakie „brudne sprawy”? Jakie „brudne sprawy”? Panie, ja chcę tylko trochę wolności na starość zaznać. - Idź pan stąd, panie, bo ja zaraz do tej pańskiej baby na skargę pójdę! Nachodzić porządnych ludzi się panu zachciało! - Nawet pan tak nie żartuj! – młodzieniec dojrzał przerażenie malujące się na twarzy dziadka. - A właśnie, że pójdę! – rozmowa zaczynała się już robić nudna - I to zaraz! I wyszedł na deszcz. - Nie pójdziesz! – teraz staruszek okazał znudzenie, a nawet złość, można by powiedzieć. Młodzieniec obrócił się i zobaczył coś... To już nie był staruszek! To coś było straszne i przerażające! To miało... - Dziadku, czemu masz takie wielkie oczy?- spytał zdziwiony młodzieniec. - Właśnie. Po co? Przecież nietoperze i tak są ślepe. - Dziadku, a czemu masz takie wielkie uszy? - Żeby nie wpadać na drzewa. - Dziadku, a czemu masz takie wielkie zęby? - młodzieniec zauważył kły wystające z górnej szczęki. - Bo jestem Wampirem? - To pytanie rozwiewało wszystkie wcześniejsze wątpliwości. - Skoro jesteś wampirem, to czemu chcesz, żebym ja zabił twoja babę? – coś się tu nie zgadzało. - Ta cholera je tyle czosnku, że nawet podejść do niej nie można. Ale skoro nie chcesz mi pomóc... Wampir, który jeszcze przed chwilą był staruszkiem, rzucił się na młodzieńca. Młodzieniec nie dał się zaskoczyć. W tej chwili zamiast młodzieńca przed wampirem stanął Wilk. Duży Wilk. Wampir miał przygotowany plan na takie okazje. Machnął płaszczem i już był na pobliskim drzewie. - Nie spodziewałeś się tego, łachudro?!- Wilk był pewien swojej przewagi. - I tu się mylisz! Spodziewałem się! Właśnie w związku z tym powziąłem odpowiednie środki. Spójrz gdzie stoisz!- Wampir również był pewny swojej przewagi. Wilk rozejrzał się. Teraz już i on był pewny przewagi Wampira. Na ziemi dookoła nakreślony był trójkąt! Trójkąt wpisany w okrąg! Znak Trzykoła! - Jak?... skąd wiedziałeś?...przecież.... - Różne rzeczy ludzie mówią. Słyszało się to i owo. - Ale przecież... Nikt nie mógł wiedzieć! - Spotkałem znajomą. Była niedawno u ciebie. Że też wcześniej nie pomyślałem. Mama przecież mi powtarzała, żeby uważać z wiedźmami. A ja myślałem, że mamy zawsze przesadzają. Ta wyglądała na miłą wiedźmę. I zaproponowała, że odszczurzy mi chatę po promocyjnej cenie. - Wspomniała coś, o swojej robocie. Pracowała niedawno u jednego człowieka. Przyszła trochę wcześniej, żeby sprawdzić stan zaszczurzenie. I niechcący, przez okno, zobaczyła że człowiek ów, jeszcze przed chwil, był wilkiem. - Wampir kontynuował swój wywód. - Zdzira!! Ale skąd, do cholery wytrzasnąłeś Znak Trzykoła! On jest utajniony od jakichś pięciuset lat. Tylko mój ród ma do niego dostęp. - A może sobie przypominasz co robiłeś, gdy ona do ciebie przyszła? No tak, przecież przeglądałem Księgę: strona 1013- „Jak pozbyć się pcheł”. I zostawiłem. Cholera jasna! Zostawiłem na stole! A ta zdzira ją zobaczyła! Ale przecież nie mogła jej otworzyć. Cały czas pilnowałem wiedźmy. - Jakim cudem ta kurwa otworzyła Księgę? - A po co niby miała ja otwierać? Nigdy nie słyszałeś o czytaniu „trzecim okiem”? Wystarczy znać zaklęcie i nic nie trzeba otwierać. Czytasz sobie przez kartki. – Wampir mówił to z wyraźną ironią i zadowoleniem. - W związku z tym nie polecisz na skargę Wilczku. Ma rację. Cholera! Przecież przeobrazić się w Znaku Trzykoła to na zawsze zostać wilkiem. Pieprzony wąpierz! -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. III
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
*** Puk.. puk...puk.. - Może Babcia ucięła sobie drzemkę? - Czerwony Kapturek znała przyzwyczajenia Babci. - Chyba się nie obrazi jak wejdziemy. I weszli. To co zobaczyli nie było jednak babcią. Tym bardziej śpiącą. To było coś włochatego i czarnego....miało spiczaste uszy i, w przeciwieństwie do Babci, zęby... To po prostu nie mogła być Babcia. To przypominało raczej... Wilka! - Ty zły, diabelny, sakramencki, parszywy, zatracony, nieczysty, niepoprawny, niedobry, nieprawy, nieuczciwy, ludożerczy, kanibalistyczny, pozbawiony uczuć, zbrodniczy, kryminalny, bandycki, antropofagiczny... - Co znaczy antrra-coś-tam. - Kapturek uznała za stosowne sprowadzić Leśniczego na ziemię. - Nie przerywaj mi - Leśniczy nie chciał wyjść na idiotę, po raz kolejny - Ty, ty., ty... Wilku. Jak mogłeś… - Ale... - ... postąpić tak zbrodniczo, źle i niegodnie!? - Leśniczy nawet nie pozwolił mu się bronić. - Ale... – Wilk spróbował jeszcze raz. - Taka zbrodnia nie może umknąć karzącej ręce sprawiedliwości! Za tą niegodziwość zostaniesz surowo ukarany! Sprawiedliwość musi zatryumfować! - w Leśniczego wstąpił iście prawy duch. - Ale co on właściwie zrobił? - Kapturek chciała wyjaśnić sytuację i rozładować tego „iście prawego ducha”. - Ten pozbawiony sumienia, skrupułów i prawego ducha zwyrodnialec