Skocz do zawartości
Polski Portal Literacki

ernest_kron

Użytkownicy
  • Postów

    20
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez ernest_kron

  1. Poświata sążnistej kroplistości. Wiatr zamiata wiatry umarłym dniom gdy obrastają w rosy każda kropla złota gdy przemija Kukły. Sposoby które posiada człowiek. Nie walczę Po prostu jestem bardziej tym miejscem słonym od traw do zmierzchu. Trwanie deszczu, czas. Nie modlę się Nie praktykuję zen Jestem czymś nieosiągalnym nawet w tym dziwnym dniu. 2.04.2021, Opoczno
  2. w sierpień jak w ciepłą kieszeń chowam zwinięte w supeł lata w najtajniejszych fałdach kurzu grzebię młodości czcigodne Ozyrysy mistycznie rozmazane wieczne jak Sokrates wieczne jak Bóg Ojciec piękne i wieczne jak zbawienie od tego świata idą przez czarną noc czarne westalki idę za nimi jestem bardzo daleko od domu mistycznie rozmazany zbyt spóźniony i odległy jak wieczny Bóg Ojciec z zupełnie innego świata 16.08.2024, Warszawa
  3. myślisz co robię: masz maślane oczy tej nocy montuję twój software cudne graffiti na ścianach wzroku: alice in chains wzruszenie na sceny w stylu turner czy hopper choć w żyłach tylko bitwa pod anghiari i bardzo czarna noc wciąż się nie udaje i coś się psuje między tobą mną i emocjami chciałem być bogiem słowem tworzyć ewy a zawsze będę sługą mistycznie rozmazany (w stylu turner czy hopper) bo najprawdziwsza czarna i czerwona wojna w sercu kurz bitwy wieczny jak sokrates generał zbyt pyszny a wieczny jak bóg ojciec ty muza piękna i wieczna jak zbawienie od świata i dzisiaj znowu myślisz co robię: zostawiam ślady supły porządnie związane między wzruszeniem twoim a moim: selekcja naturalna dobrych intencji bo gdy umieramy czas rusza z kopyta jakby ktoś zgasił pożar który grodził drogę – wtedy moment podrywa się kurz a my kości w oknie w bardzo czarną noc ujrzymy źdźbło co się ostało 12-13.08.2023
  4. Idziemy i idziemy Sypiemy się z nieba i podtrzymujemy światło Pokładamy nadzieję w późne lata sześćdziesiąte Ospałe rozbryzgi na trawnikach to my – w pełni sił – idziemy i idziemy zrywamy co nasze – jak należy i jak było wiele lat temu – jesienią i latem – nasze urzędy pieniądze i autorytet Drzewa nas przeżyją ale już i w nich widać zmiany Po nocach kołujące głowy nasze dymiące domy ktoś zapłacił za fabryki w naszych miastach ktoś wyśmiał nienawiść i wojnę gdzieś jest nasza Atlantyda Deszcz jest przed nami i będzie po nas Kawiarnie żyją w skupieniu słuchając swojego Sartre’a – Każda na takiego, każde miejsce jest tylko miejscem Nie wyszło nic z naszego bezkresu spokoju noce są dniami pracujemy miesiące przesypiamy lata są naszym życiem miłości na można brać tu i teraz Nie ma nic dosłownego Nie ma nic choć trochę bardziej mylnego by z całą pewnością nas oszukać Świat zdaje się piękny i przereklamowany pszczoły brzęczą ze znudzenia futbol jest nazbyt przemyślany nasze twarze niezmiernie wyraźne samochody coraz szybsze ludzi grzebią na cmentarzach politycy rządzą organizacje hojnie administrują Słońce o! jakie dojrzałe i nieuczciwe! W świątyniach – witraże i liturgia – próbują czegoś uczyć Ziemia suszy łzy i krew – cały czas a my jakbyśmy żyli w zupełnie dowolnym stylu 24.05.2010
  5. o piątej cudownie ptaki – drozd, kos i słowik kroki – senny, piękny i miarowy melancholii dziurawe wiadra ja – cudownie obcy którego byle szczur czy kot mógłby legitymować przemykam na stację benzynową zupełnie sam przemykam opłotkami jak Kaligula po Rzymie jak Kaligula pełen żądzy smutny ze złości między blokami z ochry pod niebem z tojadu nim wyjdą pierwsi robotnicy (na własną zgubę) nim zacznie warczeć moloch miasta nim znowu wyznam (a wyznam) jak wielkim grzechem jest żyć dzisiaj odmawiam odmawiam uroczyście mojego udziału przemykam jak Kaligula z butelką jedną i drugą wracam do dzieła niewyobrażalnego a mózg topnieje – ma smak wanilii działa odwiecznych świętych bez boga i liturgii umacniać wały świata co tylko jest ideą sylogizmy smutku cnotę czystości wizje z gadającym aniołem – wyznaję (a słuchają: drozd, kos i słowik) wierzę w pracę Syzyfa nad mękami Tantala 3.08.2023, Warszawa
  6. dziś błagam o słabość o najmniejszy pył co mnie rozbudzi jak jesień: łzy i miękkie gardło od płaczu nocą tam pod lampą białą na ciepłym asfalcie rozczulenie gorące bo okno bo drzewo szkarłatne białe wino i mówisz słowa jak białe wiersze na własnej planecie przez godzinę mamy własne dzieje aniołów kronikarzy i trajektorie sensu w konwulsjach zbuntowani na śmierć bardzo groźne słowa mówimy wyższym od nas na przekór od czego wszechświat fałduje się i jęczy my jedyna treść nocy myśli białe od wina jedyne do jakich modlić będą się epoki 30.07.2023, Warszawa
  7. nikt nie pocieszy pustych butelek szampana to ostatnie co ocalało po potężnym narodzie delikatne pożądanie grozy podróżnik z przypadku w przypadkowym kraju – myślałem o piątej nad ranem sycąc się świtem dostojnym i słodkim w nim każda możliwość także ta że głodny o czerwonych oczach obolały nieufnością do kobiet wychodząc na bulwar ujrzę Francję w pamięci jednego człowieka toczą się dzieje jakby mijał sezon i nagle cichnie bal co miał nas w radosnej opiece wiatr nad ranem miota papierkiem i ze zdumieniem odkrywamy że skończyły się świeże owoce zrobię więc co mogę zrobić wypalę papierosa i spróbuję zasnąć potrwa to jeszcze z godzinę: Paryż zdumiony jak zdobyta Alhambra niektórych czasem porusza los serca złamanego w dążeniu nikomu nie żal pustych butelek 2016
  8. przefiltrowane złudzenia marzenia nadzieje nie ma najmniejszej szansy bo nie ma powtarzam nie ma najmniejszej szansy powiedzieć coś absolutnie a nie po polsku: lato upał z kryształu i miodu spotykam się z ukrainką cudowną cudowne ciało i młodość z kryształu i miodu po seksie palimy lucky striki czerwone na balkonie wieżowce i pałac kultury oaza pośrodku mej nędznej duszy: z nią i czarnym chevroletem ukazałby się mój prestiż wzdycham przez sekundę czuję szczęście rozmawiamy po rosyjsku i czasem nawet patrzymy sobie w oczy nasze noce nie zostaną gwiazdą rock & rolla i nikt tego nie przeczyta w historii powszechnej: jak ona kombinuje żeby złapać bogatszego faceta jak ja kombinuję – łapiąc ją za jędrny tyłek – żeby kupić czarnego chevroleta 25.06.2023, Warszawa
