-
Postów
18 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Maciej Szwengielski
-
@Zbigniew Polit W "Podręczniku mądrości" ojca prof. J. M. Bocheńskiego jest powiedziane odwrotnie: "postępuj tak aby tobie było dobrze". Autor, będący logikiem i dominikaninem, przedstawia w nim postawę skrajnie racjonalną i pragmatyczną. Zasada ta nie jest jednak namową do płytkiego egoizmu, lecz do rozumnego dbania o własny interes. Bocheński sugeruje, że: Twoim głównym obowiązkiem jest troska o własne dobro, ponieważ nikt inny nie zrobi tego za Ciebie lepiej [2]. Postępowanie „dobrze” oznacza unikanie niepotrzebnych cierpień i konfliktów, które mogłyby Ci zaszkodzić w dłuższej perspektywie. Etyka ta opiera się na autonomii – nie powinieneś pozwalać, by inni (lub ideologie) wykorzystywali Cię jako narzędzie do swoich celów. W skrócie: to zachęta do bycia „mądrym egoistą”, który wie, że jego szczęście jest najwyższą wartością w porządku doczesnym. Przebiłem pana, co?
-
@Annie Rozważania tautologiczne również są w cudzysłowiu ponieważ samo słowo "tautologia" bywa często używane w rozmaitych kontekstach i ma wydźwięk pejoratywny. Ja nadałem temu słowu znaczenie pozytywne. Każdy grzech ciężki powoduje utratę wolności "dziecka bożego". Kto zna Prawdę ten jest rzeczywiście wolny. "Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli". (Jan; 8, 32). W przypadku kryzysu wiary zawsze pozostają: pokuta, modlitwa, post, jałmużna, ćwiczenia duchowe (patrz. św. Ignacy Loyola). Czasem wystarczy kontemplacja piękna stworzonego świata (natury); pobożna muzyka; literatura "ku pokrzepieniu serc". Pozdrawiam i życzę radosnych świat.
-
Wolność Nie ma drugiego takiego słowa, które zrobiłoby tak oszałamiającą „karierę” w XXI wieku jak słowo wolność. Odmienia się je przez wszystkie przypadki. Manipuluje się nim na prawo i lewo. Wywraca się na drugą stronę tak aby znaczyło coś zupełnie przeciwnego, choć brzmi swojsko i krzepiąco. Propaguje się wolność wyboru i wolność od wyboru. Wmawia się, że można wybrać różne barwy wolności ale jednocześnie dodaje, że powinna to być barwa o określonej z góry nazwie. Można postawić pytanie: wolny wybór czy wolność wyboru? A co to jest wolność? Niektórzy „myśliciele” wmawiali, że wolność to uświadomiona konieczność. Wolność bywa mylona ze swawolą. Ale czy tak jest w istocie? Inaczej rozumie słowo wolność więzień w celi, a inaczej człowiek „wolny”. Dla więźnia w celi wolność oznacza rzeczywistość poza murami więzienia. Taki delikwent o tym marzy co to będzie robił, jak opuści mury więzienia: upije się alkoholem, napali się tytoniu, „trawki”, odwiedzi prostytutki..., no po prostu „zabawi się”. Taki człowiek jest podwójnym więźniem. Ma zniewolony umysł błędami moralnymi, które traktuje jako przejaw wolności. Kim zatem jest człowiek naprawdę wolny? To człowiek, który zna Prawdę. Prawdę, która wyzwala, a nie zniewala. Wyzwala z nałogów: alkoholizmu, narkomanii, seksoholizmu, etc. Wielu takich, którzy rozumieli wolność negatywnie zakończyło swoje życie przedwcześnie. Jaka to Prawda, która wyzwala człowieka? To Prawda Objawiona, którą możemy znaleźć w konserwatywnych kręgach Kościoła Powszechnego. Każdy, kto przyjmuje Prawdę, rozumie ją i wprowadza w życie, staje się wolnym człowiekiem, choćby był zamknięty w celi więziennej. Każdy, kto ma dobrze ukształtowane sumienie, uczy się siebie w kontekście nauk moralnych, doznaje czegoś więcej niż tylko doraźnej przyjemności. Doznaje wszechogarniającej radości, radości wewnętrznej, wewnętrznego poczucia szczęścia. Szczęścia, które polega na tym, iż udało się zrealizować w praktyce nauki moralne Mistrza z Nazaretu. Większość z nas zna obraz artysty malarza Delacroix „Wolność prowadząca lud na barykady”. Czy o taką wolność idzie? Czyżby rewolucja społeczna kiedykolwiek i komukolwiek przyniosła prawdziwą wolność? Czy raczej zniewolenie? Zwolennicy myśli rewolucyjnej uważają, że uczniowie Mistrza z Nazaretu są ograniczeni: tego nie wolno, tamtego nie wolno... . Tymczasem „my”, ojcowie i córki rewolucji, dajemy ludziom wolność totalną. Możesz robić co tylko zechcesz, co tylko przyjdzie ci do głowy. A to nie tak... . Granicą naszej wolności jest wolność innych ludzi. Prócz tego wszystkiego, wszyscy jesteśmy ograniczeni formą ludzkiej egzystencji (jako naturalną konsekwencję grzechu pierworodnego), a co za tym idzie tzw. „prawem naturalnym”. Doznawać wewnętrznej wolności, wewnętrznego szczęścia może tylko człowiek prawy, „dobry”. Czyż nie jest prawdą stwierdzenie, że gdy znajdzie się ktoś naprawdę dobry, to prędzej czy później takiego otrują (Sokrates) lub ukrzyżują (Jezus z Nazaretu). Cóż to za wolność dzięki której Mistrz kończy otruty lub ukrzyżowany? Otóż taka „wewnętrzna wolność” wedle niektórych jest wątpliwego dobra choć jest godna naśladowania i jest piękna. Tak w rzeczywistości nie jest; nie jest to wątpliwe dobro. Mistrz z Nazaretu zmartwychwstał (vide „Całun Turyński”) i cieszy się absolutną wolnością. I ci, którzy w całej pełni naśladują Mistrza z Nazaretu już tu na ziemi mają poczucie wolności absolutnej, która na nich czeka po śmierci. Więc wybór należy do ciebie, Czytelniku, albo wolność totalna albo wolność absolutna.
-
@hollow man Szanowny, "hollow manie"! O tej tzw. "wyższości moralnej" kapłanów nie ma mowy. Każdy kapłan jest tylko człowiekiem. Jądro problemu, moim zdaniem, tkwi w powołaniu kapłana, w jego charyzmacie. Jego "głosie wołającego na pustyni". Często sam kapłan boi się swojego powołania. Pięknie zilustrował problem Graham Greene w swej powieści "Power and Glory" ("Moc i Chwała"). Główny bohater jest uwikłanym w ciężkie grzechy kapłanem; ale ma Łaskę, ma charyzmę. Zatem eo ipso nie powinno się polemizować z nauką etyczną, która płynie z przekazu kaznodziei. Myślę, że współczesny Kościół Katolicki jest tak zdehierarchizowany i udemokratyczniony, zekumenizowany, iż można go śmiało kojarzyć z solą, która utraciła swój smak. Czymże więc można ją przyprawić? @Zbigniew Polit Myślę, że nie tylko trzeba wiedzieć JAK czynić aby było dobrze, ekonomicznie, sprawnie ale przede wszystkim trzeba wiedzieć CO chce się robić aby było dobrze, ekonomicznie, sprawnie... . Ważna jest idea przyświecająca działaniu.
-
@Zbigniew Polit Trafił pan w "dziesiątkę", apropos "intelektualnego sportu". W pierwszym "rzucie" tytuł "Klepsydra zmierzchu. Rozważania tautologiczne" zawierał taki oto podtytuł: "Ku gimnastyce umysłu". Co innego jeśli idzie o "praktyki stosowane w życiu". Aby odpowiedzieć Panu na tę sugestię musiałbym znać Pana definicję "życia w praktyce".
-
@Zbigniew Polit Szanowny Panie! Ideałem byłoby nie stracić Raju. Mamy jednak "Raj utracony". I w związku z tym sumienie męczy nas w dążeniu do ideału. Moim zdaniem, nie wystarczy działać wedle norm etycznych. Pojęcie normy w dzisiejszym świecie, gdzie dominuje "laicki fundamentalizm", jest szalenie elastyczne. Inne są normy etyki marksistowskiej, a inne cywilizacji łacińskiej. Nad sumieniem trzeba nieustannie pracować, kształtować je. Etyka i religia, których "wyznawcą" Pan zdaje się być, pozwalają Panu na zabójstwo. Etyka chrześcijańska nie. Sugestia, jakoby Pana sumienie było zależne od reakcji córki teściowej (lub konfabulowanego psa) dowodzi niewłaściwie ukształtowanego sumienia. Ideały są potrzebne człowiekowi aby różnił się czymś od bydlęcia, prawda? Niestety, człowiek pragnąc stać się aniołem, często staje się bydlęciem.
-
Sumienie Sumieniem został obdarowany każdy człowiek. W dzisiejszym świecie pojęcie sumienia zostało całkowicie zepchnięte na margines. Na czoło wysunęło się takie sformułowanie jak sukces. Sukces zawodowy, finansowy, erotyczny, światowy osiągany poza moralnością, więc i poza sumieniem. Pojęcie sumienia stało się pojęciem równie abstrakcyjnym jak współczesne malarstwo, należącym do czasów słusznie minionych. Sukces za wszelką cenę. Człowiek współczesny stał się immoralistą i nikt nie chce być tym, który musi się liczyć z jakąś etyką, moralnością, a co za tym idzie z sumieniem. Sumienie człowieka naturalnego różni się od sumienia człowieka super naturalnego. Sumienie człowieka naturalnego jest pełne egoizmu, pychy, próżności. Kieruje się przede wszystkim własnym interesem. Jeśli człowiek naturalny w ogóle ma jakieś wyrzuty, dotyczą one niemal wyłącznie braku zadowolenia z samego siebie. U nieco wrażliwszego człowieka naturalnego sumienie może doprowadzić go do rozpaczy. Rozpaczy, że się nie jest takim jakim się być powinno: zaradnym, bogatym, zdolnym, utalentowanym, etc. Że życie jest zbyt ciężkie, że jest nonsensowne. Może też wystąpić rozpacz z tego powodu, że jest się sobą. Że się wszystko osiągnęło, że wszystko się spełniło tak jak tego chciał człowiek naturalny. Również istnieje u takiego człowieka rozpacz z powodu skończoności wszystkiego, gdyż wszystko gdzieś tam ma swój kres. Rozpacz z powodu konieczności podjęcia takich rozwiązań a nie innych, a także rozpacz z powodu wielu możliwości jakie się ma do wyboru, gdy wszystkie wydają się dobre do realizacji. Rozpacz jest błędem, złym rodzajem emocji często nie znajdującym ujścia. Ale bywa i tak, że człowiek naturalny zagłuszy w sobie wyrzuty sumienia. Będzie nieustannie je ignorował, aż wyćwiczy się w zupełnej znieczulicy. Pozornie ułatwi to jemu poruszanie się w świecie, w którym nikt z nikim się nie liczy, w którym obowiązuje tzw. „wyścig szczurów” i „prawo silniejszego”, prawo, które nie ma nic wspólnego z prawem tylko z bezprawiem, ochroną interesów silniejszego. Przy założeniu, iż „prawo prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość”, człowiek z zagłuszonym sumieniem prędzej lub później trafi do więzienia. U człowieka super naturalnego jest inaczej. Jego sumienie ma odniesienie do nadprzyrodzoności, metafizyki, do Boga, stwórcy wszechrzeczy. Zna Prawdę Objawioną przez tegoż Boga i nieustannie konfrontuje swoje poczynania z nauką o moralności. Jego moralność ma odniesienia transcendentalne. Życie wrażliwego człowieka super naturalnego nie należy do łatwych. Każdy kroczek postępowania może być konfrontowany z przykazaniami bożymi. Jeśli człowiek super naturalny ma dobrze ukształtowane sumienie, cieszy się miłością Stwórcy (radość wewnętrzna), odczuwa duchową rozkosz z tego powodu, że jest „dzieckiem bożym”. Ma przedsmak rajskiego szczęścia już tu na Ziemi. Ale źle ukształtowane sumienie człowieka super naturalnego może doprowadzić go do przesadnego poczucia winy. Obwinianie się o byle co prowadzi go do obłędu. Z kolei brak poczucia winy to dowód pychy i zarozumialstwa, źle wykształconego sumienia.
