
Gori Ilowa
Użytkownicy-
Postów
20 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Gori Ilowa
-
FOLWARK ZWIERZĘCY część 2-ga
Gori Ilowa opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
FOLWARK ZWIERZĘCY – część 2-ga CZYLI ŚWINIE IDĄ NA CAŁOŚĆ Komisyja, komisyja, tamtych zgnoi, świniom sprzyja! Myślałem, że już mnie nic nie zdziwi; tylko nieświadomi są szczęśliwi! Czy ich prawda nas wyzwoli, czy też może nas zniewoli???!!! W farmie w gównie wszystko ginie, niepodzielnie rządzą świnie, poziom samo ześwinienia, mózgi im w gnojówkę zmienia, w swym amoku wiedzą jedno; władza to przetrwania sedno! A tu gminna wieść się niesie, że Lis wrócił, jest już w lesie! Blady strach na świnie padł, przez trzy dni spod siebie jadł, główny wieprz na kaczych łapach, gdy na pomysł wreszcie wpadł: „znów zrobimy mały zamach, demokracja dobra była, jak nam władzy użyczyła, ale właśnie się skończyła!” Świnie odetchnęły z ulgą: „Z tobą pzepchniem każde gówno, Byle by tylko świńska elita, nie utraciła koryta!!!” Komisyja, komisyja, tamtych zgnoi, świniom sprzyja! Myślałem, że już mnie nic nie zdziwi; tylko nieświadomi są szczęśliwi! Czy ich prawda nas wyzwoli, czy też może nas zniewoli???!!! „Pamiętacie!” - Wodzu wyje, chłoną to rozwarte ryje: „Od dzikich misi ze wschodu, sprowadzali mnóstwo miodu! Co zrobiły te niedźwiedzie, zaorały cudzą miedzę! My to wiemy były rury, a miód płyną prosto z góry, lecz naszej władzy w tym tkwi cud, że tworzymy własne prawdy! Bo kto się zgodził na ów miód?!” „Chytry Lis! To on do prawdy!” „I kto pił?! To też się liczy!” „On i jego poplecznicy!” „I my pili….” - na to Płaszczak knur co zawsze się rozpłaszcza. „Ty nie staniesz przed komisją, pochlebianie twoją misją! My będziemy z drugiej strony, grzech jest inny z za ambony!!!” Komisyja, komisyja, tamtych zgnoi, świniom sprzyja! Myślałem, że już mnie nic nie zdziwi; tylko nieświadomi są szczęśliwi! Czy ich prawda nas wyzwoli, czy też może nas zniewoli???!!! Wódz im dalej mózgi ryje: „Więc po pierwsze Moje Ryje; kto sprowadzał i kto pił, w gnojowisku będzie gnił! Teraz spokój, teraz cisza! Najważniejsze dorwać Lisa! Wrednym zdrajcą jest zwierz rudy, z nim na łańcuch i do budy! Na golonce to spiszemy, potem golonką przepchniemy!” Brawa, wiwat! Wiwat, brawa! Obroniona świńska sprawa! Już świętują wśród hałasu, mają haki na tych z lasu! Tak się wszyscy radowali, prawie jaja mu lizali….. gdyby tylko było co! Wnieśli miód ów, no i szkło; jak się nieźle już napili, to nad losem swym pomścili. Komisyja, komisyja, tamtych zgnoi, świniom sprzyja! Myślałem, że już mnie nic nie zdziwi; tylko nieświadomi są szczęśliwi! Czy ich prawda nas wyzwoli, czy też może nas zniewoli???!!! „Im się marzą wolne