  9. Jeśli chodzi o życie zawsze byłem lepszy w teorii niż w praktyce. Kiedy miałem czternaście lat z jakiegoś do tej pory dla mnie niezrozumiałego powodu zostałem wyzwany na solówkę przez najgorszego patusa w szkole. Chłopak był o rok młodszy i o głowę niższy, ale czuł się bardzo pewnie, bo jego ojciec był znanym kryminalistą. W moim mniemaniu oznaczało to, że w razie potrzeby dokończy solówę za synka. Nie martwiłem się tym za bardzo. To, co mnie naprawdę gnębiło to bezsens całej sytuacji. Nie rozumiałem, dlaczego miałbym się bić z kimkolwiek. Wyzwiska nie robiły na mnie wrażenia, bo wiedziałem że po drugiej stronie mam przed sobą kompletnych idiotów. W zupełnie naturalny sposób czułem się od nich lepszy i to w całkowicie mi wystarczało. Nie mogli poruszyć ani mojego honoru ani mojej ambicji, bo po prostu nie dosięgali do mojego poziomu. Nie poszedłem się bić. Tego wieczora wziąłem na kolana Heroizm i przekonałem się, że jest gorzki. Znieważyłem go. Tak właśnie się stało. Już do końca szkoły byłem wyśmiewany jako tchórz. Zdałem sobie wtedy sprawę, że ze swojego życia nie wyrzeźbię figury lidera, polityka, wojownika ani nikogo w tym rodzaju. Bo bycie liderem wymaga publiki i spełniania jej oczekiwań. Heros nigdy nie prowadzi stada, lecz wiernie za nim podąża. Łasi się jak pies, byle otrzymać poklask gawiedzi. Postanowiłem, że nigdy nie będę pozować na człowieka czynu. Chciałem tworzyć rzeczywistość, a nie być przez nią tworzony. Poszedłem do biblioteki i wypożyczyłem którąś z powieści Vargasa Llosy, chyba „Święto kozła”. Uciekłem na cmentarz, w najdalszy róg, gdzie były malutkie krzyże i nagrobki i gdzie pochowane były dzieci. Nikt tu nie chodził i nikt nie mógł mi tu przeszkadzać. Czytałem książkę przez cały dzień, aż do wieczora, a potem postanowiłem, że zostanę pisarzem. Może również dlatego (z powodu niepraktycznego nastawienia do codziennego życia i ciągot twórczych) tak duże nadzieje wiązałem ze śmiercią: dwie próby samobójcze, a potem lata autodestrukcji. Jakimś cudem w międzyczasie skończyłem studia i zrobiłem dość błyskotliwą karierę w tak zwanych mediach. Pamiętam, że bardzo dużo czytałem wtedy na temat śmierci. Ten temat fascynował mnie przez lata - inspirujący temat dla niewtajemniczonego, jakim byłem, lecz wierzcie mi – czarny romantyzm to kupa gówna. Egzystencjaliści na przykład uważali, że lęk przed śmiercią jest nieustannie obecny i jest tak wielki, że wypełnia każdą sytuację. Oddychamy śmiercią, bytujemy ku nicości. Już z daleka czuć pseudointelektualnym farmazonem, który może uwieść tylko nadwrażliwe nastolatki. Śmierć nigdy nie mogła mnie przerazić ani zmotywować, pomimo że wciąż po cichu na to liczyłem. Wierzę, że jest coś po drugiej stronie, ale to bez znaczenia, jeśli wciąż jest się żywym i trzeba działać. W tej perspektywie liczy się tylko idea końca, która dla mnie jest tak bardzo abstrakcyjna, że nie potrafię z nią związać żadnych emocji. Ale w końcu i mi się to na serio przytrafiło: w wieku dwudziestu pięciu lat leżę półprzytomny w kałuży własnej krwi i wiem, że umieram. Słabość i lekkość zarazem. Jakie wszystko robi się śmieszne i małe w tej chwili. Nic naprawdę nie ma znaczenia. Z całą jasnością zrozumiałem, że mieć wyjebane to za mało. Najbardziej śmieszny byłem ja sam, zupełnie nieważny, nieistotny, już prawie nieistniejący. Nie mam pojęcia dlaczego, ale zacząłem wtedy myśleć o morskich głębinach. Tyle zbędnej szamotaniny na tym świecie, a wciąż istnieją rejony całkowicie nieczułe na ludzkie sprawy. I to nie gdzieś daleko, w kosmosie, ale tu na Ziemi. Dlaczego nie żyłem jak eremita? Los nie oszczędził mi daru filozofowania, więc to życie było dla mnie cały czas dostępne. Czemu strawiłem życie na uganianiu się za politycznymi przepychankami, które chwile po swoim rozbłysku nikogo już, nawet mnie, nie obchodzą? Tak. Jedyne czego żałowałem w chwili śmierci to to, że nigdy nie nurkowałem głęboko w oceanie. Strasznie to głupie, kiedy dziś o tym myślę. Nigdy wcześniej nawet nie pomyślałem o oceanie, ale mózg ma swoje ścieżki. Ostatecznie nie umarłem. Śmierć też mi nie wyszła. Nadal pozostaje mi jedynie teoria na temat życia. Siedzę więc z bandażem na głowie, ręką w gipsie (lewą) i piszę te słowa na maszynie do pisania, która bez przerwy się zacina. Nie mam laptopa i nie używam telefonu. Wygnany z miasta, którego sprawami żyłem przez lata czuję się jak rozbitek na bezludnej wyspie. Kusi mnie los Alcybiadesa: zmienić strony, byleby znowu włączyć się w wir wydarzeń. Wychodzi na to, że lojalny jestem tylko wobec własnego układu hormonalnego, szczególnie tej jego części odpowiedzialnej za produkcję adrenaliny. Nawet jeśli jestem tylko teoretykiem życia potrzebuję zdarzeń, abym miał świeże kęsy do przeżuwania. Należę do tego samego gatunku, co bąkojad. Ze swojej dziupli sfruwam miękko na grzbiet społeczeństwa i żywię się jego pasożytami. Pożar, rewolta, morderstwo. Nie wiem dokąd zaprowadzi mnie mój żywiciel. Tak naprawdę nie łączy nas nic więcej, niż wspólnota interesów. Ja pochłaniam zdarzenia, ludzie dostają gorące historie, które przez moment dają im poczucie wtajemniczenia w arkana wyższego świata. Nie ma tu empatii ani, broń mnie panie Boże, jakiejś misji. Pracuję w biznesie rozrywkowym. Nigdy nie zawiodła mnie solidna profesja błazna, za to znam wielu rozgoryczonych błaznów, którzy sądzą, że są kapłanami. Nigdy nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby uwierzyć w te bzdury o „wyższym powołaniu”. Ktoś, kto przez swoją pracę pragnie nieść masom kaganek oświaty wychodzi z fundamentalnie błędnego założenia: aby zmienić myślenie jakiejś osoby osoba ta musi być w ogóle zdolna przeprowadzać jakiekolwiek rozumowanie. Teraz nie robię nic. Wegetuję. W mieście jedyne co na mnie czeka, to wyrok śmierci. Biłem się po przegranej stronie. Zostałem banitą. Muszę czekać. Obserwując moje ukochane miasto z daleka czuję, jak odpływają ode mnie życiodajne siły. Z prowincji na los metropolii patrzę, jak przechodzień zerkający przez kratki w płocie lokalnego krezusa. Widać fragmenty ogrodu, tarasy w różach i służbę, która niesie pościel do prania. Mijasz marmurowe ogrodzenie i wiesz