
lena dunaysky
Użytkownicy-
Postów
6 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
nigdy
Treść opublikowana przez lena dunaysky
-
Monolog z kaczej dupy
lena dunaysky odpowiedział(a) na asher utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
zakochałam sie. i tyle -
Dziecięce zabawy - przedsmak na początek
lena dunaysky odpowiedział(a) na macia miszka utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
wiesz co babo? ja Cię lubię i pisz, moim zdaniem dalej acz widzę Cię bardziej w klasycznej pisaninie. W sensie trzaśnij jakieś opowiadanie albo coś. Od razu mówię, że kompletnym laikiem jestem i z pisaniem za wiele wspólnego nie mam. Acz, że tak powiem podobasz mi się :) -
opowiadanie dla Starego (nie mylić z ojcem)
lena dunaysky odpowiedział(a) na lena dunaysky utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
danke droga dzie wuszka :) dobrze wiedzieć, że się podobało i uśmiech wywołało, żadnego głębokiego przekazu w tym nie ma :), napisałam to kiedyś dla mojej przyjaciólki która kiedys wkręciła sobie, że jest tą księżniczką. Co to do potomka to trafna uwaga, dzięki za nią, natomiast rodzaj męski jest zabiegiem celowym, bo z uporem maniaka mówimy do siebie Stary...i ciężko się odzwyczaić pozdrawiam :) -
opowiadanie dla Starego (nie mylić z ojcem)
lena dunaysky odpowiedział(a) na lena dunaysky utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Cała sprawa zaczęła sie lat 24 temu w dwóch punktach kuli ziemskiej. W kraju zwanym Polską (do której baaaardzo długo jedzie się ze Stanów samochodem) w mieście zwanym Białymstokiem, miłe młode małżeństwo Malinowskich oczekiwało swojego pierwszego potomstwa. Czasem wieczorami papa Malinowski wróciwszy z kliniki w której pracował jako obiecujący młody kardiolog siadał obok mamy Malinowskiej i mawiał: -Hm....Jeżeli to będzie chłopiec to damy mu na imię Maciej. Nasz Maciuś Malinowski.. Na to mama Malinowska z rozmarzeniem dotykała brzucha i marzycielskim tonem mówiła: -Maciuś...Król Maciuś Malinowski...nasz księciunio Maciunio..... Po czym przytulali się do siebie i myśleli o rozkosznym Maciusiu... Traf chciał, że inne młode małżeństwo: król (Bachar I) i królowa (Annuszkuna IV) Uzbekistanu spodziewali się również potomka, a wraz z nimi cały naród oczekiwał dziecięcia królewskiej pary... A astrolodzy wiele dziwnych rzeczy tego roku na niebie widzieli... W pałacu przygotowano już kołyskę ze złota, wysadzaną szmaragdami u wezgłowia a rubinami w nogach. Na ścianach połyskiwaly draperie ze złotogłowiu, a najbardziej kosztowne zabawki ułożone były na hebanowych półkach. Tak, królewskich rodziców stać było na to aby zatroszczyć się o swoje dziecko jak najlepiej. W tym czasie w Polsce rodzice Malionwscy otrzymywali ze Stanów paczki żywnościowe od rodziny z kaszkami, płatkami owsianymi i wiaminami, których w Polsce komunistycznej nie uświadczyłeś. Wyszukiwali też w peweksach za bony ubranka dla swojego dziecka i stali po całych nocach w kolejce bo akurat „rzucili” do meblowego łóżeczka dziecięce .Jak widać, wielka przepaść dzieliła te dwa dzięce światy..... Wskutek pewnych zrządzeń losu, których nikt ale to niekt pewien być nie może, albowiem nie wiadomo którędy los chadza władcy Uzbekistanu zmuszeni byli niedługo przed planowanym terminem rozwiązania udać sie w podróż swoim samolotem. Niestety, królewski potomek zadecydował pojawić się wcześniej na świecie wskutek czego samolot zmuszony był do awaryjnego lądowania. Przypadek ( a może nie?) chciał iż padło na Białystok. Księżną szybko i troskliwie zajęły się pielęgniarki. I tu można już mówić o splecionych losach dwójki dzieci, które zdawałoby się dzieliła taka przepaść. Wybitnie uzbecka córka królewskiej pary mająca nosić imię Nuszperi Chanum na cześć prababki i Maciuś Malinowski ostani komunistyczny pomiot... Do tej pory nie wiadomo czy zawiniły położne, zlośliwy los czy też może złośliwy lokaj, ale dzieci zostały zamienione...i tak mały Maciuś w istocie został księciem ale nie dla państwa Malinowskich tylko w dalekim Uzbekistanie. Kasia natomiast bo tak dano jej na imię wychowywana była miast w komnacie swych błękitnokrwistych rodziców w szarym polskim bloku na ulicy Legionowej w mieście gdzie zima jest ostra, policja sledzi ludzi a ci z kolei czasem na targu kupują zamiast psów białe niedzwiedzie od przybyszy zza wschodnej granicy. Jednakowoż do historii tej można mieć zastrzeżenia, albowiem dziecię królewskie to mądre być powinno i maniery mieć przejęte z krwią błękitną, a ty Stary głupiś jak but i do tego belzebub a księżniczka być belzebubem nie może. Jednakowoż Stary, na Maciusia bym cię nie zamienił, więc niech Maciuś się tronem udławi, a ty zostań i chodź ze mną na dwa Specjale proszę, nawet natychmiast. LOV -
tytuły są takie..plebejskie. no dobra. wspomnienia wieśniaka.