pożarł twoją biedną, bezbronną, chorą Babcie! - Przecież on jest taki miły i włochaty. To niemożliwe, żeby był antfro...antra..aa..zły. - Kapturek krytycznie podeszła do nowin Leśniczego, który, mimo że potrafił powiedzieć antropofagiczny, w gruncie rzeczy był przecież idiotą. - Właśnie... - Wilkowi znowu nie dane było dokończyć. W tej chwili drzwi się otworzyły i do małego domku w środku lasu wszedł brudny, stary człowiek z rolką papieru toaletowego w pomarszczonej dłoni. - Dziadziuś! - Kapturek wiązała z Dziadkiem nadzieję na wyjaśnienia. I rzuciła mu się w ramiona, wytrącając przy okazji papier toaletowy. - Panie Dziadek! - Leśniczy poczuł się zobowiązany do złożenia wyjaśnień - Pańska Babcia została zjedzona przez tego oto złego Wilka. Nic nie mogliśmy zrobić, ponieważ przybyliśmy za późno. - Zjedzona?! - na twarzy Dziadka pojawił się zagadkowy uśmiech-nie-uśmiech. - Tak - Leśniczy potwierdził ze smutkiem. - Nie! Babcia... Wilk znów nie mógł dokończyć, bo gdy on mówił „Babcia” to z szafy wyłoniła się... właśnie najprawdziwsza Babcia. „Nigdy nie wymawiaj `Babcia` nadaremno”- przypomniało się Dziadkowi dawne przysłowie, jeszcze z czasów, kiedy ludzie przykładali jakieś znaczenie do mądrości ludowych tego typu. - Czego tu wszyscy sterczą? Co znowu zrobiliście, łachudry jedne? - Babcia widocznie czuła się dobrze, w związku z tym teoria Leśniczego upadła. Tak jak to zwykle się dzieje z teoriami idiotów. - To ten, ten... on - Leśniczy wskazał na Wilka - Pani Babciu, pani nie zjadł? - nie jest tak łatwo zwątpić w teorię, którą się samemu stworzyło. - Babciu, co ty właściwie robiłaś w tej szafie? Nie pamiętam, żebyś kiedykolwiek robiła tym podobne rzeczy! - Kapturek w dalszym ciągu chciała wyjaśnić, tą zamotaną sytuację. - Właśnie! Co ja robiłam w tej szafie? – Babcia, bądź co bądź, miała już swoje lata i pamięć nie zawsze jej dopisywała - Pamiętam tylko, że rzucałam nocnikiem. Ale w kogo, po co...A!!! - coś błysnęło w głowie Babci - To ty!!! Ty, ty ...Wilku jeden!!! Ja ci dam napadać na biedne, stare, nieuzbrojone w nic poza nocnikiem Babcie!!! Babcia złapała za nocnik i już przygotowywała się do zadania ciosu, gdy... Wilk wreszcie doszedł do głosu. - Do jasnej cholery! Dacie mi wreszcie coś powiedzieć?! - A co taki niegodny, pragnący skonsolidować Babcię, stwór jak ty może mieć do powiedzenia? - Leśniczy lubił zarzucać innym brak godności, używając do tego słów nie zawsze przez siebie zrozumiałych. - A właśnie, że mam! Na przykład to, że wcale nie chcę żeby Babcia spotężniała, mógłbym chcieć ją co najwyżej skonsumować, ale i tego bynajmniej nie miałem w zamiarach. Ale przejdźmy, w końcu, do sedna Babci! Pomyślcie idioci!!! Gdybym chciał zjeść Babcię to bym ją już dawno strawił, a nie chował do szafy! To po pierwsze! A po drugie, to nie ja chciałem ją zabić tylko on! - Wilk wskazał na... Dziadka. - Jak śmiesz oskarżać, o tak brutalny czyn tego jakże prawomyślnego, starszego człowieka, któremu na samą myśl o śmierci Babci papier toaletowy wypadł z ręki?! Na jakiej podstawie wysuwasz tak straszne zarzuty? - Leśniczy chciał chociaż raz mieć rację. - Na takiej podstawie, że ten prawomyślny starszy człowiek to wampir! - O!!!!!- powiedział Leśniczy. - A!!!- powiedziała Czerwony Kapturek. - Co?!!!- spytała Babcia. - Jakże to tak?- Leśniczy przypomniał sobie jeszcze jedną kwestię ze swojego ulubionego serialu. - Właśnie tak! Wampir! A na jego drodze do niecnego życia stanęła właśnie Babcia. Więc najzwyczajniej postanowił się jej pozbyć! - Po pierwsze: skąd o tym wiesz? A po drugie: czemu do tej pory tego nie zrobił? - Kapturek, w związku z tym, że była mądrą dziewczynką, postanowiła rozwiać wszelkie dręczące ją wątpliwości. - Natychmiast wynoś się z mojego domu, przybłędo! Jak śmiesz obrażać gospodarza w jego własnym domu! Won ohydny stworze! Liczę do jednego! - Dziadek oprzytomniał i próbował bronić swego dobrego imienia. Ale nic z tego. - Zamknij mordę stary capie! Niech mówi! Może wreszcie się dowiem, czym ty się zajmujesz jak siedzisz w sraczu! Myślisz, że ja jestem taka głupia?! Myślisz, że uwierzę, że masz zaparcia 23 godziny na dobę, przez 364 dni w roku?! Jak możesz tak wykorzystywać, starą, zmęczoną i słabą kobietę?!!! Dziadek zamilkł potulnie. Z taką słabą kobietą nie należy się przecież kłócić. W związku z tym, Wilk uznał za stosowne wyjaśnić kilka spraw: - Skoro dopuszczono mnie do głosu, postaram się odpowiedzieć na pytania Kapturka. I rozwiać wątpliwości Babci. Ściemnia się już więc nie będę przedłużał ... -
Tekst jest już poprawiony. Jaby ktoś miał jeszce czas i ochotę, żeby go przeczytać i ocenić, byłabym zobowiązana:)
-
A jeszcze takie mam pytanie: Jak już poprawię to co powinnam zrobić, żeby poprawione tu umieścić? Edytować ten tekst, czy założyć nowy?