tylko tyle, że to co się dzieje po drugiej stronie nigdy nie będzie twoim udziałem. Tam jest świat, który rządzi się swoimi regułami, które zaledwie przeczuwasz, nie rozumiejąc ich wcale. Czujesz trochę zawiści, trochę tęsknoty, lekkie rozgoryczenie. Ale potem idziesz dalej i znowu widzisz przeciętność, biedę i głupotę, i pocieszasz się w sercu, że jednak nie ciąży ci ten cały anturaż luksusu. Jesteś anonimowy i nikt nic od ciebie nie chce. Możesz robić nawet bardzo brzydkie rzeczy i nikogo to nie obchodzi. Cieszysz się, że jesteś nikim. Tym właśnie się stałem, lądując poza miastem, gdy tam trwa apogeum rewolucji. Mój nosorożcu, czemuś mnie opuścił. Zabierz mnie z powrotem na swój grzbiet! Żyłem z tobą wiernie w symbiozie, a ty zrzuciłeś mnie ze swojego karku na jakiejś zatęchłej pustyni. Mogę tutaj robić wszystko, oprócz robienia swojej roboty. Oprócz bycia tym, kim naprawdę jestem. A jestem bajkopisarzem, czyli tak zwanym dziennikarzem. Zatem w dzień śpię, przesypiając upał i melancholijną jesień w sierpniu. Spektakularne lato właśnie się kończy i nie chcę na to patrzeć. Gdy się budzę jest już prawie ciemno i nad okolicą unosi się cieniutka mgła. Robię parę przysiadów na rozgrzewkę, piję najtańszą kawę rozpuszczalną, zakładam czarny sweter i uciekam z mojego ciasnego małego pokoiku na piętrze. Hotel „Victoria”, gdzie mieszkam, to szereg blaszanych bud na obrzeżach miasteczka. Stoją w rzędzie i ciągną się do końca ślepej uliczki, za którą są już tylko tereny kolejowe i olbrzymie betonowe place po jakichś fabrykach z minionych czasów świetności. Pod lampą nad drzwiami wejściowymi zawsze tańczy karuzel owadów. W okolicy są bagna i stawy rybne, gdzie o każdej porze można spotkać wąsatego wędkarza w kaloszach, przyczepionego do stawu ze swoją wędką jak mityczny artefakt. Nie mam tu nikomu nic do zaoferowania. Sklepy są jeszcze otwarte. Idę do supermarketu, który o tej godzinie jest opustoszały. Zdaje się, że to jedyny supermarket w promieniu wielu kilometrów. Gdy wchodzę do środka czuję, że nie ma nic naglącego. Mijam półki jako tako zaopatrzone w towary. Widzę czerwoną łunę za szybą, która ogarnia całą okolicę i czuję boskie znużenie. Jest coś kojącego w tych niezmiernie długich i wysokich półkach z towarami. Spokój i obfitość. Jakiś nadmierny dobrobyt pulsuje w sercu tej epoki. Ten dobrobyt to nowotwór, który zdradliwie zabija każdego z nas. Kupuję butelkę wódki i zgrzewkę piwa na kaca, bochenek chleba i kilka drobiazgów. Potem wychodzę na ulicę i włóczę się całą noc. Mam tu już swoje rewiry i znają mnie wszyscy lokalni pijacy i inne szumowiny. Cieszę się tu sporą popularnością. Dostaję zaproszenia na libacje, które trwają bez końca i na których występuję, a jakże inaczej, w roli błazna. Gdy nad ranem jestem już pijany wlokę się z moim plecakiem do pokoiku na piętrze. Gadam coś sam do siebie o jakiejś teoriach socjologicznych albo o filozofii. Jestem swoim najlepszym kompanem do rozmowy. Podśpiewuję glam-rockowe piosenki i oglądam to nieszczęsne miasteczko, utopione w swojej nędzy i beznadziei, podobnie jak ja. Tu nie ma rewolucji i wszystko toczy się po staremu. Jedyne, co wciąż tu funkcjonuje to sklepy „dwa cztery”, zagraniczne dyskonty i biurokracja, która w odpowiednim czasie na każdym położy swoją łapę. Piję, aby przetrwać czyściec, który jest gorszym miejscem od piekła – w czyśćcu cierpi się tak samo, ale wciąż odurzasz się pustą, bezużyteczną nadzieją. Czekam na posłańca, który przybędzie i zabierze mnie z powrotem do domu. Być może to już czas, żeby przestać pić i samemu pomyśleć o drodze powrotnej na własną rękę. Lecz zanim pojawia się ten drogocenny wniosek zasypiam. Jeśli śni mi się cokolwiek, są to zawsze przyjaciele z dzieciństwa.
  10. Pamięci Johna Berryman'a rzewne głosy Zatroskanych – cały poczet z Onufrym na czele lecz za nico ponad dychę kupowałem już bilet do raju (klasa biznes w jedną stronę) skomplikowana transakcja trochę jak instrumenty pochodne: Asia (jej jędrne piersi przede wszystkim), parę puszek mocnego piwa – katalizator dopaminy który wyważał z futryną wejścia awaryjne do niebios myśli trzeba było posmarować, tak samo emocje – umysł już od dawna był na tropie Asia nazywała to „strojeniem gitary” na co odpowiadałem „w porządku” ta święta forma, istnienie w lewitacji, potrzebowało oczywiście swojej istoty: strumień wrażeń z lektur, gdzieś smętny glam rock w tle i noce, ich nieskończone utrapienie – opatulałem się w ciepły, miękki smutek który co jakiś czas zatruwały zapachy Rozsądku i Opinii Innych zawsze kiedy już wlałem w siebie odpowiednią miarkę spirytusowej lury tam obok czarnych topól i gnijącej fury śmieci (najpiękniejsza speluna świata!) zgodnie z przewidywaniami wiadomość nadbiegła od Onufrego: - znowu zawaliłeś - pisał rozmijaliśmy się jednak i tym razem ja stercząc w miejscu „strata” a on wciąż krążąc swoim drogim samochodem od „statusu społecznego” przez jakieś nieznane mi rewiry aż do „pieniędzy” które nie były żadną lokalizacją z mojej prywatnej geografii drobne z portfela można przecież zamienić na jakiekolwiek cudowne wspomnienie – do wspomnień mogłem wrócić i szukać wsparcia, u druha mego Onufrego – niekoniecznie tamta noc była paliwem dla kolejnej, podobnej – rekurencja, która żywot zamienia we fraktal czarnych pulsujących zwierząt ja w jego środku, w środku tej nieobjawionej krainy, wierny sobie rozdaję siebie hojnie na pożarcie wciąż przegrywam aby zyskać cokolwiek i nim się obejrzę topnieje śnieg a zima mija 5.12.2022, Warszawa
  11. nie ma większej radości a sumienie drapie jak złośliwy szczur że nie ma większej radości bo nie ma większej radości nie raz już byłem tu ta ulica pijana chodziła po mieście ja z nią, ty ze mną zawędrowaliśmy w tak dobre strony nie chcę się powtarzać ale nie raz już przeżyłem sierpień karawan zwiędłych liści jak cichy triumf serca. nie jest to moja pierwsza jesień w sierpniu: moje myśli dostojnie (w melonikach) niespieszno (na welocypedach) wędrują do ciebie nie znam większej radości niż jesień w sierpniu 08.2016, bazar na Kole, Warszawa
  12. nie puszczaj mnie nie puszczaj mnie kiedy mnie tak kochasz kiedy masz tak piękną twarz przezroczyste dłonie ciało jak pacierz religie mijają eony mijają co z nas zostanie tyle tylko: nikt nie wmówi mi że te dni nie były nasze 2015, Warszawa