lena dunaysky odpowiedział(a) na lena dunaysky utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
W nawiązaniu do pewnego wiersza zapałałam pragnieniem napisania czegos, acz nie poezji. Niestety romantyzm będący składnikiem koniecznym w procesie pisania poezji jest mi poniekąd obcy...Pomio wiejskiego pochodzenia nawet...No mówi się trudno i żyje się dalej, jak mawia słodko-gorzka twórczość ludowa. Czy może raczej, mądrość. Miała to być zabawna i lekka opowieść o tematyce wiejskiej, ale zapuściłam się na bezdroża mojej świadomości i naprwdę nie wiem co z tego może wyniknąć. Mimo to wciąż chcę się trzymać tematyki wiejskiej. I wiosennej, bo taką to porę roku mamy. Pamiętam, że na wsi wiosna żyje inaczej niż w mieście. Jest bardziej leniwa, ale też barwna i ostrzejsza. Ze tak powiem. Bardziej sie w nią wczuwasz i zarazem odczuwasz. Na wsi czuć przeraźlwiy zapach wiosny, co w mieście jest niestety zduszone przez spaliny i zbyt wielkie stłoczenie ludzi. Jak ja za tamtymi czasami tęsknię. Fakt, że pokrywają się one z czasami dzieciństwa, które jak wiemy wszyscy mierzy się inną miarką. Czasową też. W skutek małego rozwoju uczć i myśli też. Mały człowiek- małe problemy. Duży człowiek- duże problemy..Ale nie o tym chciałam. Miało być optymistycznie. No to, zagłębiamy się w słodkie czasy wiosny dziecinnej...Pamiętam, że pierwszym sygnałem, że jest wiosna były przebiśniegi. Potem zaczynało być slychać skowronki. Potem wyczuwał się zapach ziemi. Bardzo ostry zapach ziemi rozgrzewanej slońcem, osuszanej nim, budzącej się z letargu. Piękna sprawa. Słońce zaczynał grzać, a gdy śnieg rozmarzł szło się na martwą górę zobaczyć czy są już przylaszczki. Jeżeli były to cała góra pokryta była dywanem tych drobnych i delikatnych kwiatuszków. Był to też sygnał do tego, że niedlugo będą zawilce. Zawilce rosły nad źródełkiem w podobnych ilościach co tamte na górze. W związku z tym było tam biało bo i tych kwiatów bylo pełno (oba są pod ochroną, pamiętajcie o tym!). Na temat źrodełka krążyły z kolei legendy jakoby miał tam być kiedyś klasztor który zapdł się pod ziemię, i co noc o 24 zakonnica szuka różańca nad tym źródełkiem. Niemniej faktem jest, że miejsce tamto jest dziwne. Ale to chyba jakiś dowcip geologiczno- hydrologiczny. Nie wiem, mimo iż powinnam ze względu na mój obecny prawie zawód.... Potem było już coraz cieplej. Parę dni (które były wtedy długie jak tygodnie) potem pojawiały się na podmokłych łąkach kaczeńce, jaskrawożółte kwiaty, które pięknie komponują się ze słońcem, zieloną łąką i błękitnym niebiem. Czekało się wtedy na bociany. Dobrą wrózbą było (zreszatą jest do tej pory w mojej rodzinie) zobaczyć lecąceg bociana. Wróżyło to dobry rok. Z siedzącym bocianem widzianym po raz pierwszy było odwrotnie. To był kwiecień. Potem był maj kojarzący mi się teraz z konwaliami i nabożeństwem do bodajże Najświętszej Maryji Panny, na które to trzeba było chodzić ze względu na lekcjie religii. A. No i bzy. Białe, dubeltowe rosły koło naszego domu. Jedyne w całej wsi. Poza tym były normalne, białe i fioletowe. A w czerwcu było już gorąco...kwitła cała masa kwiatów i pachniało wakacjami. Co było niezwykle miłe, bo ta strasznie się chciał przejść do następnej klasy i być już tym starszym, w tej szóstej, siódmej czy upragnionej ósemj klasie, której oczekiwało się jak zbawienia. Nie to co teraz....Wcale nie chcę być w tej ósmej klasie tylko w innym wymiarze jak teraz...I czerwiec był tą granicą między latem a wiosną jak dla mnie. Tylko, że mi kojarzy się to nie z kalendarzem, ale zapachem siana..To bylo już lato kiedy wszedzię czuć było siano. Do tej pory siłą odruchu szukam tego zapachu w mieście, ale niestety...nie znajduję go...co najwyżej nędzne imitacje. No. I za tym zapachem bardzo tęsknię w czerwcowe dni w mieście. -
Zdziwój Stary - jedlił świerkami do starości.
lena dunaysky odpowiedział(a) na Messalin_Nagietka utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
rany boskie...ktoś Ty jeśli można wiedzieć...w życiu nie sądziłam, że moja przewspaniała wieś rodzinna, bynajmniej nie spokojna a juz na bank nie wesoła się takiego arcydzieła doczeka...pozdrawiam. do drogiego Jacka. Ja nie wiem czy ty wiesz, ale to był Zdzich woj, czy szedł w bój tego nie wiem :). Lepsza jest jednakowoż legenda o tym jak ta osada się swojej nazwy dorobiła. Otóż dziecięciem płochym będąc do głowy zostało mi włożone mniej więcej tak. Swego czasu (powinno byc dawno dawno temu) jechała królowa Bona w tamtejszych okolicach (co ona tam robiła niech nikt sie mnie nie pyta, bo nie wiem). I jakims dziwnym cudem trafiła na ta wieś. I tak szaleeeeenieeee się zdziwila, że tam żyją ludzie, że tak zostało :). pozdraiam