-
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. I i II
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
W takim razie, dodam jak tylko upłynie mi limit :) -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. I i II
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
To w takim razie, niedługo ciąg dalszy. Tylko jakby mi ktoś mógł powiedzieć, czy ciąg dalszy mam umieścić tutaj czy w oddzielnym temacie. Bo nie do końca wiem, jakie są zasady na tym forum. A co do literówek- to faktycznie moja zmora. Ja ich po prostu nie widzę. Mogę czytać dziesięć razy i nic nie zauważyć. Takie roztrzepanie literowe. Jak do tej pory żadne leki na to nie pomagają. -
Pracuję nad nim, tylko jakoś mi tak sesja niespodziewanie wyrosła i czasu mam mało. :)
-
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. I i II
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Opowiadanie napisane już bardzo dawno temu. Przypadkiem znalazłam i ciekawa jestem opinii. Ciąg dalszy oczywiście nastąpi, jeżeli ktoś będzie miał ochotę przeczytać. :) -
Czerwony Kapturek, czyli bajka o... cz. I i II
Anduina odpowiedział(a) na Anduina utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
- Moja babcia mieszka... Wilk nie jest wcale taki zły. Mamy zawsze przesadzają. A może to ten Wilk jest jakimś wyjątkiem? Miał być zły, miał być brzydki (brzydki to on może i jest...), no i miał mnie zjeść. A on tylko grzecznie pyta, gdzie mieszka moja babcia. - ...w lesie. – dziewczynka w pytaniu nie dostrzegła nic podejrzanego. - Tak jak każdy kto mieszka w lesie. - Wilk zaczynał się niecierpliwić. - A gdzie dokładnie? - Mama mówiła, że mam iść drogą przez las, przejść koło domu Leśniczego i...No, ten tego... - I tam będzie mieszkała babcia? - No właśnie. Skąd wiedziałeś? - Kobieca intuicja… Nieważne. Z kim mieszka Babcia? - Nie licząc dziadka- sama. Babcia mówi, że i tak nie ma z tego starego grzyba żadnego pożytku. Tylko jej rentę przepija... Wilk dziwnie zamerdał ogonem. Jak dobrze być barankiem I biegać po polance I śpiewać sobie rankiem: be, be, be, kopytka niosą mnie be, be, be, kopytka niosą mnie... „Jeszcze tego idioty tu brakowało” -Wilka wcale nie ucieszył donośny głos Leśniczego rozchodzący się po lesie. - Miło było, ale muszę lecieć. I nie zostało po nim ani śladu. - Dzień dobry Czerwony Kapturku. Co ty tutaj robisz? Nie słyszałaś, że po lesie kręci się bardzo zły Wilk? Małe dziewczynki nie powinny same chodzić po lasach, w których kręcą się bardzo złe Wilki! - Ale ja muszę zanieść lekarstwa dla bardzo chorej Babci. Mama mi kazała!- dziewczynka nie dała zbić się Leśniczemu z tropu. - W takim razie nie mogę pozwolić żebyś szła sama. Czy pozwolisz mi się odprowadzić?- to właściwie nie było pytanie, ale Leśniczy nie chciał wyjść na chama. Dziewczynce w prawdzie nie było na rękę słuchać dziwnej gadki Leśniczego, ale nie miała wyboru - Leśniczym się nie odmawia. Więc poszli. Kapturek była mądrą dziewczynką. Wielokrotnie słyszała od Babci, że Leśniczy jest idiotą. Mimo, że na takiego wyglądał, postanowiła nie ufać pozorom i sprawdzić ile tak naprawdę jest prawdy w plotkach. - Jesteś idiotą? Leśniczy popatrzył na Kapturka w taki sposób, że w twierdzącą odpowiedź właściwie nie można było wątpić. Mimo to Leśniczy próbował bronić, bądź co bądź, swojej