  13. mówiłaś mi jak zagoić ranę która nie chce się goić byłabyś dobra na mój alkoholizm na mój alkoholizm oraz moje serce ale my nie rozmawialiśmy o życiu ani o trzech sercach które masz jedno dla siebie jedno dla przyjaciół wokół ciebie jedno zmarnowane jak moje nie rozmawialiśmy o filmach o dniach i wieczorach ani o twoich przygodach więc przez kwadrans nie było nic oprócz rany która zniknie 08.2016, Garbatka Letnisko
  14. oto konstelacja złośliwej Tyzyfone jej orbity szlachetne uzbrojone w Porządek spójrz spójrz ale w istocie gdyby nie ojciec alkoholik co się zabił w morelowym sadzie (kto tak krzywdzi swoje dziecko?) monstrualne Wszystko byłoby Inne o to Inne cały płacz narkotyki alkohol trzy razy zgwałcona i poronienia potem a potem jeszcze trzy próby samobójcze pocięty nadgarstek wreszcie zabite sumienie to on twój ojciec wprowadził cię w żywot tej pradawnej formy cierpienia czarnej rozpaczy dalej szło już gładko na scenie owszem rozgardiasz kompletne pomieszanie ról więc tak raz bywasz swoją własną matką raz własną krzywdą to znowu Winą w końcu też zjawiłem się ja (inaczej być nie mogło po morelowym sadzie) patrol drogowy deluxe co holuje przez stromizny Młodości i Miasta w ambulansie dodatkowo zastrzyki z esencjonalizmu katolicyzm w saszetkach i rzecz jasna wieczność w greckich tiulach cóż gdy jednak po Beatlesach bawimy się (jak pisze Larkin) w Inną jeszcze grę „grę która gwarantuje każdemu wygraną” czyli lukrowany happyend w nagrodę za istnienie tej gry nie znałem dlatego gdy spokojnie mijaliśmy któryś zakręt moim rozklekotanym wozem drętwiałaś od dreszczy świata w pożodze furie płomienie płomienie pożrą Wszystko prócz tego cholernego morelowego sadu 16.11.2020, Opoczno
  15. Umrę i czeka mnie niepamięć. Ale nie taka jak dla Stachury. Nie taka jaką ma Pessoa. Moja będzie z tego kurzu zdeptanego w Ursusie. Z przygód i scen przelatujących przez głowę gdy się widzi opuszczone hangary i wielkie okna w agonii. I z alkoholu, który jest ostatnim ratunkiem przed alkoholem. Mam żonę i córkę. Liczę też na przyjaciół. Miejsce, gdzie stoję jest jak liść, który dla kaprysu zostanie zerwany. Będzie z tego jesień do wspominania. Jak ta, gdy zaczynaliśmy szkołę. 27.08.2017, Warszawa
  16. o trzeciej jest mróz i pies siedzi okrakiem na budzie patrzy sennie na światła autostrady zza zakrętu wyjeżdża kosmiczny kombajn i mieli ludzkie kości - proszę pana, wołam proszę pana, a ja? splunął i pojechał bez słowa - przepraszam, nie chciałem się narzucać zawstydzony w ślepej uliczce (kocie łby, czarne krzewy) kombinuję co dalej - następnym razem wezmę go z zaskoczenia za to wznoszę toast do Wenus i Ceres - to jest wódka - objaśniam znudzony pies kiwa sennie głową
  17. Dewon i arkadia – snuję się Dużo kroków i wiele nocy Aby trafić na tę jedyną Hańbę, wódkę tak oryginalną Sznur starodawnych wzruszeń Bo płakałem już w ten sposób – Biedny rybak w płonącym Egipcie: Nic nie można zmienić Tychizm – kopię w ziemi Trudy Syzyfa nad mękami Tantala Rozkopuję groby moich małych Przepoczwarzeń. Krypty epok Ze słońca i soli. Twoje piersi Dopiero teraz mają siłę – złote monety w glinianej wazie – co znaczy że odtąd było inaczej Dewon i arkadia – spadam Echo, wieczny fraktal. Różne wrażenia i rozmowy Z duchami. Choć gdybym miał Ci to objaśnić, przetłumaczyć: Gondole spiskowców cumują Zuchwale, ładunek dopaminy, Co wsiąka jak stempel W ciało wszechświata. 18.09.2022, Warszawa
  18. że nie będzie wieczoru że nie było nocy nie to i nie tędy lubiłem stary ruski tytoń i wolny wschód księżyca nad tą polską Niziną. lubiłem nasze długie rozmowy. dłoń człowieka powtarzającą gesty człowieka. teraz, jakbym pierwszy raz czytał „Umiłowanie”. albo à Kempisa. a tam, między wierszami – nostalgię za stratą, w półcieniu że życie pełniejsze o, pełniejsze! na wieczność nie nam dane; jak płonący magnez wśród suchych kwiatów – gdzieś pomiędzy piątą a naszą szóstą wódką był ten punkt – jednoznaczny, ciemny, gdzie wiatr też przystawał. nie mówiliśmy – myśl przywiązana do bażanciego ogona błąkała się między sosnami: że nie będzie wieczoru że nie było nocy, nie było poranka – i milczeliśmy razem o tej jałowej tajemnicy. 21.12.2016, Warszawa
  19. Jestem adoptowanym synem wymarłej rasy Dla nich ostatnie królestwo śmierci Dla mnie hańba bezpotomnego rodu grób biały od koloru czaszki Pełnię rolę prokuratora wśród starych alei gdzie stare drzewa dają złudzenie niezależności I te zaklęcia od świętego Tomasza istota nie ma siły bez istnienia mówię grzesząc pychą Nawet w żałobie by coś ważyła trzeba współtowarzyszy A ja muszę dawać znaki jakie oni znają mówić językiem jakim oni mówią Mogę na przykład zmienić dietę na plaster miodu trawę i szarańczę Oto gorzkie wspomnienie był czas że z patosem rozdawałem dni duszę zaplątaną w takie czcze gnicie Czas ciepłej młodości Ulga ducha jedynie z powodu biologii 11.08.2017, Warszawa
  20. Kiedy dorosłem Do cmentarza szło się niewybrukowaną drogą. Po jednej stronie rosły chwasty i drzewa, po drugiej stał betonowy płot cmentarza. Miałem 10 lat (teraz mam 11) i chodziłem tam często, bo właśnie umarł mój stary. Jego trumnę złożyli w tym samym grobie, co trumny babci i dziadka, i właśnie do tego grobu często chodziłem, prawie codziennie. Stał on w połowie bardzo wąskiej alejki, gdzieś tam, gdzie rosło duże drzewo i gdy przychodziłem, zbierałem liście, które spadły na płytę tego szarego nagrobka. Sam nie wiem, ale właśnie takimi sprawami się zajmowałem, wyrywałem trawę dookoła, nabierałem do butelki wodę z kranu przy bramie i szorowałem grób szczotkę, która leżała obok albo zbierałem liście. Grób mi się nie podobał, był zrobiony z szarego kamienia, który wyglądał, jakby był brudny, choć wiem, że wcale nie był, bo szorowałem go już wtedy kilka razy wcześniej. Kiedy umarł mój stary, zaczynała się szkoła, a ja przez trzy dni nie chodziłem. Potem nauczyciele bardzo mi współczuli i pytali się, czy mogą mi jakoś pomóc. Oczywiście, teraz wiem, że wszyscy udawali. Z wyjątkiem pana od WF-u, który od teraz zawsze pozwalał nam grać w piłkę nożną, bo wiedział, że bardzo