
Frypciak
Użytkownicy-
Postów
17 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Frypciak
-
Widzę ją przed sobą. Czuję jej dotyk, ciepły jak światło letniego słońca. Dłoń gładka jak skóra niemowlęcia usuwa skazę mojej duszy i w końcu czuję, że to czas na zmianę. Ona uśmiecha się do mnie i wiem, że wierzy we mnie. W jej oczach widzę dobroć, której nie jestem godzien, ale nie ośmielam się przeciwstawiać. Odpłacę się za to dobro, nieważne ile będzie mnie to kosztowało. Mówi do mnie, a jej anielski głos odbija się echem w mojej głowie. Przyjmuję każde słowo jak błogosławieństwo, rozkoszując się ich mądrością. I widzę, że ją to cieszy, i jestem jeszcze szczęśliwszy. Moja pani rozkłada ręce, ale nie mogę przyjąć tego uścisku. Wrócę do niej, kiedy już wszystko naprawię. I ona to rozumie, i jest dumna. Czuję, jak ktoś z zewnątrz próbuje mnie wybudzić. Ona powoli się rozmazuje, ale nie smucę się. Kiedy następnym razem ją zobaczę, będę oczyszczony, a ona zabierze mnie ze sobą w niebiosa. Dotyk bogini Autor nieznany Rozdział IX Rodrick przyjrzał się swojemu dziełu. Pochylił się nad deską i przymknął jedno oko. Trochę krzywo. Uznał, że nie warto zaprzątać sobie głowy poprawianiem. Pamiętał, jak ciężko było wyciągnąć od Braenów pieniądze za zamówienie ostatnim razem. Skoro nie traktowali poważnie jego pracy, to równie dobrze on mógł pójść za ich przykładem. Już sięgał po następną deskę do heblowania, kiedy usłyszał krzyki z piętra swojego mieszkania. Oczywiście nie był na tyle bogaty, żeby móc sobie pozwolić na warsztat poza miejscem zamieszkania, ale jednocześnie nie na tyle biedny, żeby pracować w pokojach mieszkalnych. Wyszedł przed budynek i zamarł, kiedy zobaczył pióropusz dymu unoszący się nad jego chatą. Nim zdołał zareagować, obłok zamienił się w jęzor ognia rozrastający się w przerażającym tempie. Ninegard było niewielką wsią, a jej mieszkańcy nie należeli do najbogatszych. Tak jak architektura większości miast Larissy sprowadzała się do kamiennych budowli, tutejszych mieszkańców zwyczajnie nie było stać na luksus, jakim był trwały materiał. Zamiast tego korzystali z drewna sosnowego, którego był nadmiar w okolicznych lasach, a strzechy wykładali w większości ze słomy. Takie budynki nie miały szans z niszczycielską siłą ognia. – POŻAR! – wykrzyknął Rodrick całą siłą swoich płuc. Do gaszenia ognia zawsze przyłączała się cała wieś, bo domy były na tyle gęsto rozstawione, że pożoga mogła zabrać ze sobą całą osadę. Nie czekając nawet na wsparcie, wbiegł do domu, zasłaniając usta ręką. Trujący dym dostawał się mu do oczu, ale starając się zignorować pieczenie, wbiegł po schodach na piętro. Z przerażeniem spojrzał na drzwi od pokoju swojej córki. Ogień buchał tam najmocniej. Syczące płomienie wyrywały się przez teraz już dziurawe drzwi. Na oczach Rodricka belki podporowe nie wytrzymały i sterta słomy spadła na korytarz przed nim, natychmiast zajmując się ogniem. Starając się zignorować szalejący żywioł, wbiegł do pokoju i natychmiast udał się do kołyski. Podziękował bogom, kiedy po przebiegnięciu przez próg usłyszał wycie niemowlęcia. Przeskoczył nad płonącą biblioteczką która zwaliła się na podłogę i wyciągnął dziecko z kołyski. Długo nie myśląc, wyskoczył przez dziurę, która pozostała po okiennicy. Grupka ludzi, która zdążyła już zauważyć pożar, stała w kolejce i podawała sobie wiadra pełne wody, starając się zminimalizować straty. Kiedy zobaczyli spadającego Rodricka, rozległy się krzyki. Była to zaledwie wysokość trzech metrów, ale w panice skoczył tak niezgrabnie, że wylądował na kolanie. Poczuł pękające kości i mimowolnie zawył z bólu. Nie minęła chwila i wokół niego zaczęli gromadzić się ludzie, przekrzykując się nawzajem. W chaosie nie mógł nawet odróżnić twarzy, więc jedynie wystawił ręce z niemowlęciem przed siebie. – Zabierzcie ją do lasu – wychrypiał – błagam. *** – A więc czego ode mnie chcecie? – zapytał w końcu Einzaff. – Miałem nadzieję, że się dogadamy – odparł Kalam. Wziął łyk piwa i rozciągnął się na krześle – mam do pana dwie delikatne sprawy. Po pierwsze, chcę zabronienia wszelkiego dostępu do katakumb miejskich. Nie interesuje mnie jak pan to wykona, ważny jest efekt. Einzaff pogrążył się w zadumie. Katakumby? Jaki mogli mieć w tym interes? Czyżby tam znajdowała się ich siedziba? To było dosyć prawdopodobne. Mieliby stamtąd łatwy dostęp do centrum miasta, choć jednocześnie wejście musiałoby być dobrze ukryte. Z drugiej strony Kalam nie powiedziałby mu tak po prostu gdzie znajduje się siedziba zakonu. Mimo całej tej gadki o zostaniu przyjaciółmi, dobrze wiedział że zabójca nie ufa mu za grosz. Był narzędziem, jak zawsze. Pomyśli o tym w swoim czasie. Skinął głową. – Po drugie – kontynuował Kalam – poszukuję jednej zaginionej duszyczki. Na pewno pamięta pan egzekucję mordercy Declana Seaforda. Była tam dziewczynka, która narobiła niezłego szumu – zaśmiał się na myśl o tym wydarzeniu – chcę ją znaleźć i śmiem podejrzewać, że jeden ze strażników mógł maczać palce w jej zniknięciu. Oczywiście że to pamiętał. Takie przedstawienie nieczęsto miało miejsce w Nowej Sorannie. Generał żałował jedynie, że nie był tam osobiście, bo historie które słyszał były niewiarygodne. – Rozumiem, że nie ma sensu pytać, jakie są wasze cele – westchnął Einzaff – jeśli zgodzę się wam pomóc, co niby możecie mi zaoferować? – Liczyłem, że to będzie przyjacielska przysługa – odpowiedział Kalam z wyczuwalną ironią – jako życzliwy gest, ja i moi ludzie moglibyśmy pomóc panu w jakiejś drobnostce... Jak na przykład w uratowaniu Larissy przed cansadończykami. Generał nie mógł się powstrzymać i parsknął śmiechem. – Nie wiedziałem, że tacy z was patrioci – rzekł z rozbawieniem w głosie Einzaff. – Wiele rzeczy pan o nas nie wie. Ostatnie, czego byśmy chcieli to jeszcze większa władza w ich rękach – Kalam zamlaskał z niesmakiem – oczywiście dopóki korona należy do Harluna, Larissa nigdy nie stanie na nogi. Ale tym problemem zajmiemy się w swoim czasie. Jako że król nie ma syna, który mógłby zająć należne mu miejsce, zostanie nam jedynie rada pięciu. A wszyscy wiemy, jak skończyło się to ostatnio. Zakładamy, że rozegrają to tak samo i tym razem: turniejem. Ostatnim razem, czyli podczas legendarnej już walki wojowniczki Larissy z morkandyjskim szermierzem Mirgo. Czy to się udało? Poniekąd tak, bo choć uwolnili się w końcu od wojny, to władcy nadal im brakowało, jako że dwoje uczestników pojedynku poległo. Choć dla większości larissyjczyków był to dzień, który samoistnie przerodził się w święto, Einzaff uważał go za jeden z najgorszych. W końcu to przez to wydarzenie Harlun objął władzę. – Skąd macie pewność, że tak właśnie będzie? Kalam parsknął śmiechem w odpowiedzi. – My już się o to postaramy. Ta jedna, powierzchownie prosta wypowiedź dała Einzaffowi do myślenia. Naprawdę zakon był aż tak pewny siebie? Mówił to jakby wszystko już zostało ustalone. Zabiją członków rady? To jedynie spowodowałoby opóźnienie werdyktu. To musiało być coś innego... A co jeśli mieli własnych ludzi w radzie? Ta myśl przeszyła generała jak strzała. Nie widział innej możliwości, a jeśli rzeczywiście tak było, zakon był o wiele większym zagrożeniem niż mógłby przypuszczać. Kontrola nad radą dawała kontrolę nad krajem. Larissa była w rękach wyznawców Reny? To szaleństwo. A on się bał, że Harlun zniszczy jego kraj. – Naszym następnym celem jest potężny sojusznik cansadończyków – kontynuował Kalam – okazał się niestety o wiele sprytniejszy niż moglibyśmy przypuszczać. Mogę jednak pana zapewnić, że prędzej poślemy na śmierć wszystkich naszych ludzi niż pozwolimy mu żyć. To jedno nas łączy pomyślał sobie Einzaff i poczuł niesmak. Byli przerażająco podobni. – Niech będzie – rzekł w końcu – sprawę katakumb możecie uznać za załatwioną, a co do dziewczynki, nie mogę niczego obiecać. Minęło sporo czasu. – Wierzę w pańskie możliwości – odpowiedział mu Kalam – mam nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli współpracować jeszcze więcej. Można było to uznać za zakończenie rozmów. Oboje wstali i zaczęli zbierać swój oręż. Einzaff złapał za Ru’lekona, kiedy usłyszał śmiech zabójcy. – Wilczy Szpon, hę? Jeśli sam pan wymyślił tę nazwę, gratuluję świetnego poczucia humoru. Jeśli nie, to czyż to nie jest niesamowity zbieg okoliczności? *** To będzie bardzo długi dzień, pomyślał Evan kiedy wstał z łóżka. Bolały go wszystkie części ciała. Ledwo mógł się ruszać, a jego prawe oko było tak podbite, że prawie na nie widział. Zastanawiał się, jak komicznie musiał wyglądać. Tak czy inaczej, wstał szczęśliwy. Rano opowiedział wszystko swoim współlokatorom, i tak jak się spodziewał, mieli go za idiotę. Nie żartowali; szczerze uważali, że jego poświęcenie było niesamowicie głupie i totalnie bez sensu. Nie zważał na to, był z siebie dumny. Oczywiście najgorsza część była dopiero przed nim. Dopóki nie wydobrzeje, lekcje w zakonie to będzie prawdziwe piekło. W końcu przyszedł moment na który tyle czekał. Kiedy tylko zaczęła się lekcja walki taktycznej u Rotha, zaczął szukać wzrokiem po sali w poszukiwaniu Zeke’a. Ten, kiedy tylko zobaczył swoją ofiarę z dnia wcześniej, posłał mu nienawistny uśmieszek. Kiedy Evan odpowiedział mu tym samym, natychmiast spoważniał i na jego twarzy zagościła wściekłość. – Dobra, to samo co wczoraj – powiedział do nich Roth – w pary i trenujemy niskie uderzenia. Celujecie w nogi, ale mając tak wyprostowane plecy jak tylko możecie. Evan posłusznie stanął naprzeciwko Carris i zaczęli wymieniać ciosy. Niespecjalnie zwracali uwagę na trening, co chwila patrzyli na Zeke’a i jego kolegę, którzy teraz stali z niepewnością naprzeciw siebie, nie wiedząc co zrobić. W końcu podszedł do nich Roth i zaczęli rozmawiać. Evan czuł coraz większą słodycz w sercu, kiedy zobaczył jak opiekun robi się czerwony na twarzy. Nie minęła chwila i zaczął wrzeszczeć na Zeke’a, który wyglądał teraz jak pies z podkulonym ogonem. – ZGUBIŁEŚ GO?! – głos dwumetrowego opiekuna rozniósł się po sali. Wszyscy na moment zaprzestali treningu i spojrzeli z zaciekawieniem na scenkę. – Został mi skradziony – odpowiedział mu Zeke piskliwym głosem i wskazał palcem na Evana, ale to doprowadziło Rotha do jeszcze gorszego stanu. – MASZ MNIE ZA IDIOTĘ?! – wrzasnął i spoliczkował Zeke’a tak, że ten niemal się przewrócił – WIEM O WASZYM MAŁYM KONFLIKCIE, NIE UDA CI SIĘ GO W TO WCIĄGNĄĆ! CO MAM NIBY TERAZ Z TOBĄ ZROBIĆ?! Evan zorientował się, że uśmiecha się sam do siebie. Sprawiedliwość. Słodka zemsta, o jakie piękne to było uczucie! Upajał się tą chwilą jak gdyby to był szczególny dzień w jego życiu. Może dla kogoś byłby to ślub, dla innych urodziny, ale on żył właśnie dla takich chwil jak ta. Nie było nic piękniejszego niż oglądanie, jak ciemiężca dostaje to, na co zasłużył. Cały trik polegał na tym, że Zeke myślał, że Evan się go boi. Wydawało mu się, że go złamie, że zrobi sobie z niego popychadło. Chciał się żywić jego strachem i niepewnością, a teraz cała prawda zwaliła mu się na głowę. Patrzył co chwila na to na Evana, to na Rotha, a na jego twarzy zagościło niedowierzanie. Wiedział już, że Evan to wszystko miał w planach i doskonale wiedział, że tak to się potoczy. I nie bał się go. Wręcz przeciwnie, patrzył na niego spojrzeniem zwycięzcy. To było dla Zeke'a za dużo. Nie dość, że zrobił z niego pośmiewisko, to mógł sprowadzić na niego poważne kłopoty. I nie przejmował się niczym. Zeke poprzysiągł sobie jedno: kiedy nadejdzie czas, zabije go. Zapłaci za wszyst... Kolejny policzek od Rotha wyrwał go z przemyśleń. *** Nie mogła się powstrzymać od patrzenia na niego. Była jak zauroczona. Ten widok był upajający. Kiedy pierwszy raz usłyszała, co zrobił Evan i po co było to wszystko, miała ochotę dołożyć mu jeszcze trochę, poprawić po Zeke’u. Nigdy w życiu nie słyszała czegoś równie głupiego. Ale teraz wszystko się zmieniło. Jego spojrzenie, mimika twarzy... Powiedzieć, że był szczęśliwy, to za mało. Widziała właśnie człowieka, który jest naprawdę spełniony. Uparł się i poświęcił tak wiele, żeby osiągnąć tak głupi cel, ale to było dla niego wszystko. Sprawiedliwość. Teraz patrzył na owoce swojej pracy i wiedziała, że chłopak nie żałuje żadnej swojej decyzji. Z każdym następnym krzykiem Rotha jego twarz rozjaśniała się bardziej i bardziej. Kiedy