reputacji. Zmienił więc temat. - Jak się czuję Babcia? - Dziękuję, dobrze. Ale zaraz… - dziewczynka zawahała się przez chwilę - co ma Babcia do twojej głupoty? Nie było szansy na uniknięcie odpowiedzi. Kapturek była mądrą dziewczynką. W każdym razie za mądrą dla Leśniczego. - Kto ci nagadał takich bzdur? - Mama - A czy twoja Mama wie, że za obrażanie organów państwowych może grozić kara do dwóch lat pozbawienia wolności - Leśniczy wreszcie mógł się wykazać swoją wiedzą. Duma mało nie rozparła mu rozporka. - A czy pan wie, co grozi za grożenie mojej Mamie? - Co? - Jak jej kiedyś zagroziłam, że nie pójdę do szkoły, to mnie zlała rózgą - w oczach Kapturka na chwilę pojawił się bolesny ślad wspomnień. - O! - Z moją Mamą nie ma żartów. Nie straszne jej nawet te pańskie Organy. - Tym razem to Kapturka rozpierała duma. To w końcu jej Mama. Nawet mimo, że Mamy zawsze przesadzają. Na tym rozmowa się skończyła. Leśniczy był na tyle inteligentny, żeby nie grozić Mamie Kapturka. Kapturek nie widziała sensu w dalszej rozmowie z idiotą, który ubzdurał sobie, że jakiś tam Organ może zagrozić Mamie. To w końcu jej Mama. Mimo, że Mamy zawsze przesadzają. Szli, szli, szli, szli, szli... i jeszcze szli (bo to był ładny kawałek drogi)...aż doszli. Do domku. Babci, oczywiście. *** Gdzie ten stary cap się podziewa? Poszedł srać już godzinę temu, a jeszcze go nie ma. Dziad zgrzybiały, na baby chodzi, a mi wmawia, że do wychodka. Myśli, że jak jestem chora to nie wiem... Ale ja wiem. Jestem stara, biedna, i chora, a on tak mnie traktuje... Ale głupia to ja jeszcze nie jestem... Niech tylko wróci. Ja mu dam... Patelnią przez łeb dostanie, to mu się dziwek odechce! Lubieżnik zboczony!!! W małym leśnym domku rozległo się pukanie...puk...puk..puk... - Wlazł! - powiedziała babcia szukając patelni. Drzwi skrzypnęły. Babcia nie mogąc znaleźć patelni sięgnęła pod łóżko i wyciągnęła nocnik. Ciężki metalowy nocnik. Wspaniała robota. Co prawda był pusty, ale do zdzielenia Dziadka przez łeb nadawał się doskonale. Nocnik jednak nie do końca spełnił swoje zadanie. To w co Babcia chciała trafić nie było łysiną dziadka. To było coś włochatego i czarnego....Miało spiczaste uszy i, w przeciwieństwie do Dziadka, zęby... Nie to po prostu nie mógł być Dziadek. To przypominało raczej... Wilka! - Ludzie ratunkuuuu! - krzyknęła Babcia robiąc jednocześnie zamach nocnikiem. Wilkowi wcale nie było w smak dostać nocnikiem w łeb. Szczególnie ciężkim, żelaznym nocnikiem. A w dodatku od Babci. Toż to wstyd się później ludziom na oczy pokazać. Na szczęście jakiś tam refleks się ma. A wilki mają dość dobry refleks. Ciśnięty nocnik zamiast w gościa uderzył w ścianę. Gorzej z Babcią. 82 lata to już nie jest wiek na rzucanie żelaznymi nocnikami. Zamach przypomniał, że babcie mają swoja wytrzymałość. Ograniczoną wytrzymałość. Coś strzyknęło w krzyżu, równowaga została zachwiana i Babcia wylądowała na starych deskach, którymi przykryta była podłoga. Podłoga nie okazała się bynajmniej sprzymierzeńcem bolącego kręgosłupa. Babcia zawyła z bólu i straciła przytomność. Taka przygoda nawet twardą babcię mogłaby zwalić z nóg. Wilk właśnie zabierał się za... -
Jednym słowem, dużo pracy prze de mną. Fajnie:) Tylko to nie było tak, że chciałam stworzyć coś zabawnego. No, ale nie ważne.
