Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

petros

Użytkownicy
  • Postów

    7
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez petros

  1. @MoondogDobre, celne streszczenie:D A wybór jest bardzo trudny, zwłaszcza jak ktoś ma wybujałą fantazję;)
  2. Noszę miłość jak bilet w kieszeni – ważny, lecz nieskasowany. Chcę wejść, usiąść przy kimś, a stoję w przejściu, pół kroku od życia. W myślach – zachwyt i alarm. Twe spojrzenie – jak klucz w zamku, chce przekręcić mą duszę. A ja wciąż słyszę: czekaj na wersję „bardziej”, jakby serce miało regulamin zwrotów. Śmieszne to, bo tęsknię jak bohater romansu, a uciekam jak księgowy od ryzyka: liczę procenty, ważę wady, robię bilans ciepła w człowieku. Bezdech lęku mnie ściska, więc udaję luz, a nocą gra w piersi małe kino: ja i Ty… i drzwi, których nie domykam… i budzi mnie serce drżące wciąż w trybie podglądu. Patrzysz tak, jakbyś już wiedziała, że moje „zobaczymy” to czułe kłamstwo, talizman przeciwko bliskości. Ale dajesz mi jeszcze szansę w tej grze na czas. A ja milczę – jakby od tego zależało czy zdążę w ostatniej sekundzie wybrać człowieka zamiast próżnego marzenia…
  3. Dziękuję @Gosława, @Alicja_Wysocka, @vioara stelelor, @Berenika97 za ciepłe przyjęcie tego wiersza. Jest to dla mnie bardzo ważne, ponieważ ten wiersz powstał w wyniku egzystencjalnych przemyśleń po stracie ukochanej osoby. Mam nadzieję, że ta ciągle jeszcze głęboko przeżywana pustka ewoluuje u mnie z czasem w jakąś uzdrawiającą, oczyszczającą przemianę... Dziękuję bardzo jeszcze raz:)
  4. Nie wiedziałem, gdzie jestem. Dzień zachodził na dzień, jakby ktoś prowadził mnie za sztywny kark: te same korytarze, nie pytałem już dokąd prowadzą, bo znają mnie lepiej niż ja sam. Myślałem: tak wygląda życie. Że inaczej się nie da - okruchy śmiechu na wierzchu, drobiny lęku pod językiem, składane w „jakoś to będzie”, żeby nie słyszeć, co milczy pod spodem. Byłem jak wosk w ulu: ciepły od cudzych oddechów, wciśnięty w komórki niby-porządne, bez pytań o ogień, bez pamięci, że można płomienieć. W środku miałem miękkie „chciałbym”, a na wierzchu twarde „muszę”. Ćwiczyłem zawziętą poprawność, żeby nikt nie zobaczył, jak bardzo się gubię. Aż przyszło coś, co nie pyta o zgodę: czyjś brak przy stole, pusty kubek, który nikomu nie zawadza, a jednak boli bardziej niż wszystkie moje zmęczenia. Wtedy zrozumiałem, że można oddychać i nie żyć, można mówić i nie spotykać, trwać latami jak zamknięty list. I przyszedł ogień - nie krzyk, nie kara, tylko prawda, gorąca dłoń co dotyka zimnego czoła i szepcze dreszczem: zobacz. Topiłem się powoli. Moje ja kapało - zbyt dumne, zbyt pyszne, zbyt spięte - aż wreszcie ucichło, jakby chciało przeprosić. W tym topnieniu było wstydliwie jasno: ile razy nie powiedziałem kocham, ile razy uciekłem w rozsądek, gdy ktoś prosił o obecność, ile razy wybrałem spokój zamiast serca. I w tym traceniu formy nie było końca, tylko początek. Bo kiedy przestałem trzymać się siebie, usłyszałem ludzi bliżej, nie jako tło, lecz jako czyjeś życie pulsujące obok. I nagle okazało się, że Bóg nie jest gdzieś daleko za murem trudnych pojęć, tylko tutaj, w tej przestrzeni, gdzie jeden mówi prawdę bez lęku a drugi nie odchodzi. Że jest w dłoniach, które zostają, w oczach, które pragną dojrzeć, w ciszy, która nie porzuca; w słowie „jestem”, wypowiedzianym nie na pokaz, lecz dla ratunku. Więc wciąż proszę, nie o łatwość, ale o ogień, który nie zniszczy, tylko będzie budził coraz głębiej. Żebym był świecą, jeszcze choć przez chwilę, spalając to, co fałszywe, żeby komuś było jaśniej.
  5. @Leszczym Cieszę się, że się spodobał:) Miałem mocno metafizyczny nastrój przy jego tworzeniu, stąd zapewne ta powaga się wkradła i rozpanoszyła;)
  6. @CharismafilosDziękuję serdecznie za miłe słowa;) Zimowa atmosfera jakoś mnie w tym roku nastroiła lirycznie i postanowiłem spróbować postawić pierwsze kroki na twórczo nieznanym mi gruncie. Nawet mi się to spodobało i mam nadzieję, że nie zakopię się na amen w odtajałej tegorocznej "wiecznej" zmarzlinie:)
  7. Zapukałem do Twoich drzwi, jak w ścianę światła, co nie zna rysy. - Kto tam? - zapytał głos z ciszy. - To ja - odpowiedziałem dumnie. A Ty rzekłeś łagodnie: - Tu nie ma miejsca dla nas dwojga. Odejdź. Wróciłem więc w życie, w kurz dróg i lat, niosąc lęk jak noc bez gwiazd, co stawia lustra bez litości. Uczyłem się siebie jak miasta: z ulic, z ran, z pomyłek, z imion, które przestały być moje, z pragnień, które chciały być wszystkim naraz. Aż śmierć zaczęła chodzić obok mnie, nie jak groźba, lecz jak prawda, co nie może kłamać. Gdy odchodzili bliscy, pękało we mnie ja. Zostawało tylko to, co proste: dłoń w dłoni, szept, modlitwa, cisza, w której ktoś jest. I kiedy przyszedł mój próg, Zapukałem jeszcze raz w tę ciszę. I znów usłyszałem pytanie: Kto tam? Nie powiedziałem już wtedy: „to ja”. „To Ty” odrzekłem, spokojnie, jak oddech oddany w Twoje ręce. I drzwi się otworzyły, jakby otwierały się zawsze, gdy „ja” cichnie, a zostaje tylko miłość, która nie umiera.
×
×
  • Dodaj nową pozycję...