przyszedł (a raczej przypełznął) poprzedniego wieczoru do ich dormitorium, cały we krwi i świeżo nabitych siniakach, wyglądał żałośnie. Jak chłopiec, który znalazł się w złym miejscu o złym czasie. Teraz był jak mężczyzna. Zrobił to wszystko, żeby pomścić Willy’ego i mu się to udało. Też go lubię. Jest szalony. Uśmiechnęła się do siebie. Co za głupiec. Pewnie gdyby mógł, zginąłby za przyjaciół. Może nawet nie chodziło o to, a o samo wymierzenie sprawiedliwości, tak czy inaczej, działało to na nią zniewalająco. Dopiero do niej doszło, jak bardzo atrakcyjna w facecie może być sama zdolność do działania. Ona i Dean oczywiście współczuli Willy’emu jak tylko mogli, ale Evan ruszył bez zastanowienia. To nie była ani odwaga, ani głupota. Po prostu wiedział, co należy zrobić i nie zawahał się. Nadal nie mogę pojąć waszej rasy. Chcesz go zniewolić? Nie mogła wytrzymać i zaśmiała się. Demon oczywiście nie zrozumiał co ją tak rozbawiło w jego wypowiedzi, ale zaraz poczuła, że śmieje się razem z nią. O tak, chciała go zniewolić. Przez całą lekcję u Rotha nie myślała o niczym innym. *** To było aż zbyt proste. Nikt nawet go nie pytał o stosowne pozwolenia, które teraz już bez wyrzutów sumienia fałszował. Kiedy zarządca tylko zobaczył, że ma do czynienia z generałem, zgodził się na zamknięcie katakumb od razu. Nie musiał nawet pokazywać dokumentów, nad których powstaniem tyle się napracował. Oczywiście Einzaff nie miał zamiaru dać sobą kierować jak marionetką. Znali jego największy sekret i to go przerażało. Jakim cudem się o tym dowiedzieli? To, co powiedział mu Kalam nie mogło być przypadkiem, ktoś musiał puścić parę z ust. Jedyne osoby które o tym wiedziały to on, Rins i jego żołnierze z bitwy o Miranę. Musiał się dowiedzieć kto i dlaczego go wydał. Nie miał żadnego lepszego planu, niż spełniać prośby zakonu, ale postanowił mieć czujne oko na wszystko. Przeszedł całe katakumby kilka razy i nie znalazł absolutnie niczego. Samych pomieszczeń grobowych było niewiele, bo chowano tam jedynie najbardziej zamożnych obywateli. Oprócz tego, o miejscu pochówku decydowała rodzina, a rzadkością było żeby ktoś chciał wydać fortunę na to, żeby trup leżał w ładnym miejscu. Panowały tam niemal całkowicie ciemności, a w kilkugodzinnych poszukiwaniach Einzaff wypalił trzy pochodnie. Pukał w ściany, szukając pustej przestrzeni za nimi, dotykał każdej cegiełki w poszukiwaniu ukrytego mechanizmu. Absolutnie nic. Posunął się nawet do otwierania sarkofagów, ale znalazł tam jedynie bogato ubrane kości. Zostało mu jedynie czekać. Postanowił zaglądać tu codziennie, w poszukiwaniu jakichś śladów pobytu człowieka, nie mógł zrobić wiele więcej. Zrezygnowany, powoli skierował swoje kroki do wyjścia. Jego drugim celem było znaleźć dziewczynkę, która tamtego dnia postawiła się królowi. Zaśmiał się w duchu. Ta mała, brudna i zapewne bezdomna duszyczka, była lepsza od niego. Zrobiła coś, na co on się zbierał przez kilka lat. Oczywiście nie miał zamiaru oddawać jej w ręce zakonu. Jeśli jakimś cudem udałoby mu się ją znaleźć, miał zamiar wypytać o wszystko, a pewnie miała o czym opowiadać. Później może poszukałby dla niej jakiegoś schronienia. Zakładając, że jeszcze żyła, co było mało prawdopodobne. Nie miał pojęcia od czego zacząć. Podczas tamtej egzekucji panował taki chaos, że mało kto tak naprawdę wiedział co się dzieje. Kalam wspominał o jakimś strażniku, ale nie powiedział mu o kogo dokładnie chodziło. Wielu brało udział w tamtym wydarzeniu. Przechadzał się teraz bez celu po mieście, próbując pozbierać myśli, kiedy zaczepiła go jakaś kobieta. – Przepraszam, chciałby pan może złożyć drobny datek na pomoc cho... – urwała, kiedy się obrócił – generał Einzaff? Najmocniej przepraszam, pomyli... – Nie ma sprawy – odparł i wymusił uśmiech na twarzy. Młoda kobieta w białej sukni była zapewne praktykantką w domu uzdrowienia. W tym miejscu to zawsze starsi stażem uzdrowiciele zajmowali się chorymi, podczas gdy ci w trakcie szkolenia zajmowali się takimi rzeczami jak sprzątanie lub właśnie zbieranie datków. Harlun oczywiście ukrócił im finanse, więc zaczęli prosić ludzi o pomoc – ile wynosi datek? – To zależy od waszej hojności, szlachetny panie – ukłoniła się. Rumieńce wylały się na jej policzki i widać było od razu, że jest onieśmielona jego obecnością – a–ale starsi uzdrowiciele zawsze mówią, że dwa srebrniki to wystarczająco, żeby kupić balsamy dla chorych, i nie za dużo, żebyśmy nie wyszli na chciwych. Einzaff znał główną uzdrowicielkę, Rose, i wiedział, że to byłoby coś w jej stylu. Mimo wszystko zastanawiał się, jak źle się u nich działo że kupowali najtańsze balsamy na rynku. Zorientował się, że nie zabrał ze sobą pieniędzy. Już miał zacząć przepraszać młodą uzdrowicielkę, kiedy przypomniało mu się pudełko z symbolem zakonu Reny, które dostał od bezdomnego kuriera. Sięgnął ręką pod tunikę, gdzie trzymał pakunek. Starając się, żeby kobieta nie zobaczyła rysunku na wieku, wyciągnął z niego mieszek. W środku nadal były dwa srebrniki. Teraz generał już nie dowierzał. Patrzył na pieniądze przed sobą z otwartymi ustami. To niemożliwe. Nie mogli wiedzieć że tu będzie. – Wszystko w porządku? – zaniepokoiła się lekarka. Potrzebował chwili na analizę. Czy to mógł być przypadek? Może. Szansa na to była raczej mała, zważając na ciąg nieprawdopodobnych zdarzeń który się odbyły. Jaki mogliby mieć inny powód żeby przysyłać mu akurat taką sumę? Czy uzdrowicielka to aktorka? To było bardzo możliwe. Z daleka nie zauważyła wielkiego faceta w zbroi z ogromnym mieczem na plecach? Na ulicach nie było aż takiego tłumu, musiała specjalnie na niego wpaść. Dał się na to złapać jak małe dziecko. Kolejny przykład na to, że mogli go zabić bez problemu. Pewnie korciło ją żeby nakarmić go sztyletem schowanym pod szatą, kiedy on się do niej przymilał. Co ze mnie za głupiec. Porobili go jak starego kozła. Cała scena która się odbyła wyglądała teraz dla niego komicznie. Nie miał pojęcia czy to Kalam za tym stał, ale jeśli tak to też miał świetne poczucie humoru. Pewnie go teraz obserwuje i kona ze śmiechu. “Uzdrowicielka” nadal patrzyła na niego jakby z oszołomieniem, kiedy stał przy niej z otwartymi ustami. Nie wiedział na ile była w to wszystko wplątana, ale zakładał że też nie wytrzymuje. Troszeczkę się zawiódł na całej sławie zakonu. Miał ich za profesjonalistów, a okazało się że cały czas się popisywali. Ale musiał przyznać, ta dziewczyna to była urodzona aktorka. W końcu spróbował się opanować i głęboko odetchnął. – Dobra, czego chcecie? Ty jesteś tu szefową? – Hmm..? Przepraszam, nie za bardzo wiem co pan ma na myśli, nasza szefowa to pani Rose... – Ukróć mi tego – machnął do niej ręką – to o co chodzi? W jednej sekundzie jej wyraz twarzy zmienił się na całkiem obojętny. Wyprostowała plecy i rozpięła włosy, momentalnie stając się całkiem inną osobą. – W końcu. Myślałam że zaraz mnie coś strzeli. Do środka, i żadnych sztuczek, bo poderżnę ci gardło. *** Koniec końców okazało się, że Zeke dostał nowy sztylet i nie poniósł żadnych innych konsekwencji. Evanowi to wystarczyło, wiedział że cała sytuacja zapewni mu spokojniejszy sen przez następne kilka dni. Pod wieczór zaczęła się lekcja Zii. Postanowiła dać im przez jeden dzień wypocząć od treningu, co do to tej pory jeszcze się im nie zdarzyło. – Jak myślicie, co miała na myśli mówiąc “lekcja specjalna”? – Przełknął ślinę Dean – Nie podoba mi się to. – Mi to mówisz? – Spojrzał na swoją rękę Willy. Nadal bolała go niemiłosiernie i pewnie jakikolwiek ruch będzie powodował cierpienie, a nie pozwolono mu dłużej się kurować, więc musiał wracać do treningów – jeśli wymyśli coś szalonego, to ja tam mogę umrzeć. – Dasz sobie radę – wzruszyła ramionami Carris – zakładam, że zrobiła nam wolne ze względu na ciebie. – Jasne. Prędzej wymyśliła coś żeby mnie dobić. Evan chciał coś powiedzieć, ale się powstrzymał. Zia wiele razy mu pokazała że raczej ciężko u niej o współczucie, ale po ostatniej rozmowie z nią już sam nie wiedział co myśleć. Wszyscy jak jeden mąż stanęli zdziwieni, kiedy weszli na salę. Zia czekała na nich z założonymi rękami, a za nią stało kilka skrzyń. Co dziwniejsze, byli tam też wszyscy inni opiekunowie. Siedzieli pod ścianą i rozmawiali między sobą. – Co oni tu robią? – zdziwił się Evan – Teraz już sam zaczynam się bać. Nim zdążył dostać jakąś odpowiedź, Zia w końcu się odezwała. – Dobra, dzisiejsza lekcja będzie wyjątkowa. Miałam nadzieję że do tej pory skończycie już siatkę i będę mogła przejść dalej, ale najwyraźniej się przeliczyłam – przeleciała po nich wzrokiem – Dzisiaj pokażę wam jak się ukrywać. Każdy doświadczony zabójca wie, że nie ma lepszej kryjówki niż dobre przebranie. Kiedy chowasz się w cieniu, jest wiele czynników które decydują o tym, czy uda wam się dostać gdzieś niezauważenie. Światło, liczebność świadków, budowa podłoża czy nawet kierunek wiatru. To wszystko jest nieważne, kiedy możecie po prostu wtopić się w tłum. Obróciła się i poszła w kierunku jednej ze skrzyń. Schyliła się i wyciągnęła długi jednoręczny miecz, po czym przeszła do kufra na końcu. Przez chwilę przeszukiwała skrzynię, aż w końcu coś z niej wydobyła. W sali dało się usłyszeć śmiech Rotha, kiedy przyczepiła sobie sztuczną brodę. Uczniowie nie mieli odwagi się zaśmiać i tylko patrzyli na nią zdziwieni. – Pracujecie w grupach. Scenariusz jest prosty: od celu dzieli was jedynie podejrzliwy strażnik, którym jestem ja. Jeśli uda się wam mnie przekonać o czystości waszych zamiarów, zdaliście. W skrzyniach znajdziecie odzież, akcesoria a nawet perfumy. Im bardziej wiarygodne przebranie, tym lepiej. Będziecie ciągnąć słomki i na ich podstawie ustalimy kto zaczyna. Nie muszę chyba mówić, że pierwsza grupa ma najtrudniej? Oprócz tego, że macie wtedy najmniej czasu na przygotowanie, to nie będziecie mogli nauczyć się na błędach swoich poprzedników. Po losowaniu macie dziesięć minut na przebieranki, potem startujemy z pierwszą grupą. Oczywiście nie mamy czasu na stosowne przygotowanie waszych nowych tożsamości, więc po części możecie to uznać za zabawę. Prawdziwym wyzwaniem jest przeprowadzenie rozmowy. No i zaczęli losowanie. Pierwsza była grupa Rotha, później w kolejności byli uczniowie Khalida, Kalama, Zii a na końcu Teru. A więc byli czwarci. Evan jedynie liczył na to, że nie będą pierwsi, a okazało się że są przedostatni. To dawało im mnóstwo czasu na przygotowanie. – Dziesięć minut i startujemy – powiedziała do nich Zia – spodziewam się chociaż odrobiny kreatywności z waszej strony, ale też sprytu. Nie zależy mi na tym, żebyście byli nie do poznania, bardziej chodzi mi o to, jak dobrze potraficie kłamać. Pamiętajcie, że sam wybór ubioru może zadecydować o mojej postawie w stosunku do was. Wszyscy rzucili się na skrzynie, starając się znaleźć cokolwiek wartego uwagi nim zrobią to inne grupy. W środku znaleźli mnóstwo różnorodnej odzieży, od łachmanów po drogie szaty, suknie, togi a nawet żołnierskie mundury. Inny kufer zawierał rekwizyty, rzeczy codziennego użytku jak i broń wszelkiej maści. Były też peruki, barwiące pasty, perfumy czy spinki. Znajdowało się tam wszystko, czego mogli potrzebować. Po krótkiej naradzie doszli do wniosku, że będą po prostu udawać rodzinę. Carris z Deanem mieli być małżeństwem, Willy, którego postura i rysy twarzy odmładzały o kilka lat ich dzieckiem, a Evan jego dziadkiem. Pomysł wydawał im się dosyć zabawny, a skoro Zia nie miała nic przeciwko kreatywności postanowili zaszaleć. Popatrzyli po innych grupach i nie mogli powstrzymać się od śmiechu. Wszyscy wydawali się być wielce zaangażowani, a pomysłów im nie brakowało. Grupa Teru złożona z samych mężczyzn miała udawać grupę mnichów. Evan skarcił się że sam na to nie wpadł, bo wtedy mógłby jedynie stać ze spuszczoną głową i udawać, że się modli. Uczniowie Khalida poszli w trochę innym kierunku, przebierając się za wędrownych kupców z egzotycznymi dobrami. Wybrali najbardziej kolorowe ubrania jakie udało im się znaleźć, buty z długimi czubkami i jaskrawe czepki. Pofarbowali nawet skórę na ciemniejszy odcień, jak gdyby przybywali z bardzo dalekich stron. Grupa Kalama udawała żebraków. Wszyscy przywdziali łachmany i wysmarowali włosy, nadając wrażenie jak gdyby były tłuste. Niektórzy nawet pofarbowali