-
Piękno Pewien myślący człowiek, dawno temu, powiedział: „Piękno (przyrody – przyp. autora) jest jedyną rzeczą boską i widzialną jednocześnie”. Właśnie! Dlaczego przyroda budzi w nas zachwyt z powodu swojej urody? Powie ktoś, że nie wszystkie stworzenia są piękne. Taki, na przykład, moloch kolczasty być może nie jest tak piękny jak sarenka czy gazela ale nawet on w swojej szpetocie jest zdumiewający, może nawet piękny inaczej. Dlaczego większość stworzeń jest dla nas piękna? Nawet najwięksi sceptycy nie potrafią na to pytanie sensownie odpowiedzieć. A przecież fauna i flora mogłyby być w stu procentach brzydkie. Inny myśliciel powiedział: „Piękno jest Prawdą”. Człowiek, który przeczy tej myśli, po prostu kłamie. Piękno możemy podzielić na piękno estetyczne i piękno etyczne (moralne). Bywa, że piękno estetyczne, paradoksalnie, jest w opozycji do piękna moralnego, w konflikcie. Na przykład, podoba się komuś urodziwa kobieta, która jest żoną innego mężczyzny. Kobieta powabna zewnętrznie i piękna wewnętrznie. Ile zabiegów, starań, potrafi zrobić zauroczony mężczyzna aby zmienić istniejący stan rzeczy. Nie walczy z pokusą ale jej ulega. Brnie i pogrąża się w mroku błędów moralnych. Staje się brzydki jak grzech śmiertelny. Nie umie wybić sobie z głowy takiego fatalnego zauroczenia. Nachodzi niewiastę, molestuje i szuka sposobu aby choć na chwilę była jego. A ta, jeśli jest piękna moralnie, obstaje przy mężu i zniechęca natręta. Oczywiście zdarzają się sytuacje odwrotne, kiedy to kobieta zamężna próbuje usidlić innego mężczyznę. Nakłonić ku sobie podstępem do współżycia erotycznego. Kiedy jej się to nie udaje, mści się sromotnie na niedoszłym kochanku, oskarżając go o (nomen omen) molestowanie, oskarżając go przed własnym mężem. Ale ważniejsze jest ukazanie sensu stricte piękna moralnego. Piękny moralnie czyn to pomoc bliźniemu w trudnej sytuacji. Dajmy na to, że nasz domniemany bliźni został napadnięty przez złoczyńców. Leży przy drodze, krwawi, jest nieprzytomny. Człowiek piękny moralnie natychmiast udzieli mu pomocy w każdy możliwy dla niego sposób. Nie będzie obojętny na nieszczęście, które spotkało bliźniego. Nie minie obojętnie. Innym obliczem piękna jest sztuka. Sztuka piękna, jak obraz czy rzeźba potrafi poruszyć nasze wnętrze, obudzić w nas zapisany, w duszy, zachwyt, który otrzymaliśmy a priori od Losu, Natury (Stwórcy). Człowiek, który w pięknie odnajduje sens piękny, posiada kulturę, ma przyszłość przed sobą. Wspaniali są ci dla których piękno posiada wyłącznie znaczenie piękna. Człowiek, który w szpetocie odnajduje sens piękny jest zepsuty, wcale nie będąc czarującym. W czasach współczesnych, w których mamy do czynienia z dewaluacją pojęć, odwróceniem znaczeń pojęcie sztuki również ulega temu stanowi rzeczy. Sztuką stają się jakieś bohomazy, to co szpetne zmusza do zachwytu. Obrazy, które mogłoby namalować kilkuletnie dziecko lub szympans albo człowiek niedorozwinięty. Wystarczy „wrzucić” kilka plam na papier czy płótno i błyskawicznie pozyskać tani poklask krytyki, uzyskać miano artysty. Być hołubionym, brać udział w wystawach, wernisażach, zyskać pochlebne recenzje. Prawdziwa Sztuka, sztuka piękna, wymaga wielu lat nauki, a przede wszystkim talentu. Ona gromadzi tłumy na wystawach, jeśli takie dojdą do skutku. Można powiedzieć, że poczucie Piękna jest czymś uniwersalnym dla wszystkich ludzi. Ciekawe dlaczego?
-
Eros Pojęcie erosa znane było starożytnym Grekom. Dotyczyło sfery intymnej człowieka. Przez jednych był on uważany za ducha, przez innych za boga. Niektórzy jednak widzieli w nim moce ciemności. Podzielili erosa na dwa rodzaje: erosa wszetecznego i erosa niebiańskiego. Eros wszeteczny dotyczył wszelkich form współżycia seksualnego: heteroseksualizmu, homoseksualizmu, biseksualizmu, pedofilii, zoofilii, itp. Był uważany za złego ducha, przyczynę wszelkich nieszczęść, chorób wenerycznych, zbrodni, okrucieństwa. Eros wszeteczny był przyczyną erotomanii, uzależnienia od seksu, upadku moralnego wielu, złych skłonności. Zanim został tak nazwany, znany był od początku istnienia ludzkości, jako „tabu”. Niektóre plemiona pierwotne, charakteryzujące się strukturą władzy matryjarchalnej czy patryjarchalnej bały się intymnej sfery człowieka i dlatego określały ją mianem „tabu”. Nie wolno było mówić na tematy erotyczne, gdyż mogło to rozgniewać niepożądane, złe duchy. Eros wszeteczny charakteryzował się pożądaniem najniższych elementów formy ludzkiej egzystencji, tj. ciała. Natomiast eros niebiański, to taki rodzaj popędu, który skierowany był ku jakiejś istocie wyższej, jakiemuś demiurgowi, jakiemuś bogu zamieszkującemu niedostępne człowiekowi niebiosa. On pociągał żywotne siły, żywotne „soki” ku bliżej nieokreślonej sfery niebiańskiej, gdzieś ponad głowami ludzi, ku kosmicznej rzeczywistości. Ludzie chcieli pogodzić się z bogami i uświęcić erosa. Małżeństwo dwojga osób różnej płci było błogosławione przez bogów aby było płodne i dobre, aby było miłe bogom, uświęcone, poświęcone, i przynosiło wszystkim pożytek. Ale byli też tacy ludzie, którzy uważali, że eros (ogólnie) nie ma ani Dobra ani Piękna. Ponieważ nie posiada w/w atrybutów lubi stroić się, przyozdabiać, przypodobać się, ponieważ gdyby miał Dobro i Piękno nie musiałby tego robić. Szuka Dobra i Piękna ponieważ sam go nie posiada. Ludzie podzielili rozkosze na te pozytywne i te negatywne. Rozkosze pozytywne to rozkosze umysłu. Rozmaite zagadki matki nauk jaką jest filozofia są nieustającym poszukiwaniem Prawdy, rozkoszowaniem się takim poszukiwaniem Prawdy. Rozkosze negatywne, rozkosze ciała, przynoszą często cierpienie, chorobę, a nawet śmierć. Cieleśnicy lubują się w takich rozkoszach, nieprawdziwych, pozornych. Miłośnicy ciała nie zaś Ducha. Natura rozmaicie obdarza erosem poszczególnych ludzi. Jednych darzy bogato innych skromnie. Każdy musi rozeznać się indywidualnie czy jego osobę natura obdarzyła płodnością, czy raczej skromnie, tylko zdolnością płodzenia. Ponieważ eros to największy blagier pod Słońcem, trzeba uważać aby nie ulec gloryfikacji i banalizacji erosa, trzeba uważać aby nie przypisać sobie obfitych darów natury w tym względzie, mając w rzeczywistości tylko skromne uposażenie. Rozpoznanie tego stanowi pewną trudność, szczególnie wtedy, gdy ten świat narzuca nam ślepotę w tym względzie z powodów merkantylnych. Zaprzepaszczenie roztropnego rozporządzania własną energią erotyczną może prowadzić do katastrofy życiowej. W chrześcijaństwie mamy dwa sakramenty odnośnie erosa niebiańskiego: sakrament małżeństwa i sakrament kapłaństwa. Nie ma sakramentu dla erosa wszetecznego. Eros wszeteczny jest penalizowany. Biorąc pod uwagę powyższe wydaje się, że słusznie. Istnieją różne sposoby na łagodzenie popędu erotycznego, a nawet jego wyeliminowanie. Jednym ze sposobów jest tzw. „cnota wstrzemięźliwości”. Cnota jest wiedzą. Cnoty można się nauczyć. W cnocie trzeba się nieustannie ćwiczyć. Wystarczy nieustannie obrzydzać sobie pokusy, grzechy wynikające z pożądania erotycznego aby go opanować. Bywa, że eros wszeteczny jest trudny do opanowania poprzez ćwiczenia, umartwienia, posty. Można wtedy sięgnąć po farmakoterapię aby zawładnąć tą niepożądaną energią erotyczną dla poprawy „jakościowej” życia moralnego. Eros wszeteczny ma policzalną liczbę form. Jedną z nich jest polucja (zmaza nocna). Przeważnie towarzyszą jej sny o treści erotycznej. Stanowi to jedyną formę erosa wszetecznego, wolną od wyrzutów sumienia i jest zupełnie nieszkodliwa. Współczesny świat proponuje „uwolnić” człowieka od wszelkich zahamowań w erosie. Chce wmówić człowiekowi, że istnieją związki erosa wszetecznego z cywilizacją łacińską, którą należy odrzucić aby być bliżej natury. Tymczasem wiemy, że najbardziej naturalny to jest nawóz. Współczesny świat nie jest wolny od ideologii w sprawach erotycznych. Jedną z nich stanowi ideologia gender. Wedle tej ideologii człowiek ma do wyboru wiele rodzajów płci, a płeć to przejaw kultury nie zaś biologii. Większego kłamstwa w historii takiej pseudonauki jeszcze nie było.
-
"Klepsydra zmierzchu. Rozważania tautologiczne".