to lubię. Nie tylko zresztą ja, wszyscy chłopacy to lubili. A więc graliśmy całą jesień, ale to zupełnie inna historia. Kumple też się pytali, jak mi leci bez ojca. Trochę bez sensu, bo kilku z nich już jakoś żyło bez ojca, bo ich matki się rozwiodły. Ale to tylko przykład. Nie jestem głupi i rozumiem przecież, że nie o to chodzi. Na pierwszy rzut oka widać, że to nie to samo. A więc cóż, ja sobie radziłem. Jeśli chodzi o mojego starego, to miał on duży zarost, bo nie lubił się golić, pił piwo i pracował na kolei, ale nie wiem, co tam robił. Raz zabrał mnie na mecz, ale pod koniec strasznie się zdenerwował, bo nasza drużyna, czyli Legia, strasznie przegrywała (przegrała 4:1) i kupił mi bilet autobusowy, żebym wrócił sam, a on poszedł gdzieś z kolegami. Pewnie do baru. To tylko jedna historia. Pamiętam kilka takich, a nawet wiele. Chyba po prostu nie ma sensu tego wszystkiego opisywać. Nawet, gdybym opisał wszystko, co pamiętam, to moim zdaniem, i tak mało kto połapałby się, kim naprawdę był mój stary. Takie sprawy są skomplikowane. Albo ktoś tego nie rozumie albo ktoś to rozumie, ale tak czy inaczej tłumaczenie nic nie pomoże. Rzecz w tym, że polubiłem to włóczenie się po cmentarzu. Jestem sam i nikt nie zawraca mi głowy. Kiedy wracam do domu i mówię matce, że byłem na cmentarzu, ona patrzy na mnie przez chwilę, wzdycha i mówi, żebym się już nie martwił. Wcale się nie martwię, kurde, czy nikt tego nie może pojąć? Przez pierwsze dni wszyscy w kółko powtarzali to samo, a szczytem wszystkiego była pani na stołówce, która mówiła, że od tych zmartwień na pewno jestem bardzo głodny. Myślę, że gdyby dookoła mi nie powtarzali tego samego, to może faktycznie bym się zmartwił. Ale tak – to wyglądało, jakby oni bardzo chcieli, żebym był smutny, a ja wcale nie miałem na to ochoty. Dziwne, bo wydaje mi się, że oprócz mnie, prawie wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt nie potrafił ustąpić. I tak dokuczaliśmy sobie nawzajem przez te pierwsze dni. Po cmentarzu włóczyłem się też czasem wieczorami. Ładnie to wygląda. Widziałem kiedyś film, w którym okręt płynął nocą po oceanie. Wszędzie było ciemno, niebo było ciemno granatowe, a okręt prawie czarny. Było widać tylko pomarańczowe i żółte okienka na pokładzie. Z tym mi się to właśnie kojarzy, tutaj widać te same kolory i jeśli się zastanowić, to niewiele trzeba, by naprawdę pomyśleć o tym wszystkim w ten sposób. Wiem, że nie powinno się tak myśleć o cmentarzu i kiedy wychodzę, mówię przy bramie „Ojcze nasz”, żeby Bóg mi wybaczył. Panie Boże, wiesz, że nie mam złych intencji, ale nic nie poradzę. Takie właśnie mam skojarzenia. Wytłumaczyłem to kiedyś dokładnie księdzu, kiedy się spowiadałem. Powiedział mi, że to nic złego, że Bóg obdarował mnie wspaniałą wyobraźnią i cieszy się, kiedy z niej tak korzystam i jeśli mam więcej takich skojarzeń to mógłbym pisać wiersze. Bzdura. Pewnie miał na myśli Mickiewicza albo coś takiego, a ja tego nie czytałem i w ogóle rozumiem tych rzeczy. Poza tym to nie wyobraźnia. Po prostu kiedyś obejrzałem film i mi się skojarzyło. W alejce obok, trochę bliżej płotu, po przekątnej od grobu ojca, znalazłem grób pewnej dziewczyny. Nie wiem dlaczego, ale od razu rzucił mi się w oczy. Miała 16 lat, kiedy umarła lub raczej zginęła, bo na dole, pod imieniem i nazwiskiem, datami, napisane jest: „zginęła śmiercią męczeńską”. W 1983. I właśnie, skoro już wspomniałem o wyobraźni, to tych dwóch rzeczy w ogóle sobie nie wyobrażam. Po pierwsze, co to znaczy, że „zginęła śmiercią męczeńską”. To może znaczyć bardzo wiele spraw, ale w sumie nie znaczy nic konkretnego. Komuś, kto kazał to wyryć na nagrobku widocznie zależało, by brzmiało to tajemniczo i trochę groźnie. I osiągnął, co zamierzał, bo właśnie te słowa zatrzymały mnie przy tym grobie. Poza tym nie wyobrażam sobie, jak to jest mieć 16 lat w 1983 roku. Jasne, nie mam jeszcze 16 lat. No ale, tak samo nie wyobrażam sobie, co miałoby znaczyć, że ktoś ma 11 albo 12 lat w 1983. Naprawdę. Nienawidzę, gdy ktoś opowiada mi historię albo gdy czytam jakąś opowieść w książce i na samym początku nie jest powiedziane, kiedy się ona dzieje. Wtedy człowiek rozumie jakby lepiej, tak mi się wydaje, a przynajmniej ja tak mam. Nigdy nie czytałem książki o 1983 roku, nikt chyba takiej książki nigdy nie napisał. Jeśli komuś wydaje się to zabawne, to znaczy, że nigdy się nad tymi sprawami w ogóle nie zastanawiał. Kończył się wrzesień, robiło się chłodno, a poza tym nauczyciele mówili, że opuściłem się w nauce, bo nie odrabiam lekcji. Więc chciałem na jakiś czas zaprzestać chodzenia na cmentarz, przynajmniej dopóki w szkole mi nie odpuszczą. Był piątek, i prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, która była godzina, ale było już całkiem ciemno i na ulicy paliły się latarnie. Powinienem już spać i właśnie to zamierzałem zrobić, bo przebrałem się w piżamę i leżałem w łóżku z zamkniętymi oczami już jakąś godzinę, ale nie mogłem zasnąć. Chyba jednak nie było tak strasznie późno, bo z sąsiedniego bloku słyszałem radio i muzykę, ale przez zamknięte okno nie było słychać wyraźnie. Ktoś wrzeszczał na ulicy, a kilka osób się śmiało. Wstałem, zdjąłem piżamę, założyłem moje dżinsy, bluzkę i sweter, i tenisówki, w których chodzę po szkole. W domu było cicho, a światło w przedpokoju było zgaszone. Pomyślałem, że ponieważ dziś jest piątek, matka pozwoli mi wyjść do kolegi, który mieszkał kilka numerów dalej. Zamierzałem jej powiedzieć, że chcę oddać piłkę, którą od niego pożyczyłem, a on będzie jej potrzebował rano, a mnie rano nie chce się wstawać, więc pójdę szybko do niego, oddam mu piłkę, bo obiecałem że zrobię to już wczoraj, ale zapomniałem, i szybko wrócę. Tak naprawdę chciałem po raz ostatni zobaczyć grób starego, no i cały cmentarz, który o tej porze jak dla mnie wyglądał absolutnie spektakularnie. Wziąłem piłkę pod pachę. W przedpokoju i w kuchni światło było zgaszone. W sypialni rodziców też. Pachniało rybą, którą jedliśmy popołudniu. Stanąłem bez ruchu i słuchałem. Zupełnie cicho. Owszem, coś chrobotało, ale wiedziałem, że to nasza sąsiadka odkurza swoje mieszkanie. Robiła to kilka razy dziennie. Choć fakt, że miała dwa psy, duże