sobie zęby czarną pastą. Evan niemal wybuchnął śmiechem, kiedy zobaczył Zeke’a trenującego zachrypły głos. Uczniowie Rotha, złożeni z dwóch dziewczyn i dwóch chłopców grali rodzinę szlachecką. Chichotali między sobą, pokazując ręce ozdobione brylantowymi pierścionkami i oglądając bogate stroje. Nikt się im nie dziwił, w końcu przez ostatnie kilka miesięcy chodzili cały czas w tych samych czarnych pelerynach. To była miła odmiana. Patrząc na innych, Evan poczuł się trochę nieswojo. Wszyscy mieli doskonałe pomysły i świetne wykonanie, a oni po prostu mieli udawać rodzinę. Kończył im się czas i było raczej za późno na zmianę taktyki, ale nagle zaczął powątpiewać. Na początku wydawało mu się to genialnym pomysłem, bo mogli wymyślić takie historie jakie tylko chcieli, ale patrząc na inne grupy uznał, że mogli bardziej się postarać. – Koniec czasu – rzekła w końcu Zia. Podniosła miecz z podłogi przed sobą, oparła się o niego i przybrała znudzony wyraz twarzy. A więc zaczęło się. Evan wyszczerzył się na sam widok swojej opiekunki udającej strażnika. Jej poza wyglądała komicznie. Wyglądała jak ktoś, kto czeka jedynie aż będzie mógł wrócić do domu i napić się piwa. Była świetna. Nagle pojął po co byli tam inni opiekunowie. Przyszli na przedstawienie. To nie mogła być pierwsza taka lekcja w zakonie. Doskonale wiedzieli, co będzie się działo i po prostu przyszli oglądać. Nieważne jak bardzo Zia próbowała zrobić z tego poważny temat, oni mieli nadzieję trochę się pośmiać. Pierwsza grupa ustawiła się niepewnie w szeregu i zaczęli iść w kierunku Zii. Evan uznał, że byli wspaniali. Idąc z dumnie uniesionymi głowami i równym, spokojnym krokiem wyglądali bardzo dostojnie. Kiedy byli ledwie kilka metrów od niej, ta podniosła głowę i zaczęła przyglądać im się czujnie. – Przepraszam panią bardzo – w tle dało się słychać chichoty, kiedy Zia zaczęła mówić niższym tonem – mogę zapytać, gdzie się państwo wybierają? Na twarzy jednej z dziewczyn Rotha na chwilę pokazało się zdziwienie, kiedy zorientowała się, że do niej skierowane było to pytanie. Zaraz jednak się opamiętała i uśmiechnęła się do “strażnika”. – Och, po prostu sobie spacerujemy. Jakiś problem, drogi panie? – Rutynowe sprawdzanie – odrzekła sucho Zia – wzięliście ze sobą wiele kosztowności jak na zwyczajny spacer. To prawdziwy rubin na pani pierścionku? W jednej chwili wszyscy w grupie popatrzyli po sobie, nie spodziewając się takiego obrotu sytuacji. Wszyscy w sali zaczęli się śmiać, widząc powątpiewanie w grupie Rotha. – Coś nie tak? Wyglądacie bardzo podejrzanie – Zia wykorzystała sytuację i teraz już stała niemal na baczność, mocno trzymając chwyt na rękojeści miecza. Wyszli z roli ledwie na dwie sekundy. – Dobrze, proszę pana – rzekła w końcu druga dziewczyna z grupy i spuściła ręce – przyznaję się, wybieramy się na przyjęcie z okazji ślubu naszej przyjaciółki. Jest to prywatna impreza, chyba pan rozumie jak natrętni potrafią być zazdrośni mężowie – wbiła wzrok w ziemię i skrzyżowała nogi – chcieliśmy wymknąć się po cichu. Zia wyraźnie się uspokoiła. Zaczęła mówić spokojniejszym tonem a na jej twarzy znów malowało się znudzenie, jednak nie dawała za wygraną. – Rozumiem, droga pani. Mimo wszystko, to dziwne że chadzają państwo po mieście mając na sobie małą fortunę. To niebezpieczna okolica, nie obawia się pani zbirów i rzezimieszków? Dziewczyna uśmiechnęła się szeroką i odgarnęła włosy za ucho. – Skoro o bezpieczeństwo dbają tacy mężczyźni jak pan to chyba nie mam się czego obawiać – mówiąc to, patrzyła Zii centralnie w oczy, jednocześnie delikatnie rozchylając dekolt. Po sali poniosła się fala śmiechu. Flirtuje z nią? Evan nie mógł nie czuć szacunku do tej dziewczyny. Flirtować ze strażnikiem? Gorzej, flirtować z Zią przebraną za strażnika? To była dopiero odwaga. Jedynie uczniowie przebrani za szlachtę i Zia stali z kamiennymi twarzami, kiedy cała reszta śmiała się do rozpuku. Po kilku długich sekundach w końcu wszystko ucichło. Zia odchrząknęła i kontynuowała przedstawienie. Bardzo wczuła się w swoją rolę, bo teraz nie odrywała nawet wzroku od piersi dziewczyny. – Ekhm... To nic takiego, proszę pani. Mimo wszystko, będę musiał panią przeszukać. Cała grupa nagle pobladła, a do Evana momentalnie doszło o co chodzi. Zapomnieli o swoich sztyletach. Zostawili je pod ubraniami i teraz przez to wpadli. Naprawdę o wszystkim pomyślała, stwierdził z niepokojem. Kiedy przyjdzie kolej na nich, miał tylko nadzieję że on sam nie będzie musiał odpowiadać na jej pytania. Dziewczyna przysunęła się bliżej rzekomego strażnika i zdjęła z palca pierścionek. – Może poczeka pan z tym do później – spojrzała lubieżnie na Zię i wsunęła jej do ręki biżuterię, jednocześnie delikatnie muskając palcami jej dłoń – kiedy nie będzie wokół nas tylu ludzi. Nie tylko flirtowała. Próbowała ją przekupić. Po sali znów rozległy się fale śmiechu, a Zia podniosła ręce w geście zrezygnowania. – Dobra, zdaliście – dała sobie spokój i śmiała się razem z innymi – Rubinowy pierścień żeby przekupić jednego strażnika? To samo w sobie już by was wydało, wystarczyłaby złota moneta. Kiedy oferujesz taką sumę jasno pokazujesz, że coś ukrywasz. Ale widziałam że się staraliście i dam wam spokój. Moje gratulacje. Cała grupa Rotha zaczęła wiwatować swojej koleżance, która wyraźnie poczuła ulgę, że nie musi dłużej udawać. – Czyli sami wymyślamy okoliczności – odezwał się nagle Willy – to ułatwia sprawę. Carris spojrzała na niego pytająco. – Zia nie mówiła nic gdzie dzieje się rzekoma sytuacja – kontynuował – daje nam to dużo możliwości. – Co wcale nie znaczy, że będzie to łatwe – wtrącił się Dean – widziałeś jak czepia się szczegółów? Evan ucieszył się na myśl, że inni podzielają jego obawy. Wystarczy, że powiedzą słowo za dużo lub za mało a ona to wykorzysta. – Dobra, następni – mruknęła Zia i przybrała pozę jak na początku. Stanęła przed nią grupa wędrownych kupców. Tym razem, zamiast grzecznie pytać gdzie się wybierają, natychmiast się wyprostowała i wymierzyła miecz w ich kierunku. – Stać! Kto idzie? Jeden z chłopców skinął do niej zieloną czapeczką i delikatnie się ukłonił. – Nazywam się Abuyin ad Shadir – wypowiedział bez zająknięcia i się uśmiechnął – to moi bracia, Shon ad Shadir i Ahman ad Shadir, a to moja droga siostra, Latifa. Przybyliśmy do waszego kraju w nadziei na powiększenie rodzinnej fortuny. Zia opuściła miecz i spojrzała na nich z ukosa. – Latanczycy? Myślałem, że kobiety z waszego kraju zostają jedynie kurami domowymi. Chłopak zaśmiał się i odpowiedział bez wahania. – Dlatego właśnie tutaj przybyliśmy. Tradycje naszego państwa potrafią być bardzo staromodne – uśmiechnął się smutno do swojej rzekomej siostry, a ona odpowiedziała mu tym samym. – To ile czasu już spędziliście u nas? – Jakieś trzy miesiące. – Znasz język bardzo dobrze jak na tak krótki pobyt tutaj. Evan na chwilę wstrzymał oddech. Chciała, żeby mówili w innym języku? Rozumiał, że żądała zaangażowania, ale to było coś ponad ich możliwości. Chłopak jednak się nie poddał. Spuścił głowę i przysunął do siebie braci. – Często to słyszę, niestety wiąże się z tym pewna smutna historia. Nasza rodzina przez długie dziesięć lat była w niewoli, przez co nauczyliśmy się języka uniwersalnego. Ledwie już pamiętam mój ojczysty – cała czwórka spuściła głowę i zapadła cisza. – Jakaś broń? – Oczywiście. Masz nas za głupców? – Pokazać. Uczniowie spojrzeli po sobie i posłusznie wyciągnęli spod ekstrawaganckich ubrań takie same, zakrzywione miecze jednosieczne. Zia patrzyła z niedowierzaniem to na Khalida, to na jego uczniów. – Niesamowite – rzekła już swoim zwyczajnym tonem – macie sporą wiedzę o Latan – skinęła głową do nich – zdaliście. Kiedy rozradowani uczniowie odeszli, Zia zwróciła się do reszty. – Zakładam że żadne z was nie miało pojęcia jaka sztuka się tutaj rozegrała. Przebierając się za cudzoziemców postawili sobie poprzeczkę najwyżej jak tylko mogli. Typowy strażnik nie podejrzewa nikogo bardziej niż obcokrajowca. Mimo wszystko wasi koledzy dopięli wszystko na ostatni guzik. Sejmitary są bronią rozpoznawczą latanczyków, unikając zwrotów "proszę pana" jasno zaznaczyli swoje pochodzenie, że nie wspomnę nawet o doborze imion – pokręciła głową – właśnie czegoś takiego oczekuję. Nie zapominajcie, że możecie zostać zapytani o wszystko. Dobra, wasza kolej – skinęła głową na wychowanków Kalama. Cała grupa z Zeke’m na czele ruszyła w kierunku Zii. Wszyscy byli zgarbieni, a jeden z chłopców nawet utykał na jedną nogę. – Ej, obszczymurki – rzuciła do nich Zia – nie macie gdzie się szwędać? Evan aż nie dowierzał. Czuł się zupełnie tak jak kiedy jego zaczepiano, kiedy był jeszcze ulicznikiem w Nowej Sorannie. Mógłby przysiąc, że usłyszał to przezwisko przynajmniej kilka razy w życiu. – Hę? – odpowiedział jej jeden z chłopaków – Może panienka powtórzyć? W jednej chwili Zeke spiorunował go wzrokiem, mimo że chłopak nawet nie wiedział gdzie popełnił błąd. Wydawało mu się, że udawanie głuchoty to był wspaniały pomysł. – Panienko? – zapytała go chłodnym głosem Zia i już wiedział, co zrobił nie tak. – Ty idioto! – Zeke krzyknął na swojego kolegę i patrzył na niego wzrokiem mordercy. Evan myślał, że ten dzień już nie może stać się lepszy, a teraz patrzył na swojego rywala który niemal trząsł się z wściekłości. – Zejdźcie mi z oczu – westchnęła Zia i odprawiła ich natychmiast, nawet nie dając im drugiej szansy. Odchodząc, kłócili się między sobą i Evan miał cichą nadzieję, że rzucą się sobie do gardeł – chyba nie muszę omawiać co poszło nie tak? Następni. *** Ostatnim razem, kiedy Einzaff był w domu uzdrawiania kilka miesięcy temu, uznał że to nie jest najprzyjemniejsze miejsce. Teraz było tu jak w piekle. Zapach kurzu i starości zmienił się w odór gnijącego mięsa. Zamiast cichych melodii nuconych przez uzdrowicielki do uspokojenia chorych, dało się słyszeć jedynie jęki i krzyki cierpienia. Nie trzymano już tutaj rannych, tylko umierających. W końcu dotarli do gabinetu starszej uzdrowicielki. Zabójczyni, która wcześniej udawała uprzejmą służkę teraz nawet nie przytrzymała mu drzwi. Spodziewał się albo Rose, albo Kalama. Jego przypuszczenia okazały się błędne, kiedy zobaczył przywiązanego do krzesła mężczyznę. – Zostawię was samych. Nie bawcie się za dobrze – rzuciła mu drwiąco siepaczka i wyszła, zamykając drzwi za sobą. Einzaff westchnął. Jak w ogóle udało mu się wplątać w ten cały syf? Popatrzył na faceta, który wyglądał jak trup. Posiniaczone oczy i blada jak płótno twarz, połączone z wielkimi czarnymi kropkami na całym ciele i martwym spojrzeniem wbitym w podłogę dawały wrażenie jak gdyby już wyzionął ducha. Jedynie ledwie unosząca się wraz z oddechem pierś mężczyzny ujawniała resztki życia. Generał popatrzył na niego z ukosa. Nie miał pojęcia gdzie, ale na pewno gdzieś widział tego człowieka. Może gdyby jego twarz nie wyglądała jakby przejechał po niej wóz to byłoby łatwiej go rozpoznać. Po chwili nędznie wyglądający mężczyzna podniósł wzrok na Einzaffa. Chyba go poznał, bo w jednej chwili jego oczy rozszerzyły się i wyglądały jakby miały zaraz wyskoczyć z orbit. – Ge–generał Einzaff? Przepraszam, przepraszam, przepraszam – zalał się nagle łzami, wprawiając go w jeszcze większe osłupienie. Nie płakał jak mężczyzna, tylko jak małe dziecko. Z jego oczu lał się ciągły strumyczek, z nosa zaczęły mu lecieć krwawe smarki a jego ręce trzęsły się jakby były zrobione z galaretki. Patrzył na prawdziwą rozpacz tego człowieka. – Przepraszam za wszystko! Zmusili mnie do tego, zmusili mnie! – Z ust mężczyzny zwisała ślina, która zaraz zmieniła się w małą kałużę na biurku przed nim. – Co masz na myśli? – zapytał chłodno Einzaff – Kim jesteś? Mężczyzna schował twarz w dłoniach. Szloch wyraźnie utrudniał mu mówienie i walczył ze sobą, próbując się opanować. – Moja córeczka, moja mała Meg... Powiedzieli, że ją zabiją, jeśli im nie powiem... – Do rzeczy – przerwał mu, odsuwając na bok współczucie. Widział cierpienie tego człowieka i nawet nie próbował sobie wyobrażać co teraz musi przeżywać, ale taki bełkot do niczego nie prowadził. Potrzebował informacji. Mężczyzna w końcu odetchnął głęboko i z trudem podniósł się z krzesła. Ledwo stojąc na nogach, wyprostował się niezgrabnie i zasalutował. – Olrik Vennusen, regiment