sądy, niezależne samorządy, decydować chcą o sobie - takie mrzonki mają w głowie! Gdzie lojalność wobec stada???!!!” „Zdrada, hańba!!! Hańba, zdrada!!!” „Chcą by wytykał głupi sąd, jak któraś świnia zrobi błąd! Szczuć sąsiada na sąsiada???!!!” „Zdrada, hańba!!! Hańba, zdrada!!!” „Chcą snuć plany i układy, bez nadzoru świńskiej rady! Tu anarchia już się wkrada!!!” „Zdrada, hańba!!! Hańba, zdrada!!!” „Chcą też myśleć co im się chce, oraz wyrażać myśli te! Będą węszyć gdzie jest prawda!!!” „Zdrada, hańba!!! Hańba, zdrada!!!” „Może wnieść strzeleckie prawo???!!!” „Brawo, wiwat!!! Wiwat, brawo!!!” Komisyja, komisyja, tamtych zgnoi, świniom sprzyja! Myślałem, że już mnie nic nie zdziwi; tylko nieświadomi są szczęśliwi! Czy ich prawda nas wyzwoli, czy też może nas zniewoli???!!!-
2
-
Słoń w rajtuzach, czyli rozdmuchane ambicje
Gori Ilowa opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
SŁOŃ W RAJTUZACH, CZYLI ROZDMUCHANE AMBICJE Trudno pojąć to zgoła, od trąby aż do ogona, ambitny wąż boa, połknął całego słonia. I taki nabzdyczony, do granic napięty, naciągnięty i wielce przejęty, ni to wisi, ni stoi, ni leży, i w to co zrobił powątpiewa, nie wierzy! Trochę mu głupio w duchu, że nie miał posłuchu dla proroczych słów mamy: - Mój kochany Zygzaku, słoni nie jadamy! Słoń stoi czymś oblepiony, ściśnięty, nieco zmięty, niczym w pokrowiec wtłoczony. Jakaś klątwa, a może cholera; ciągnie go, uciska, uwiera. A jak się tylko ruszy, dźwięk pękającej skóry, drażni mu obkurczone uszy. Nieostrym, mętnym wzrokiem po całej okolicy wodzi, nie wiedząc: „O co chodzi?”. A to na końcu jego ogona dynda się wężowa głowa, skwaśniała i zniesmaczona. OooDbija jej się nieprzyjemnie, przez słonia wiatr wypuszczany, niesmak zostawiając w gębie: - Po tej uczcie czuję się podle, chętnie zwrócił bym to bydle! – ale prawa dżungli są absolutne, a w większości bywają okrutne: „Łatwiej jest połknąć słonia, niż z pawiem oddać słonia, zwłaszcza gdy się zwisa z końca jego ogona!” Nagle nadeszła słonica, widzi, że mąż jej potężny, cały w zygzaki, cętki i pręgi, dziwnie jakoś się pręży: - Ale z ciebie kawał łobuza! Co ty na siebie ubrałeś? Ty chyba cały w rajtuzach? Może transwestytą zostałeś? Człowieku!..... to znaczy Słoniu! Czyżby to syndrom średniego wieku? Słoń tą uwagą żony, poczuł się urażony. Napiął się, nabzdyczył i nadął, i z całych sił zadął! I jak jakiś pstrokaty guz, wielki balon na trąbie mu rósł…. i rósł. Wąż pomyślał, że jego życzenie zmieniło się w realne zdarzenie i zaczął ześlizg z cielska słonia, nagle ze świstem jak nie wystrzeli…. i tyle go widzieli!-
3
-
automatyzowiejemy, robotyzowiejemy; spontanicznieją, człowieczeją; może się kiedyś spotkamy, a może rozminiemy…..
