Powiedziałaś mówię dużo i bez sensu
Wyrwane z kontekstu, choć może i nie
To zdanie przysiadło jak motyl na deszczu
Czekało na słońce, na suszę, na wiersz
Jak ująć w poezję twój bezsens, twój rozmach
To nie jest tragedia, komedia, ni hymn
Lecz obraz cielesny i ludzkość żałosna
Powiedziałbym bywa, nie mówię, bo żal
Natury mi żal co wzbić chce w przestworza
Niezwykła, zachwytna, w kolorach ombre
I nagle odkrywa, że dziury ma w skrzydłach
I plecie trzy po trzy, i szepcze o nie
Przeklęska to ludzka, motyla bezsiła
Przemoknąć w bezładzie, w chaosie podążeń
Nie zdążyć tych splotów i znaczeń rozwikłać
Ni skrzydeł rozpostrzeć, ni sensu dostrzec
Choć płaczę nad tobą motylu daremny
Coś pcha mnie i wkręca, i każe się wgłębiać
W twój nieład werbalny, ja biedny najemnik
Na nowo wciąż plotę cię, plotę cię, plotę...