Przed lustrem staję każdego poranka,
me oczy skupione na oczach im obcych
Tak bystrych, niebieskich, nieziemsko lśniących
Wzdycham do odbicia jako do kochanka
Na drewnianą podłogę zrzucam nocną suknię
z jedwabiu, czy poliestru- ach, wszystko mi jedno!
Po moim nagim ciele dreszcze biegną,
czekając, aż materiał o parkiet huknie
Tak patrzę z każdej strony na własne krągłości:
Moje piersi, talię, biodra i uda
Samozachwyt do szpiku mnie przesiąka- i duma!
Okrywanie się płótnem odbiera mi godności
Zerkam wyżej na twarz mą promienną:
Zgrabny nos, pełne usta koloru róży
Kto spojrzy, ten mój jest i się w nich durzy,
urzeczony urodą tak niecodzienną
Dłoń wystawiam ku górze, chcąc chwycić własne loki
Długie są i złote jak na polu zboża kłosy,
jedynie brak na nich kropelek porannej rosy
Przynętą by być mogły dla podniebnej sroki
Jednak z każdą kolejną chwilą w lustro patrzenia,
zaczynam dostrzegać coś, co graniczy z grzechem
Prawdziwe me oblicze odbija się echem,
budząc śpiesznie ostry głos mojego sumienia
Tak tracę swój blask, swe niebiańskie piękno
Tę talię, usta, oczy i włosy
Każde spojrzenie zadaje sercu śmiertelne ciosy
Pod ciężarem mojej prostoty lustro pękło
Spadłam na sam dół będąc na szczycie
i choć pragnę walczyć z nagłą ów banalnością,
chełpiąc się swoją uprzednią wyższością,
to w duszy po cichu przyznaję skrycie:
Nie, to nie było moje odbicie.