-
Są ubrania pełne osoby - teraźniejsze Są ubrania - płaskie jeszcze - wyczekujące Są ubrania - puste - wypełnione przestrzenią - bez osoby - przeszłe Gdyż skradziono człowieka ubraniu - nagle i gwałtownie w połowie kroku z przeszłości w przyszłość W pustej przestrzeni puste ubrania - zawieszone W pozach zupełnie bez znaczenia idąc siedząc tańcząc ziewając Bez celu wypełniają przestrzeń tę pustką którą otoczyły sobą Kiedyś tak pełne osoby psa wspomnień nadziei Moda na człowieka minęła teraz dla nich
-
ZGON POETY Gdy poeta umiera, Nie jest nigdy stary, W życiu głupio mierzył, Siły na zamiary. W życiu głupio mierzył, Siły na zamiary. Gdy poeta umiera, Należy się cieszyć, Żeby pisać dobrze, Musiał chlać i grzeszyć. Żeby pisać dobrze, Musiał chlać i grzeszyć. Gdy poeta umiera, Nic już nie napisze, A co mógł napisać, Zamienia się w ciszę. A co mógł napisać, Zamienia się w ciszę. Gdy poeta umiera, Ożywają nadzieje To co mógłby spalić, Jednak ocaleje. To co mógłby spalić, Jednak ocaleje. Gdy poeta umiera, Inni mu zazdroszczą, Po latach niebytu, Znów zabłysł wielkością. Po latach niebytu, Znów zabłysł wielkością. Gdy poeta umiera, Muzy odetchnęły, Zamiast się zarzynać, Można powspominać. Zamiast się zarzynać, Można powspominać. Gdy poeta umiera, Wypijmy za zdrowie, Męczył się chłopina, Spokój znalazł w grobie. Męczył się chłopina, Spokój znalazł w grobie.
- 7 odpowiedzi
-
10
-
@anima_corpus Tylko to nie jest o Napoleonie, a o naszym karle Jarosławie. Pewnie byłby zadowolony z takiego porównania!
-
KARZEŁ. Wolność, równość, sprawiedliwość, demokracja, łatwo idealistów na te słówka nabrać, lecz jeśli nie jest to fałszywa narracja, to spróbuj Obywatelu za nie umierać! Czyż mogłyby rządzić sobą ciemne masy, chociażby przez tak zwanych reprezentantów, bez wodza, ideologii, nacisków i kasy? Intelektualny bełkot dyletantów! Najbardziej ekscytująca bywa władza, zwłaszcza absolutna co dzieli i osadza! Tak właśnie Karzeł śmieje się nam w nos, do szpiku kości mrozi Karła głos, zwłaszcza że w jego rękach dziś nasz los! Wszak zawsze byli ci słabsi i silniejsi, co za kark brali i którzy go zginali; od zawsze też byli równi i równiejsi, ci co łajali i którzy się kajali. Bo wodzowie, wykonawcy, ich ofiary, wrogowie, oponenci i zdradziecka klika, naszego świata odwieczne to filary, których żąda Bóg, natura i praktyka. Nie łudźmy się że zmienią filozofów sny, to co pisane mamy głęboko we krwi! Tak właśnie Karzeł śmieje się nam w nos, do szpiku kości mrozi Karła głos, zwłaszcza że w jego rękach dziś nasz los! I czymże jest naród jeśli nie tworzywem, w dłoniach wszechwładnego demiurga historii; czyż ma on najmniejszą szansę być szczęśliwym, pozbawiony idei, dumy oraz glorii? Czy ludzie pozostawieni sami sobie, mrówki bez mrowiska i pszczoły bez roju, wskrzeszą hart ducha i geniusz w swojej głowie, bez męża opaczności wielkiego pokroju? Bo ileż może nędzny ich żywot być wart, gdy nikt go nie dopisze do historii kart?! Tak właśnie Karzeł śmieje się nam w nos, do szpiku kości mrozi Karła głos, zwłaszcza że w jego rękach dziś nasz los! A społeczeństwo!? Jak nie mieć go w pogardzie? Czyż ma ono twórczą moc i zdolność myślenia, równą sile, intrygom i propagandzie? Wreszcie człowiek - marność wyzbyta znaczenia: samce opętane cielesnymi żądzami; te panie którym śliniąc rączki całuję, jak wyzwolone mogą stać się matkami? Zbiór hien i szakali co ład boski psuje! A wam pięknoduchom niech myśl ta oto świeci - doniosłe dzieła to podłych czasów dzieci! Tak właśnie Karzeł śmieje się nam w nos, do szpiku kości mrozi Karła głos, zwłaszcza że w jego rękach dziś nasz los!