pierwszy pod dowództwem kapitana Einzaffa Bencklera, kompania czwarta. Zamarł. To był jeden z jego żołnierzy z bitwy o Miranę. Nazwał go kapitanem, a to był jedyny okres w jego życiu kiedy miał taki stopień. Szybkim krokiem podszedł do Olrika, złapał go kołnierz i przyszpilił do ściany. – Ile im powiedziałeś? – Wszystko co wiedziałem. – A ile wiedziałeś? Gdzie ukrywa się reszta? – Mieliśmy z chłopakami swoje przypuszczenia – nie miał odwagi spojrzeć generałowi w oczy – nie wiem, na ile jest w tym prawdy, ale powiedziałem im wszystko co wymyśliliśmy. – Chłopaki? Kto? – Wszyscy, którzy nie brali udziału w bitwie. Einzaff zaklął. Dwunastu ludzi. Znalezienie ich teraz oznaczałoby dużo pracy. Ale skoro Olrik powiedział zakonowi wszystko, to już nie mogli nic więcej z nich wycisnąć, równie dobrze mógł dać sobie spokój. W końcu puścił mężczyznę, który upadł na podłogę. Zaczął podnosić się niezgrabnie i uklęknął przed generałem, nadal nie podnosząc wzroku. – Pamiętam o mojej przysiędze, sir. A więc jednak miał w sobie jeszcze resztkę honoru. Mimo nędznego stanu Olrika jak i myśli o rodzinie, która zapewne czekała na niego w domu, Einzaff nie mógł mu wybaczyć. Chciał uratować swoją córkę, a być może podpisał tym wyrok na setki ludzi. Żaden wstyd nie jest w stanie zmyć takiego grzechu. Każdy żołnierz rozumiał, że wszystkie życia są warte tyle samo. To była prosta matematyka. Powoli zdjął z pleców Ru’lekona i stanął obok Olrika, który dopiero teraz przestał płakać. – To był zaszczyt móc służyć u twojego boku, kapitanie. *** Cała satysfakcja spowodowana absolutną porażką Zeke’a i jego grupy odeszła w zapomnienie, kiedy przyszła kolej na nich. Czuli się jak owieczki, które idą na rzeź. Ich plan ograniczył się do tego, żeby dopuszczać do głosu jedynie Carris i Willy’ego. Evan z Deanem nie uważali się za aż tak sprytnych, żeby móc przechytrzyć Zię. – A gdzie to się państwo wybierają? – zaczęła swoją formułkę, tak jak się spodziewali. – Och, wybieramy się po leki dla naszego staruszka – uśmiechnęła się od ucha do ucha Carris i spojrzała na Evana, który tylko trzymał się swojej drewnianej laski i pilnował, żeby się nie odzywać. – W czwórkę? A niech to, zaczyna się. Oczywiście nie wzięli tego pod uwagę. Pozostało mu jedynie mieć nadzieję, że jego współlokatorzy potrafią improwizować. – Uznaliśmy, że spacer dobrze zrobi nam wszystkim – odpowiedziała Carris głosem troskliwej kobiety i złapała Deana za rękę, który w jednej chwili spiął się jak struna. – Pan jest jej mężem? – zwróciła się bezpośrednio do niego. Teraz aż zrobił się czerwony na twarzy. – Ja... Eeee... Jestem... – zaczął się jąkać, a po sali rozległy się śmiechy. Spowodowało to, że Dean jeszcze bardziej się zawstydził i wbił wzrok w podłogę, nawet już nie próbując się odzywać. Evan w desperacji zdzielił go w tył głowy. – Odpowiadaj na pytania! Przepraszam za niego – przez chwilę zapomniał o głosie staruszka, ale miał nadzieję że Zia tego nie zauważyła – biedaczek spadł z drabiny kilka miesięcy temu. Coś mu się poprzestawiało i od tamtej pory ciężko się z nim dogadać. Usłyszał ciche parsknięcie Willy’ego i miał ochotę zdzielić jeszcze jego, ale się powstrzymał. – Widzi pan – kontynuował – może i mój chłopaczek nigdy nie grzeszył inteligencją, ale po tym wypadku to już jest głupi jak koza. Poczuł na sobie świdrujące spojrzenie Deana, ale zignorował je. Prawie przez niego wpadli, zasłużył sobie. – Rozumiem – cmoknęła ustami i spojrzała prosto na Evana – to na co te lekarstwa? O bogowie. Jedyne zadanie jakie miał, to się nie odzywać. Oczywiście spaprałem nawet to. Nie miał absolutnego pojęcia co jej odpowiedzieć. Na co chorowali starsi ludzie? Czy mógł wybrać jakąkolwiek chorobę? Czy Zia będzie ciągnęła temat dalej? Spojrzał zrezygnowanym wzrokiem na Carris, która szybko wychwyciła jego rozpacz i postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. – Nasz kochany staruszek cierpi na to, co wszyscy inni staruszkowie – wtrąciła się – niestety, młodość nie jest wieczna. – Nie widziałem jeszcze żadnego dziadka, który cierpi na prostość pleców. Evan zaklął w duchu. Nawet nie pomyślał, żeby się garbić. Wziął ze sobą drewnianą laskę, ale jakby zapomniał o jej istnieniu i stała się jedynie dekoracją. Nie dotykała nawet podłogi. Doszło do niego, że nie idzie im za dobrze, a w większości była to jego wina. – Nasze uzdrowicielki naprawdę znają się na swoim fachu – desperacko próbując uratować sytuację znów zabrała głos Carris – kto by pomyślał, że zwyczajny balsam z pokrzyw połączony z masażem może tak zadziałać na człowieka? – Na pewno nie ja – odparła sucho Zia – może uśmierzy ból, ale kręgosłupa nie wyprostuje. – Przyznaję, sięgnęliśmy po dodatkową pomoc do magów – ciągnęła temat Carris – choć ich usługi nie należą do najtańszych, jesteśmy to winni naszemu staruszkowi – znów wysłała ciepły uśmiech Deanowi – wiele mu zawdzięczamy. – Magów? Jakich magów? – Druidów z lasów Do’cendi. Słyszałam wiele dobrych rzeczy o ich technikach manipulacji ciałem i postanowiliśmy spróbować szczęścia. – Myślałem, że nie przyjmują nikogo z zewnątrz. – Mamy szczęście mieć tam przyjaciela, któremu udało się ich przekonać. – Wasz przyjaciel jest druidem? – Badaczem. Interesuje się tamtejszymi terenami. – A więc jak to możliwe że jego tam wpuścili? – Zna się całkiem nieźle na tresurze, zaproponował pomoc i go przyjęli. – Jest lepszym treserem od druidów? – Dużo wędrował po świecie i zna różne techniki hodowlane, którymi mógł się z nimi podzielić. To bardzo obszerny temat... Trwało to tak jeszcze przez kilka minut. Dean, Willy i Evan stali się już tylko biernymi słuchaczami, kiedy Carris z Zią prowadziły zażartą dyskusję, próbując nawzajem złapać się w jakąś pułapkę słowną. Powstała z tego nie lada historia, dzięki której zaczęli już poznawać dzieje całej ich wymyślonej rodziny łącznie z kuzynostwem. W końcu jednak jedna ze stron nie wytrzymała. – To koniec. Nie mam już siły, poddaję się. Na twarzy Zii pokazał się uśmiech zwycięzcy. Chociaż bardzo starała się to ukryć, Evan zauważył, że też już musiała mieć dosyć. – No cóż, próbowałaś. A zaczynało się już robić ciekawie. Następni. – Nigdy więcej nie będę z tobą rozmawiał – odezwał się Dean do Carris – potrafisz kłamać jak najęta. – Nie denerwuj mnie – warknęła do niego – odpadliśmy prawie na samym początku, bo nigdy nie trzymałeś dziewczyny za rękę. – To nieprawda! – naburmuszył się – Po prostu wstydzę się występować przed publiką. Zignorowała go i spojrzała w kierunku Evana. – A ty... Miałeś jedno... – Tak, wiem. Spartoliłem – przyznał jej rację i wzruszył ramionami – mówi się trudno. – Ja nie próbowałem nawet się odezwać – wtrącił się Willy – i musicie przyznać, byłem w tym piekielnie dobry. Oglądali ostatnią grupę, która poległa na samym początku. Kiedy tylko Zia zapytała ich, z jakiego klasztoru się wywodzą i zauważyła, że chyba zapomnieli o swoich przysięgach milczenia, przedstawienie zakończyło się niemal natychmiast. – To zawsze jakieś pocieszenie – mruknął Willy – choć za karę pewnie stracę rękę. – Jeśli chcesz, to mam swojego człowieka wśród druidów, a oni manipulują ciałem – Evan wyszczerzył do niego zęby – to przyjaciel wujka pasierba ojca mojej matki, na pewno go znasz. – Ten, co tresuje górskie niedźwiedzie? Słyszałem, że dużo wędruje po świecie – od razu do rozmowy dołączył się Dean – jest badaczem i zna różne techniki hodowlane! – Jesteście żałośni – odezwała się Carris. Choć tego nie przyznała, niemal od razu poprawili jej humor – brakuje wam wyobraźni. – Dobra, to już koniec zabawy – przerwała im Zia. Ku niezadowoleniu wszystkich wokół, w końcu odczepiła swoją sztuczną brodę i znów stała się w pełni sobą – zacznijmy od mojej ulubionej części, czyli od kar. Grupy, który nie przeszły testu, zajmą się dzisiaj zbrojownią. Evan jęknął. Była to najgorsza z prac, jaką można było zajmować się w zakonie. Posiadali ogromną ilość oręża wszelkiego rodzaju, a zajmowanie się metalem było prawdziwą mordęgą. Nie mieli jedynie wyszorować ich na błysk; ostrzyli je, odrdzewiali a nawet wymieniali niektóre części. Chodziło tu o elementy niewymagające żadnej znajomości sztuki kowalskiej bądź łuczniczej, jak na przykład rękojeści lub co niektóre części kusz. – Jest też dobra wiadomość. Otóż to co się tutaj przed chwilą działo nie za bardzo odzwierciedla rzeczywistość. Chyba oczywiste jest to, że w prawdziwej sytuacji musielibyście naprawdę popracować nad przebraniem, żeby móc zmienić tożsamość. Mamy w zakonie od tego specjalistów, więc kiedy już zakończycie swoje szkolenie i dostaniecie jakieś zadanie, być może się z nimi zapoznacie. Potrafią zdziałać cuda. Z drugiej strony zaś, cała ta lekcja prawdopodobnie nigdy się nie przyda, ktoś wie dlaczego? – zadała pytanie w tłum, choć nie oczekiwała odpowiedzi. – Otóż strażnicy dzielą się na cztery typy: nowy, który jeszcze się trochę stara, licząc na awans. Tacy są najbardziej wścibscy. Później mamy takich z doświadczeniem, którzy tylko czekają na koniec swojej zmiany. Nazywamy ich pieszczotliwie leniwcami. Trzeci typ to strażnik–dureń. Nie macie nawet pojęcia, jak niewiele kwalifikacji trzeba mieć, żeby zostać stróżem prawa – pokręciła głową z niesmakiem – ostatni typ jest jednocześnie tym najczęściej spotykanym: strażnik–dureń–leniwiec. Innymi słowy, idealny strażnik. *** Choć Isabelle uważała się za osobę zazwyczaj rozważną, postanowiła ten jeden raz w końcu spróbować coś zdziałać. Nawet nie potrafiła stwierdzić, czy kiedyś w życiu czegoś żałowała tak bardzo jak tego. Przybyła na miejsce zdarzenia dosyć późno, bo kiedy się tam zjawiła, chata Carillów zmieniła się już w jedno wielkie ognisko. Miała zamiar przyłączyć się do kolejki ugaszaczy pożaru, kiedy zaledwie kilka kroków przed nią z nieba spadł Rodrick. Widziała jak wylądował na brukowanej drodze, prawdopodobnie łamiąc sobie przy tym nogę. Był jak bohater z baśni dla dzieci, który poświęca wszystko żeby uratować niewinnych. Może to jego działanie ją natchnęło, żeby zabrać niemowlę i pobiec w kierunku lasu? Oczywiście w takich bajeczkach wszyscy żyją długo i szczęśliwie, a bohaterowie zawsze wygrywają. Rodrick za to stracił mieszkanie i pewnie jeszcze nogę. Rzeczywistość potrafiła być brutalna. Stwierdziła to po raz szósty, kiedy znowu wpadła w kolczaste zarośla, rozcinając sobie przy tym uda. Uwielbiała chodzić w sukience, więc kiedy tylko pogoda na to pozwalała, pokazywała światu swoje nogi, z których była tak bardzo dumna. Teraz ledwie można było zobaczyć na nich skrawek skóry, przez spływająco z góry krew. Niech to szlag, mogła zostać i pomagać przy gaszeniu. W Ninegard mieszkały dziesiątki ludzi, którzy lepiej by się nadawali do tego zadania od niej. Przez fatalną kondycję ledwie była w stanie złapać oddech. Rodrick pewnie myśli teraz o tym samym. Tak się poświęcił, żeby uratować córeczkę, ale wszystko pójdzie na marne, bo bezużyteczna Isabelle ją zabrała. Przestała kląć w duchu, teraz już robiła to na głos. – Kurwa, kurwa, kurwa – powtarzała, jak gdyby miało jej to dodać siły. W rzeczywistości marnowała tylko cenne powietrze, którego jej organizm teraz tak bardzo potrzebował. Nie miała nawet pojęcia, gdzie się znajduje. Był co prawda środek dnia, ale drzewa rosły tutaj tak gęsto, że niemal nie docierało żadne światło. Oczywiście, zdarzyło się już jej kilka razy odwiedzać niewidomą wiedźmę, ale zawsze miała ze sobą jakiegoś kompana. Nawigacja nie była jej mocną stroną. – Kurwa – nie zauważyła spadku i poślizgnęła się, lądując tyłkiem w błocie – kurwa, kurwa, kurwa. Do tej pory nie zastanowiła się nawet, czy wiedźma w ogóle ją przyjmie. Nie wyglądała na taką, co to lubi ludzkie towarzystwo. Gdyby tak było, nie mieszkałaby w środku ciemnego lasu. Stwierdziła, że w sumie nigdy nie widziała jej z bliska. Mieszkańcy Ninegard opowiadali jej mnóstwo dziwnych historii o tej dziewczynie, więc Isabelle wolała unikać niepotrzebnego kontaktu. Życie zrobiło jej psikusa, bo teraz nie dość, że musiała z nią porozmawiać, to jeszcze poprosić o pomoc. Dlaczego miałaby w ogóle się nie zgodzić? – Kurwa – mogłaby przysiąc, że już widziała gdzieś ten krzak. Jeśli krążyła w kółko, to los córki Rodricka był już przesądzony. Równie dobrze mógł zostawić ją w płonącym domu, bo wtedy chociaż miałby jej prochy. Zważając