Maciej Szwengielski odpowiedział(a) na Maciej Szwengielski utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
@Leszczym Dziękuję. Mam cichą nadzieję, iż przyczynił się do lepszego rozumienia rzeczywistości... . -
Wiara Jest to słowo, pojęcie złożone, ze względu na swoje znaczenie. Nie chcę wnikać w pochodzenie tego wyrazu i ujawniać sporą pracę filologiczną, którą można by tu przedstawić, z całym orszakiem stronnictw i kłótni co do genezy słowa i kraju pochodzenia. Może piktogramy groty w Lascaux to już podwaliny tego wyrazu, myśląc abstrakcyjnie, a może ktoś doszuka się tego słowa konkretniej. Czy wiara to słowo, pojęcie czy wyraz? Można przyjąć, że nie tylko tym wszystkim naraz, a więc słowem wyrażającym pojęcie, ideę ale także sposobem życia. Wiara to rodzaj bycia. To pewny, stały i zmienny zarazem stan emocjonalny każdego elementu człowieczej osoby. Rodzaj napięcia, stresu wyzwolonego, rodzaj trzeciego stopnia abstrakcji. U człowieka, który nie ma idei wiary, który nie posiada wiary, żywotne siły i energie duchowe, które szybko nie znalazłszy gąbki ssącej – idei, obumierają niczym powoje bez muru i zapadają się w ciemny dół pożądań zwierzęcych i odruchów, słabo uświadamianych samemu sobie. Można powiedzieć, że taki człowiek żyje bez głowy, żyje innymi częściami ciała, a jego „idee spauperyzowane” zamieszkują poprzez nerwy przechodzące przez głowę, w nogach, w brzuchu, fallusie, itp. Człowiek poprzez i dzięki idei wiary może pracować nad sobą w opozycji do zła zewnętrznego i wewnętrznego, może nieustannie niwelować błędy w postępowaniu własnym i cudzym, które w czasie i przestrzeni go dotknęły. Można skonstatować, że dobrze funkcjonująca wiara to cud, który czyni cuda. Fundamentem idei wiary jest przyjęcie myśli, że istnieje Istota poza nami samymi, a którą nazywa się Bogiem i że z tej myśli wypływa główne źródło wiary. Bóg wywodzi się spoza rozumu ludzkiego, z Objawienia. Bóg, Absolut, Istota może wszystko w przeciwieństwie do stworzenia, jakim jest człowiek. Więcej nie trzeba już rozumieć. Z takiego bowiem przyjęcia a priori przychodzi do człowieka wiara, a poprzez nią poczucie prawdy tej wiary. Prawdy jaką daje przyjęcie a priori, jaką daje bezwarunkowa kapitulacja wątpliwości rozumu człowieka względem wiary i Boga. Z wiary wynika wiedza o dobru i złu, o wielkości Boga i stworzenia, o predestynacji stworzenia. Idea wiary mówi o tym, co przez wiarę żywą widać, że stworzenie to idee oblepione tą samą materią, inaczej poukładaną i wysublimowaną. Idea drzewa wywiedzionego z ziemi, idea ptaka wziętego z ziemi, idea człowieka wziętego z ziemi, etc. Wiara pozwala dostrzec piękno dzieła stworzenia. Ktoś powie, że do postrzegania są oczy a nie wiara. Ale idei oczy bez wiary nie widzą. Spauperyzowane idee, czy raczej myśli mętne nie są w stanie uaktywnić wzroku (uczulić go) na idee płynące z wiary, a w konsekwencji z cnoty czystości. Mętni myśliciele uciekają od światła, od klarowności, nie lubią otwarcie stawiać kwestii, objaśniać problemów. Gdy ktoś posiadający ideę wiary i posiadający cnoty stąd płynące dostrzeże ich zubożenie, gorszość etyczno-moralną, czuje się jak dziecko przyłapane na złym uczynku. Ktoś odgadł ich idee spauperyzowane, to że nie mają pełnego uzdolnienia do pełnych idei etycznych w swojej moralności i że ich substytut jest kaleki, pełny błędów w myśli i w jej wykonawstwie. Wiara jest Dobrem. Jeśli ktoś boi się wiary, boi się dobra i tego co dobre, co służy Dobru. Boi się jasności, światła, aby jego nędza nie okazała się sromotna. Żywiołem takich „niewyklarowanych” czasowo osób jest półmrok, półprawda, półkłamstwo. Czują się w nim niczym „królowie życia”, niczym „rekiny w głębinach”, „czarni bohaterowie”. Lubują się w cudzych błędach, podsycają je u bliźnich i pielęgnują niczym kompozytor nuty w partyturze. Kiedy wszystkie nutki brzmią fałszywie, piskliwie, żałośnie jest zadowolony. Słucha takiej zanikającej muzyki, żywi się cierpieniem bliźnich. Dalecy od harmonii, dalecy od piękna i dobra, umierają osamotnieni, samotne dźwięki, samotne zagubione nutki… . Wiara dobrego kompozytora przeszywa na wskroś takich ludzi gigantów złej woli, przenika struktury ich przemyślanego zła swym wiecznym światłem. Muśnięci tym rozpoznaniem odskakują od źródła swego „oświecenia” jak diabeł od święconej wody. Niektórzy, gdy widzą moc wiary nawracają się i porzucają kamienie zemsty, a niektórzy nie dają za wygraną… . Niektórzy odnajdują dobre słowa dla bliźniego, pokazują umiejętnie błędy, naprawiają własne. A inni knują zbrodnie i zbrodnicze plany. Wiara w przyjaźń jest ciekawą projekcją ludzkiej egzystencji, szczególnie popularną w „zielonych latach”, w młodości człowieczej. Ludzie młodzi, pełni entuzjazmu wypływającego z ich naturalnej energii, wymieniają myśli o różnych problemach tego świata, stopniowo krystalizują swoje wyobrażenia o kandydacie na przyjaciela, który nierzadko nim się staje, po upływie stosownego czasu, potrzebnego do wyjaśnienia podstawowych i kluczowych problemów. Taka młodzieńcza przyjaźń krzepi się odwagą płynącą z uczciwych zamiarów i pobudek, uczciwych motywacji, przyświecających nawiązywaniu znajomości, a potem przyjaźni. Młody człowiek nosi w sobie taką potrzebę i taką trochę niejasną ideę przyjaźni, którą realizuje w danym mu czasie i miejscu, pośród ludzi o podobnych skłonnościach. Z wiekiem kurczy się ta energia i unicestwia ta idea, a to na rzecz własnej rodziny, którą dany człowiek założył, a to w związku z konkurencją i ekspansją w brutalnym świecie rzeczywistej moralności, w brutalnym świecie zwierzęcej walki o byt. Niektórym ludziom udaje się przemycić odrobinę „młodzieńczej naiwności” i „ludzkich odruchów”, dziecięcego spojrzenia na świat… nawet przez całe życie. Przeważnie są to osoby duchowne lub mocno wierzące, posiadające dobrze skonstruowaną ideę wiary. Niektórzy mówią: „przyjaźnię się na wiarę”, zawierzam drugiemu człowiekowi, że mnie nie zdradzi, nie sprzeniewierzy mego zaufania. Ale czas i ludzkie zło niweczy te piękne idee, wypacza przede wszystkim ludzki umysł i ducha, a poprzez zły byt, niszczy idee pełne i daje spauperyzowane, kultury śmierci. Cud wiary czyni cuda. Ktoś kiedyś powiedział: „…gdybyście mieli wiarę w sobie, powiedzielibyście górze podejdź do mnie, to podeszłaby…”. Mieć wiarę, która góry przenosi, która ożywia kamienie, chromym przywraca zdrowie, a martwym przywraca życie… . To wiara potężna, wiara jakiegoś „herosa”, którym człowiek musiałby się stać aby uskutecznić takie reakcje. We współczesnym świecie można znaleźć ludzi, ludzi – herosów za jakich się ich uważa, którzy czynią różne cuda lecz nie mocą wiary, o której mowa, ale wiary w swoje zdolności i wiedzę. Mam na myśli nie tylko wszelakiej maści jogów czy telepatów ale także magików, czy szamanów tzw. „zombi”. To też jest jakaś postać wiary, jakiś jej przejaw. Nie o taką wiarę tu idzie. Wiara, która „przenosi góry” ma inną genezę, choć przez formę ludzkiego bytowania może mieć podobne pozory. Ta wiara ma siłę nie tylko od – człowieczą ku „bóstwu” ale i od „bóstwa” ku człowiekowi. Ktoś może zarzucić, że podobnie rzecz ma się z szamanem: ma moc „bóstwa”, które ożywia zmarłych, ma siłę płynącą z zewnątrz. To nie jest prawdą, ponieważ wiara szamana opiera się o pilnie strzeżoną wiedzę o rozmaitych substancjach materialnych, które zna, a które pozwalają na manipulację żywymi istotami. Natomiast wiara oparta na Prawdzie pozwala na ingerencję poprzez substancje materialne, pozbawione właściwości tego rodzaju, np. zwykła woda pitna, błoto, ślina ludzka, itp., które nagle, wskutek ingerencji „siły wyższej” nabywają cudownych właściwości. Do dzisiaj nauka, świat nauki nie potrafi wyjaśnić cudownych właściwości leczniczych wielu źródeł, np. Lourdes we Francji. Zwłaszcza dzisiejszemu człowiekowi, człowiekowi dwudziestego pierwszego wieku trudno o taką wiarę o jakiej mówi Bóg – Człowiek, Jezus Chrystus, jakiej wymaga od przeciętnego obywatela. Liczne źródła informacji wynikających z rozmaitych środków przekazu i tzw. kultury masowej, sterują i manipulują podmiotem, popychają go więcej lub mniej świadomie, w najlepszym przypadku, ku jakiejś zubożonej idei, a najczęściej na manowce: cynizmu, wyrachowania, beznadziejności, bezczelności, ignorancji, arogancji, agresji, jednym słowem na manowce niewiary. Relacje ilościowe wątpliwej jakości, zalewające słuch i umysł człowieka XXI wieku, w najlepszym razie stawiają podmiot na rozdrożu, gdzie ciągle na nowo musi dokonywać wyborów już kiedyś dokonanych, niczym zbłąkany ślepiec, błądzący w tym samym labiryncie. To oddalające (od prawdziwej wiary) błądzenie tylko z pozoru niesie pocieszenie, iż nie ma dwóch identycznych dotknięć tego samego drogowskazu, a weryfikacja u człowieka myślącego to konieczność i chleb powszedni. Rzeczywistość takiego oddalenia jest nie mierzalna, jest metafizyczna, a konsekwencje nieprzewidywalne w kategoriach „ludzkiego” punktu widzenia. Wiara Mesjasza, jakiej nauczał dwa tysiące lat temu zwykłych ludzi, wiara dla zwykłych ludzi, niezwykła wiara dla zwyczajnych ludzi, to jakby dwie wielkości, dwa wymiary połączone ze sobą: wielkość i małość, niezwykłość i zwyczajność, boskość i człowieczość. To wiara trudna. Trudna, a trud ten jest inny od znanych trudów i trudzeń się. Trudnienie się wiarą. To coś zupełnie innego od trudu zdobywania pokarmu itp. Można powiedzieć, że czasem człowiek trudniący się w danej chwili wiarą wypoczywa, odnawia się, restauruje, choć na czole jego występują krople potu, jakby ciągnął za sobą pług. Wiara ta trudna ale nie niemożliwa, nie ponad siły. Chrystus ręką Mistrza doskonale szkicuje jej wymiary poprzez rozmaite przypowieści, tak bardzo człowiecze i proste, proste w objaśnieniu. Raz mówi o wierze w sposób bardzo ludzki, jak bajarz opowiada dzieciom bajki. Innym razem stanowczo potępia taki punkt widzenia, wymaga pierwiastka nadczłowieczego, w rozumowaniu i rozumieniu swej nauki. Uczy dróg odejścia od tego co ludzkie w wierze, ku temu co boskie. Jest jednocześnie przepełniony posłanniczą nadzieją, że w ten sposób zdoła czegoś ludzi nauczyć, czegoś tak ważnego jak wiara. Mistrz podaje przykłady i jednocześnie sam staje się przykładem, przeistacza się podczas tej wielowymiarowej nauki wiary. Będąc tak niezwykłym Bytem, Chrystus łączący w sobie człowieczość i boskość poprzez naukę wiary i własny przykład pociąga ludzi w kierunku jej tajemnicy jaką jest metanoja. Metanoja z wiary, która wykracza poza wymiar li tylko psychologiczny. Ci wszyscy szczęśliwcy, którzy czują wewnętrznie ten wymiar wiary, którzy czują iż tajemnica wiary i wiara Chrystusa i w Chrystusa pociąga ich, wiedzą co mam na myśli. Przykład Mesjasza uczy nas wiary trudnej, w której musimy się niejednokrotnie wyrzekać samych siebie i stawać kimś innym, nawet za cenę doczesnego żywota. To właśnie wiara pozwala przezwyciężyć Jezusowi z Nazaretu ludzkie przywiązanie i obciążenia, pozwala Mu pogodzić się z człowieczym losem i straszliwą karą śmierci przez ukrzyżowanie. On wierzy w to, że w ten właśnie sposób, przepowiedziany przez proroków, wymagany przez Jego rzeczywistego Boga – Ojca, wyzwala ludzi z niewoli błędów moralnych, że umożliwia im powrót do bytu dawno temu utraconego. Ktoś może powiedzieć, że bajarz umarł za swoje brednie i tyle. Gdyby był Synem Boga nie doszłoby do takich wypadków. Bóg przecież nie jest zły, jest dobry i na pewno nie pozwoliłby na taki rezultat posłannictwa swego ukochanego Syna. Tajemnica trudnej wiary – oto cała odpowiedź. Absolutu nikt nigdy nie widział, a jest podobny do ludzi we wszystkim oprócz grzechu. A zatem jak dalece musi być inny? Ci szczęśliwcy z ludzi, którzy czują „Bajarza” wiarę, wiedzą jak dalece jest prawdziwa. Ci szczęśliwcy z ludzi, których wiara „Bajarza” oświeca umysłowo, wiedzą jak dalece jest prawdziwa.