-
Oto i my! przenicowani na drugą stronę do pustego kokonu skóry przyczepione mięśnie plątaniną żył z nich ścięgna kości i zwisające narządy nasze oczy wpatrzone w czarną nicość naszego wnętrza wodzą po nim jak zgaszone reflektory w poszukiwaniu choćby plamki światła Tak to my! którzy próbowali objąć myślą Świat z rozczapierzonymi rękami na sztywnych rozstawionych nogach pętamy się po omacku utensylia którymi jesteśmy obczepieni jak wrzodami kołyszą się drgają i obijają o siebie wydając mlaskające dźwięki ale nasze uszy wyłapują tylko szum z wnętrza naszej trepanowanej czaszki. Natykamy się na siebie jak głuchoślepi - przypadkiem kościanymi palcami obłapiamy bijące serca galaretowate płuca mięsiste wątroby próbujemy się kochać ale nasze genitalia skierowane do wnętrza nas samych tylko bez sensu prężą i ślinią się a my szorujemy o siebie flakami próbujemy zgładzić się i to nam wychodzi na oślep na wzajem wyrywamy sobie narośla narządów w konwulsjach padamy zwycięzcy napełniają worki ciał zewnętrznościami przegranych gnije to w ich wnętrzu ich chód staje się wolniejszy i jeszcze bardziej chaotyczny i oni padają ofiarą innych bardziej nierozumnych.
-
CZARNA DAMA Kiedy zaczynam w siebie wierzyć, kiedy zaczynam znowu żyć, przychodzi moja Czarna Dama, skrada się cicho i jest sama, zwiastując mi za życia śmierć! Niezwykła między nami więź, jestem uległym jej kochankiem i spełniam każdą prośbę jej, bo przecież jestem jej wybrankiem, i ona dla mnie dobra jest, rozumie wszystkie moje bóle, pozwala leżeć mi w ciemnościach, gdy przed tym światem w nią się tulę, niczego nie narzuca mi, a chaos myśli koi pustką; i gdy w bezruchu tak w niej tkwię, gładzi mnie tylko, i kołysze, wszystko zamienia w wielką ciszę. Kiedy zaczynam w siebie wierzyć, kiedy zaczynam znowu żyć, przychodzi moja Czarna Dama, skrada się cicho i jest sama, zwiastując mi za życia śmierć! Od swych kochanek ja ją wolę, nie muszę walczyć o jej względy, wciąż udowadniać męskość swą, bo przy niej sobą mogę być; a kiedy widzi tych złych ludzi, którzy chcą zniszczyć naszą więź, słuszną agresję we mnie budzi, bym mógł ich posłać precz; oni z tym światem się wciskają, co tak napawa mnie odrazą, a ja chcę zostać z moją panią; jedyne co ma sens to śmierć, która połączy nas na zawsze. Kiedy zaczynam w siebie wierzyć, kiedy zaczynam znowu żyć, przychodzi moja Czarna Dama, skrada się cicho i jest sama, zwiastując mi za życia śmierć! A gdy mą śmierć już poczuje, to w usta lekko mnie całuje i nic nie mówiąc gdzieś odchodzi, ja muszę znowu się narodzić, otrząsnąć ciężar tego snu, co światem całym moim był i wrócić pośród żywych ludzi, którzy ufają mi już mniej, kolejną maskę przybrać mam, samemu zacząć znowu żyć, w bezdusznym, obcym świecie tym, więc trochę za nią tęsknię, ona jak inne nie zawodzi…. Kiedy zaczynam w siebie wierzyć, kiedy zaczynam znowu żyć, przychodzi moja Czarna Dama, skrada się cicho i jest sama, zwiastując mi za życia śmierć!
