Zmierzyłem bezkres oceanu
Ja tułacz, ja wygnaniec
Nieprzyjaciel, nietrwałego Edenu
Całuję ziemię ojczystą,
Choć ją przeklnąłem, rzekomo nieczystą….
Ja tułacz, ja wygnaniec wieczny
Moja przystań z tego samego prochu
Ulotna jak to ciało
Więc, czy gdyby w proch wreszcie się przemieniło….
Czy ten tułacz, ten wygnaniec
Zamknął na raz spokojnie w szkatułce czystego Eteru!
Gdyby tylko tak się stało….
Ale inną mi dało fatum Mojrę
Czy też długa jej nić?
Czy krótka zatem?
Nie odgadnę tego zawczasu, drżę jeszcze przed grobem!
Bogowie!
Głupi tułacz i wygnaniec,
Więc padnę na kolana wam!
Splotłem dawno białe ręce
Zmierzyłem bezkres oceanu
Ja tułacz, ja wygnaniec
Nieprzyjaciel, nietrwałego Edenu
Błagałem o pomyślną nić dla tej prządki
By mi plotła same cuda,
I wtedy gdy się niebo z chmurami ciemne rozszalało
Bure, mocną łzą o szybę uderzało
Ja tułacz, ja wygnaniec
Wieczny nieprzyjaciel nietrwałego Edenu
Tedy czułem twą opatrzność!
I wiedziałem, i wiedziało moje głupie serce!
Gdy się niebo rozszalało… złapałem was za ręce, Bogowie
A w te wiosnę ptaki latały nisko, samoloty latały nisko, nuciłem tę samą tkliwą piosnkę
O, Bogowie!
Rąk wam jeszcze nie składam do grobu,
Ani nóg, ani serca nie dam wam jeszcze w aloesowy liść!
Tylko nucę, nucę i nucę
Patrzę na niebo szukam - znak
Jeżeli powiesz, że tak…
To tak!
Ja wieczny tułacz
Wieczny wygnaniec
Nie puściłem waszych rąk
W głowie mam tą samą piosnkę
Z dokładnością szła ona tak…
Zmierzyłem bezkres oceanu
Ja tułacz, ja wygnaniec
Nieprzyjaciel, nietrwałego Edenu