owczarki niemieckie, które bez przerwy liniały. Otworzyłem drzwi sypialni i cicho zawołałem, a potem zapaliłem światło. Łóżko było posłane, jak zwykle bardzo starannie, jednym słowem, oprócz mnie, nikogo nie było w domu. Matka najwidoczniej gdzieś wyszła. Ciężko powiedzieć, co wtedy poczułem. Z jednej strony, zwłaszcza po śmierci starego, nigdy nie wychodziłem z pokoju o tej porze. Gdy o tym pomyślałem, podszedłem do szafy przy łóżku, gdzie stał budzik, sprawdzić która jest godzina. Było dziesięć po jedenastej. Kurde. Zazwyczaj, gdy nie mogłem spać , zapalałem lampkę nad łóżkiem i przeglądałem zdjęcia w encyklopedii. Znałem je wszystkie na pamięć i z tego powodu chwaliłem się kolegom, że umiem na pamięć całą encyklopedię. Trochę to głupie, ale zdaje się, że kilku z nich w to uwierzyło, a i ja chyba po trochu w to wierzyłem. Teraz byłem w domu sam i wydawało się, że mogę iść, gdzie tylko mi się podoba. Od razu przyszło mi do głowy, że mógłbym na przykład pójść na przystanek, który był przy aptece i pojechać autobusem do Śródmieścia, a tam załatwiałbym jakieś interesy, tak jak to robią zawsze w filmach kryminalnych albo komiksach. Zobaczyłem taki obrazek: przystanek, pomarańczowe latarnie na ulicy, a później szeroką jezdnię, gdzie po obu stronach najpierw jest parking, potem chodnik, potem stare drzewa i bardzo szeroki trawnik i dopiero potem bloki, chyba na dziesięć pięter. Szedłem tą ulicą kiedyś z ojcem i kiedy myślałem o tym, jak naprawdę wygląda centrum miasta widziałem tę ulicę albo stację kolejową w podziemiach. Co prawda nie miałem zupełnie chęci jechać gdzieś daleko, po prostu było całkiem oszałamiające, że gdybym chciał to właśnie tak by się stało. To od razu skojarzyło mi się z czymś, nad czym wiele razy się zastanawiałem. Po co właściwie ludzie świętują co roku tego samego dnia swoje urodziny. To znaczy, dlaczego właściwie muszą to robić? Kiedyś mój najlepszy kumpel powiedział mi, że wcale nie chciał mieć urodzin, bo nie był w humorze na takie rzeczy i powiedział o tym rodzicom, a kiedy przyszło co do czego i on faktycznie nie chciał, matka na niego nakrzyczała, że wszystko przygotowane, wszyscy się dla niego bardzo poświęcają i tak dalej. No więc zdmuchnął świeczki i potem wszyscy zjedli po kawałku tortu. Mnie przydarzyło się coś podobnego, ale nie w tym rzecz. To całkiem nieistotne, że mamy o jeden rok więcej. Nikomu tego nie mówiłem, ale mi zdaje się, że do tej pory nie rosłem, aż do poprzedniego lata, gdy na kolonii graliśmy w pewną grę, gdzie trzeba się było dobrać w pary i jedna dziewczyna trzymała mnie za rękę. Wiem, że bardzo podobała się wszystkim chłopakom, a ona mnie właśnie podczas tej zabawy trzymała za rękę. Gadaliśmy później i w ogóle świetnie się bawiłem i ona też. Kurde, wydawało mi się później, jakbym wtedy dopiero skończył te wszystkie lata, które miałem i, jakby to powiedzieć, wydoroślał jeszcze ze dwa razy. Ale szkoda opowiadać, bo mało kto zna się na tych sprawach. Opowiedziałem tę historię temu kumplowi, co nie chciał urodzin, a on mi powiedział, że nie o tym myślał, ale że po prostu bolała go głowa. Słowo! Co za kretyn. Gdy tak stałem w sypialni rodziców i myślałem o tych wszystkich sprawach, prawie uciekło mi z głowy, co w ogóle planowałem zrobić. Zgasiłem więc światło. Drzwi wejściowe nie były zamknięte na klucz. Nie wiedziałem, czy mam je zamknąć czy nie, ale naturalne wydawało mi się zostawić je niezamknięte, tak jak były. Zbiegłem po schodach, przeszedłem przez podwórze i ruszyłem do przejścia pod torami przy stacji kolejowej. Stamtąd dopiero można było kierować się prosto na cmentarz. Nie było tak chłodno, jak się spodziewałem, jednak mimo wszystko mogłem jeszcze coś na siebie założyć. Dopiero na końcu ulicy, gdy byłem przy dużym placu, skąd było już widać stację kolejową, spostrzegłem, że taszczę ze sobą piłkę, która była mi teraz zupełnie do niczego nie potrzebna. Nie wiedziałem, co z nią zrobić, aż w końcu postanowiłem zawrócić jakieś sto pięćdziesiąt metrów, do domu, gdzie mieszkał mój kolega i przerzucić mu tę piłkę przez ogrodzenie. Gdy szedłem w tamtą stronę zobaczyłem z naprzeciwka grupę chłopaków, starszych ode mnie, którzy już nie chodzili do naszej szkoły. Kilku chłopaków z mojej klasy zadawało się z nimi, ale ja czułem, że lepiej nie mieć z nimi nic wspólnego. Było za późno, głupio by wyglądało, gdybym teraz zawrócił albo przeszedł na drugą stronę ulicy. - Hej, masz szlugi? – powiedział jeden z nich, najgrubszy i okropnie pryszczaty. Nie wiedziałem, co to są szlugi, dlatego powiedziałem, że nie mam. - A masz piłkę? – zapytał inny. Zorientowałem się doskonale, co się szykuje i zacząłem się zastanawiać, czy potrafię biegać szybciej od nich i gdzie ewentualnie mogę się ukryć. Źle to wyglądało. Jeśli nawet nie wszyscy, to któryś na pewno musiał biegać na tyle szybko, żeby na dłuższym dystansie mnie dogonić. - Jaką piłkę? – odpowiedziałem, a oni wszyscy się zaśmiali. Później zaczęli przeklinać jeden przez drugiego i któryś wyrwał mi piłkę z rąk. - Tę piłkę. Masz tę piłkę? - Tak. To moja piłka. Znowu zaczęli się śmiać, nie wiem z czego. Albo może czuli, że w jakiś sposób jest to zabawne, tak jak ja w tej chwili czułem się z jakiegoś powodu głupio, aż mnie ściskało w gardle. - To moja piłka – powtórzyłem. Nic innego nie przychodziło mi do głowy. - Tak? To ją łap – i chłopak który trzymał piłkę, wysoki i chyba najsilniejszy z nich, nagle rozpędził się i z całej siły kopnął piłkę w moją stronę. Dostałem w brzuch i w jednym momencie przestałem czuć cokolwiek, oprócz tego, że straciłem oddech. Próbowałem złapać powietrze, ale to było tak jakbym już nie potrafił. Byłem zgięty w pół i patrzyłem na kostki chodnikowe, i choć było dość ciemno, widziałem bardzo wyraźnie ich kontury, kępki trawy i mchu, w małych szczelinach pomiędzy nimi, całkiem tak, jakbym patrzył na jasne, dobrze oświetlone miejsce. Wreszcie złapałem jeden, mały oddech, a później zacząłem się krztusić. Podniosłem głowę. Przez pięć sekund nie mogłem oddychać, a oni stali cały czas przede mną i się śmiali. Było mi niedobrze i głupio, tak strasznie głupio, że gdyby nie to, że wciąż z trudem oddychałem, pewnie bym się rozpłakał. Piłka potoczyła