-
UKRAINA Ty jesteś jeszcze taka młoda! Błękitne niebo, czysta woda, to oczy Twoje, a Twoje włosy pszeniczne falujące kłosy. Ty jesteś jeszcze taka młoda! Dla Ciebie zło to nie przeszkoda, bo twa natura ciągle harda; wiesz w czym tkwi fałsz, gdzie leży prawda. Z ufnością patrzysz światu w oczy, gdy w przyszłość swoją pewnie kroczysz! Ty jesteś jeszcze taka młoda! Gdy nocą tkasz niewinne sny, oni kolbami walą w drzwi i chcą daniny z Twojej krwi! Oni nie lubią wolnych ludzi! Wolność ich niechęć i strach budzi, ona ich jątrzy, im zagraża - te tępe rysy na ich twarzach! Oni nie lubią wolnych ludzi! Podsyca zapał ich lub studzi but silniejszego i jego bat, bo u nich na szczycie zawsze kat. Wyrośli w obozowym raju, naturę niewolnika mają! Oni nie lubią wolnych ludzi! Gdy nocą tkasz niewinne sny, oni kolbami walą w drzwi i chcą daniny z Twojej krwi! Ty jesteś takim wolnym duchem! Gdy spływasz jednym miękkim ruchem, ze szczytu na Złocistej Bramie, wprost w Dniepru rozłożyste ramie! Ty jesteś takim wolnym duchem! Płynąc stepowym morzem suchym, wznosisz w Karpackie się przestworza, by z nich się rzucić wprost do morza i być nad czarnych fal odmętem - sterem, żeglarzem i okrętem! Ty jesteś takim wolnym duchem! Gdy nocą tkasz niewinne sny, oni kolbami walą w drzwi i chcą daniny z Twojej krwi! Z ich ręki Ty nie umrzesz nigdy! Przecież narodowe wielkie sny; pragnienie chwały i wolności, oprą się mordom i zawiści! Z ich ręki Ty nie umrzesz nigdy! Nie można zniszczyć szumu stepu i nurtu szerokiego Dniepru, i gdzie się kryje Karpat groza, i spienionego od fal morza. Nie można wzgardą zabić prawdy! Z ich ręki Ty nie umrzesz nigdy! Gdy nocą tkasz niewinne sny, oni kolbami walą w drzwi i chcą daniny z Twojej krwi!
-
GWIAZDKOWA PIOSENKA Pędzi Rudolf, pędzi, nos go chyba swędzi, pianę z pyska toczy, wybałusza oczy, za nim trzeszczą sanie, na nich staruch wielki, rozbrat wziął ze światem, ciągnąc coś z butelki; hoł, hoł, hoł, hoł, ale nie herbatę, popędza go batem. Świat postawiony do góry nogami! Uciekajcie dzieci, uciekajcie! Jedzie do was Mikołaj z rózgami! Swoimi zabłoconymi buciorami rozdepcze wam kuferek z zabawkami, zabierze waszą świnkę z pieniążkami! Uciekajcie dzieci, uciekajcie! Pędzi do was, pędzi, (chociaż Rudolf rzęzi); czerwony na twarzy, z nabrzmiałymi żyłami, z oszalałymi oczami, o czymś wrednym marzy. Nikt go nie powstrzyma, nikt się nie odważy, ani tęga zima, ani wasza mama, ani wasz tata, nikt was nie ochroni! Olbrzymi on i silny, kamień kruszy w dłoni, i bardzo rozsierdzony, w dodatku jest zaczarowany, przenika przez ściany. Świat postawiony do góry nogami! Uciekajcie dzieci, uciekajcie! Jedzie do was Mikołaj z rózgami! Swoimi zabłoconymi buciorami rozdepcze wam kuferek z zabawkami, zabierze waszą świnkę z pieniążkami! Uciekajcie dzieci, uciekajcie! Pewnie myślisz kolego, że to dlatego; bo plułeś do zupy i kułeś szpilkami, koleżanek pupy?! A ty mała księżniczko, boisz się; bo pokazałaś, co masz pod spódniczką?! Nie moje dziatki, to tylko przez tych kretyńskich listów, całą wielką kupę, ten staruch musi obić wasze pyski i skopać każdemu dupę! Świat postawiony do góry nogami! Uciekajcie dzieci, uciekajcie! Jedzie do was Mikołaj z rózgami! Swoimi zabłoconymi buciorami rozdepcze wam kuferek z zabawkami, zabierze waszą świnkę z pieniążkami! Uciekajcie dzieci, uciekajcie!