-
Dobro Pół żartem, a pół serio można powiedzieć, że prawdziwe Dobro to tylko Bóg i nikt poza Nim. Gdyby wgłębić się w to proste zdanie, to widać, że żartu w nim niewiele. Jeśli Miłość, Prawda i Piękno są dobrem, to dobro stanowi atrybut Boga, znany nam z Objawienia. Jeśli życie jest dobrem to stanowi ono atrybut Absolutu. Dobro jest przedmiotem nienawiści na tym świecie, a zarazem stanowi przedmiot pożądania. Ponieważ tego dobra jest na ziemi niewiele nieustannie toczą się o nie spory, kłótnie, walki i wojny. Doskonałość jest dobrem ale stanowi atrybut Absolutu. Doskonałe zło nie istnieje, podobnie jak doskonałe cokolwiek na tym świecie. Doskonałość rozumiana jako ideał. Dobrem jest harmonia różnych działań i funkcji wynikających z imperatywu formy człowieczej egzystencji. Wszelkie dysfunkcje, zakłócenia stanowią asumpt, bodziec do kaskady zła. Dobrem jest harmonia Łaski Bożej, zdrowego rozsądku, inteligencji, serca i duszy. Dobro tak rozumiane pomnaża dobro, sprawia, że na tym świecie i w tej cywilizacji zwiększa się rachunek dobra. Człowiek stresu, złej woli, człowiek chory sprawia, że pożądane dobro traci swoje atuty i zostaje zredukowane, zubożone. Staje się atrapą dobra, która nie przynosi prawdziwej radości, tylko nowe pożądania. W dzisiejszym świecie harmonia tak rozumiana jest dostępna tylko niewielu ludziom. Silne bodźce przymusu ekonomicznego czy fizycznego zmuszają wielu ludzi z pauperyzujących się, pauperyzowanych i spauperyzowanych grup społecznych do nieustannej pogoni za jakimkolwiek zyskiem. Niczym starożytni niewolnicy mogą powiedzieć, że dobro to brak jakichkolwiek uczuć i odczuć. Ich zamęczenie harówką nie ma nic wspólnego ze zdrowym zmęczeniem po całodziennym wysiłku, uczciwej pracy. Jak każdy ideał, ideał harmonii jest dobrem równie nieosiągalnym, jak inne na tym świecie. Niektórzy ludzie mówią, że Boga nie ma. Że ludzie modlą się do powietrza całymi godzinami… . A przecież i samo powietrze jest dobrem. Być dobrym dla wszystkich jak powietrze…? Każdy nim oddycha, wchłania chciwie niczym jakiś skarb. Gdy go gdzieś brakuje, opuszcza to miejsce i chciwie, łapczywie wtłacza w płuca tam gdzie ono jest, czując jak wraca mu życie, jasność umysłu. Gdy go zupełnie braknie człowiek umiera. Może modlitwa do tegoż powietrza to nie takie niemądre postępowanie, może wtedy zachodzi fluidyczny związek człowieka z odnowieniem, odświeżeniem się cząstek materii powietrza. Może powietrzu aby się odnowiło potrzeba tej minimalnej dawki bioprądów i fluidów, wydzielanych przez organizm ludzki…? Dobrze jest, kiedy ludzie nawzajem wybaczają sobie to, co uważają za złe, kiedy podają sobie ciepłe, serdeczne uściski dłoni. W naszych sercach budzi się jakaś radość z poczucia wspólnego dążenia ku jakiemuś Dobru, chociaż nie wypowiadamy jej głośno. Jest jakimś dobrem wspólne pomaganie sobie w kłopotach, w pokonywaniu jakiś przeszkód, w wypełnianiu obowiązków. Człowiek zatraca poczucie osamotnienia, wyobcowania we wrogim świecie, ma wrażenie, że ciało nie stanowi granicy jego jaźni i że żyje pomiędzy ciałami innych ludzi, że wypełnia się przestrzeń pomiędzy ludźmi jakąś energią… . Ma poczucie wspólnego losu w czasie i przestrzeni w jakich przyszło mu egzystować. Dobrem jest poszukiwanie swego indywidualnego głosu, głosu często zatracanego w społeczności wielkich molochów miejskich, swego odczucia świata, swego spojrzenia na siebie i innych ludzi. Społeczność w swej masie zniewala każdego człowieka, przymusza do porzucenia indywidualnej percepcji, rozumienia rzeczy, narzuca to co się samo narzuca lub co niesie „bagno behawioralne”. Dobrze jest, kiedy ktoś kocha zwierzęta, we właściwy sposób, sposób który podpowiada sama natura i potrzeba. Zwierzęta ze swej natury nieufne i płochliwe, właściwie traktowane, oswajają się i tracą lęk, nawiązują więź z człowiekiem. Często dokonują przy człowieku rzeczy, których w naturze nigdy by nie uczyniły: łaszą się, skaczą z radości, beczą, szczekają, kiwają łbami i są posłuszne dźwiękom ludzkiego głosu, którego artykulacji nie rozumieją. Jest dobrem zwrócenie uwagi komuś, że źle czyni, wyjaśniając dlaczego uważa się, że to coś jest złe, a to co się proponuje jest dobre. Człowiek osamotniony może właściwie nie pojmować i łatwiej zarazić się dobrem, niż złem, może zatracić siebie w walce o przetrwanie. Można powiedzieć, że dobrem jest kolekcja dzieł sztuki, która swym oddziaływaniem przenika ludzki umysł, ubogaca jego wyobraźnię, wzrusza, bawi, uczy. Dzieło sztuki jest dobrem związanym z sensem doczesnej egzystencji, z poczuciem piękna. Piękna muzyka potrafi przenieść człowieka w pozór jakiegoś innego świata, potrafi wrócić mu siły, ukoić bolesne rany, rozładować zły nastrój, a nawet uratować od zbrodni. Mówią o tym niektóre filmy fabularne, oparte o autentyczne wydarzenia (np. „Fitzcarraldo” W. Herzoga, „Misja” R. Joffe), publikacje książkowe, etc. Kunsztownie wykonaną kolię czy naszyjnik z pereł lub diamentów można uznać za jakieś dobro, ale… czy przynosi to więcej dobra czy zła? Jak dobry jest wynalazek penicyliny, ilu ludziom uratował życie doczesne? Ilu ludzi leżało w gorączce bez żadnej nadziei na wyzdrowienie i umierało? A jak spowszedniał ten wynalazek, to dobro, że każdy traktuje je niczym gruszki na drzewie, które można zerwać i zjeść w razie potrzeby? Któż pamięta dziś nazwisko tego dobroczyńcy, który wynalazł penicylinę? Można powiedzieć, że dobrem powszechnym stają się wynalazki współczesnej mikroelektroniki, wykorzystywane do rozmaitych urządzeń, mających za zadanie ułatwienia w egzystencji każdego człowieka, takie aby maszyny mogły zastąpić wysiłek ludzki i dać więcej wolności od wysiłku, od pracy. Dobrem są z pewnością radioodbiorniki, odtwarzacze laserowe, komputery osobiste, internet, telewizja. Dobre wynalazki to takie jak wynalazek żarówki T. Edisona, mogą służyć ludziom, ubogacać ich, wzmacniać, pomagać zapełnić nadmiar wolnego czasu. Ale powszechnie wiadomo, że dobre wynalazki mogą być wykorzystywane w złym celu przez ludzi o złej woli, mogą służyć złu. Dobrze jest, można powiedzieć, kiedy ludzie nie wynoszą się ponad siebie, kiedy są skromni, znają swoje możliwości, otrzymane dary, talenty i nie udają słońca, że są tak dobrzy, jak słońce i świecą na firmamencie dla wszystkich. Dobrze jest żyć w kraju skromnych ludzi, pełnych rozsądnej pokory, szacunku dla dóbr rzeczywistych, dla wartościowych rzeczy, dla rzeczywistych dokonań, a nie iluzorycznych bufonad i fantastycznych wizji powszechnego dobrobytu. Można powiedzieć, że dobrze jest, gdy człowiek czuwa nad dobrem, nad tym aby posiadanego dobra nie utracić, a powiększyć jego zasoby. Można powiedzieć, że czuwanie nad dobrem jest podobne do czuwania nad własnym ogrodem. Dobrze jest pielęgnować roślinkę dobra, gdy nadciąga wicher podeprzeć listwą, usztywnić, gdy zbliża się powódź stosownie przekopać… . Dobrze byłoby pokusić się o dokonanie rozrachunku z samym sobą. Na czym to mogłoby polegać? Wystarczy obrać sobie z otoczenia dowolną rzecz, dowolny przedmiot i wyszukać w nim tylko i wyłącznie dobro, to co dobrego w nim widzę, a następnie wyszukać negatywy danej rzeczy. Później policzyć ile widziało się dobra, a ile zła… . Uczciwy rozrachunek może wiele powiedzieć o rachmistrzu. Ktoś wtedy powie: „widzę więcej zła w tym przedmiocie, niż dobra”. Czy to dobrze, czy źle?
-
1
-
"Klepsydra zmierzchu. Rozważania tautologiczne".
Maciej Szwengielski opublikował(a) utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Zło Gdyby tak można zdefiniować zło, zaznaczyć jego granice, ściśle określić linię zła, granicę zbioru, można by wtedy opublikować te kryteria klasyfikacyjne i poczuć się wolnym od uciążliwej, stałej penetracji, analizy. Można by komfortowo spędzać czas nie troszcząc się o wiedzę czy to co było dotychczas, jest już złe, a może nie było nigdy dobre? Można powiedzieć, że z grubsza, dzięki Objawieniu ludzie wiedzą co jest złe. Można pokusić się tu o takie piktograficzne porównanie wiedzy o złu do zbioru liter, które na pierwszym planie są wyraźne ale na dalszym rozmywają się w szarej mgle. Powszechnie wiadomo, że złem jest zabicie drugiego człowieka, swego bliźniego, ale z drugiej strony powszechnie wiadomo, że nie wszyscy mogą przetrwać. Niejeden „nawiedzony” mówił, że „to jest jedyna, słuszna droga, a wszelkie odstępstwa są błędem i będą karane z całą surowością prawa”. Po czym historia, czyli sędzia czasu, a może czas sądzenia pociągały takich osobników do odpowiedzialności za dokonane zło, pojmowane przeważnie jako ruina kultury materialnej. Mówiąc językiem tłumów „nie ma co do gęby włożyć”. Z tych ruin i zgliszczy, niczym przysłowiowy feniks z popiołów, pojawia się „nowy” i „jedynie słuszny”, trwa „odbudowa” i chwile „powszechnej szczęśliwości”, określane jako dobro. Mizantropia na którą można tu zapaść, też zapewne można określić jako przejaw zła. Miotanie się od hossy do bessy, to też jakieś zło. Zło niewiedzy o złu, które wydaje się przerastać człowiecze możliwości i nie wiadomo dlaczego ten świat jeszcze trwa. Wszędzie ktoś narusza czyjeś „dobro”, czyni „zło” i spustoszenie. Dzięki pisanym kodeksom etycznym i tzw. „prawu” wiemy z grubsza jak postępować nie należy aby nie zostać posądzonym o złą wolę. Choć gdyby zapytać nagle kogoś czy to co uważa za „złą wolę” jest nią rzeczywiście, odesłałby nas z pewnością „do diabła” albo do poradni zdrowia psychicznego. Wielu filozofów zauważyło, że zło to pochodna „złej woli”, „złego charakteru”, „złego zaczynu”, „skażenia bytu ludzkiego”. Ich mniemania niejednokrotnie znajdowały swoje potwierdzenie w historii ludzkości. Zwycięstwa wielkich tyranów, despotów oparte o krwawą drogę do władzy na zawsze zapadną w ludzką pamięć jako totalitarne zło. Niektórzy upatrują zła we władzy, w dążeniu człowieka do panowania nad innymi. Ale z pewnością nikt nie powie, że władza rozumu nad namiętnościami to zło. Ktoś powie, że „czysty rozum” to zło, ale z pewnością nie władza rozumu nad namiętnościami. Można dodać z pewnością, że władza „zdrowego rozsądku” nad namiętnościami to jedyne dobro człowieka. To ów „zdrowy rozsądek” pomaga rozpoznać, które z objawień są dobre, a które złe. Z pewnością Łaska Boża oraz tzw. „sumienie” mogą stać się również pomocą dla tego dobra. Lecz znamy z historii przykłady ludzi bez sumienia. Dzięki „zdrowemu rozsądkowi” i Łasce Bożej oraz objawieniu człowiek może określić zło dość