jednak na fakt, że wspaniała, waleczna bohaterka Isabelle postanowiła zabrać ją ze sobą do lasu, prawdopodobnie obie zaginą na zawsze, a ich zwłoki zostaną pożarte przez okoliczną zwierzynę. – Kurwa, kurwa, kurwa – zobaczyła rozdarty materiał na jednym z krzewów. No to teraz była już pewna, że błądziła. Zastanawiała się nad powrotem do wioski. Tak, to byłby świetny pomysł. Rodrick udusiłby ją gołymi rękami, a jeśli by tego nie zrobił, poczucie winy zjadałoby ją przez resztę życia. W końcu powierzył jej życie swojej jedynej córeczki. Jeśli umrę, to próbując. Już miała rzucić na wiatr kolejne przekleństwo, kiedy doszło do niej coś niepokojącego: panowała absolutna cisza. Spojrzała na niemowlę, które trzymała w rękach. Miało zamknięte oczy. Przestało płakać. Kurwa, kurwa, kurwa, kurwa. Spanikowała. Co miała teraz niby zrobić? Jak sprawdzić, czy dziecko oddycha? Może gdyby była w stanie zachować trzeźwość umysłu, udałoby jej się coś wykombinować. Teraz jednak myśli wędrowały po jej głowie jak szalone. Powinna spróbować ją jakoś wybudzić? Oczywiście Is, jesteś genialna. Z pewnością dziewczynka zrobiła sobie drzemkę. Poczuła, jak po policzkach lecą jej łzy. Była bezsilna. Bezsilna, żałosna i głupia. Co ona sobie w ogóle myślała? Wróci do Rodricka z niemowlęciem zdrowym jak nigdy dotąd, zyskując jego dozgonną wdzięczność, a on obrzuci ją złotem? Życie to nie bajka, Is. Otrząśnij się. Przynajmniej gorzej już być nie może. Z przemyśleń wyrwał ją cichy dźwięk, dochodzący z jej prawej strony. Powoli obróciła głowę i objęło ją przerażenie, kiedy zobaczyła parę wpatrzonych w nią czerwonych ślepi. Małe, ledwie dostrzegalnie kropki zbliżały się w jej kierunku. Strach odebrał jej jakąkolwiek zdolność do działania. Rozum nakazywał jej uciekać gdzie pieprz rośnie, ale nogi odmawiały posłuszeństwa. Jej cichy płacz nagle się zatrzymał, kiedy bestia zatrzymała się kilka kroków od niej. W innej sytuacji pomyślałaby, że jest piękna. Ogromny wilk z futrem czarnym jak noc niewątpliwie budził grozę, ale też podziw. Gdyby nie widziała go z takiego bliska, pewnie pomyliłaby go z niedźwiedziem. Miał pysk na wysokości jej piersi. Powolnym krokiem zbliżył się do niej i zaczął ją obwąchiwać. Jej pęcherz nie wytrzymał i poczuła na nodze ciepło spływającego moczu. Strach przeszywał każdą część jej ciała jak strzała. Przed oczami latały jej setki obrazów, na których bestia wbijała swoje długie jak sztylety kły w jej miękkie, słabe ciało. Mimo ciemności widziała zarys mięśni kończyn zwierzęcia, i była pewna że nie miałaby żadnych szans gdyby chciała spróbować ucieczki. Po kilku trwających wieczność sekundach wilk stanął centralnie przed nią, jak gdyby kazał patrzeć na siebie, a ona nie mogła mu odmówić. Spoglądała na jego czerwone ślepia, wręcz jarzące się w mroku otoczenia i czuła, jak przewiercają się przez jej duszę. Stała bezczynnie jak do tej pory, kiedy bestia zbliżyła się do niej i złapała za owinięte w prześcieradło niemowlę. Nie chciała go pożreć, w każdym razie jeszcze nie, bo zgrabnie zacisnęła szczęki wokół materiału. Isabelle patrzyła, jak wilk odchodzi w kierunku z którego przyszedł, z dzieckiem dyndającym jak na huśtawce. Po raz kolejny poczuła ciepło swoich płynów fizjologicznych, mimo tego, że zwierzę najwyraźniej straciło nią zainteresowanie. Nadal nie mogła ruszyć się z miejsca. W pewnym momencie wilk nagle się zatrzymał i obrócił się w jej stronę. Może już wariowała, ale to wyglądało jakby na nią czekał. Mrugnęła kilka razy, nie wierząc własnym oczom. Czy właśnie zamerdał ogonem? Kurwa. I pobiegła w jego stronę.
-
1
-
Pycha jest pierwszym stopniem do osiągnięcia boskości Pierwszy skryba II Żelazny tom Rozdział VIII Einzaff kończył właśnie kolejną szklankę wina, kiedy usłyszał pukanie do drzwi. Pośpiesznie pochował wszystkie notatki, które zaczął sporządzać odkąd tydzień temu miał w domu tajemniczego gościa. Do tej pory nie dawało mu to spokoju. Jeden ze strażników jego rezydencji został zabity, a więc włamywacz pozostawił jakieś ślady. Sprawiało to wręcz wrażenie jakby zrobił to specjalnie. Czego mógł chcieć? Niczego nie ukradł, nie przyszedł by go szantażować ani nic z tych rzeczy. Definitywnie chciał pokazać na co go stać, i mu się to udało. Otworzył drzwi i zobaczył marnie wyglądającego mężczyznę w obdartych ubraniach. Na pierwszy rzut oka można było stwierdzić że należy on do najuboższej grupy mieszkańców Nowej Soranny. Ręce wychudzone aż do kości, tłuste włosy i czarne od ulicznego brudu stopy wystarczyły mu do takiej oceny. Mężczyzna wyszczerzył do niego żółte zęby, ukłonił się niedbale i zaczął mówić. - Gerenał Ein… Zefi… - Einzaff - wtrącił się - o chodzi? - Specjalna przesyłka dla pana - wygrzebał spod brudnej koszuli mały pakunek i przekazał w jego stronę. Nie czując żadnego zagrożenia, generał przyjął podarunek i bez pożegnania zamknął drzwi bezdomnemu przed nosem. Było to małe kwadratowe pudełeczko z dobrze znanym mu herbem na wieku. Dwa skrzyżowane sztylety na tle rozpadającej się czaszki. Zakon Reny. Zabójcy. Zdążył poznać ich bardzo dobrze podczas wielu zamachów na ważne osobistości w mieście. Nikt tak naprawdę nie wiedział po co to robili i jakie mieli zamiary, ale nie było wątpliwości że znali się na swoim fachu. Kiedy zostawiali ślady, to tylko jeśli sami tego chcieli. Mieli okazję go zabić i tego nie zrobili. Jakie więc były ich plany wobec niego? Nie sądził że robią coś jeszcze oprócz zabijania. Powoli otworzył pakunek. Już stracili okazję na zamordowanie go, więc dlaczego mieliby zostawić jakąś pułapkę teraz? W środku zobaczył małą notatkę, odpieczętowany urzędowy list i niewielką sakiewkę. Nie miał pojęcia po co zakon wysłał mu pieniądze, ale nie było to dużo. Dwa srebrniki? Jeśli chcieli go nająć do pomocy, była to raczej mała kwota. Za taką ilość nie zabiłby królika. Postanowił najpierw przejrzeć notatkę. Spotkajmy się w gospodzie pod Śmiesznym Dzikiem o zmierzchu. Czarny kaptur, stolik w rogu. Bez broni. Znał Śmiesznego Dzika. Często pili tam razem z Rinsem. Ciekawym zbiegiem okoliczności było to, że zawsze siedzieli w rogu. Następny był list z pieczęcią. Jako pierwsza rzuciła mu się w oczy sygnatura króla Harluna. Valriku, nie dotrzymałeś swojej części umowy. Poważnie zaczynam zastanawiać się nad naszym układem, skoro tak traktujesz swojego najdroższego sprzymierzeńca. Ludzie zaczynają się zastanawiać. Mój lud burzy się i żąda Twojej krwi, a ja nie jestem w stanie długo ich zatrzymać. Nie, kiedy nie jestem do tego odpowiednio zachęcony. Nie wspomnę nawet o Twoim agencie, który był kompletnym idiotą. Przez niego musiałem pozbyć się jednego z moich najbardziej cenionych dyplomatów, który zaczął węszyć. Masz szczęście, że zdążyłem się o tym dowiedzieć zanim doszło do najgorszego. To Twoja ostatnia szansa. Jeśli nie dostanę obiecanej zapłaty, w każdym następnym mieście możesz spodziewać się większego oporu. Zostawiam Rinewood do Twojej dyspozycji. Jeśli nie uiścisz opłaty w ciągu kolejnego tygodnia, możesz uznać naszą umowę za zerwaną. Einzaff nie mógł złapać oddechu. Wiedział że jest źle, ale to przekraczało wszystkie jego wyobrażenia. Król miał umowę z Cansadonią. Odsyłał żołnierzy ze wschodu, by ci mogli bez obaw plądrować wioski i zabijać larissańczyków bez żadnego oporu. Teraz wszystko zaczynało się układać. Canns i Mirana, dwie fortece dzielące ich od Cansadonii były nie do pokonania. Był tam, widział je obie. Doskonałe pozycje strzeleckie stojące nad ciasnym przesmykiem w górach, gdzie zginęły już tysiące cansadończyków. Jak gdyby natura stworzyła je do bycia twierdzami do obrony. Harlun musiał odwołać wojska. Po prostu otworzył bramy wrogowi. Wziął butelkę wina do ręki i wypił do dna. Musiał to porządnie przemyśleć. W liście była mowa o zabiciu Rinsa? Nie pamiętał, żeby ktoś inny z królewskich doradców zginął. Król zamordował Rinsa. Oskarżył go o spiskowanie przeciw królestwu, kiedy on sam to robił. Zachciało mu się wymiotować. Wyszedł na balkon, próbując się uspokoić. Nie potrzebował dużo czasu, żeby dezorientacja zamieniła się w furię. To było dla niego za dużo. Należało coś zrobić, i to szybko. Niewinni ludzie mogli w tej właśnie chwili umierać tylko po to, żeby napełnić kieszenie Harluna. Miał zamiar pójść prosto do króla i wypytać go o wszystko, ale zatrzymał się w drzwiach. Co jeśli to była ściema? Zakon Reny udostępnił mu tą informację. Dlaczego miał niby im ufać? Na pewno chcieli, żeby zamordował władcę dla jakichś własnych korzyści. To by było do nich bardzo podobne. Nie miał wątpliwości, że ci ludzie mieli środki żeby móc podrobić królewski podpis. Mieli możliwości i nie obawiali się ich wykorzystywać. Postanowił udać się do gospody i zobaczyć czego od niego oczekują. *** To był jeden z tych wspaniałych dni, kiedy na lekcjach u Kalama to Zeke wybierał swojego oponenta. Evan już rozgrzewał się do walki, przyzwyczajony do ich potyczek. - Willy. Na dźwięk jego głosu już wykonał pierwszy krok, kiedy nagle dotarło do niego co powiedział. Spojrzał na kolegę który wydawał się być tak samo zdziwiony jak on. Wzruszył ramionami i wyszedł na prowizoryczny ring. Z ich czwórki to Willy był najgorszy. Tak jak dobry był w główkowaniu tak straszny w walce wręcz. Zeke dobrze wiedział, że wystawiłby się na pośmiewisko wybierając słabszego przeciwnika. Przez ten czas który spędzili w zakonie, te zasady jakby same się wykształciły. Wszyscy wybierali jak najbardziej wyrównanego sobie przeciwnika, bo tak było po prostu sprawiedliwie. Wyspiarz coś knuł i to się Evanowi nie podobało. Walka zaczęła się standardowo. Oboje trzymali gardę wysoko, próbując wyczuć przeciwnika i wymierzali lekkie, szybkie ciosy. Wyglądało to o wiele lepiej niż na początku ich szkolenia, kiedy wszyscy uczniowie po prostu rzucali się na siebie jak zwierzyna. Oczywiście Evan doskonale znał styl walki Zeke’a i to na pewno nie było to. Przeciwko niemu zawsze był agresywniejszy, szybszy i silniejszy. Chciał wzbudzić wrażenie jak gdyby był na tym samym poziomie z Willym. Po kilku sekundach padł pierwszy otwarty cios, kiedy Zeke na chwilę odsłonił swoje lewo i Willy wykorzystał to, wykonując szybkiego prostego. Dean wykrzyknął z zachwytem i uniósł ręce do góry, widząc przewagę kolegi. Ale Evan doskonale wiedział że to było niemożliwe. To była sztuczka. Z każdą chwilą Zeke odsłaniał się coraz bardziej i bardziej, aż przeszedł całkowicie do obrony. Cofał się o kilka kroków i wypychał szybkie uderzenia Willy’ego na boki w desperacji. Ten stał się pewniejszy swojej przewagi i zaczął okładać przeciwnika jeszcze szybciej. Sierpowe zamienił tylko na proste uderzenia, które wydawały się po prostu efektywniejsze. Nie dawały przeciwnikowi czasu żeby zareagować. W jednej chwili poczuł, jak Zeke złapał jego pięść otwartą dłonią, zamiast odbić ją na bok jak do tej pory. W ułamku sekundy przekręcił ją lekko na bok i wymierzył cios drugą ręką, prostopadle. Cała sala zamarła na chwilę, kiedy dało się słyszeć trzask pękających kości. Ręka Willy’ego wykręciła się pod nienaturalnym kątem pod siłą takiego niespodziewanego ciosu. Wrzasnął i upadł na ziemię, a wokół niego powstał totalny chaos. Wszyscy przekrzykiwali się między sobą nie wiedząc co się dzieje, tylko Evan ruszył pewnym krokiem przez tłum. Złapał Zeke’a za ramię i obrócił, a jego pięść powędrowała w kierunku twarzy wyspiarza. - Dość - złapał go za rękę Kalam, nim doszło do zderzenia - wypadki się zdarzają. - Wypadki?! - wrzasnął Evan - Ty to nazywasz wypadkiem? To było… - Powiedziałem dość! Jeśli masz jakieś zażalenie, może od razu przejdziemy się z tym do mistrza Tarloka? Evan odburknął tylko coś w odpowiedzi i odszedł. Czego mógł się spodziewać, licząc na sprawiedliwość w zakonie zabójców. Wyjrzał przez drzwi do sali treningowej. Zia właśnie prowadziła zajęcia z grupą najstarszych uczniów. Ich trening różnił się od tego, który Zia fundowała im, szarakom. Co prawda mieli oni już siatkę za sobą, ale z daleka dało się wyczuć różnicę doświadczenia. Mieli skoordynowane ruchy, nikt nie zostawał w tyle i każdy wiedział co ma robić. Jedna z grup robiła właśnie ludzką piramidę, jedna osoba wchodziła na drugą bez żadnych skrupułów, bez błędów. W innej grupie młoda dziewczyna z zasłoniętymi opaską oczami uderzała w otwarte dłonie swoich kolegów. Było