-
W KOŃCU NAS DOPADŁ W końcu dopadł nas listopad; sączy się mazisty opad, z drzew ostatni liść już opadł, a od ciebie list nie dotarł; biorę rozbrat z marzeniami, odleciały gdzieś z ptakami - to była tylko przygoda; znowu samotny sylwester; szkoda, szkoda, szkoda, szkoda….. W końcu dopadł nas listopad; gęsta breja pod stopami, skleja mi się z kaloszami; budzi we mnie meteopat, nie pomaga już głupota, gdyż silniejsza jest zgryzota; w nogach mi chlupocze woda, w głowie mi chlupocze woda; szkoda, szkoda, szkoda, szkoda. W końcu dopadł nas listopad; trupio zimny wyje wiatr, szarpiąc martwy, pusty sad; a tam drzewa szkieletowe, toczą ze mną dziś rozmowę, kusząc swymi gałęziami: „ Niech ten świat cię już nie mami!” - a ja młody i ty młoda; szkoda, szkoda, szkoda, szkoda. W końcu dopadł nas listopad; zsiadła mgła zasnuła świat, wszystko zatraciło kształt; moje życie te realne, rozpłynęło się w tej mgle; nie ma tego kim ja byłem, nie ma ciebie, nie ma mnie; a to wszystko ta pogoda; szkoda, szkoda, szkoda, szkoda.
-
@Marek.zak1 Bo u nas wszyscy na wszystkim się przecież znają.
-
ARYSTOKRATA Arystokrata niiiigdy się nie nudzi, około południa - coś…. na przykład swędzenie albo kac go budzi. Minut ze czterdzieeeeeści…. mija, zanim przeciągnie się i wstanie. Odszuka gdzieś szlafrok i roztargniony zejdzie na śniadanie. Piętnasta wybija, nieco na rauszu i wykwintnie syty, a może już nawet elegancko ubrany i do czysta umyty; pomyśli, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym porankiem. Do małżonki nie idzie, by jej nie zastać z lubieżnym kochankiem. Ale arystokrata niiiigdy się nie nudzi, żeby wypełnić czymś swój bezcenny czas wcale się nie trudzi. Uwierzcie mi na słowo, ma on tysiące różnych możliwości: może na ten przykład, zaprząc smukłe konie i uderzyć w gości; może aperitifem przepłukać wysuszone podniebienie; i wlepić bezmyślnie wzrok w biblioteki cudowne sklepienie; lub wielce wzburzony, wypuścić się wierzchem na ślepo przez las; albo rozmarzony, z przystojnym koniuszym miło spędzić czas; gdy Mars nim zawładnie, może ograć w golfa rozwydrzone panie; i zalec w basenie na tapczanie z gumy jak zmęczy go granie; a gdy odzyska siły, tak że tężyzna znów mu dopisuje, może dziarskim krokiem obejść swoje dwieście, i cztery pokoje; może….. może…. może…. bo drzemią w nim wielkie możliwości, mimo sceptycznego umysłu i genetycznych przypadłości. Arystokrata niiiigdy się nie nudzi; gdy jest zupełnie sam, czy to brylując ze swadą wśród ludzi. I nawet jak krewki oficer zdradzany z rzeczonym przez żonę, w zazdrosnym obłędzie, dziurawiąc kolczatką firmową oponę Rolls-Roycem przybędzie; by nawlec go na rozrosłe poroże; dumny i obojętny, równie okazałe swoje mu pokaże. Przecież arystokrata, ma dystans: do siebie, ludzi i świata; taki był również jego ojciec, dziad i pradziad, też arystokrata. A gdy ostygnie już w nim ta jego aksamitna i niebieska krew, może wziąć rewolwer i palnąć w ten swój dystyngowany łeb. I chociaż żadnego arystokraty osobiście ja nie znałem, to przecież ze szczerym i czystym sercem to wszystko pisałem, bo ma obszerna wiedza o arystokratach graniczy z pewnością, choć ma ona wspólnego więcej z ignorancją, aniżeli z mądrością.
