Nie wiedziałem, gdzie jestem.
Dzień zachodził na dzień,
jakby ktoś prowadził mnie za sztywny kark:
te same korytarze,
nie pytałem już dokąd prowadzą,
bo znają mnie lepiej niż ja sam.
Myślałem: tak wygląda życie.
Że inaczej się nie da -
okruchy śmiechu na wierzchu,
drobiny lęku pod językiem,
składane w „jakoś to będzie”,
żeby nie słyszeć, co milczy pod spodem.
Byłem jak wosk w ulu:
ciepły od cudzych oddechów,
wciśnięty w komórki niby-porządne,
bez pytań o ogień,
bez pamięci, że można płomienieć.
W środku miałem miękkie „chciałbym”,
a na wierzchu twarde „muszę”.
Ćwiczyłem zawziętą poprawność,
żeby nikt nie zobaczył,
jak bardzo się gubię.
Aż przyszło coś, co nie pyta o zgodę:
czyjś brak przy stole,
pusty kubek, który nikomu nie zawadza,
a jednak boli bardziej
niż wszystkie moje zmęczenia.
Wtedy zrozumiałem,
że można oddychać i nie żyć,
można mówić i nie spotykać,
trwać latami
jak zamknięty list.
I przyszedł ogień -
nie krzyk, nie kara,
tylko prawda, gorąca dłoń
co dotyka zimnego czoła
i szepcze dreszczem: zobacz.
Topiłem się powoli.
Moje ja kapało -
zbyt dumne, zbyt pyszne, zbyt spięte -
aż wreszcie ucichło,
jakby chciało przeprosić.
W tym topnieniu było wstydliwie jasno:
ile razy nie powiedziałem kocham,
ile razy uciekłem w rozsądek,
gdy ktoś prosił o obecność,
ile razy wybrałem spokój zamiast serca.
I w tym traceniu formy
nie było końca, tylko początek.
Bo kiedy przestałem trzymać się siebie,
usłyszałem ludzi bliżej,
nie jako tło,
lecz jako czyjeś życie pulsujące obok.
I nagle okazało się,
że Bóg nie jest gdzieś daleko
za murem trudnych pojęć,
tylko tutaj, w tej przestrzeni,
gdzie jeden mówi prawdę bez lęku
a drugi nie odchodzi.
Że jest w dłoniach, które zostają,
w oczach, które pragną dojrzeć,
w ciszy, która nie porzuca;
w słowie „jestem”,
wypowiedzianym nie na pokaz,
lecz dla ratunku.
Więc wciąż proszę, nie o łatwość,
ale o ogień, który nie zniszczy,
tylko będzie budził coraz głębiej.
Żebym był świecą, jeszcze choć przez chwilę,
spalając to, co fałszywe,
żeby komuś było jaśniej.