coś satysfakcjonującego w oglądaniu niedoszłych mistrzów. Zia nie kryła zdziwienia, kiedy w końcu go dojrzała. - Co tutaj robisz? Nie powinieneś być teraz na zajęciach u Kalama? - Zeke okaleczył Willy'ego - wypowiedział szybko, nie mogąc powstrzymać drżenia głosu - podczas sparingu udawał, że nie da... - Stop - przerwała mu - nie powinieneś mi tego mówić. - Co? - stanął jak wryty - połamał mu rękę! Może i nie interesuje cię jego los ale jak teraz ma brać udział w treningu? A co jeśli nie wydobrzeje? Jedna z głównych zasad Zakonu Reny to brak jakichkolwiek form leczenia. Kierowali się tym, że ratowanie komuś życia było sprzeciwianiem się woli ich bogini, co oczywiście oznaczało też że nie mieli zamiaru zająć się Willym. To był dla niego koniec. - Szukasz sprawiedliwości? - warknęła do niego Zia - a może to nie przez ciebie się stało? To twoje osobiste porachunki z Zeke'm doprowadziły do tego. Tak jak bardzo nienawidził jej za te słowa, wiedział że miała rację. Zrobił to żeby mu dopiec. Zobaczył, że Evan nie da sobie zaleźć za skórę i wybrał najsłabsze ogniwo. Willy ucierpiał właśnie przez niego. - To co mam niby zrobić?! - ledwie powstrzymywał płacz - Skoro nie mogę liczyć na twoją pomoc to chociaż powiedz mi, co byś zrobiła na moim miejscu?! - Milcz - uciszyła go. Popatrzyła po starszych uczniach nie bardzo wiedząc co mu na to odpowiedzieć. Westchnęła do siebie. Jak zawsze udawało jej się wpakowywać w takie sytuacje? - Po pierwsze, dostajesz cztery dodatkowe godziny sprzątania jadalni za brak szacunku do mnie. Stanął jak wryty. Tak się właśnie skończyła próba szukania pomocy u swojej opiekunki. Gdyby był mądrzejszy, przewidziałby taką sytuację. - Po drugie, musisz się zastanowić nad tym czy aby na pewno chcesz mieć wroga w tym chłopcu. Jest niebezpieczny - dodała ciszej - jeśli chcesz sam wymierzać sprawiedliwość, wiedz że może to się dla ciebie źle skończyć. Suka, pomyślał Evan. Nie pomogła mi w niczym i jeszcze chce mi dawać życiowe rady? Chciał odejść bez słowa, próbując powstrzymać narastającą furię, kiedy usłyszał szept za swoimi plecami. - Po trzecie, Zeke i jego paczka jedzą zawsze po zakończeniu lekcji mistrza Tarloka. Bądź ostrożny - odeszła w kierunku jednego z uczniów, który zdawał się gubić w komnacie luster. Evana zamurowało. To nie była kara. Dała mu wolną rękę. Cztery godziny sprzątania w jadalni w czasie, kiedy będzie tam Zeke. Dała mu ciche przyzwolenie na zemstę. Wszystkie jego uczucia do niej nagle zawróciły o sto osiemdziesiąt stopni. Zrobiła jedyne co mogła zrobić bez narażania swojej pozycji, i to w tak błyskotliwy sposób że aż przez chwilę naprawdę jej nienawidził. Do tej pory zawsze zastanawiał się, dlaczego została jedną z opiekunek. W porównaniu do Kalama, który był niesamowitym, zwinnym wojownikiem albo Rotha, wielkiego jak dąb wojownika, Zia wydawała się jak myszka. Nawet Khalid albo Teru, którzy zasłużyli na swoje stanowisko między innymi ze względu na wiedzę czymś odstawali. W jednej chwili nagle ją polubił. Jedna rozmowa wystarczyła mu na to, żeby w końcu ujrzeć ją jako sprytną, odpowiedzialną osobę. A co najważniejsze, miała serce. Wziął kilka głębokich oddechów. Potrzebował determinacji i planu. Nie miał szans z Zeke'm i całą jego bandą, ale nie miał zamiaru stać bezczynnie. Sprawiedliwości musiało stać się zadość. *** Einzaff wszedł do gospody pewnym krokiem. Jak zawsze, oberżysta przywitał go skinieniem głowy. Spojrzał w kąt pomieszczenia na stolik wspomniany w liście. Rzeczywiście, siedziała tam zakapturzona postać, spokojnie popijając piwo i przyglądając się sztyletowi, który leżał naprzeciw. - To co zawsze? - zapytał właściciel gospody, na co Einzaff tylko skinął głową i ruszył w kierunku stolika. - Oto i jest nasz drogi pan generał - powiedział do siebie nieznajomy, nie odrywając wzroku od sztyletu - to dla mnie zaszczyt. - Miało być bez broni - odezwał się, ale zajął swoje miejsce bez większego zastanowienia. Wiedział już, że nie chcieli go zabić. - To prezent - odrzekł nieznajomy z nutką rozbawienia w głosie - chcę udowodnić, że nie mam złych intencji. Teraz Einzaff się zaśmiał. - Mam wierzyć że to wszystko co masz przy sobie? - wskazał na sztylet - Próbujesz oszukać nie tego człowieka. Noże odbijają się na rękawie. Zakapturzony osobnik już nie zdołał się powstrzymać od szczerego śmiechu - jest pan zaiste wyjątkowy, generale - bez spuszczania wzroku odpiął pelerynę i zaczął zdejmować z przedramienia noże do rzucania. Szesnaście noży, po osiem na każdą rękę, po czym wziął się za resztę. Ręczna minikusza złożona z dwóch części w butach, bomby dymne przy pasie i usypiająca strzałka wpleciona we włosy. Nie minęła minuta i wszystko leżało na stole przed Einzaffem usypane w nieforemną kupkę. - Twoja kolej, generale. Powoli zdjął z pleców Ru’lekona i położył przed nieznajomym. - Widzę, że dbamy o swój oręż, hmmm? - wtrącił mężczyzna, kiedy zobaczył owiniętą w materiał rękojeść. Śmiało, wypróbuj. Mam nadzieję, że zaboli. - Przepraszam, gdzie moje maniery. Nazywam się Kalam - dodał nieznajomy, nagle zapominając o mieczu i wyciągnął rękę do generała - chciałbym zostać pańskim przyjacielem. *** Ja chyba nigdy was nie zrozumiem. Słabsi zostają wyeliminowani przez silniejszych, to naturalna kolej rzeczy. Carris po raz kolejny zignorowała głos w swojej głowie. Nie miała ochoty na użeranie się z myślami po tym co się stało, a opinia tego czegoś na pewno jej nie interesowała. Widziała co zrobił Zeke na własne oczy. Wykonał ruch jako pierwszy i opiekunowie nie dopuszczą do następnego. Może i Kalam mógł przymknąć oko na taki występek, ale jeśli oni chcieliby zacząć otwarty konflikt z Zeke’m, powstałby chaos. Dean nie przestawał płakać. Nigdy nie widziała go w takim stanie. Bredził, bił pięściami w poduszkę i nic z zewnątrz do niego nie dochodziło. Dała sobie spokój z pocieszaniem go i po prostu dała smutkom płynąć. Zacisnęła pięści w niemej furii. Jeszcze się jakoś zemści. Nie wiedziała jak, ale na pewno coś wymyśli. O, to mi się podoba. Teraz mówisz moim językiem. Zamknij się. Poczuła zaskoczenie od demona. Dopiero do niej doszło, że to pierwszy raz kiedy mu odpowiedziała. Całe trzy tygodnie go ignorowała, mając nadzieję, że w końcu to ustąpi. Choć brzmiało to niedorzecznie, liczyła na to że oszalała i to wszystko dzieje się tylko w jej głowie. Jeśli tak w rzeczywistości było, to mogła równie dobrze dać sobie spokój i przestać z tym walczyć. No proszę, jednak się doczekałem. Poczuła satysfakcję od istoty. Zwariowała czy nie, to wydawało się aż zbyt realne. Znała jego myśli, od najzwyczajniejszych aż po te najbardziej prywatne. Cały czas czuła jego znudzenie. Słyszała jego myśli tak jakby były jej własnymi. Czuła nawet dyskomfort, kiedy go coś swędziało. Każda odczuwana przez to coś emocja towarzyszyła także jej. Postanowiła spróbować myśleć jedynie o sobie, tak jakby w ogóle go tam nie było. Okazało się to jednak niemożliwe. Jednej z nocy demon był nadzwyczaj wściekły. Był zdenerwowany na nią, bo tylko od niej zależało to, czy Tarlok wypuści go na wolność. Czuła tą nienawiść tak mocno, że sama zaczynała czuć do siebie odrazę. Wpływ uczuć demona na nią był przerażający. To wszystko jest pojebane. Rozumiem, że to dla ciebie zwariowana sytuacja. Taka sama jest dla mnie. Ale to nie powód, żebyś trzymała mnie tutaj jak psa. Westchnęła ciężko i oparła się o ścianę. Przez natłok myśli nawet nie zauważyła, kiedy wycie Deana ustało. Siedział teraz z martwym spojrzeniem wbitym w podłogę. - Już ci lepiej? - zapytała go, starając się przybrać jak najbardziej litościwy ton. Chyba jej to nie wyszło, bo chłopak przeszył ją piorunującym spojrzeniem. Przez chwilę poczuła rozbawienie od demona. - Naprawdę masz go tak bardzo w dupie? - Martwię się o niego tak samo jak ty! - wybuchnęła nagle, ale na nim nie zrobiło to wrażenia. Teraz była wściekła. Jak mógł to tak po prostu powiedzieć? Oczywiście, że się martwiła. Willy był też jej przyjacielem. Wstała, złapała Deana za kołnierz peleryny i spoliczkowała. - Ty nic nie rozumiesz - dodał cicho - totalnie nic nie rozumiesz. Chciała znowu go spoliczkować, ale złapał ją za rękę i przewrócił na łóżko. Jej drobniutka postura nie miała żadnych szans z jego masą. Usiadł na niej okrakiem i przyszpilił ręce. Nie mogła w żaden sposób wyrwać się z jego uścisku. - TY NIC NIE ROZUMIESZ! - zaczął na nią wrzeszczeć, aż poczuła kropelki jego śliny na twarzy - JESTEŚ TAK GŁUPIA, ŻE TO JEST AŻ NIEWIARYGODNE! NIC NIE ROZUMIESZ! ONI GO ZABIJĄ! Zalała ją nagle fala paniki. Dean stał się naprawdę nieobliczalny. Kiedy tak stał nad nią, z przeczerwionymi od płaczu oczami i wściekłym grymasem na twarzy, był przerażający. Co dziwne, poczuła taką samą panikę od demona. Jeśli zbliży się jeszcze odrobinę, będziesz mogła uderzyć go głową, może to go oszołomi i wtedy... Już miała zacząć wrzeszczeć, kiedy nagle otworzyły się drzwi do dormitorium. Oboje jednocześnie zwrócili głowę w kierunku zdezorientowanego Evana, który w ułamku sekundy zrobił się czerwony na twarzy. - O bogowie... Przepraszam, że przeszkodziłem, ja... Dean nagle zerwał się na równe nogi, zażenowany jeszcze bardziej. Cała wściekłość w jednej chwili z niego spłynęła, choć nie przestawał bredzić. - To nie tak! My tylko... Ja... To nie chodzi o... Carris czuła, że teraz już demon śmieje się do rozpuku. Poniekąd pomogło jej to w opanowaniu wstydu. - My tylko się biliśmy - dodała szybko - Normalna rzecz. Evan spojrzał na nią tak wymownym wzrokiem, że od razu wiedziała że jej nie wierzy. Odkaszlnął, podrapał się po głowie i wbił wzrok w ziemię. - Jeśli chcecie, to przyjdę później. Chciałem zapytać, czy idziecie ze mną go odwiedzić. - Jasne! - wykrzyknął Dean, który pragnął jedynie zakończyć całą tą sytuację - sam miałem to zaproponować. Chodźmy już teraz! I szybkim krokiem wyszedł z dormitorium, nawet na nich nie czekając. *** - Może coś zamówisz? - zaproponował Kalam - obawiam się, że czeka nas dłuższa rozmowa. Einzaff nie musiał zamawiać. Oberżysta dobrze wiedział co przynieść, bo generał nie wybierał w trunkach. Zawsze brał to samo ciemne piwo, pędzone w małym miasteczku nieopodal granicy, Zenstead. Nie był żadnym miłośnikiem alkoholi, po prostu Rins kiedyś mu powiedział że jest bardzo dobre, więc czemu miał mu nie wierzyć. Dla niego samego każde piwo smakowało tak samo. - Może od razu przejdziesz do rzeczy - odrzekł Einzaff - zakładam, że cenisz sobie czas tak samo jak ja. - E tam. Ja lubię rozkoszować się chwilą - pociągnął długi łyk ze swojego kufla - Ale jeśli taka jest twoja wola: mam na sprzedaż pewne informacje. - Nie robię interesów z zakonem - odparł sucho generał - wątpię, że bez jakiejś formy szantażu uda ci się coś tutaj ugrać. - Jestem na to przygotowany, chociaż przyznaję, że wolałbym nie sięgać po takie środki. Może po prostu zainteresuje pana jedną informacją, która jest gratis, a o drugą już się potargujemy? Właściciel karczmy akurat podszedł do ich stolika, z dwoma kuflami ciemnego piwa w rękach. Na chwilę się zatrzymał, kiedy zobaczył całą wystawę broni na stoliku. Najwyraźniej uznał, że to nie jego sprawa. Zostawił trunek i odszedł. - Nie wydaje mi się, żebym miał coś do zaoferowania - rzekł Einzaff, zgodnie z prawdą. Nie przychodziło mu do głowy nic, w czym mógłby pomóc zakonowi. Jeśli oczekiwali czyjejś śmierci, mogliby to zrobić sami. Mieli do tego wystarczające środki i umiejętności. - Nie docenia pan własnych możliwości, panie generale - odpowiedział mu Kalam - ale o tym później. Zacznijmy od informacji. Zakładam, że już pan poskładał niektóre fakty. Król oskarżył Rinsa o zdradę, bo ten odkrył jego małą współpracę z cansadończykami. Oczywiście do tego już doszedł sam na podstawie listu, który otrzymał wcześniej. - Mam tutaj listę osób o których wiemy że uczestniczą w całym przedsięwzięciu - wyciągnął długi pergamin spod płaszcza i podał generałowi - obawiam się że nie jest pełna, ale cały czas pracujemy nad odkrywaniem reszty osób w to wmieszanych. Einzaff spojrzał na listę. Większość z nich to byli żołnierze, którzy zapewnie musieli być ochroną króla podczas wymian. Kilku arystokratów, zapewne zajmowało się bankowością. Przeleciał wzrokiem po nazwiskach aż natrafił na jedno, które go zainteresowało. Declan Seaford. Ten sam, który został