-
Byłabym wdzięczna za komentarze :)
-
Noc. I to jedna z tych, kiedy nawet psy nie wychodzą z domu. Ciemność rozpraszają jedynie nieliczne promienie księżyca – te najodważniejsze, które nie bały się zapuścić w nieprzeniknione otchłanie mgły zalegającej nad lasem. Wiele z nich zaginęło. Czasem tylko pojawiają się w różnych dziwnych miejscach i same nie wiedząc gdzie są, straszą podróżnych. Te jednak, które nie zaginęły, uwypuklają jedynie gęstość unoszących się oparów, przez które nawet własne buty ciężko jest zobaczyć. Niewielu śmiałków odważyłoby się wyjść w taką noc... a już na pewno nie do lasu… nie do TEGO lasu... - Ej, ale czemu tu jest tak ciemno i mroczno? Do tego cała ta mgła... - A co ty byś chciał? Żeby opowiadanie fantasy rozgrywało się w miłym, popołudniowym słoneczku na polance w wesołym lesie? I co jeszcze...? różowe zajączki? - ...no może i racja... ale... - Nie ma ale. Chcesz być mrocznym bohaterem to zamknij twarz i idź. Został nam ładny kawałek drogi, a tu nigdy nie wiadomo... -AAUUUUUUUUUAAAAAAAUUUUUUUUUUUUUU WWWWWWWWWWRRRRRRR! -… co wylezie z tego lasu. – Dokończył mężczyzna w długim czarnym płaszczu, szczelnie owinięty kapturem. Głos prawie mu nie zadrżał. - To nie był wilk? – Cichy pisk nadziei brzmiał w głosie drugiego mężczyzny, który o dziwo, miał na sobie również czarny płaszcz z kapturem. Jako odpowiedź musiał mu wystarczyć delikatny, horyzontalny ruch głowy. - W takim razie – przełknął ślinę - co… co to… było? - Ciemność nie była w stanie ukryć przerażenia w jasnych, niebieskich oczach. Nie. Nie niebieskich. Srebrnoszarych. Idealnie komponujących się ze srebrnym mieczem przewieszonym przez jego plecy. - Nic przyjemnego. A więcej, zapewniam cię, nie chcemy wiedzieć. Miał rację. W końcu zdrowie ma się tylko jedno. I dotyczy to również zdrowia psychicznego. Zamilkli więc obaj. I przyspieszyli. Tak na wszelki wypadek. Korzystając z tej rzadkiej, w tym opowiadaniu, chwili spokoju, postaram się przybliżyć czytelnikowi postacie obu tych panów. I lasu. Las też jest ważny. Każdy bystry czytelnik za pewne zauważył dwóch bohaterów indywidualnych, ale mamy tu też bohatera zbiorowego. Od niego zacznijmy. Proszę państwa oto LAS. Znany w tych stronach pod, z-germańska-brzmiącym, imieniem – Aviar. (To znaczy, tak go nazywają bogaci letnicy przyjeżdżający tutaj na wakacje, stali mieszkańcy nazywają go po prostu Lasem. Chyba że właśnie straszą letników). Aby podkreślić jego grozę można na końcu dodać jeszcze jedno „r”. Na to już nie ma mocnych. A tak poza tym, to las jak las. W opowiadaniach fantasy mroczne miejsce zamieszkane przez równie mroczne stworzenia, których czytelnik w ciepłym domku wyobrazić sobie nie jest w stanie. Nawet. Zarośnięty tak, że ciężko się przez niego przedrzeć o ile nie jest się żołnierzem Gromu, albo bohaterem opowiadania. Każde inne stworzenie kończy tu w ten sam sposób, a mianowicie gubi się w gąszczu i licząc na to, że ktoś je znajdzie, ginie. Bo takie znalezienie, wbrew pozorom, wcale nie pomaga. Przynajmniej zagubionemu. Znalazca i owszem, odnosi pewne korzyści – przestaje być głodny. Czasem nawet nie trzeba się gubić, można być zjedzonym ot tak, na ścieżce. Tyle o lesie. Mężczyźni w płaszczach... Oj, właśnie zebrało im się na pogaduchy, więc chwilowo odłóżmy kolejną prezentację i przyjrzyjmy się rozwojowi wydarzeń: - No dobra - powiedział ten z mieczem - Kanony fantasy kanonami fantasy, ale do jasnej...- w taką noc "jasny" było zbyt abstrakcyjnym pojęciem - Jak my te grzyby będziemy zbierać w takich warunkach? - Cii...- znaczące zniżenie głosu - Nie mów tak głośno! Jak ktoś usłyszy, że my na grzyby idziemy, to ty w życiu nie zostaniesz poważnym bohaterem! - Hmm... Beraviren Gandrik zamyślił się. Jako bohater osadzony w mrocznych realiach opowiadania miał do tego absolutne prawo. Skorzystam z tej chwili zamyślenia, i przybliżę czytelnikowi, tak jak obiecałam, mężczyzn w płaszczach. Imię tego z mieczem już znacie – Beraviren. (No, może nie do końca, ale Janek od Ciepłych nie najlepiej pasuje do bohatera , prawda?) Jego twarz zdobią liczne blizny(i nawet nie wszystkie po ospie wietrznej), a miecz na plecach był kiedyś własnością strasznego rycerza i przekazywano go z pokolenia na pokolenie. Niestety, jeden z praprapra…wnuków strasznego rycerza był sierotą. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto po pijaku gubi tak ważną i chwalebną pamiątkę rodzinną? Jednak, jak mawiają mądrzy ludzie, w przyrodzie nic nie ginie. I takoż stało się w tym przypadku. Miecz ów znalazł drugi z naszych bohaterów - Morfeo Maradaran(Chociaż mogłoby się to wydawać dziwne- było to jego prawdziwe imię. Właściwie miał być Markiem. Ale ojciec tak ucieszył się z narodzin syna, że pił cztery dni i trzy noce i jak w końcu udało mu się dotrzeć do urzędu stanu cywilnego, to nie był już tak całkiem przytomny.) Morfeo robił we wsi trochę za znachora, trochę za weterynarza, i jeszcze trochę...