Zapukałem do Twoich drzwi,
jak w ścianę światła, co nie zna rysy.
- Kto tam? - zapytał głos z ciszy.
- To ja - odpowiedziałem dumnie.
A Ty rzekłeś łagodnie:
- Tu nie ma miejsca dla nas dwojga. Odejdź.
Wróciłem więc w życie,
w kurz dróg i lat,
niosąc lęk jak noc bez gwiazd,
co stawia lustra bez litości.
Uczyłem się siebie jak miasta:
z ulic, z ran, z pomyłek,
z imion, które przestały być moje,
z pragnień, które chciały być wszystkim naraz.
Aż śmierć zaczęła chodzić obok mnie,
nie jak groźba,
lecz jak prawda, co nie może kłamać.
Gdy odchodzili bliscy,
pękało we mnie ja.
Zostawało tylko to, co proste:
dłoń w dłoni, szept, modlitwa,
cisza, w której ktoś jest.
I kiedy przyszedł mój próg,
Zapukałem jeszcze raz w tę ciszę.
I znów usłyszałem pytanie: Kto tam?
Nie powiedziałem już wtedy: „to ja”.
„To Ty” odrzekłem,
spokojnie, jak oddech oddany w Twoje ręce.
I drzwi się otworzyły,
jakby otwierały się zawsze,
gdy „ja” cichnie,
a zostaje tylko miłość,
która nie umiera.