się po jezdni jakiś kawałek za mną. Gdy podniosłem głowę, któryś z chłopaków podbiegł do niej i kopnął ją tak, że uderzyła w samochód zaparkowany przy chodniku. Włączył się alarm, tak głośny, że musieli go słyszeć chyba wszyscy w całej dzielnicy. Ruszyłem po piłkę, która kilkanaście metrów dalej turlała się po jezdni. Tamci już uciekli. - Czekaj no! – obejrzałem się za siebie. Jakiś łysy facet w podkoszulku darł się z okna na drugim piętrze. – Jak jest jakieś wgniecenie, będziesz mi to zębami prostował, ty…! Akurat!, pomyślałem. Złapałem piłkę. Moje nogi nagle zrobiły się bardzo miękkie i coś mnie w środku łaskotało. Facet ciągle wrzeszczał, a mi się zdawało, że nie ruszę się z miejsca już nigdy. Akurat, akurat! Akurat będę ci coś prostował! Powtarzałem sobie tylko to jedno. Akurat, akurat, akurat. Odwróciłem się i dobrą chwilę gapiłem się na łysego faceta w oknie. Nagle przestał wrzeszczeć i zniknął i to było tak, jakby zniknął z mojej głowy. Zapomniałem o całej historii i powoli ruszyłem w stronę placu. Dopiero, gdy tam doszedłem coś wewnątrz mnie zaczęło szybko krążyć, odzyskałem siły i puściłem się jak najszybciej umiałem przez plac, przez przejście, i gdy wybiegłem po drugiej stronie, zobaczyłem że ulicą równoległą do torów jedzie autobus, więc jeszcze bardziej przyspieszyłem. Przeszkadzała mi bardzo piłka, którą musiałem trzymać obiema dłońmi, żeby jej nie zgubić. Autobus wjechał na przystanek, drzwi się otworzyły. Cztery, trzy, dwa… Wpadłem w ostatniej sekundzie, a drzwi przycięły mój sweter, który teraz wyszarpywałem. Było prawie pusto. Siadłem na ostatnim siedzeniu. Byłem cały spocony. Patrzyłem na piłkę, białą, poprzecieraną w wielu miejscach, w jednym nawet łataną grubą taśmą klejącą, patrzyłem na nią, jak na przyczynę nieszczęść całego świata. Coś wielkiego urosło mi w gardle. Boże, litości! Nie czuję bólu ani nie jestem zmęczony. Tylko strasznie mi wstyd, a jednocześnie nie mogę znieść, jak bardzo to było niesprawiedliwe. Nie ma nikogo, kto by to potwierdził, kto by powiedział, że tak, owszem, masz rację, to było niesprawiedliwe, nie zasłużyłeś na to. Tyle by wystarczyło. Autobus zatrzymał się na światłach. Było całkiem pusto, tylko pod sklepem stało kilku facetów z piwem i kilka osób na przystanku obok. Która jest godzina? Spojrzałem na kasownik. Za pięć północ. Autobus ruszył i zaraz za skrzyżowaniem zatrzymał się na przystanku. Wysiadłem. Stąd do cmentarza był tylko kawałek drogi. Co prawda, zazwyczaj wchodziłem bramą po drugiej stronie, ale wiedziałem, że tędy też można wejść. Podczas pogrzebu właśnie przez tę bramę wjechał karawan. Jechał bardzo wolno i wszyscy znajomi szli za nim również bardzo wolno, a ja, moja matka i ciotka, czyli siostra ojca, szliśmy na samym przedzie, tuż za trumną lekko wysuniętą z samochodu. Co za cyrk! Nie widziałem niczego bardziej obrzydliwego, może z wyjątkiem tego, gdy kiedyś podczas matematyki jeden taki grubas zrzygał się na dziewczynę, która siedziała z nim w ławce. Jeśli chcecie pochować jakiegoś człowieka, to go po prostu pochowajcie. Po co robić z tego takie przedstawienie, jakby to była jakaś Mona Lisa. Kiedy przyjechaliśmy na cmentarz autem ciotki, wielu ludzi już tu czekało, zebrali się w grupki i gadali, niektórzy palili papierosy, a teraz obłudnie idą za nami i pewnie ci na samym końcu wciąż gadają i palą papierosy, korzystając z tego, że nikt nie patrzy. Miałem ochotę wziąć kij, byle jaki, i rozgonić ich wszystkich. Wynocha! Wracajcie do domu i pooglądajcie sobie telewizję. Skręciłem w ciemną uliczkę. Za zakrętem widać już było fragment muru. Przy bramie stała wysoka latarnia, inna niż przeciętne, ale z tej odległości przysłaniały ją topole i widziałem tylko białe światło na murze cmentarza. Szedłem i zastanawiałem się nad wieloma rzeczami naraz, gdy nagle o mało nie padłem ze strachu. Tuż obok, przy płocie zaczął raptem szczekać pies. Zupełnie się tego nie spodziewałem, sądziłem, że to opuszczona działka. Pies zakradł się do samego płotu i zaczął szczekać znienacka, najpewniej dlatego, że jest głupi i złośliwy. Przeraziło mnie to naprawdę i w jednej chwili zachciało mi się wracać do domu. Ale poszedłem dalej. Nie muszę tego tłumaczyć, to oczywiste. Nie lubię psów. O wiele lepsze są koty. Są samodzielne i nikomu nie wchodzą w drogę. A ten pies ciągle szczeka, chociaż nie ma i nigdy nie będzie miał z tego najmniejszego pożytku. Bez sensu. Chwyciłem za klamkę furtki. Była otwarta. Cmentarz nie był oświetlony. Stałem przez chwilę w ciemności i czekałem, aż moje oczy się przyzwyczają. Stałem tak sam, słyszałem szum drzew i jeszcze cichszy szum samochodów i zdawało mi się, że nie pali się tu tak wiele zniczy, co zazwyczaj. Pies nadal poszczekiwał. Zaraz przy wejściu ścieżka rozdzielała się na dwie inne, a ja poszedłem na lewo. Było mi jakoś smutno, tak jakbym miał uczucie, że nie powinno mnie tu być. No właśnie. Co byś powiedział, gdybyś spotkał tu nocnego stróża albo kogokolwiek innego? Co mógłbyś powiedzieć? Mój stary zmarł i pochowali go tutaj, idę odwiedzić jego grób, jest północ i co z tego, chyba mam wystarczające usprawiedliwienie. To nie ja zdecydowałem o tym, że pochowano go w miejscu, z którym on ani ja nie mamy nic wspólnego. Gdy ojciec żył nigdy nie widziałem go na cmentarzu, ani na tym ani na żadnym innym. Teraz jest tu pochowany, a ja będę miał chyba trochę więcej wspomnień związanych z tym miejscem, tak więc nikt nie będzie musiał się wstydzić, gdy przyjdzie kiedyś w nocy odwiedzić mój grób. Drugi raz już tego wieczora miałem to nieznośne uczucie wstydu pomieszanego z jakimś dziwnym strachem. To nie był strach, jaki wcześniej czasem czułem. Może po prostu myślałem o zbyt wielu rzeczach. Czasem, gdy człowiekowi przychodzi zbyt wiele do głowy czuje się smutno, jakoś głupio i samotnie. Ścieżka skręcała krzywo, ale gdy po prawej mijałem białą kaplicę, już z daleka widziałem bramę po przeciwległej stronie, tę którą zawsze wchodziłem. Było już jaśniej i widziałem również drzewo, duże, bardzo rozłożyste, które rośnie tuż obok grobu mojego starego. I tak powoli skręciłem w lewo, we właściwą alejkę. Miałem ochotę zagwizdać sobie, bo nagle pomyślałem, że właściwe powinienem wracać do