(zostawię trzy kropki, bo tu nie można sobie zastrzec "czytać tylko po dwudziestej drugiej"). Jego niespełnionym marzeniem zawsze było zostać mrocznym bohaterem opowiadania fantasy. Niestety, miał za ładna buzię. I takie niewinne oczęta. Gdy jednak znalazł ten miecz, schowane głęboko pod kołdrą marzenia wróciły ze zdwojoną siłą. To musiało być przeznaczenie, los, karma, wyrd... cokolwiek. To musiało być TO. Z wymienionych wyżej powodów(które zapewne każdy roztropny czytelnik uzna za wystarczające) Morfeo bohaterem zostać nie mógł. Postanowił, więc stworzyć sobie jednego na własny użytek. Padło na Janka od Ciepłych. Prawdopodobnie o wyborze przesądziły te blizny i szarostalowe oczy, tak idealnie pasujące do miecza. Albo to, że we wsi praktycznie nie było innych kandydatów w wieku poborowym. A baby przecież nie zrobi bohaterem. Chociażby dlatego, że to później nawet nie wiadomo czy mówić bohater czy bohaterka. Takim sposobem Janek wszedł w posiadanie miecza. Morfeo zmienił mu też imię, na bardziej mroczne i fantastyczne, dał ciemny płaszcz i zabrał do lasu. Na grzyby. A co tam. Ważne przecież że do lasu. Miecz, Płaszcz i Las. Czy potrzeba czegoś więcej, żeby człowiek stał się bohaterem? Tak zaczęła się ta historia. Historia w świecie, który właściwie się nie nazywa, ale gdyby się nazywał na pewno w nazwie nie zabrakłoby kilku "r" i ogólnie niewspółmiernie dużej ilości spółgłosek. A tymczasem na jednej ze ścieżek Aviarru: Beraviren i Morfeo szli przez las. W każdym razie posuwali się, do przodu. Przez gąszcz i przez mgłę, ale do przodu. Rozmawiać właściwie nie było o czym. Beraviren zastanawiał się czy jakaś wesoła i miła piosenka, dajmy na to o Kaśce, która czeka w gospodzie, oj ta ra ra, nie poprawiłaby im obu samopoczucia. Szybko jednak doszedł do wniosku, że nie byłoby to właściwe. Mroczni bohaterowie przecież nie śpiewają. Może o jakichś podniosłych czynach, zgładzonych wrogach i ocalonych damach. Takie to może. Niestety on takich nie znał. A Kaśka stanowczo wykraczała poza kanony opowiadania fantasy. Szli wiec w ciszy. To znaczy oni byli cicho. Bo w sensie bezwzględnym było głośno. Mieszkańcy Aviaru raczej nie chodzili spać po dobranocce. Szli tak i szli. I jeszcze trochę szli, bo jak juz ktoś wcześniej zauważył - to było trochę daleko. - Ten..no- względną ciszę przerwał Beraviren- Ja to muszę w krzaki. - Cały czas jesteśmy w krzakach. – obok delikatnej ironii czuć już było nutkę zwątpienia. - Tak bardziej w krzaki. – w jego oczach wyraźnie było widać, że tylko krzaki mogą go uratować- I nie obchodzi mnie w tej chwili, że sikanie nie uchodzi bohaterowi opowiadania. Morfeo zamilkł na chwilę: - No dobra. Lepiej w krzaki niż w spodnie. Idź – tylko, żeby nikt mi się o tym nie dowiedział. Beraviren nie zdążył nawet rozpiąć rozporka. Z głębi lasu usłyszał coś dziwnego. To nie był wilk. To nawet nie było to przerażające stworzenie, które słyszeli wcześniej. To było coś gorszego. Odgłosy przypominały trochę ludzka mowę. Spomiędzy UUU, WRU, HMURTMM i innych nieartykułowanych dźwięków, wprawny słuchacz byłby w stanie wyodrębnić kilka „kurew” czy „chujów” i znaczne ilości „pierdolenia”. Plecy(i nie tylko plecy) obu mężczyzn przebiegł zimny dreszcz. Zesztywnieli nasłuchując. To, kim(czym?)kolwiek było, zbliżało się. Szybko. Cóż było robić? - Na drzewo- pomyślał Morfeo - No- pomyślał Beraviren Jak pomyśleli, tak zrobili. Żaden z nich jeszcze nigdy nie wchodził na drzewo w takim tempie. Niestety nie każdy umie wchodzić na drzewa. Tuż pod sobą, nasi bohaterowie dostrzegli coś czerwonego. Wytężyli wzrok. Tak, wyglądało na to, że to przyszła-niedoszła(ale nie uprzedzajmy zdarzeń) ofiara stworzenia, przez które Beraviren nie zdążył się wysikać. Kobieta. Trzeba przyznać, piękna. Czerwona minispódniczka, futerko i kozaczki na wysokim obcasie(niepojęte, jak można w czymś takim w ogóle biegać) nie mogły należeć do nikogo innego.