precyzyjnie poprzez swoje sumienie. Sumienie i „krnąbrna wola”, sumienie zaniedbane to z pewnością zło. Uniemożliwia ono trafne rozpoznanie i zdefiniowanie na czym polega w danej kwestii zło. Taki człowiek o nieprawym sumieniu lubuje się w sobie, nie potrafi pokonać własnego egoizmu, dla jakiejś tam „metafizycznej moralności”, jakiejś abstrakcji. Utarło się pojęcie „zło konieczne”. To tak jakby leczenie trucizną. Zło niedoskonałości nakazuje nierzadko korzystanie z takich połączeń pojęć: zła i konieczności, mimo, że większość wie o konieczności dobra (dobro konieczne). Czasem w świecie komedii spotykamy postacie o chwiejnym charakterze, skłonnych do egzaltacji, gwałtownych porywów czy omdleń, których w żaden inny sposób uleczyć się nie daje, jak tylko przemocą. Człowiek poszukując ideału natrafia na bariery nie do przebrnięcia, czy to przez formę bytu swego, czy przez powolność skojarzeń i nie może sprostać w rzeczywistości ideałowi moralnemu, etycznemu aby znaleźć owo konieczne dobro w postępowaniu. Mówi się „co nagle to po diable” i z pewnością coś w tym jest. Gdyby tak nagle upowszechnić klonowanie ludzi z dążeniem do eliminacji jednostek słabych i chorowitych. Czy to byłoby złe aby na świecie żyli tylko zdrowi, inteligentni i silni? Świat stałby się zdrowy, inteligentny i silny! To chyba logiczne. Świat nadludzi. Jakie to byłoby wspaniałe! Legendarne zło pierwszych rodziców ludzkości stanowi zagadkową zagadkę i tajemnicę tajemnic. Trudno nam uwierzyć w historię o wypędzeniu z Raju, choć z drugiej strony na każdym kroku widać konsekwencje tego błędu, tego zła, powielanego w każdej parze, mimo nowoczesnego, pozytywistycznego sztafażu. Legendarne zło Pandory, która uwolniła ze swego naczynia wszelkie nieszczęścia tego świata… . Legendarne zło Erosa, który nie posiada ani Dobra, ani Piękna i kombinuje, jak tu się przypodobać aby udało mu się nabrać kogoś, że ma jedno i drugie. Również legendarne zło jednego z dwóch braci: Kaina, jak bardzo dziś, w nowych czasach bije w oczy, w wielu regionach tego świata. Zło braci Józefa (Stary Testament), tak znakomicie przekazane przez dramaturgię współczesną i współczesną literaturę, to wciąż ta sama historia, powielana przez posiew diabła, szatana. A zło Sodomitów i Gomorian, tak pieczołowicie wynoszone na piedestał masowej kultury przez współczesnych ultra libertynów? Czy lepiej można oddać postać zła od takich mistrzów „pióra”, jak Sofokles, Eurypides, Ajschylos, J. Racine, P. Corneille, W. Shakespeare, F. Dostojewski, F. Durrenmatt, G. Greene? Ale i ich pewność o złu wynika z dość niejasnych przesłanek, których sami się obawiali i obawiają. Nie stawiają w swoich dziełach kropki nad i. Nie definiują zła ale znakomicie opisują i prezentują, a robią to z duszą na ramieniu, ponieważ zło jest ogromnie zaraźliwe. Gdy dobro jest tak trudne do osiągnięcia, tzn. wymaga pewnego wysiłku, zło zawsze jest łatwiejsze do osiągnięcia, łatwiej „lgnie do ręki”. Człowiek nieświadomy zbytnio zła, gdy sięgnie do dzieła przedstawiające zło, niejako automatycznie, a podświadomie zaraża się ideą zła, opisywaną przez autora dzieła. Co gorsza, idea ta puszczona w niepamięć odrazy i odrzucenia, znikając z horyzontu czytelnika nie obumiera lecz kiełkuje w ciemnościach na podobieństwo bladego ukwiału, na dnie Rowu Mariańskiego. Tak więc człowiek staje po raz kolejny pod krzyżem paradoksu: nie znać zła to znaczy je popełnić, znać zło to znaczy je popełnić. Jeśli nie wiadomo jak coś trzeba zrobić można to zrobić źle. Jeśli wiadomo jak robić nie należy, bo będzie to oznaczało taki to a taki skutek, ktoś może mieć złą wolę osiągnięcia takiego skutku. Jedną z najgorszych postaci zła jest niemoc jasnego rozumienia rzeczy, pogorszona percepcja, niedostateczna uwaga pod jakimś wpływem, pod wpływem jakiegoś czynnika. Brak ostrożności u alpinisty zabija go lub okalecza w oka mgnieniu. Podobnie u sapera, chwila zapomnienia, nieuwagi i… eksplozja zardzewiałego ładunku gotowa. Gdy zawodzi człowieka tak ulotny atrybut jak intuicja, może nie tylko atrybut, lecz także niejasne zjawisko, momentalnie popada on w jakiś konflikt, w jakieś uwikłanie, jakąś matnię. Może to być uwikłanie z szczęśliwym zakończeniem (happy endem), ale nie koniecznie. Zbytnia ostrożność, lękliwość, zdwojona czujność często prowadzi człowieka do obłędu, do utraty zdrowego rozsądku. Rzekomo wiadomo jak postępować nie należy, jak postępować należy, wiadomo o zachowaniu czujnej intuicji, jasnego umysłu, a zło i tak dopada człowieka w momencie, którego najmniej się spodziewa. W chrześcijaństwie, a zwłaszcza w Kościele Katolickim wyszczególniono zło i nadano mu nazwę „grzechu głównego”. Liczbę, ilość grzechów określono na siedem, ale tzw. „grzechów ciężkich” jest w tymże Kościele więcej. Ogólnie można przyjąć, że grzechów dopatrzono się na znaczną liczbę, wynikających z dziesięciorga przykazań, grzechów głównych, dwóch najważniejszych przykazań ewangelicznych, przykazań kościelnych, grzechów przeciwko Duchowi Świętemu. Z pewnością inaczej przedstawia się sprawa, problem zła w kościele protestanckim, z którym od wielu już lat toczy się bogaty dialog ekumeniczny w duchu jedności chrześcijan. Dialog ten owocuje wspólnym dobrem. Protestanci w swoich doniosłych rozważaniach teologicznych usiłują jakoś uporać się ze złem tego świata, choćby w zakresie definicji grzechu, definicji zła. Sokratyczna definicja grzechu uzmysławia nam kondycję umysłową człowieka względem zła, występku i grzechu. Głupotę określa jako grzech. Grzech powoduje utratę wiedzy o nim samym. Człowiek, który grzeszy, traci wiedzę o tym, że źle postępuje, ponieważ gdyby o tym wiedział nie czyniłby tego co złe ale to co dobre. Człowiek sprawia wrażenie, że pojmuje grzech, wie jak postępować powinien, a jednak postępuje tak, jakby tej wiedzy zupełnie nie posiadał, a to co mówił o swej wiedzy nie miało nic wspólnego z jego postępowaniem. W dawnym Kościele Katolickim, myśliciel religijny i teolog Pseudo Dionizy myślał podobnie, choć dla współczesnego człowieka śmiesznie i naiwnie bo widział ideę aniołów inteligencji. Dopiero w ostatnich latach swego wielkiego pontyfikatu, Papież Jan Paweł II napisał najbardziej znaczące dzieło dla całego Kościoła, mianowicie encyklikę „Fides et ratio”. Można powiedzieć, że świat ma jeszcze jakąś szansę ocalenia cywilizacji przed zagrożeniami i złem, określanym przez naukę jako „zagubiony paradygmat”. Że balansująca na krawędzi ateizmu cywilizacja pełna pychy (C.K. Norwid „Cywilizacja”), społeczności – robotów, zbiorowej patologii miejskich molochów, zdziczałych watach biedoty, otrzyma szansę nie tylko dalszej ale i jakościowo lepszej egzystencji, godnej człowieka. Że przeżyje jeszcze kilka pięknych chwil przed finałem, właśnie dzięki temu „zagubionemu paradygmatowi”, dzięki „Fides et ratio”. Współczesna, totalitarna cywilizacja, uzbrojona po zęby dzięki złu konstruktorów bomb ABC, „złu koniecznemu”, śpi na „beczce prochu” nie wiadomo jak długo jeszcze. Może przecież dojść do serii prowokacji, fali wzajemnych urazów i pretensji, za którymi czai się pieczołowicie kultywowana i realizowana idea walki z wrogiem. Byle pretekst da możliwość ujścia, zniszczy tamę i doprowadzi do otwartego konfliktu. Żyjemy w świecie, w którym dobrem jest to, że zło uniemożliwia zło innym. Można powiedzieć, że czasy, gdy „zło zwyciężało się dobrem” bezpowrotnie minęły. Dziś ktoś jest „dobry” dlatego, że fizycznie, przez zło większe nie może zrealizować zła mniejszego. Jest więc pozbawiony wolnej woli i wyboru, sprowadzony do roli zwierzęcia, które czeka na okazję, kiedy będzie mogło się odgryźć, odkuć, wyjść na swoje i zniszczyć konkurencję. Myślenie innego typu jest uznawane za infantylizm lub chorobę. Przymus ekonomiczny wielkiego kapitału i jego długich macek wysysa z ludzi energię i nakazuje się cieszyć tym, że za swój ciężki wysiłek może w ogóle przetrwać. Zło wyzysku ponad sprawiedliwość (zob. Jan Paweł II „Centesimus annus”) zabija w człowieku nadzieję na godziwy byt, nie wspominając o luksusie. Ktoś, kiedyś obliczał ile to można by zrobić, gdyby sumę pieniędzy miast na zbrojenia przeznaczyć na „postęp”, ile to istnień ludzkich, które co dnia umiera z głodu mogłoby przetrwać. Tyle zła jest na tym świecie, a mimo tego on trwa… to zdumiewające… nieprawdopodobne. -
Objawienie Termin sprzed tysiącleci, dziś brzmi pejoratywnie. Dawniej trochę ezoteryczny ze względu na prześladowania. Dziś mówi się: „Co mi przyszło do głowy?”, nie wiadomo skąd i po co, oczywiście potocznie rozumując. Uciskany, szary obywatel, gnieciony siłami odśrodkowymi i dośrodkowymi stara się stąpać po linie nad przepaścią w taki sposób aby nie stracić „korony”, której notabene nigdy nie posiadał i nie spaść głową w otchłań, z której siebie już nigdy nie wydobędzie. Troski tego świata zaprzątają go tak dalece, że w przerażeniu nad zwierzęcą śmiercią zapomina o czymś, co stacza się w nim, gdzieś w umyśle i sercu na jakieś dno ale nie ginie. Menele, nieuczeni, w żargonie mawiają popijając trunki, że zalewają „robaka”. Abstrahując od tego co oni uważają za „robaka” podobnie bywa z porzuconą pracą nad objawieniem. Może stać się tym ślepym, wiecznie podnoszącym się z gleby „robakiem”, który choć jest mały to jednak zwraca uwagę ponieważ tkwi w ciele nosiciela, niczym w glebie. Jeśli człowiek zapomni o tej pracy w nawale zajęć, z których ma chleb i schronienie Bóg, który jest ukryty ale zawsze obecny poprzez Tajemnicę Bytu i Zbawienia będzie zawsze dawał mu stosowne znaki, z których może nawet niewiele zrozumie. Może nawet zapomni o wszelkich niepokojach na jakiś czas. Mimo, że „żniwo jest wielkie” i że „robotników mało”, „w których ma upodobanie”, „ziarno słowa bożego” będzie się odbijało od jego uszu i ten „głos wołającego na pustyni” to podstawowe „objawienie” ewangeliczne będzie drążyć skałę głuchego umysłu i człowiek drgnie ku światłu wiary choćby tylko przez krótki moment swego połamanego człowieczeństwa. Może Bóg zatrzęsie nim, na podobieństwo świętego Pawła z Tarsu, wyrwie go siłą z materii, w której jest tak mocno zanurzony, wręcz zniewolony. Odwieczne zło tego świata, tak dobrze objawione w starym testamencie będzie unosić nas na falach realnej moralności, gubić w wirach i odmętach. Nie zawsze słowo objawione w porę dotrze do głodujących mimo woli i będziemy ginąć na wieki zatraceni. My jako ludzie, jako homo sapiens. Poza