Czujemy gdzieś tam, w środku nas,
ten biały, oślepiający blask.
To euforia, która ogarnia nas jak ciernie
oplatające się wokół gałęzi.
Ten ogień, który rozpala nasze spojrzenie,
ta tęsknota.
Oh, euforio, euforio,
ogarnij moje ciało sobą,
chcę, abyś mnie pochłonęła,
abyś rozpełniła moją twarz promieniem.
Czuję ją, gdy patrzę na obłędne widoki natury:
na niebo rozgwieżdżone gwiazdami,
na fale,
na wschodzące słońce, które rozgrzewa naszą twarz.
Doczekać się pocałunku od księżyca,
który muśnie moją twarz swoją szaro-błękitną aurą.
Na wiatr, który śpiewa nam pieśni,
na deszcz, który rozmywa nasze łzy boleści,
na śnieg, który pruszy tak mocno,
tworząc białe ścieżki prowadzące do raju.
Gdy widzę sarny biegnące po polanie,
ich łagodność,
lisy szubrujące w pszenicy,
ptaki w baletowym locie po niebie,
stado wilków, które dba o siebie —
każde małe stworzenie nadaje charakter jej matce, naturze.
To jest moja euforia.