Poszedłem tam, choć buty miałem
nieodpowiednie na taką historię.
Pod górę, przez wiatr, który szarpał płaszczem
z tą samą obojętnością, z jaką szarpie dachy
domów.
Chciałem zapytać o radę kogoś,
kto ma na mądrość etat od kilku tysiącleci.
Atena stoi.
Podobno bogini, w praktyce – sporo wapnia i
krzemianów.
Ma minę kogoś, kto widział już wszystko,
więc przestał mrugać, żeby nie przegapić reszty.
Zapytałem ją o nas.
O to wyrywanie sobie z rąk tego, co i tak nie
nasyci.
O nienawiść, która jest u nas tańsza niż chleb.
O dwulicowość, tę naszą zapasową twarz,
noszoną w kieszeni na wypadek prawdy.
Milczała.
W tym milczeniu była jakaś fachowa precyzja.
Kropla deszczu upadła na posadzkę –
to był jedyny komunikat, jaki otrzymałem.
Dość lakoniczny, jak na tyle wieków
doświadczenia.
Więc powiedziałem jej, bez podnoszenia głosu:
— Skoro tak, to stój.
Bądź tylko tym, czym jesteś – eksponatem pod
numerem jeden.
Twoja mądrość nie pasuje do naszych małych
wojen.
Jesteś nieaktualna, jak zeszłoroczny śnieg,
zbyt czysta na nasze brudne palce.
Twoje miejsce jest w lamusie, między eposem a
kurzem.
Usiadłem na chwilę, bo nogi też mają swoje
prawa.
I wtedy słońce, niepytane o zdanie,
weszło do środka i oślepiło mnie jasnym
promieniem.
Burza na zewnątrz nagle uznała, że wystarczy,
i poszła psuć pogodę komuś innemu.
Wstałem. Nie było sensu dłużej tu siedzieć.
Otrząsnąłem płaszcz i ruszyłem przed siebie,
żeby znaleźć jakieś inne, stare miejsce
i tam pomęczyć kogoś innego moimi myślami.