objawieniem podstawowym, które zapisano dla nas na kartach Nowego Testamentu, mamy w historii do czynienia z objawieniem przekształconym poprzez wiedzę i postęp techniczny, w którym objawienie podstawowe pełni rolę siły napędowej, pożywienia umysłu. Ludzie, którzy mieli rozległą wiedzę i żywą wyobraźnię, rozwiniętą fantazję poszukiwali poprzez drogi ewangelii, heterodoksalnych, transcendentalnych wpływów na swój umysł i jaźń. Wiedzieli, że jeśli Bóg da im dobrą myśl, to co uczynią później będzie dobre i będzie owocowało dobrem. Wielu uczonych wymyśliło wiele wynalazków. Które z nich to dobry owoc, a który zły? Czy dobry to ten, który służy wszystkim czy tylko elitom? Czy to co dobre unicestwia, a to co złe buduje? Może holokaust Słowian był dobrym wymysłem? Może Murzynów trzeba zlikwidować? Jak widać z pytań, obok objawienia „pozytywnego” istnieje też szatańska odmiana objawienia zwanego szaleństwem, obłąkaną ideą, objawieniem „negatywnym”. Skąd wiesz człowiecze mizerny co jest dobre, a co złe? „Wierzę w coś objawił Boże, Twe Słowo mylić nie może…”. Człowiek lubi być bogiem. Lubi wyrokować i wydawać sądy wiążące o wszystkim. Lubi poczucie władzy. Poczucie wyższości. Lubi ideę nadczłowieka. Nie lubi objawienia pozytywnego, które tak wątłym sączy się strumykiem od tysięcy lat. Nie obchodzą go owoce jego działania po śmierci fizycznej, osobniczej. Zadowala się gdzieś w ukrytej jaźni natywizmem, egoizmem, egzystencjalizmem, etc. Można by teraz przytoczyć szereg nazwisk, które odcisnęły się w historii szeroko pojętej, jako dobrodziejów ludzkości oraz tych, których powszechnie okrzyknięto jako przeklętych, uwsteczniających, jako zakały ludzkości. Ci pierwsi w swej większości starali się, pracowali nad sobą, nad objawieniem, ze wszystkich sił, pomimo banalnych przeszkód walczyli o Łaskę, aby być jak najbliżej Boga objawionego w ewangelii. W swej puściźnie, w listach, pismach, w obfitej ilości można znaleźć świadectwa ich walki o dobro. O dobro walczono także w czasach antycznych, bardzo starożytnych i to na podobnej drodze. Ci drudzy często zniechęcali się brutalnym życiem doczesnym, brakiem jakiejś ingerencji rzekomo dobrego Boga, w okolicznościach ludzko-zwierzęcego okrucieństwa. Można powiedzieć, że zwiędło ich źle hodowane i pielęgnowane zaufanie, i stali się przeciwnikami Boga, sami mianowali się bogami, wodzami, zbawcami narodu. Człowiek wielokrotnie, pośród przedmiotów codziennych pielgrzymek, przechodzi mimo, tak jakby te przedmioty, ci mijani ludzie na ulicach, zwierzęta byli tylko abstrakcyjnym tłem jego krzyża egzystencji. Czasem zapomina nawet o swoim bólu w nawale lepiej lub gorzej spełnianych obowiązków. Aż tu nagle, któregoś dnia doznaje olśnienia. To co dawniej istniało dla niego gdzieś poza istotą osobistego ruchu, jakiś krzaczek, kwiatek, drzewo, świeży śnieg czy lecące płatki śniegu, pozyskują jakiś nowy wymiar percepcji, jakąś swoistą wyrazistość, nowe widzenie znanych rzeczy. Ten współczesny człowiek, zaganiany za dobrami tego świata, za pieniędzmi, sukcesem, karierą jest do tego stopnia zdezintegrowany, że nie zauważa bezpośredniej przyczyny takiego nagłego olśnienia. Często sama „ślepota” wyraźnego widzenia to nie tylko niejasny splot zdarzeń, efekt samopoczucia, zmiany ciśnienia. Być może to celowy zabieg ukrytej Mocy, która „za złe karze, a za dobre wynagradza”. Może Boga. Może kosmicznej Potęgi. Siły sprawczej. Może to tylko znak takiej obecności. Bo kto ma rozstrzygnąć czy to już objawienie, jego początki, czy tylko jakiś znak, syndrom? Ciekawą pokusą są objawienia senne, jako temat rozważania. Nie chcę tu opowiadać dzieła S. Freuda „Teoria snów” ani korzystać z „sennika egipskiego”, co wcale nie musi oznaczać, że są niegodne uwagi czy zabawy. Ludzie uduchowieni z natury swej są podatni na fantazjowanie senne, niektórzy nawet chodzą we śnie, w czasie pełni księżyca po dachach domów, z rękami wyciągniętymi przed siebie, ale dajmy spokój pogłoskom z pogranicza patologii i fikcji literackiej. Mam tu na myśli ludzi uduchowionych w granicach ogólnie i szeroko pojętej normy. Na przykład objawienie senne późniejszego świętego Józefa, małżonka Maryi, gdzie we śnie pojawia mu się anioł, postać całkowicie duchowa i ostrzega przed zbliżającym się niebezpieczeństwem. Po czym uchodzą do Egiptu. Nie posiadam, niestety, zbyt bogatej wiedzy o objawieniu się Mendelejewowi jego tablicy pierwiastków, we śnie, ale z tego co zdołałem zebrać wynika, że niewiele pozostało mu do dopisania po przebudzeniu. Można powiedzieć, że było to objawienie pozytywne i z pewnością służy dobru społecznemu. Objawienie nosi na sobie piętno nie tylko indywidualnych odniesień. Istnieją udowodnione przypadki objawień zbiorowych, w odróżnieniu od hipnozy czy halucynacji lub fatamorgany. Pracownicy naukowi Watykanu z pewnością dysponują bogatymi dowodami w tym temacie. Inaczej objawia się treść ludom celtyckim, inaczej żydowskim, a jeszcze inaczej azjatyckim, itp. Celtowie wraz ze swym prastarym kultem megalitów, zjawisk atmosferycznych, etc., specyficzną spostrzegawczością introwertyczną, wrażliwością zmysłowa na przyrodę, surowy klimat północy. Dziedziczona, neurotyczna kultura tych ludów obfitowała w bogate zdobnictwo. Objawienia u tego ludu bywały i bywają bardzo realistyczne. Dobrym przykładem takich objawień jest grota, w której przebywał święty Patryk, najbardziej znany patron narodu celtyckiego, a która posiadła tą drogą niezwykłe właściwości. Trudno tu szczegółowo omówić kwestię charakteru tych objawień ze względu choćby na problem, który dotyka bardzo intymnej sfery, jak również i ze względu na nikły dostęp do materiałów źródłowych. Ale z pewnością temat zasługuje na uwagę. Można jeszcze dodać, że pewne światło na sposób przeżywania tych ludzi rzuca średniowieczna mitologia i powszechnie znany mit Tristana oraz jego miłości Izoldy. Ludy semickie natomiast (Hebrajczycy, Aramejczycy, Judejczycy, itp.) to osoby o zupełnie odmiennej konstytucji psychosomatycznej. W historii tego narodu można odnaleźć przewagę temperamentów ekstrawertycznych, o wątłej budowie, słabym charakterze, tęskniących za silnym władcą i potężnym państwem. Nie mniej objawienia w tym skądinąd wybitnym narodzie są znakomicie zilustrowane w dość powszechnie znanej Biblii. Czasem jest to krzew ognisty, czasem obłok jaśniejący w miejscu nietypowym, np. na pustyni. Objawienia te są wynikiem niezwykłej łaski czy daru, w który jest wyposażony ten naród. Przepiękną ilustracją objawień żydowskich jest historia Mojżesza i kodeksu etycznego, otrzymanego na górze Synaj. Jeszcze znakomitszą ilustracją objawienia jest historia archanioła Gabriela i Marii, matki Zbawiciela. Z pewnością pamiętamy objawienie przy chrzcie Zbawiciela w Jordanie, gdy Bóg mówił z niebios: „Oto Syn mój umiłowany, Jego słuchajcie!”. Postać Ducha świętego chyba na zawsze będzie kojarzona z opromienioną słońcem, białą gołębicą. Ten koczowniczo – pasterski lud był zawsze poszukującym swej Ziemi Obiecanej, lud koczujący na glebie nieprzyjaznej dla uprawy, w klimacie charakterystycznym dla gorącej pustyni i półpustyni. Stąd język jakim się posługuje jest obfitujący w zwroty i opisy ludzi prostych, pasterzy, hodowców, rybaków. Może to wydać się dziwne, że Bóg – Człowiek podjął taki język aby mówić o sprawach ważkich, że Jego wykształceni uczniowie (św. Marek, św. Mateusz, św. Łukasz, św. Jan) zafascynowali się Jego nauką i opisali w sposób najbardziej komunikatywny dla swoich czasów dzieje zbawienia ludzi. Język ten, dzięki perfekcyjnej prostocie oddaje cały subtelny, poetycki obraz objawień o bardzo skomplikowanym sensie i znaczeniu. Tak, że trudna synteza pewnego logicznego ciągu pojęć staje się czytelna dla prostego człowieka. Objawienie głoszone przez Jezusa z Nazaretu zwanego Chrystusem pozwala zauważyć, że dotyka człowieka dopiero wtedy, gdy zdoła się on zaprzyjaźnić z Nim i Jego nauką. Ma to być przyjaźń bez rozgłosu i hałasu, cicha, subtelna, osobista. Dopiero wtedy taki człowiek otrzymuje Łaskę zrozumienia rzeczy niepojętych. Jezus z Nazaretu w sposób znakomity syntetyzuje w sobie dziedzictwo nauki Greków, a także i innych narodów (babilońskich, arabskich). On wprowadza do myśli wielkich uczonych pierwiastki zupełnie nowe, wręcz fantastyczne, jak powszechne zmartwychwstanie w jednym, historycznym momencie, tj. w dniu Sądu Ostatecznego. Objawienia narodów hinduskich są z pewnością odmienne w swoim charakterze estetycznym i naukowym od wyżej wspomnianych, choć i tam można dopatrzeć się podobieństw. Na przykład podobieństwo objawień o złu, jego upostaciowieniu estetycznemu. We wszystkich przypadkach jest to postać olbrzymiego smoka ziejącego ogniem, o wielu głowach. Lub problem reinkarnacji, czy wielopostaciowości bóstwa: Brahmy, Wisznu i Siwy. Również jest to bogata poetycko synteza przeczuć, pytań egzystencjalnych o sens bytu. Niezaprzeczalne jest jej piękno objawiające się w rzeźbie czy obrzędowości. Niezwykle interesująca jest też mądrość etyczna Hindusów. Wiele narodów Europy nazywanych jest mianem ludów indoeuropejskich i to z pewnością już samo w sobie mówi o pewnym pokrewieństwie i podobieństwach. Ciekawe są również objawienia chińskie, zwłaszcza wybitnego myśliciela religijnego Konfucjusza. Podobnie jak u wielu innych narodów nakazuje on dążenie do pewnej doskonałości, ów nieustanny ruch ku wielkiemu dobru. Kręcenie młynków modlitewnych u tybetańskich buddystów może z pozoru zakrawać na małpie naśladownictwo, z próżności i z głupoty ale to tylko z pozoru… . Z pewnością jest to wynik jakiegoś objawienia i sposobu kontaktu z wyższą energią. Znakomitą ilustracją objawień są dzieła wielkich mistrzów (np. J. S. Bacha, F. Haendla, A. Vivaldiego, Michała Anioła, G. B. Pittoniego, D. Velasqueza, El Greco, M. Caravaggia, S. Dalego, Z. Beksińskiego i wielu, wielu innych). Ich dzieła w większości są głębokim studium, w którym łączą się elementy fizycznego świata z elementami zjawisk metafizycznych, realizm styka się z nadrealnością. Artyści ci często prezentują w oparciu o modele i studium światła, ruchu to co przy czytaniu Biblii jest zakryte i uchodzi uwadze zwykłemu człowiekowi. Nierzadko dochodzą w tym do arcymistrzostwa. Mimo, że ich rzeźby czy obrazy są zatrzymane, martwe, to często analizując je ma się wrażenie ruchu. Dzieła muzyczne zaś ciągle na nowo kreują świat w wyobraźni pokoleń, żyją jakimś innym życiem… .