-
H ISTORIA PEWNEJ HISTORII (na siekiera, motyka, piłka……) Ciuchy, gadżet, super fura - to dzisiejsza jest kultura! Przelew, papier, nikiel, miedź; ja to wszystko mogę mieć! Gadka, rąsia akceptacja; drzwi sezamu - korporacja! Władza, zarząd, firma, szmal, są jak opium - pal go pal! Rura, frajer, stara krew - czuję szczurzy w sobie zew! Większe biurko, sekretarka; są efekty, była walka! Marmur, winda i pan z panem - moje osiedle za szlabanem! Weekend: wóda, biała kreska; są panienki, jest imprezka! Znowuż krawat, gajer, bajer - nie podskoczy żaden frajer! Rozwój, postęp, nowy szef; nagle wszystko bierze w łeb! Gadka, rąsia - dali kopa; był panisko, jest jałopa! Kredyt, długi, czynsz i rata; gasną światła tego świata! Krzesło, lampa, mocny sznur; wygryzł mnie kolejny szczur!
-
1
-
GUZIKI Gdy nad głowami ludzi, noc sen do pracy budzi, o klosz latarni stuka ćma, a wokół cisza głucha trwa - bo takie są prawa fizyki……, ciszej są tylko guziki; kiedy tą bezchmurną nocą, w ubraniach się szamoczą i płaskie jak złotówki wyciągają swoje główki, by z marynarek, i gaci spojrzeć na siostry i braci, co złotym pyłem zroszone, spinają kosmosu zasłonę, i ślą guzikom wici, w postaci złotych nici, a te złączone niciami, z gwiezdnymi rodzinami, rozkosznie mrużą oczami, by w końcu wrócić do gaci, w sny pozłociste bogaci.
-
PRZEMIANY Ten świat na naszych oczach się zmienia; niejasne procesy wyznaczają wszystkim nowe warunki istnienia; co do niedawna ważne rozpierzcha, a co odległe już nas dotyka; zmieniają się nasze priorytety, zmieniają cele, lęki, optyka. Ten świat na naszych oczach się zmienia; jakbyśmy żyli w kilku epokach, gdzie wszystko nabrało przyśpieszenia, tak że spod stóp osuwa nam się ziemia; gdy z hukiem padają jedne mury, tuż obok jawnie, lub w naszych sercach skrycie, drugie się wznoszą do góry. Ten świat na naszych oczach się zmienia; idee w ostrym świetle życia bledną, słowa nowe zyskują znaczenia; a my choć błądzimy niczym we śnie, to przecież coś podskórnie czujemy w mętnym natłoku faktów i danych, lecz jeszcze z tego nic nie pojmujemy. Ten świat na naszych oczach się zmienia; jak myślą niektórzy czy było to przepowiedziane, czy do przewidzenia, czy to przypadek, czy podły spisek, oby to miało jeszcze dla nas znaczenie, obyśmy ocalili z tego coś więcej, niż tylko nasze kruche istnienie! Ten świat na naszych oczach się zmienia……
-
FOLWARK ZWIERZĘCY, CZYLI ŚWINIE UCZĄ NAS NOWYCH SŁÓW Reasumpcja, reasumpcja, reasumpcja!!!! Goście, kelnerzy i brzęk talerzy…… myślałem, że jakaś konsumpcja, a to folwarczne świnie pragną kijem zawrócić Wisłę, a ona wciąż płynie, płynie, płynie…… Wielkie w chlewie zamieszanie, przejebali głosowanie, w ryjach czują strachu zapach. Główny wieprz na kaczych łapach, co jajami trze po bruku, przez to pewnie nie ma wnuków, za to we łbie chytry spisek: - Damy mećkom