(To znaczy mogły, ale ja chyba wolę sobie tego nie wyobrażać.) Zaraz za kobietą pojawił się ON. Potwór. Smok. Monstrum. Wyglądał jakby jego całość składała się z dziesięciu pomniejszych całości. Dziesięć strasznych głów. Głównie w czapkach bejzbolówkach. Dziesięć strasznych głów i ani jednej szyi. Dziesięć par rąk. Co najmniej w połowie wyposażonych w kije bejzbolowe(Nie. To raczej nie był bejzbolista.) lub inny sprzęt, który bez problemu, można by sklasyfikować jako niebezpieczny. Dziesięć par nóg. A na każdej po trzy paski. Przerażający widok. Nic dziwnego, że Beraviren o mało nie spadł z drzewa. Zakołysał się niepewnie i to wystarczyło. Gałąź, na której siedział, pękła z trzaskiem i nasz bohater z hukiem wpadł w samo centrum potwora. Cóż było robić... W skutek zderzenia się z Beravirenem stworzenie uległo niewielkiemu rozproszeniu. Jedna z głów, wraz z korpusem i parą rąk, leżała już na ziemi, zwalona z pary nóg. Niestety reszta rozpoczęła okrążenie. Jak się spada w sam środek takiego potwora, to nie wypada sobie wstać przeprosić i wyjść. Beraviren nie potrzebował Morfeo, żeby o tym wiedzieć. Ale i tak by to zrobił, gdyby to tylko było możliwe. Niestety nie było. Cóż wiec robić...? Chuj bombki strzelił, choinki nie będzie… - A ja już cukierki powiązałam - dodała niewiadomo dlaczego, kobieta w czerwonej minispódniczce. Gdybyśmy właśnie oglądali Pokemony, w tym momencie oczy wszystkich bohaterów, z lasem włącznie, urosłyby czterokrotnie, a między oczami, niewiadomo skąd, wyskoczyłaby wielka kropla w kształcie łezki. Wróćmy jednak do naszych bohaterów, gdzie rozgrywają właśnie się krwawe sceny: Beraviren jednym zwinnym ruchem zdjął z pleców miecz, machnął nim raz i drugi ścinając z nóg kolejne dwie części bestii. Już tylko siedem. Siedem złych części. Siedem złych części z bejzbolami i łańcuchami w siedmiu parach rąk. A Beraviren właściwie nigdy wcześniej nie miał w reku miecza. I teraz, prawdę powiedziawszy, nie bardzo wiedział co ma dalej robić. Wiedział tylko, że jeżeli nic nie zrobi, to będzie to ostatnie nic w jego krótkim życiu. Ktoś mu kiedyś coś mówił, co prawda, o jakimś życiu po życiu, skrzydełkach, rogach i reinkarnacji, ale nie był do końca przekonany. Nie najlepszy czas na takie rozważania? Może i racja. W sumie, to i towarzystwo też nie to. Tu trzeba działać. Ostrze znów świsnęło w powietrzu. Raz gdy przecinało czwartą część monstrum, drugi gdy wylatywało Beravierenowi z rąk. Szczęście w nieszczęściu, trafiło piątą część w sam środek czapki bejzolówki powalając ją na grubą ściółkę lasu. Mimo to, sytuacja naszego bohatera nie wyglądała zbyt wesoło. Pięć do jednego to zawsze lepiej niż dziesięć do jednego, ale czy, dla tego jednego, jest to znowu taka duża różnica? Można by polemizować... - Stójcie w imieniu prawa!- krzyknął . "Może nie pomoże"- pomyślał od razu - "ale nie zaszkodzi spróbować." Faktycznie. Nie pomogło. Monstrum nie stanęło, ani w imieniu prawa ani w ogóle. W tym jednak momencie, zwinnym ruchem, zeskoczył z drzewa Morfeo. Już bez płaszcza. Jego nagi tors przysłaniały tylko dwa skrzyżowane pasy na amunicję. Rozwiane włosy poskramiała jedynie czarna przepaska. Nikt nie wie skąd ani jakim cudem w jego rękach znalazła się broń.(Ponieważ autor, z racji tego że jest kobietą, nie ma zielonego pojęcia o broni palnej, nazwijmy ją po prostu gunem.) Nie ważne jednak skąd ani jak. Morfeo pewną ręką oddał pięć strzałów. Pięć celnych strzałów. Reszta potwora pała na ziemię. - Moi bohaterowie!!!- wykrzyknęła kobieta w czerwonej minispódniczce, rzucając się na szyje obu jej bohaterom. - No i widzisz Beraviren. Jesteśmy bohaterami. Uratowaliśmy dziewicę z objęć niecnego potwora... - Dziewicę...? - kobieta w czerwonej minispódniczce spojrzała na nich w jakiś taki z-jakiej-choinki-ty-się-men-urwałeś sposób. - No dobra. Nieważne. Jakby nie patrzeć, jesteśmy bohaterami opowiadania. – Morfo, w końcu, spełnił swoje marzenie. Wszyscy troje stwierdzili, że stanie w środku Aviaru, mimo wszystko, nie jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Wiec poszli dalej. - A tak właściwie to gdzie pani tak sama przez ten las po nocy…? - Do babci, która mieszka za lasem. - Aha.
-
- Żabko, żabeczko… - Ojej- już nie ropucho? – uśmiechnęła się ironicznie - Nie żabeczkuj mi tutaj. Czego? Bo nie mam czasu. - Żabusiu moja najzieleńsza, ty naprawdę myślisz, że muszę czegoś od ciebie chcieć, żebym był dla ciebie miły? Oburzył się tak naturalnie, że trudno było mu nie uwierzyć. Ale ona go znała. I to od dość dawna. Można by nawet powiedzieć, że od bardzo dawna. Była przy tym jak się rodził po raz pierwszy. I po raz drugi. I trzeci z resztą też. I była przy jego drugiej śmierci. I zresztą przez te całe jego trzy życia. Zawsze gdzieś niedaleko. - No mów, do kaczki nędzy, nie mam całego dnia. – Nie była na niego zła. Po prostu dzisiaj naprawdę była zajęta. Już miesiąc wcześniej zamówiła sobie wizytę u kosmetyczki. I to nie u byłe jakiej… no ale nie odchodźmy od tematu. - Oj. Z tobą to tak zawsze. No już dobrze. Masz rację. Mam prośbę. Taką prosiebkę malutką raczej… - ? – Zamrugała zielonymi powiekami. - Naprawdę