-
2
-
Słowo Niektórzy ludzie, jak podają historycy, lubili spory co do tego problemu, co było pierwsze: woda, ogień czy powietrze? Gdyby im ktoś zasugerował, że Słowo, umarliby ze śmiechu, choć i w ich czasach, w akademiach z prawdziwego zdarzenia padały, w sporach, kontrowersyjne tezy. Z ludzkiego punktu widzenia jest to mocno nielogiczne i fałszywe utrzymywanie poglądu, jakoby z nicości powstało Słowo. Aby cokolwiek powstało z niczego. Trudno sobie w ogóle wyobrazić nicość. A tu nagle Słowo, które stało się ciałem. Siłą braku w sobie (może bezsilnością) mocy tej wyobraźni, czy wyobrażenia człowiek z braku innej możliwości wybiera założenie Mocy poza nim samym, a która jego istnienie założyła. I stąd snuje czy otrzymuje logiczne wytłumaczenie lub logiko – prawdo – podobne. Ktoś inny powie, że to pseudointelektualne brednie, niedorozwój jakiejś myśli . Hurra entuzjazm. Usprawiedliwienie zwykłej gorszości aby ją zatuszować w imię choćby indywidualnego tryumfu nad resztą stada, ku wzbudzeniu chwilowego podziwu graniczącego z zachwytem. O! Moje na wierzchu! Wiara w to, że przyszłe pokolenia na drodze rewolucyjnego rozwoju świadomości naukowej znajdą odpowiedź i na te problemy stanowi równe iluzoryczne założenie, jeśli nie mniej prawdo – podobne. Szukanie odpowiedzi na takie pytania w sobie samym, w ludzkim Bycie jest sprzeniewierzeniem się zasadzie realnej percepcji zmysłów. Oszustwem uczciwości metodologicznej w nauce. Coś od wieków, od tysiącleci nakazuje człowiekowi dopełniać siebie Kimś potężniejszym od siebie samego. Być może po to aby zregenerować utracone w walce o byt siły, poszukuje tajemnej energii kosmosu, być może czegoś mu brak. Wytwarza więc w swojej fantazji bogów, bożków, gnomów, bazyliszków, potworów… . Jak więc nie przyjąć w umyśle czegoś co realnie nakazuje szukać gdzieś we wnętrzu ciała. Jak pominąć fakt. Byłoby to zakłamaniem samego siebie, zafałszowaniem obrazu samego siebie. Podkopaniem zasady zdrowego ego: on widzi to, a ja udaję, że tego nie ma. Dlaczego on to ma, a ja nie? Przyjmując zatem, że na początku było Słowo można wysnuć, że był to dźwięk, poruszenie, drganie, drżenie, ruch. Zaś pierwszą przyczyną ruchu była Istota sprawcza wszechrzeczy, jakaś Potęga, Wszechmoc, Omnipotencja, Doskonałość absolutna. Księgi Zoharu bajkowo opowiadają powstanie alfabetu. Jest to jakiś substytut ogólnej, małej wiedzy w tym temacie. Co prawda opowieści Zoharu odnoszą się raczej do ewolucji homo sapiens i jego prób rozwoju dźwięków artykułowanych ale inne księgi, świadectwa historii, genesis, wskazują na anatomiczne podobieństwa do tajemniczych bóstw i bogów. Być może zbieżność melodyczno-miłosna wiodła prym przy powstawaniu wyrazów, słów. Może taki typ energii wyzwolił ruch dźwięku, dał początek sensowi. Może umiłowanie piękna było pierwszą ideą bytu, pomyślanego jako idea. Z pewnością Słowo to było potęgą sprawczą, mocą. Raz pomyślana idea bytu stała się ciałem, idea oblepiona piaskiem, błotem, etc. Jak Słowo zrodziło ideę nie sposób objaśnić. Jak Słowo będąc ideą stawało się nią także trudno dociec. W historii nazywa się taki fakt tajemnicą dzieła stworzenia. Dzieło stworzenia jest więc zasłonięte, przesłonięte mrokiem niewiedzy. Tajemny Byt Naczelny u którego „na początku było Słowo” osadził homo sapiens w dość niejasnych okolicznościach z wiadomego powodu. Księgi genesis mające tysiące lat wskazują definicję bytu ludzkiego, jego imperatyw formy egzystencji, skąd wynika, że w definicji formy ludzkiego bytu jest zakodowana ta paradoksalna niewiedza. Słowo stało się realnością, dokonało się coś osobliwego w tajemny sposób. W dzisiejszym, stechnicyzowanym świecie pozornego postępu i rozwoju, świecie komputerów osobistych, satelitów i sieci informatycznych słowo stanowi rodzaj miękkiego tworzywa do miętoszenia i plucia. Czasami staje się gdzieniegdzie siekierą lub wściekłym kłem. Nastąpił kompletny rozbrat słowa z tworzeniem, zwłaszcza w kręgach niższych, ubogich warstw społecznych, tak licznych na początku XXI wieku. To rodzaj słownej schizofrenii abstrakcyjnego oblicza człowieka XXI wieku. Wielu z nas używa steku słów bez znaczenia, rodzaj papki w kontakcie interpersonalnym, zapychającej pustkę własnej nędzy twórczej; rzeczywista impotencja możliwości twórczej, celebracji słowa. Dominacja analitycznego myślenia z pobudzeniem motoryki sprawia pozorne, a więc złudne wrażenie polifonizacji kontaktu interpersonalnego, bogactwa umysłowego na zasadzie komputerowej sumy bitów czy bajtów. O wyższości ma w tym znaczeniu decydować pojemność pliku na dysku twardym. A tymczasem Albert Einstein, podobno najgenialniejszy współczesny fizyk i filozof zapisałby, gdyby żył cały swój wykład w pliku nie większym niż kilkanaście tysięcy bajtów. Genialność jego syntezy nie byłaby pozorną paplaniną wokół jakiegoś motywu na jeden gigabajt pojemności, jak często można to dziś spotkać w telewizyjnej kłótni pseudo wyedukowanych redaktorów. W dodatku nieliczna elita, która tworzy komputery, dzieci nowych czasów, tworzy pozorne instrumenty ułatwiające człowiekowi egzystencję. Można nawet pobawić się fantazją i stwierdzić, że księgowy z 1935 roku po Chrystusie więcej wiedział i liczył. Tego rodzaju zabawki jak komputer osobisty wraz z oprogramowaniem i ułatwianiem życia w rzeczywistości najczęściej (biorąc pod uwagę wzrost populacji oraz politykę koncernów i syndykatów) pauperyzują osobowości do roli klawiszowego. Nie znaczy to wcale, że komputer to wynalazek zły ale że nie poprawnie wykorzystywany, podobnie jak Słowo. Staje się materiałem szkodliwym dla środowiska ludzkiego postępu szeroko pojętego, od elity poczynając na szerokich kręgach kończąc. Ale to jest niebezpieczna tajemnica Słowa. Można insynuować paradoks: im więcej słów tym ciemniej, albo im więcej słów tym więcej milczenia. W dzisiejszym świecie pozornych postępów ludzi słowa to arie operetkowe „łysej śpiewaczki”, co tak trafnie spostrzega współczesna dramaturgia światowa. Pewnego rodzaju aberracje sferyczne i astygmatyzm znaczeń, definicji pojęć, paralel, motywów tematycznych, wprowadzają pierwotny chaos pomiędzy ludzi, dezintegrują ich wspólnotę i powoli niszczą. Lecz, powie ktoś, taka jest strategia fiskalna elit, taki jest świat, najlepszy z możliwych. Jednak z uporem może powracać myśl: kiedyś, dawno temu był początek, a na samym przedzie początku było Słowo… jak to możliwe? Skąd wziąć podstawę dla tak niepojętej iluzji? Wszystko co logiczne sprzeciwia się temu. Gdzie można znaleźć czynnik warunkujący zdrowy rozum w tym temacie, a nie szaleństwo? Może poszukać w sobie samym? Może poza sobą?...
-
Cień Co można znaleźć w tym pojęciu? Pozornie niewiele. Nie będę pisał tu o tym co kto myśli i rozumie pod tym słowem ale co dla mnie stanowi lub jak na mnie wpływa. Cień to może być przesłonięte światło słońca, coś ciemniejszego w przestrzeni za oświetlonym przedmiotem. Powietrze wraz ze swoją właściwością wynikającą ze składu chemicznego i fizycznego etc. jest rzadsze od oświetlanej, gęstszej materii przedmiotu. Można powiedzieć, że wnętrze materii przedmiotu jest ciemniejsze niż powietrza, jako przedmiotu analizy. Można zaryzykować i powiedzieć, że cień bez światła nie istnieje. Pójdę dalej i określę cień jeszcze inaczej: ani światło ani cień nie istnieją bez podmiotu, który również jest materią, a więc przedmiotem nie tylko rozważań. Podmiot dostrzega to zjawisko pod warunkiem, że jest zdrowy, tzn. posiada zdrowe oczy. Jeśli podmiot traci źrenice zapada w nim ciemność. Źrenice – małe otworki w gałce ocznej za szklistą powłoką, przez które wpada światło. Jest to jedyne miejsce w ciele człowieka przez które wpada światło, jest pełne cienia, o bardzo małej powierzchni otworu. Jeśli człowiek zostanie pozbawiony wzroku wskutek nieszczęścia (stanie się ciałem „doskonale” czarnym), jego jaźń zacznie przebywać w ciemności lub w najlepszym razie, przy wykształconym umyśle (notabene dzięki zdolności widzenia) w świecie obrazów z pamięci lub fantazji. Z czasem i jego pamięć, i fantazja będą się zacierały, i rozmazywały, aż przywyknie do kalectwa. Jak wspomniałem nieco wyżej, światło fizyczne wiąże się niemal bezpośrednio ze światłem umysłu, a więc cień jest raczej czymś gorszym w tej kształtującej się powoli hierarchii. To pojęcie nie tylko z zakresu estetyki tj. nauki o pięknie ale również etyki – nauki o zasadach postępowania. Im więcej cienia tkwi w danym podmiocie tym trudniej będzie dokonać danej osobie właściwych wyborów z zakresu choćby konfliktu etyczno-estetycznego. Nie bez powodu łącze tu pojęcia cienia i ciemności, co wydaje mi się pewnego rodzaju podświadomą konsekwencją. Taka domniemywana osoba, zupełnie abstrakcyjna, nie zauważy, że jeśli ktoś nie powiedział jej, iż ładnie wygląda to znaczy, że tego nie zauważył i może poczuć się urażona, podczas gdy w rzeczywistości, to ta osoba rzekomo mało spostrzegawcza może się poczuć urażona podwójnie: bo ktoś taki nie zauważył, że ona zauważyła ale pozostawiła to bez komentarza, ale czuje się lepsza moralnie i ma za złe poprzedniej powierzchowność i niedocenianie jej piękna wewnętrznego czy kultury. Taka sytuacja wywodzi się z cienia, ciemności, nikłego światła. Na czym polega cień takiej sytuacji – pozornie na wyrządzaniu krzywdy sobie nawzajem, z powodów błahych i nie ale w istocie na tym, że taka właśnie rzeczywistość może (i najczęściej tak się staje) zachwiać prawdą, czymś istotnym właśnie. Cień moralny, cień duszy, ciemność etyczna, mrok duszy ludzkiej. Mrok duszy ludzkiej jest następnym stopniem cienia, głębszym niż wyżej zaznaczone, odnoszącym się do etyki i moralności. Wyraźnie odczuwalna ciężkość duszy, ciemność, ciężar gdy sumienie jest wrażliwe, co estetycznie rzecz ujmując, w fantazji może odzwierciedlać się ciemnością we wnętrzu klatki piersiowej. Mroki duszy, rozmaite cienie od tych najgorszych do tych najsubtelniejszych lub lepiej od tych najniebezpieczniejszych… gdzie zło przyciąga mrok, a mrok przyciąga zło. Ciemność gromadzi tych, którzy pragną ukryć zakrwawione zbrodnią dłonie i twarz przed światłem sprawiedliwości, przed wzrokiem drugich; bo czy zbrodniarz jako jedyny posiadając wzrok nie miałby władzy nad tymi, których go pozbawił? Wielu pozbawia ludzi światła i pogrąża w ciemności umysłowej aby w końcu zabrać im światło słońca – gwiazdy i pogrążyć w mroku wiecznym. Mroczne „zwycięstwo”. Także w samej mgławicy spiralnej naszego systemu gwiezdnego więcej jest cienia i ciemności kosmicznej niż światła. Miliardy małych błyszczących punkcików na nocnym niebie to zbyt mało aby uznać, że gwiazdy są czarne. Cień to niedoskonałość światła słonecznego. Cień to kara ale i nagroda, ulga w trudzie pracy, znużeniu od palącego słońca. Cień to cierpienie, bo kto cierpi również szuka cienia, a nawet mroku aby tam dokonać na przykład samobójczego zejścia. Cień to rozpacz. Cień to czerń. Człowiek umierający, chory, podobnie zwierzętom, szuka ustronnego, ciemnego miejsca, gdzie mógłby w samotności odejść z padołu łez i bólu, na zawsze. Nie lubi gwaru, tłoku, zabawy. Barwy świata męczą go i przygniatają bardziej niż cisza, cień czy pustka. Usycha w cieniu przewiewnym trawa polna… .