coś do misek, poprą nasze głosowanie, potem wydymamy ”panie”! Druga w farmie locha Psitek podpisuje na to kwitek. Ten co myśli że jest bykiem, narodowych krów zwierzchnikiem, lgnie do świń eksperymentów, jak mucha do ekskrementów, bo naprawdę jest baranem, utytłanym świńskim łajnem! Oto świnie, baran, kilka krów chcą się wedrzeć do naszych głów! Reasumpcja, reasumpcja, reasumpcja!!!! Goście, kelnerzy i brzęk talerzy…… myślałem, że jakaś konsumpcja, a to folwarczne świnie pragną kijem zawrócić Wisłę, a ona wciąż płynie, płynie, płynie…… Za nim świnie wstały z kolan, chciano zniszczyć folwark Polan. Najpierw okrągłe koryto gówno dało świńskim elitom; grabiono folwarczne mienie, za nic rozdawano ziemie, ale tylko czarcim pomiotom; lisom, hienom i kojotom. Na koniec z dumnego stada euro-kołchoz zrobił dziada. Folwark zwie się teraz farmą, rozlicza się każde ziarno. Obce wpuszcza się zwierzaki; lamy, strusie i alpaki. A sodomia, zniewolenie niszczy ziemię, niszczy plemię. Za folwarkiem świnie kwiczą, musząc działać z euro dziczą. Dotąd farma była święta, teraz stała się przeklęta! Reasumpcja, reasumpcja, reasumpcja!!!! Goście, kelnerzy i brzęk talerzy…… myślałem, że jakaś konsumpcja, a to folwarczne świnie pragną kijem zawrócić Wisłę, a ona wciąż płynie, płynie, płynie…… I gdy świniom ciąży bieda, że ześwinić się już nie da, nagle wszystko się układa władza im w racice wpada. „Wielki w przyszłość damy rozkrok!” - z ryjów świń płynie świniotok, nowy świński tok myślenia, rzecz to nie do przecenienia, bo z nim prze świński, Nowy Ład: „Tylko ten który świniom brat, będzie świeżą brukiew jadł!” A też nowe prawo świni: „Świnia może się ześwinić, jej nie wolno za to winić!” Przyzwoitość i uczciwość, znosi świńska sprawiedliwość: „Świnia to tłuszcz więc jak oliwa, racja jej po wierzchu pływa!” A ty zwierzaku cicho siedź, jak w tej oliwie utopiony śledź! Reasumpcja, reasumpcja, reasumpcja!!!! Goście, kelnerzy i brzęk talerzy…… myślałem, że jakaś konsumpcja, a to folwarczne świnie pragną kijem zawrócić Wisłę, a ona wciąż płynie, płynie? Płynie? Nad tym wszystkim ON - satrapa, psycho-wieprz na kaczych łapach. A pod tym wieprzem świński dwór, i od zarządzania knur - gbur, i nawet elekcyjny król - knur. Knur pod wieprzem głupia sprawa, lecz to prawda nie zabawa! Mierni, bierni, za to wierni, a najgorsze że bezkarni; i dlatego zrobią wszystko, by utrzymać swe pastwisko. W stajni, oborze i kurniku pełno świńskich aparatczyków. Maciory, wieprze, prosiaki, knury, lochy i warchlaki wyszarpały co się dało, ale świniom ciągle mało teraz właśnie się zachciało wkraść do nor, gawr i żeremi, żeby zrobić z nas jeleni! Reasumpcja, reasumpcja, reasumpcja!!!! Goście, kelnerzy i brzęk talerzy…… myślałem, że jakaś konsumpcja, a to folwarczne świnie pragną kijem zawrócić Wisłę, a ona wciąż płynie? Pły – nie! Nie! Nie?