zamordowany przez jakiegoś żebraka pół roku temu? Jeśli jest na tej liście, jak długo to wszystko trwało? Minimum sześć miesięcy. A więc to nie było zwyczajne oblężenie, cansadońskie wojsko już dawno byłoby w stanie przejąć spory kawał Larissy. Może chodziło tylko o górskie twierdze? Nie, w liście król wspominał o oddaniu następnego miasta w ich ręce. Dlaczego więc działali tak powoli? - Declan Seaford był tym, który powiedział o wszystkim Rinsowi - wytrącił go z myśli Kalam - głupiec. Każdy, kto wiedział o sprawie miał założony magiczny podsłuch. Przez niego popłynęli obydwoje. Einzaff przypomniał sobie dzień, w którym Rins miał zostać stracony. Wszystkie jego słowa wtedy nagle zaczęły nabierać sensu. *** Generał wszedł do obskurnej celi, w której Rins miał wyczekiwać swojej egzekucji. Stanął przed zardzewiałą kratą i tylko czekał, aż stary przyjaciel podniesie wzrok. W więzieniu cuchnęło szczynami i kałem. W dalszej części dało się słyszeć lamentowanie jakiegoś więźnia, który najwyraźniej nie mógł pogodzić się ze swym losem. Oczywiście, jako zdrajca Rins dostał najgorszą celę. - Wybacz mi, przyjacielu - odezwał się nagle Rins - zawiodłem cię. Einzaff nie wiedział co myśleć. W głębi serca czuł, że to wszystko pomyłka. Rins może i nienawidził swojego króla, ale zawsze wiedział gdzie się zatrzymać, nie wspominając w ogóle o tym, że gdyby planował przewrót, powiedziałby o wszystkim Einzaffowi. A może tak nie było? Generał zawsze odwodził go od wszelkich pomysłów tego rodzaju. Zawsze trzymał się swoich zasad, nieważne jak beznadziejna była sytuacja. Może to właśnie on był jedyną przeszkodą na jego drodze. Rins dobrze wiedział, jaka byłaby jego reakcja i po prostu działał w ukryciu. Nie mógł liczyć na pomoc najlepszego przyjaciela, nie w tej sprawie. - A więc w końcu wpadłem - zaśmiał się Rins - głodny wilk zawsze staje się nieostrożny, hę? Einzaff zamrugał zaskoczony. Nie słyszał tego powiedzenia już od tak dawna. Rins nagle wstał i stanął twarzą w twarz z generałem. Odgarnął włosy z czoła i spojrzał mu głęboko w oczy. - Ale teraz nie jestem głodny - powiedział powoli, niemal sylabując - jestem czujnym wilkiem. A ty jesteś owieczką. - Bredzisz - powiedział Einzaff. To brzmiało jak obraza, a wręcz jak groźba. Czyżby jego stary przyjaciel naprawdę stracił zmysły? - Nie zapomnij tylko o jednym. Twoje zasady są wszystkim, co ci zostało. I wrócił na swoją pryczę. Od tej chwili nie odezwał się już ani razu. Einzaff pytał, wołał, krzyczał. Zero odpowiedzi. W końcu odpuścił. Zbyt zdenerwowany, żeby próbować dalej, skierował się w kierunku wyjścia. - A więc wolisz gnić tutaj sam. Nie czekaj na mnie po drugiej stronie - rzucił zanim wyszedł. Po policzku Rinsa spłynęła łza. *** Teraz wszystko było tak jasne, że aż go oślepiało. Głodny wilk staje się nieostrożny. Stary drań. Przecenił moją inteligencję, pomyślał Einzaff. Oczywiście był pod podsłuchem. Gdyby powiedział generałowi za dużo, to wtedy stałby się kolejnym celem. Nazwał go owieczką. To był najprostszy szyfr jakiego mógł użyć, a Einzaff i tak go nie zrozumiał. Był głupcem. Równie dobrze Rins mógłby wrzeszczeć "nie mogę ci nic powiedzieć!" on i tak by nie zrozumiał. Miał ochotę zapłakać po tym, jak go potraktował. Przyjaciel chronił go aż do samego końca, a on go przeklął. Nie było rzeczy które mógłby zrobić, żeby zmyć swoją winę. A może jednak były? Mógł go pomścić. Dokończyć jego dzieło. Jeśli ktokolwiek tutaj zasłużył na śmierć, był to król. Ile ludzi musiało przez niego zginąć? Ile tysięcy poświęcił przez swoją chciwość? Einzaff westchnął. Oczywiście, nie mógł tego zrobić. Tak jak zawsze uczył go ojciec, był tylko pionkiem, żołnierzem. Nie w jego kompetencji leżało wybieranie stron, decydowanie co jest dobre a co złe. On był jedynie narzędziem, które miało dobrze służyć. "Przed swoim królem stawiaj jedynie swojego boga". Co mógł mieć na myśli Rins? Powiedział mu wtedy, że jego zasada jest najważniejszym co mu zostało. Nagle stanął po stronie króla? Musiał mieć coś innego na myśli. Nagle się wyprostował. No jasne. Już tak długo trzymał się pierwszej części, że zapomniał o drugiej. Przez cały ten czas służby u znienawidzonego przez siebie władcy, gorączkowo próbował uwolnić się jakoś od swojej obietnicy. Już dawno zapomniał o swojej wierze. Porzucił swojego patrona, boga sprawiedliwości Ry’luana podczas bitwy w Miranie, gdzie musiał poświęcić życia swoich żołnierzy dla sprawy. Nie było w tym sprawiedliwości. Tylko ludzie oddający wszystko co mieli, by spełnić życzenie swojego władcy. Teraz ten bóg wręcz krzyczał do niego. Szarpał nim i wrzeszczał mu w twarz, że to już czas coś zrobić. Przed swoim królem stawiaj jedynie swojego boga. Formułka, której trzymał się tak długo, przez którą tak bardzo nienawidził swojego życia, stała się ratunkiem. Stała się? Cały czas nim była, tyle że on był zbyt zaślepiony żeby to zauważyć. W tej jednej chwili porzucił całą swoją lojalność królowi i poprzysiągł służyć jedynie bogu sprawiedliwości. To był czas nawrócenia. Spojrzał na swój miecz, leżący przed Kalamem. Ru’lekon, Wilczy Szpon. Zmazany krwią dziesiątek niewinnych ludzi, czekał teraz na należną mu odpłatę. *** Willy leżał w tej samej komnacie, w której Evan znajdował się swojego pierwszego dnia w zakonie. Zdawała się być teraz o wiele przyjemniejszym miejscem. Zamiast martwych lub już konających ludzi, na każdym łóżku leżała elegancko zwinięta pościel. Pomieszczenie zostało oświetlone, a także dokładnie wysprzątane. Kiedy Evan leżał tutaj, wykrwawiając się na śmierć, to miejsce wyglądało jak z koszmaru. Jęki śmiertelnie rannych, martwe spojrzenia tych już nieżywych i ogromne plamy krwi nie były przyjemnym widokiem. Ale teraz marmurowa podłoga wręcz lśniła, wszystko było dokładnie posprzątane i na swoim miejscu. Zupełnie jakby nic nigdy się nie stało. Willy oczywiście leżał z nosem w książce. Kiedy tylko ich zobaczył, od razu się rozpromienił. Dean rzucił się na niego, ale kiedy przypadkiem zahaczył o zwisającą bezwładnie rękę Willy’ego, ten zasyczał z bólu i natychmiast go od siebie odpędził. - Nie sądziłem że zobaczymy cię w tak dobrym stanie - stwierdził zgodnie z prawdą Evan. Wszystko stało się ledwie godzinę temu, po kimś takim jak Willy spodziewał się raczej długich jęków. Okazał się być jednak twardszy niż na to wyglądał. - Czytanie pozwala mi zapomnieć o bólu - machnął zdrową ręką - a wy co tutaj robicie? Nie macie zaraz lekcji? Wszyscy spojrzeli po sobie. - Mamy jeszcze jakieś pięć minut - zaczęła Carris - przychodzimy do ciebie w jednej sprawie... Willy spojrzał na nich pytająco, ale każdy zdawał się unikać jego wzroku. W końcu Dean zebrał się na odwagę. - Trzeba ją nastawić - wskazał na złamaną rękę przyjaciela - nigdy się nie zagoi, jeśli tego nie zrobimy. Willy na początku się uśmiechnął, myśląc że to tylko żart. Dopiero po chwili dotarł do niego sens tych słów. Mimo wszystko, nie kłócił się. Przemyślał wszystko dokładnie i doszedł do wniosku, że nie ma innego wyjścia. Jeśli zostanie kaleką, będzie dla zakonu bezużyteczny, a to prawdopodobnie oznaczało śmierć. Najgorsze w tym wszystkim było to, że musieli zachowywać się cicho. W zakonie było surowo zabronione leczenie w jakiejkolwiek tego formie. Jeśli ktokolwiek by ich usłyszał, cała czwórka miałaby poważne kłopoty. Nie mógł sobie pozwolić na krzyk. Przełknął ślinę i popatrzył po przyjaciołach. - Zróbmy to. *** Kiedy skończyła się lekcja u Zii, Evan był gotowy. Zdążył obmyślić cały plan kilka razy i nadal odczuwał determinację z początku dnia. Nie powiedział niczego reszcie. Gdyby usłyszeli jego szalony pomysł, próbowaliby go odwieść od tego, albo, co gorsza, chcieliby mu pomóc. Jeśli ktoś jeszcze miałby ucierpieć, to tylko on. Wszedł na stołówkę, na której akurat zajadali uczniowie z drugiego roku. Tak jak mówiła Zia, Zeke zjawi się dopiero po lekcjach magii u mistrza Tarloka. Miał więc sporo czasu na doszlifowanie swojego planu. Mimo jego prostoty, wolał dopracować wszystko dokładnie, bo miał tylko jedną szansę. Zaczął wycierać stoły, niespecjalnie zwracając uwagę na dokładność swojej pracy. Jadalnia była dosyć duża, ale nie na tyle duża, żeby zająć mu cztery godziny pracy. Pomyślał, że skończy wszystko w godzinę, a później będzie mógł tylko poudawać. W końcu jadalni pojawił się Zeke i jego grupa. Nie przedstawiali sobą jakiejś imponującej siły: wszyscy przeciętnie zbudowani, niewysocy. Zupełnie jak Zeke pomyślał Evan. Tyle, że on był niebezpieczny, choć nie było tego po nim widać. Kiedy tylko go ujrzeli, zaczęli szeptać coś do siebie i chichotać. Kiedy Evan natrafił na spojrzenie Zeke’a, ten wyszczerzył do niego zęby w okrutnym uśmiechu. Łajdak. Jest z siebie dumny. Postanowił ich zignorować i kontynuował “pracę”. Udając, że zamiata podłogę (która była już zupełnie czysta, bo umył ją już wcześniej), powoli zbliżał się do ich stolika. Nie musiał długo czekać na prowokację. Minęło ledwie kilka minut, kiedy koło głowy śmignął mu ogryzek od jabłka i wylądował na drugim końcu pokoju. - Sprzątaczka! Posprzątaj ten syf - powiedział Zeke i zaśmiał się na głos, a jego grupa zaraz za nim. To mu wystarczyło. Spokojnym krokiem przeszedł między stolikami, podniósł ogryzek i rzucił. Jemu akurat udało się trafić, prosto w tył głowy Zeke’a. Śmiechy natychmiast ucichły. - Niczego się nie nauczyłeś - powiedział do niego ze wściekłością w głosie i powoli wstał. Zaraz za nim poszła reszta chłopaków, i nim minęła chwila, otaczali Evana ze wszystkich stron. - Chyba pora się troszkę zabawić - powiedział Zeke, a z jego głosu dało się słyszeć nutkę podniecenia. Uderzył pięścią w otwartą dłoń i jak jeden mąż, wszyscy rzucili się na Evana. Udało mu się ominąć dwa pierwsze ciosy, ale następny trafił go w mostek, na chwilę pozbawiając tchu. Nie zdążył się otrząsnąć, a któryś z chłopaków złapał go za ręce i przytrzymał mu je za plecami. Drugi złapał go w tym samym czasie za nogi i był już całkowicie unieruchomiony. Miał ochotę rzucić jakiś zabawny, prowokacyjny tekst ale nie zdążył, bo pięść Zeke’a odebrała mu dech w piersi. Podniósł na chwilę głowę i zobaczył swojego oprawcę z wymalowaną furią na twarzy. Zaczął okładać go po klatce, miażdżąc żebra. Po kilku uderzeniach zaczął bić po reszcie ciała, czy to po twarzy, czy po kroczu. Oczywiście, nie mógł pozwolić sobie na kolejny incydent. Pilnował się uważnie, by niczego nie połamać, bo miałby kłopoty. A to wprowadzało go tylko w większą furię. Evanowi pojawiły się czarne plamki przed oczami i czuł, że zaraz odpłynie. Próbował zachować trzeźwy umysł, ale jedyne co czuł to był tylko ból. Cierpienie tłumiło jego myśli, nie pozwalając się skupić. Przez chwilę przestraszył się, że się pomylił. Zeke mógł go po prostu zabić. Może po prostu nie da rady się powstrzymać i go zabije. Evan nie miał już nawet siły panikować, myślał jedynie o tym bólu nie do zniesienia. W końcu, jak przez mgłę, usłyszał jak któryś z chłopców mówi “dobra, tyle wystarczy” i poczuł, jak go puszczają. Mimowolnie runął twarzą w dół, uderzając twarzą o podłogę i łamiąc przy tym sobie nos. Plan. Plan. Plan. To wszystko nie mogło pójść tak po prostu na marne. Ledwie widząc na oczy, wstał i rzucił się na odchodzącego już Zeke’a. Zahaczył ręką o jego pelerynę, ale zamiast pociągnąć go ze sobą, runął jak długi u jego stóp. Usłyszał tylko śmiech. Uśmiechnął się sam do siebie. Wygrałem. Leżał tak kilka minut, zanim zebrał się do wyjścia. Miał nadzieję tylko dojść do dormitorium, żeby nikt go nie zobaczył w takim stanie. Tym pomartwi się jutro. Powolnym krokiem, szorując butami o podłogę, doczłapał się do drzwi. Zobaczył ciągnącą się za nim ścieżkę z krwi i w duchu się zaśmiał. Jeszcze niedawno tu sprzątał. Zia go zabije. Kiedy tylko wszedł do dormitorium, przywitały go krzyki. Carris i Dean krzyczeli mu coś na ucho, potrząsając nim i klepiąc go po twarzy, ale niewiele do niego docierało. Miał ochotę się położyć. - Wygrałem - wymamrotał ledwie słyszalnie, a kiedy przybliżyli się, żeby lepiej słyszeć, powtórzył - wygrałem. - Siadło mu na głowę - powiedział całkiem poważnie Dean, kiedy zobaczył uśmiech euforii na twarzy Evana - poprzestawiali mu coś w mózgu. - Wygrałem - wymamrotał po raz ostatni, zanim padł z wycieńczenia na łóżko. Spod peleryny wypadł mu sztylet. Sztylet Zeke’a.