malusieńką… No nie patrz tak na mnie! Bo aż mi się głupio robi. - Tak, tak. Wstydliwek się znalazł raptem. Szkoda, że nie było go tam jak mnie ostatnio wpakowałeś w tą historię z całowaniem. Mów wreszcie bo mi wizyta przepadnie. - No bo to o to całowanie chodzi… - O, co to, to nie mój najdroższy. Większość z tych panów co tu przychodziła to nawet na miano „pan” nie zasługiwała. Menelstwo zwykłe. Dobrze jak z gąb im tylko wińskiem czy piwskiem waliło. Ale od większości to jeszcze rozkładające się resztki pokarmowe, o ile nie zęby i dziąsła same w sobie łatwo można było wyczuć. Nie. Nie. I jeszcze raz nie. Nie ma takiej opcji. Nie dam się więcej całować żadnym menelom. - No przepraszam. Naprawdę cię, żabusiu, przepraszam za całą tamtą sytuacje. Już pewnie pięćsetny raz. – Wiedział, nawet bez tego jej wytrzeszczonego spojrzenia, że jeszcze co najmniej dwa razy tyle razy będzie musiał ją przepraszać, żeby mu to w końcu przestała wypominać. – No przepraszam. Ale wiesz przecież, że wtedy nie było innego wyjścia. - To, że ty nie miałeś nie znaczy, że ja teraz nie mam. – Powoli, powoli, szeroki uśmieszek wracał na jej twarz. Lubiła mieć przewagę w takich sytuacjach. Z resztą, w każdej innej sytuacji też lubiła mieć przewagę. - Wiem żabeczko. Wiem. Ale bardzo cię proszę. Bardzo. – Ukląkł na mokrym piasku. – To dla mnie bardzo ważne. Chodzi o moje przyszłe szczęście, a nawet życie. Odwdzięczę ci się, zobaczysz. Wiedziała, że mu nie odmówi. Nie umiała mu odmawiać. Zawsze miała do niego słabość. A on jeszcze patrzył tymi swoimi niebieskimi oczkami, w których czuła się prawie jak u siebie… - Konkretnie o co chodzi? - Pomożesz? Dziękuje ci, dziękuję. - Najpierw muszę się dowiedzieć o co chodzi. Żadnym menelom całować się już nie dam. Powiedziałam raz. On też wiedział, ze może na nią liczyć. Zawsze mu pomagała. Wyciągnęła go już z nie jednej trudnej sytuacji. Tak jak wtedy, kiedy miał na głowie tą sprawę z Łowcą Księżniczek. Dwanaście zaginionych dziewcząt błękitnej krwi. Dwanaście straconych posagów. Dwunastu rozgoryczonych ojców a zarazem królów. Pół posterunku stało nie tylko na nogach, ale już na głowie. I nic, żadnego śladu. Żadnej, choćby najmniejszej, wskazówki. - Ale dzięki temu być może uratowałaś jakiegoś króla przed stratą posagu, no i córki z resztą. - Jakby ci to powiedzieć, żeby cię nie..? O już wiem: W dupie mam tych królów i ich posagi. O. - No ale przyznaj, że mój pomysł z całą tą zasadzką był genialny. Najpierw plotka, że jesteś do odczarowania, że ojciec da za odnalezienie duże pieniądze. Przecież jasne było, że Łowca nie przepuści takiej okazji. Normalnie genialny jestem. - Żebyś się nie posikał z całej tej twojej genialności. To nie ciebie całowało stado starych i brudnych facetów, którzy liczyli na łatwe pieniądze.- skrzywiła się na samo wspomnienie - Nie wracajmy do tego. Chwilowo. Powiedz mi w końcu czego tym razem ode mnie chcesz? - Tym razem to sprawa osobista. I naprawdę uratujesz mi życie jeśli mi pomożesz. - No mów już, bo się rozmyślę. – Pomogłaby mu nawet jakby znów miało ją całować stado wpółprzytomnych, śmierdzących pijaczków. - No bo… Widzisz… To znaczy… - ?! – zamrugała znowu zielonymi powiekami, udając że powoli traci cierpliwość Nabrał powietrza - Chodzi o to, że jest taka jedna śliczna blondyneczka u nas na komisariacie. Śliczna i mądra i zabawna i w ogóle…- wyrzucił z siebie jednym tchem. Spuścił głowę, bo nie chciał jej patrzeć w oczy. Nabrał powietrza jeszcze raz - Tylko, że ja nie mam odwagi do niej podejść. A nawet jakbym podszedł to słowa z siebie nie wyduszę. – drugi wydech. Podniósł oczy. – I będę tak przed nią stał jak ten baran. – dokończył powoli. Patrzył z takim żalem, rozczarowaniem, nadzieją i radością, że nie mogła go zawieść. - I co ja mam niby zrobić? A? Romeo od siedmiu boleści? - No wiesz… Pomyślałem sobie, że rozpuszczę plotkę że jest książę do odczarowania. Ona cię pocałuje a ja wyskoczę z za krzaków czy coś… - Głupi jesteś i tyle. Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę. I chyba ten awans po całej tej menelowej sprawie troszkę ci w główkę kopnął. - Czyli mi pomożesz? Dziękuję Wyjął ją z wody i pocałował w tą jej zieloną, porowatą i śliską skórę. - No już, bez nadmiernych czułości. - To siedź sobie tu na liściu. Ja się schowam. Ona zaraz tu będzie. - I znowu. Następnym razem zapytaj się mnie zanim wepchniesz mnie w jakąś głupią sytuację?! - Obiecuje ropucho. Aż chciało się powiedzieć – Taaa. Jasne. A księżyc nam zaraz kaczki ukradną.- Ale nie było już na to czasu, bo zza drzew wyłoniła się miła, ładna blondyneczka w zielonym mundurze Komendy Do Spraw Nie Zawsze Normalnych.