-
Światło Z nauki o fizycznych właściwościach rzeczy i zjawisk wiem, że światło, a raczej widmo świetlne niedostrzegalne dla oka poza kroplami wody (tęcza) czy kryształami soli lub minerału składa się z wielu barw. Paradoksalnie można powiedzieć, że w cieniu i świetle mieści się „wszystko”. To co jest od „black and white” jest „wszystkim”, także w odniesieniu do estetyki i etyki, biologii, ekonomii, etc. Światło jest czymś co pociąga oczy, rozjaśnia mrok, jego barwy zawsze są nowe i inne, niepowtarzalnie złożone z cząstek i atomów, fotonów i fluidów. Światło zawsze kojarzy się pozostałym zmysłom ciała z ciepłem, dobrem, jasnością sytuacji. I tak jest rzeczywiście. Tylko „światło” może właściwie „naświetlić” „ciemne sprawy” aby móc, choć na chwilę, powrócić do ciepła i dobra. Gdy przymkniemy lekko powieki możemy zauważyć patrząc pod słońce mnóstwo dziwnych prążków i krążków ruszających się pod powieką niczym w kalejdoskopie. Tuż pod powierzchnią znajduje się olbrzymie bogactwo form drobinek i barw, które rzadko kiedy powtarzają się w układzie – chyba nigdy – tak więc tworzą niepowtarzalne konfiguracje. Światło słoneczne nadaje barwę każdej rzeczy niezależnie od jej swoistych właściwości – łamie swoje promienie na fakturze przedmiotów i rozświetla czeluść otworu w tęczówce – źrenicy aby upaść na wiązkę czułych organów. Oczy podświadomie „szukają” światła, ono wabi je, jeśli oczy i organizm są zdrowe. Rozpylenie światła słonecznego w drobinkach, promienie przenikające kurz, pyłki, rzucając smugi pomiędzy świeżo rozkwitłymi, majowymi liśćmi drzew – bardziej doskonalsze, niemal obrazo-mityczne smugi „oka opatrzności” najlepiej widoczne są na jesieni, późnym latem – zawierają cudownie żywotne barwy, których blask nie dorówna nigdy żadnym kopiom, odbiciom czy światłu elektrycznemu z ogniw wolty. One mrugają, błyszczą, ruszają się, pulsują, mienią, tańczą, dzielą się i łączą. Spostrzegawczość oka wychwytuje tylko nieliczne barwy rozszczepionego światła słońca, gdy ono natrafia na krawędzie liści czy szkieł i rozprasza je, np.: fiolet, czerwień, błękit. Nie widać subtelnych, pozostałych barw widma. Słońce, ta olbrzymia masa gazu, eksplodującego od wieków, gwiazda-matka wszelkiego światła na ziemi, zdaje się królować na niebie, zalewać swą olbrzymią masą światła wszystkie zakamarki. Trudno uwierzyć, że jej siła jest w jakimś stopniu pozorna względem ogromu cienia wszechświata, jego czerni, ciemności. Trudno uwierzyć za dnia w to, że nawet inne słońca naszej galaktyki, znacznie potężniejsze gwiazdy nie zwalczają cienia wszechświata. Tyle świateł-gwiazd na niebie ale ich siła świetlna nie rozjaśnia mroku ciemności nocnej, świecą tylko ledwie, mrugając, mieniąc się. Czułe oko ludzkie czytało najpierw ziemię, wodę, drzewa, strumyki… . Wszelkie zjawiska napotkane na drodze swej penetracji. Każdy kamyk mogło obejrzeć dzięki światłu. Odtąd światło kojarzy się z wiedzą. W ciemnościach niczego dobrego nie można się nauczyć. Światło jest zbyt niedostateczne aby mogło spełniać pewne funkcje, może nieistotne ale tylko z pozoru, a jednak niezbędne aby powstało coś dobrego. Z takiej percepcji stworzono pismo obrazkowe będące światłem informacji dla orientujących siebie w tych obrazach, prowadzącym kogoś ku swojemu problemowi lub miejscu problemów nierozstrzygniętych, w którym zabrakło światła. Inny szedł tymi obrazami docierając do tego miejsca i rozświetlił swoim światłem, bo widział więcej i częściej spoglądał ale i on dotarł do miejsca pata, swego kresu. Usprawniano znaki-obrazy aż powstał alfa-bet, czyli pismo – światło – świata . Mnóstwo coraz większych ilości informacji o świecie rozrastało się w zawrotnym tempie w następstwie rozmaitych wynalazków, m.in. druku ale nie każdy miał dostęp do nauki jako światła świata także przez ciemność. Nazwano literami rozmaite zjawiska zewnętrznego bytu i wewnętrznego jak etyka czy estetyka. Zarówno etyka jak i estetyka będąc w konflikcie i nie są jednym z podstawowych elementów światła. Co jest dobre i co złe, co ładne, a co brzydkie. Mimo przeważających ciemności, cienia w bycie, umiłowanie światła, piękna, które ukazuje: wschodzącego słońca czy zachodu pośród wzgórz zielonych, to umiłowanie pokonuje cień, mroki, zło, odcienie i pociąga gdzieś ponad siebie, do światła ale innego niż słoneczne, jaśniejszego, mocniejszego. Do siły sprawczej bytu od której człowiek otrzymał kodeks etyczny w swych poszukiwaniach, jako najważniejsze światło wiary. Dzięki dociekaniom wynikłym ze światła, ludzi jest paradoksalnie coraz więcej, a dawniej było mniej. Idąc w głąb poznania światła, ludzi było bardzo mało, może tylko para… na początku. Jak uczy święta księga ludzkości, księga światłości: Stary i Nowy Testament na początku było tylko dwoje ludzi: Adam i Ewa. Ewa z kości Adama, skusiła męża aby zjadł owoc przez Boga zakazany do spożywania, owoc z drzewa wiadomości o dobru i złu. I stało się: wypędzeni z Raju zostaliśmy strąceni w ciemność, wraz ze swoim małym światełkiem ukradzionym z Raju, z drzewa o zakazanych owocach. Nikt nie wie dlaczego Bóg pozwolił sobie stworzyć na tym drzewie (i w ogóle) szatanowi samego siebie aby skusił niewiastę do grzechu. Nie mamy tyle światła aby rozstrzygnąć ten fundamentalny dylemat bytu: dlaczego, po co istniejemy? Poziom światła, który jest obecnie uniemożliwia odpowiedź nie tylko na to pytanie ale również uniemożliwia wyjście człowieka poza formę własnej egzystencji, chociażby, wyłączając destrukcję i rozwiązanie wielu innych, prostych zjawisk i problemów świata, m.in. dotyczących formy egzystencji ludzi i ludzkiego światła, bezcennej wartości w kosmosie, czyli w nieludzkim cieniu. Światło przenika wiele lecz nie wszystko, błądzi, zawraca, tonie, wznosi się, świeci to tu, to tam. Światło wiary płonie bez przerwy w różnych miejscach kończącego się świata podmiotu, w rozmaitych jego miejscach nie pozwalając mu być absolutnym w czymkolwiek i zatracić siebie zupełnie. Światło wiary dociera czasem, z trudem, gdzieś we wnętrzu wnętrza, tzn. w bycie ale poza materialnym, gdzie na styku transcendentalnego Boga i duszy ludzkiej wypływającej z wnętrza ciała, unoszącej się w nim i ponad nim. Mimo różnych aberracji i dyfrakcji (z powodu zła, grzechu, zaćmienia) duszy, dzięki wybłaganej łasce dotyka byt owa olbrzymia siła, ukryta poza człowiekiem, niekiedy. To przerażające „dotknięcie” i za każdym razem cudowne obnaża całkowicie nędze świata i bytu, dostateczną kreatywność. Człowiek czuje swoją małość, otrzymuje w darze zupełnie nową jakość widzenia poprzez światło wiary i światło fizyczne, która uzmysławia mu tę zależność (i wiele innych) od Boga i światła. Wiele pozornych zagadek staje się oczywistym „zmęczeniem umysłu”, wypaczeniem prawdy. Szczątki kultury rozumianej jako paradygmat kultury i idei, to cień obrastający wnętrze bytu, niczym chwast czarny wytrawiane solą prawdy i światłem wiary, zbyteczne w wymiarze sakralnym, religijnym, ukazują jej upadające ostatecznie jądro, symptomy gorzkiej śmierci człowieczej części natury ludzkiej i ekspansją behawioralnej namiastki, oscylującej pomiędzy konsumpcją i wydalaniem materii. Światło wiary pociąga ku sobie byt ludzki ogromną tęsknotą za wyjaśnieniem wszystkiego, za wyjaśnieniem początku i końca życia homo sapiens, tęsknota za pra Ojcem, za Omnipotencją, za Potęgą i Siłą Sprawczą, Pierwszą Przyczyną Ruchu. Światło wiary transformuje chaos w pewny ład, lecz niezupełny, ułomny, jak człowiek; to odwieczna konsekwencja ciemności, a w niej grzechu, nienaruszalna, mega-konsekwencja, logiczna konsekwencja grzechu, ciągi logiczne grzechu. Światło wiary unosi byt ludzki stopniowo i systematycznie, i dynamicznie zarazem, choć odnajdywanie systematyczności jakiejkolwiek w tak dynamicznym podmiocie jakim jest człowiek może stanowić problem. Ale po precyzyjnej obserwacji we współpracy z Łaską i światłem wiary nie stanowi to żadnego problemu. Im jaśniejsze i prawdziwie czyste (co stanowi ogromną trudność, zwłaszcza w obecnych, eschatologicznych czasach) wnętrze podmiotu, tym wyraźniej odczuć, dotknąć i zrozumieć „w lot” można, ten rodzaj fenomenalnej zależności, to zbliżanie siebie do „arcy” białego, żarliwego światła, beznamiętnego wyzwolenia z bytu w wieczność, ostateczny wymiar człowieka. Coś co w kategoriach ludzkiego pojmowania można nazwać eksplozją supernowej. Tego „procesu” stopniowej, głęboko ukrytej integracji nie można ani przyspieszyć przez cokolwiek (mam tu na myśli fałszywy postęp w bioetyce) ani zwolnić. Można zupełnie zniszczyć (zbrodnia) lub udoskonalać poprzez intensywną pracę nad czystością, systematycznie i dynamicznie pielęgnować, rozrastać, eksplodować ekspansywnie i rozszerzająco. „Jam jest Światłością świata…” mówi do nas Jezus Chrystus, „…kto we Mnie wierzy choćby życie swoje stracił z Mego powodu…”, pozyska wieczność. Te anielskie konstatacje są oczywiste dla tych, którzy dostrzegają światło wiary. Czasem samo światło wiary staje się upostaciowione, obłoki niezwykłej jasności w swoim przedziwnym związku z duszą dokonują w oparciu o wiarę (nie tylko wiedzę) i Łaskę przedziwnych znaków światła wiary. Konsekwencje transformacji znaków, metafizycznej transformacji w duszę mogą być rozmaite. Mogą przerodzić się w wulkan twórczego (dobrego twórczo dla homo sapiens) działania, odkrywania, przekształcania Ziemi, czynienia ją sobie „poprawnie” poddaną. Tegoż światła na Ziemi stale za mało, stale umyka przed cieniem. Delikatna struktura natury ludzkiej, delikatna struktura ludzkiego pojęcia veni creator spiritus jest przedmiotem zaborczej zawiści wszystkiego co ciemne, co wywodzi siebie z mrocznej nieczystości, ponieważ obnaża ludzką nędze, która osłania się najczęściej figowym listkiem zbrodni. Przedmiotem ludzkiej zazdrości może być wiele spraw: złoto (złoty cielec), materia, słowa, ich posiadanie, pragnienie posiadania choćby przez chwilę. Także, o paradoksie!, materialiści zazdroszczą spirytualistom ich atrybutów osobowych, a czasem i vice versa. W tej zazdrości ginie światło wiary. Ideał sięga bruku, a nie-cnota odbiera wiedzę o co właściwie „zwierzętom” poszło. Na dłuższy dystans czasu stanowi to parabolę losu ludzkiego i jego kres, śmierć gatunku; taka „nekrofilia” raz po raz wypluska z czeluści cienia i zbiera obfite żniwo poprzez wojny. Słudzy cienia-zła pilnie obserwują ciżbę ludzką aby poprzez mechanizm rozpadu, którego uruchamianie sprawia im diabelską przyjemność sadomasochistyczną, uruchomić lawinę, strojąc przy tym dobrą minę do złej, czy wręcz fatalnej gry. Zapominają przy tym, że ostatecznie na pewno i naprawdę dobro zwycięży, światło pokona ciemność, sprawiedliwość prawych, nieprawość złych. Pozorna iluzja zmieni się w straszliwą rzeczy-wistość: „porzućcie wszelką nadzieję”. Dlatego na horyzoncie naszej Ziemi Słońce „wędruje” od wschodu do zachodu, nieustannie świeci wysoko ponad oczami, niedościgłe w żarliwości, jasności, skrupulatności, stanowczości, stałej zmienności i niezmiennej stałości. Utarło się kojarzyć światło z ciepłem, dobrem, bogactwem, życiem, kolorami, barwami, zadowoleniem, radością. Rzadko słyszy się, że może być Słońce Szatana, a więc zła. Że Słońce poraża i oślepia… ale źle dozowane. Skąd mam wiedzieć ile światła potrzebuję aby nie stracić Życia?