Na wiosnę
Jasny płomień nieobłudnej wiary,
wielki przypływ miłości – płaszczą się i łaszą.
Za rękę trzyma ciekawość i nadzieja,
moment, który nadaje wysoką godność.
W lecie
Nasiąkam muzyką, zbieram zachwyty,
emocje towarzyszą, przyciągają, pociągają.
Wyjątkowe chwile światłoczułej materii,
spokój i harmonia – zdania nie spieszą się do kropki.
Na jesień
Neurotyczne przeżycia diabeł przykrył ogonem,
marzenia umierają w bólach.
Nie można dać drugiemu tego,
czego samemu się nie ma.
Zimą
Brak już zasobów, aby być kochanym.
Los rozdał gorsze karty,
zimna, zimowa zima.
Ciężko o sobie myśleć jak o świni –
lepiej jak o motylku.
Na wiosnę
Jasny płomień nieobłudnej wiary
Wielki przypływ miłości...
Zachwiany falą szukam oparcia
Znajduje u Jana, trzy, szesnaście...