domu. Znów o tym myślałem. Rany, bez sensu. Rusz jeszcze kilka kroków, zmówisz pacierz albo coś w tym stylu, cokolwiek, i potem wrócisz do domu. Jednak w jednej chwili zupełnie skamieniałem, bo zdało mi się że słyszę czyjś głos. Coś jakby przeszło po moich plecach, od dołu do góry i zrobiło mi się strasznie zimno. Wszedłem pomiędzy nagrobki, gdzie chyba nikt nie mógł mnie zauważyć. Znowu usłyszałem cichy głos. A może rozmowę. Nie mogłem rozróżnić, czy to kobieta czy mężczyzna. Przecisnąłem się na sąsiednią alejkę. Naprzeciw stał betonowy mur, pięć lub sześć rzędów dalej, a przy nim rosły tuje, które wyglądały bardzo ładnie, gdy szło się ulicą, po tamtej stronie muru, ale teraz z jakiegoś powodu wydawały mi się obrzydliwe. W ogóle wszystko wydawało mi się obrzydliwe i nie do zniesienia. Przysiadłem na nagrobku i nasłuchiwałem. Gdzieś tam brzmiał ten głos, cały czas i już nie cichł. Jeśli bym szedł na lewo, gdzie jest grób starego, dojdę do samego narożnika cmentarza, jest tam stara furtka zastawiona paroma deskami i zablokowania kamieniem. Przełknąłem ślinę i starając się najbardziej na świecie nie wydawać żadnego dźwięku, ruszyłem w tamtą stronę. Zatrzymałem się po kilku metrach. Głos stał się wyraźniejszy, głos mężczyzny i prawie mogłem rozróżnić słowa. Później usłyszałem płacz i to chyba nie płakała ta sama osoba, bo głos wciąż brzmiał i był spokojny. Może ktoś kogoś pociesza, to brzmiało całkiem w ten sposób, pomyślałem, ale zlituj się, chyba nie jesteś aż takim idiotą, żeby sądzić, że o północy ludzie ot tak przychodzą sobie na cmentarz, żeby się nawzajem pocieszać! Północ, faktycznie. A co ty właściwie tu robisz? Natychmiast pomyślałem o matce, która już na pewno wróciła do domu. I co teraz, co robić? Ze wszystkich sił próbowałem o tym nie myśleć. No, ale co powiesz? Matka, czy nie matka. Wszyscy naokoło chcą jakichś uzasadnień, nikt niczego więcej nie chce, tylko tego by się przed nim usprawiedliwiać. Stałem jak ten kołek, w miejscu, lekko schylony i nie potrafiłem się zdecydować, co robić. Co zresztą za różnica? Każdy mój ruch i każda moja myśl zdawały mi się jakimś zbrodniczym oskarżeniem. Dobrze, a jeśli to życzliwi ludzie, wygląda na to, że jakaś kobieta płacze, a mężczyzna ją pociesza, więc co im szkodzi, jeśli cię zobaczą albo usłyszą. I co to tobie szkodzi. Ale w jednej chwili głos ucichł i skończyło się łkanie. Prawdę mówiąc chyba skończyło się to wszystko wcześniej, nie słuchałem uważnie, być może ci ludzie odeszli gdzieś dalej. Tak, oczywiście, przecież ta para szła ulicą, a cała sytuacja miała miejsce na ulicy, wcale nie tu, na cmentarzu, oni zatrzymali się pod murem, a potem poszli gdzieś w swoją stronę, kiedy ty nie nasłuchiwałeś. Oczywiście, przecież tak było. Powoli, powoli, nie robiąc hałasu, ruszyłem do zakneblowanej furtki. - A gdybyś jednak dostała tę pracę? Nagle raził mnie piorun, przysiadłem i wstrzymałem oddech. Jakiś mężczyzna, tuż obok mówi cicho, ale zupełnie tak jak by mówił do mnie. - Co to było? - Nie wiem. Pewnie kot. Mój Boże, mój Boże. Skulony oparłem się o nagrobek i słuchałem przez chwilę rozmowy. Tak, na pewno, tam jest twoja matka, która rozmawia z jakimś mężczyzną, przed grobem twojego starego. Od razu tak pomyślałem, a może pomyślałem tak o wiele później, ponieważ siedziałem tam już dobre pięć minut i w ogóle się nie zastanawiałem, tylko słuchałem ich rozmowy. - Nie mówiłam ci. Prawie już nie mamy pieniędzy. - Dam ci. - Ach… - Tylko już nie płacz. - Nie wiem. Matka zaczęła cicho płakać, a mnie zrobiło się chłodniej i nabrałem czegoś słonego w usta. - Nie płacimy już czynszu długi czas. - Dobrze, zapłacę. - Nie bądź śmieszny. - Wiesz, że dla mnie jest to… to jest ważne. - Dlaczego? - To nie jest przysługa. To jest punkt, od którego zaczynamy nowe życie. - Na miłość boską! Nie chcę słuchać tego w tym miejscu! - Przepraszam. Zamilkli. Potem odezwała się matka. - Jestem wciąż młoda. Ale nie rozmawiam już od dawna z ludźmi tak… nie myślę o tym, co będzie później w taki sposób, że coś się zmieni. Jakbym nie była już żywą osobą. Wszystko, co może mi się przydarzyć jest już postanowione. - Co masz na myśli? - Och, jak ty masz to zrozumieć. Pewne rzeczy po prostu się dzieją. Nawet zbyt dobrze się nie znaliśmy. Potem pojawił się Adam. Nie jest gorzej ani lepiej. Trzeba gdzieś pójść, coś zrobić. - Tak. Ale to normalne. Tak samo postępują wszyscy. - Nie wiem, jak postępują wszyscy. Co to w ogóle może mnie obchodzić. - Uspokój się. Nie miałem nic złego na myśli. - Najgorsze, że czasem można zobaczyć to wszystko w jaskrawym świetle, jakby patrzeć z innej planety. - Wiem. Wiem. Świat byłby o wiele lepszy, gdyby ludzie zawczasu wiedzieli, jak łatwo jest sobie spieprzyć życie. - Tak. Masz rację - Chodź. Jest już późno. Może za dużo wypiłaś. Przenocujesz u mnie. - Za dużo…? U ciebie? Nie. Matka wstała. - Zaczekaj. - Faktycznie jest późno… Nie chcę. Nie chcę twoich pieniędzy. A zwłaszcza nie chcę żebyś tu przychodził. Nic nie chcę. Poszli sobie. Jeszcze z daleka słychać było ich głosy. Usiadłem na nagrobku i siedziałem długi czas. Potem, gdy było już bardzo cicho i tylko wiał wiatr przecisnąłem się do tamtej alejki i usiadłem na ławeczce, która stała naprzeciwko grobu starego. Tak, tato, a ty coś rozumiesz, czy ty coś z tego rozumiesz? Bo ja nie. Nie pamiętam, jak to było, gdy wracałem przez cmentarz. Nie myślałem chyba o niczym konkretnym. Ptaki śpiewały. Musiała być już wczesna godzina, a ja nie byłem ani trochę zmęczony. I to, co najważniejsze tego wieczoru dopiero miało mi się wydarzyć. Na ulicy prawie nie było ruchu i gdy szedłem do skrzyżowania dobiegło mnie to charakterystyczne rzężenie autobusu. Poczułem nagle wielką ulgę, miałem tyle energii i zacząłem biec przed siebie, do przystanku. Autobus zatrzymał się. Było w nim kilku ludzi. A ja miałem fantastyczne uczucie, bo czułem się bardzo dobrze, jechałem autobusem w swoją stronę i nie musiałem już wracać do domu. Mogłem być, gdzie chcę. Jechałem więc długo i oglądałem to piękne miasto, jak mówił stary, aż dotarliśmy do centrum, gdzie wysiadłem i potem włóczyłem się tak bez celu, do samego świtu, aż w końcu zupełnie zgubiłem drogę…
×
×
  • Dodaj nową pozycję...