-
30.05. 1322r. Ery Spokoju To już ósmy wymiar, który udało mi się odkryć. Po moich ostatni przeżyciach postanowiłam nie działać pochopnie. Będę teraz odpowiednio przygotowana. Najęłam maga z zewnątrz, odstawiając na chwilę swoje obawy na bok. Jeśli będzie chciał skraść wyniki moich badań, daję gwarancję że nie poddam się bez walki. Przyczyną dla której potrzebuję asystenta jest oczywiście utrzymanie stabilności portalu. Wypływające z niego ciepło pozwala mi oszacować temperaturę krainy po drugiej stronie, jednak nie mogę działać pochopnie. W ostatniej sferze którą odwiedziłam pogoda potrafiła zmienić się w ciągu kilku chwil. Wybrałam się tam jak na plażę, a prawie zamarzłam na śmierć. Widzę że Mi, bo tak ma na imię mój asystent (jest oczywiście gendruńczykiem) zaczyna słabnąć. Przyznaję że jestem pod wielkim wrażeniem że udało mu się utrzymać portal tak długo. Mam pewne obawy co do gruntu następnej krainy. Wszystkie wrzucone do środka przedmioty nie wydają żadnego dźwięku, a przez taflę nie widać absolutnie nic, jedynie wszechogarniającą ciemność. Świetliki, lampy, wszystko co do tej pory próbowałam gaśnie od razu po przekroczeniu portalu. Chcę jeszcze spróbować luksynu przed podjęciem jakichkolwiek działań. 04.06.1322r. Ery Spokoju Mi zaczął zachowywać się dziwnie. Mówi, że przemawiają do niego istoty po drugiej stronie. Widzę jak walczy, by zachować zdrowy rozsądek, ale obawiam się, że dla jego dobra muszę zakończyć naszą współpracę. 05.06.1322r. Ery Spokoju Powinnam zrobić to o wiele wcześniej. Dlaczego byłam tak głupia? Znalazłam dzisiaj ciało Mi. Rozdrapał sobie skórę na rękach, odgryzł sobie język i wydrapał oczy. Nie mam pojęcia jak długo musiał cierpieć, ale w końcu się wykrwawił. Nie będę kontynuować badań. Niektóre miejsca powinny pozostać nieodkryte. Dziennik Elizabeth Moore Rozdział VII - Pobuuudka! - jak zawsze przywitała ich z rana Zia. Jednak od jakiegoś czasu żmudne wstawanie wspomagane przez różne zaczepki ze strony opiekunki odeszły w zapomnienie. W trójkę jak jeden mąż wstali, przeciągnęli się i zaczęli ubierać. Stało się to już rytuałem, pamięć mięśniowa, jak to mówiła Zia. Dzisiejszego dnia przywitała ich niespodzianka. Kiedy weszli na stołówkę, rozmawiając o tym co ich dzisiaj czeka i jak bardzo im się nie chce, Willy nagle osłupiał. Evan z Deanem stanęli zdziwieni i spojrzeli w tym samym kierunku. Z okrzykiem radości który zwrócił na nich uwagę wszystkich wychowanków pobiegli w kierunku nikogo innego, a Carris. Grupowy uścisk wywołał falę śmiechu na sali, ale nie przejmowali się tym. Nie widzieli jej dobrych kilka tygodni, taka reakcja była nieunikniona. Kiedy już się wyprzytulali, wszyscy uśmiechnięci od ucha do ucha spojrzeli na koleżankę. Radosna twarz którą zapamiętali zmieniła się w ponurą maskę. Duże zielone oczy były teraz lekko przymknięte i posiniaczone jak gdyby przez tydzień nie zaznała snu. Była też zdecydowanie bardziej blada. Nikt nie wiedział od czego zacząć, więc to Zia rozpędziła aurę podniecenia. - Od dzisiaj Carris wraca do swoich starych zajęć. Oczywiście nadal będzie uczęszczała na zajęcia do mistrza Tarloka. To znaczy, że raczej już się nie odpędzicie od dodatkowych obowiązków… Jak mi przykro. Nie zwracali na to uwagi. Już dawno zdążyli się przyzwyczaić, a była to niewygórowana cena za powrót przyjaciółki do żywych. - No dobra, wszyscy na to czekamy - zaczął Dean - opowiadaj co tam się działo. Przez chwilę Carris się zawahała. Kiedy tylko otworzyła usta oni wstrzymali oddech i przysunęli się bliżej. - No więc… Byłam na zajęciach u Tarloka i… No jakoś tak wyszło, że niektórych z nas zabrał do siebie na prywatne zajęcia i… Tak nas trzymał. Oczywiście to im nie wystarczyło. - Nie po to czekaliśmy na ciebie tyle czasu żeby dostać teraz tylko taki strzępek informacji. - Ale kiedy nic się nie działo! - krzyknęła nagle i odeszła od stołu, nawet nie kończąc swojego dania. Osłupieli po raz kolejny dzisiaj. - Baby - westchnął Dean i zabrał się za pieczoną kaczkę. *** - Nie było na świecie nic gorszego niż wieczorny deszcz. Kiedy w środku dnia zdarzy się mżawka, można skupić się na czymś innym i szybko zapomnieć że pada. Jednak jeśli jest ciemno, a ty zostajesz wybrany do pilnowania najnudniejszej bramy w całej Nowej Sorannie, zostajesz sam. Tylko ty, ciemność, deszcz i przygłup do rozmowy. - Hę? - No właśnie. A mamusia mówiła: “Nie idź do wojska! Tylko desperaci i ludzie bez ambicji wybierają taką drogę!”. No i babsztyl miał rację - splunął na ziemię - a mogłem kurwa zostać grajkiem. Widziałeś jakie tacy mają życie? Łażą po miastach, trochę pośpiewają, trochę pograją a te łachudry obrzucą ich złotem - znów splunął - ciebie to pewnie tylko błotem obrzucali co? - Hę? - No właśnie. A chłopaki śmiali się że tępy jesteś jak strzała. Taka naprawdę tępa strzała. Ale wiesz co? Według mnie to się tylko zgrywasz. No bo chyba nie można być aż tak głupim co nie? Co jak co, ale ja się musiałem trochę o tą robotę ubiegać. Nie żeby było to coś wspaniałego, nie nie nie, ale musiałem pokazać że potrafię machać żelastwem. A ty wyglądasz mi na takiego co nie wie jaką stroną trzyma się miecz - po raz kolejny splunął - to wszystko podpucha co nie? - Hę? Nie słysze sze, desz… - Tak, tak, no jasne że podpucha. No bo, co jak co, dożyłeś już swojego wieku. Widziałem już kilku takich co zapowiadali się na geniuszy, a tu pyk! Jakaś epidemia, jakaś napaść i tyle ich widzieli. Trzeba mieć co nieco pod kopułą żeby się tyle utrzymać, dobrze mówię - zaśmiał się i splunął - Ja sam kilka razy otarłem się o śmierć, ale mamusia wiedziała jak mnie wychować. Może na to nie wyglądam, ale kiedy przyjdzie okazja to potrafię udrapać, ugryźć czy co tam chcesz. Jak tygrys. Albo jak wąż. Ta, bardziej jak wąż - jeszcze raz splunął, z coraz większą trudnością z powodu braku śliny - Widziałeś kiedyś węża na deszczu? No właśnie. Nienawidzę warty w deszczu. - Ktosz idzie? - Co? Nieważne. Widzisz, jeśli chcesz przetrwać tyle godzin w tej ciszy musisz sobie jakoś zapełnić czas. A w takim deszczu nawet się nie zdrzemniesz. Dlatego mogę polecić ci rozmowę z idiotą bo nawet dobrze można się przy tym pobawić. W sumie nie wiem czy mogę to nazwać rozmową. To bardziej mogolog czy jak to tam zwał. Pewnie nie znasz takich trudnych słów co? Krety… - Sztać! Kto idzie? Nim w ogóle zdążył zareagować, usłyszał cichy świst kiedy metalowa strzałka wbiła mu się w czoło. Spojrzał w kierunku kretyna bez większości zębów, który był już daleko w głębi ciemnych ulic Soranny. - No nie mogę, przeżył - chciał się zaśmiać, ale zachłysnął się krwią. Splunął po raz ostatni i osunął się na ziemię. *** Zia zwalniała kroku coraz bardziej, im bliżej była do uczniów Tarloka. Zdążyła się do tego przyzwyczaić po kilku nieszczęśliwych wypadkach, których doświadczyła za czasów kiedy była mniej ostrożna. Tak jak uważała swojego mistrza za uosobienie spokoju i harmonii, tak jego podopieczni tworzyli na placu totalny chaos. Oczywiście byli to dopiero nowicjusze, a Tarlok dbał o to by nic im się nie stało podczas ćwiczeń, jednak ona cały czas czuła ukłucie strachu kiedy widziała jak któryś z uczniów ledwie panuje nad swoim talentem. Spojrzała na Carris z powątpiewaniem. Odkąd udało jej się wyjść ze swojej “tymczasowej” komnaty, nie było w niej czuć żadnego życia. Wydawała się jakby obojętna na wszystko. Nawet teraz, nieudolnie próbując wykrzesać z siebie odrobinę talentu, nie dało się poznać po niej żadnych emocji. Tysiąc prób, tysiąc porażek i żadnej wściekłości, wstydu. Odgarnęła kosmyk włosów z twarzy i spróbowała jeszcze raz. - Wyjdzie z tego - Zaskoczył Zię Tarlok - Jeszcze jest w szoku. To minie. Jeszcze odzyskasz swoją ulubioną uczennicę - uśmiechnął się do niej. - Nie mam ulubieńców - odparła sucho Zia, łudząc się że zdoła ukryć prawdę przed mistrzem. Oczywiście próbowała tego wiele razy, a on zawsze przeszywał ją na wskroś. - A szkoda, bo naprawdę jest utalentowana. Brakuje jej tylko… Motywacji. Na szczęście zbliża się okazja, by zobaczyć co potrafi. Po tych słowach od razu poczuła się pobudzona. Kiedy Najwyższy Kapłan mówił coś takiego, wiedziała że szykuje się coś ekscytującego. Od dawna brakowało jej jakiejś przygody. Odkąd stała się Opiekunem całe dnie spędzała w budynku Zakonu. Nienawidziła bezczynności. Zanim zdążyła otworzyć usta, Tarlok ją uprzedził. - To niespodzianka. Wiem jak bardzo nie możesz się doczekać, ale oczekuję jeszcze odrobiny cierpliwości. - Oczywiście, mistrzu. Spacerowali przez kilka minut po placu. Kiedy zaproponował, że pokaże jej co osiągnęli jego wychowankowie, nie mogła odmówić. Ze zdumieniem wsłuchiwała się w każde wypowiadane przez niego słowo, tak jak to robiła już od dziesięciu lat. Gdyby miała odwagę, powiedziałaby że był dla niej jak… Ojciec? - A teraz patrz. Pamiętasz Zeke’a? - Chłopak Kalama, mam rację? Zeke skinął głową i spojrzał pytająco na Tarloka. Ten tylko machnął ręką w kierunku manekina stojącego przed nimi, sugerując aby kontynuował. Chłopak wziął głęboki wdech, lekko ugiął kolana i rozłożył ręce na boki, trochę je przekrzywiając. Po chwili zaczął nimi machać z nienaturalną prędkością. Trwało to około pięciu sekund, a zdążył się przy tym porządnie napocić. Kiedy skończył swój pokaz, tym razem Zia patrzyła na Najwyższego Kapłana pytająco. - Podejdź - powiedział do niej i wskazał na manekina. Pochyliła się i wytężyła wzrok w miejscu które wskazywał. Chwilę jej to zajęło, ale ukazała jej się malutka dziurka w miejscu, gdzie cel chłopaka miałby serce. - Na wylot - stwierdziła Zia. Powędrowała wzrokiem wyżej i zobaczyła jeszcze jedno miejsce, centralnie między węglowymi oczami manekina. Raz za razem znajdowała kolejne miejsca, w których został przebity. Było ich przynajmniej trzydzieści. - To… Niesamowite - powiedziała, a Zeke się uśmiechnął - jak to zrobiłeś? Wystawił ku niej otwartą dłoń i pokazał ledwie dostrzegalne ziarenko piasku. Poruszył palcami, a ono delikatnie się uniosło. Nagle wyprostował rękę w kierunku manekina i po cichym świście kolejna dziura powstała między nogami manekina. - Oczywiście Zeke nie opanował jeszcze tej umiejętności do końca - uśmiechnął się Tarlok i spojrzał na dłoń chłopaka. Była czerwona i cała w maleńkich dziurkach z zakrzepniętą już krwią - teraz pora na naukę. Zwołał wszystkich uczniów na placu którzy z ulgą przyjęli chwilę odpoczynku. Rozsiedli się przed Tarlokiem tworząc półksiężyc. - Na samym początku muszę przeprosić, że tak rzadko mam okazję bezpośrednio was uczyć tak jak to robię w tej chwili. Niestety, obowiązki Najwyższego Kapłana nie należą do tych nieważnych, a także do tych najciekawszych - zapauzował, kiedy zaczęli falę śmiechu - ale skoro mam teraz chwilę dla was, pokażę coś. Logan! Jeden z chłopaków wstał i z niepewnością podszedł do mistrza. - Pokaż nam czego się nauczyłeś - powiedział Tarlok i lekko machnął ręką. Za jego plecami ukazała się widmowa postać mężczyzny. Była to tylko nieruchoma, martwa iluzja, ale wśród uczniów wywołała falę podniecenia - daj z siebie wszystko. Logan skinął głową i ustawił się w pozycji bojowej. Ugiął kolana, wyprostował ręce i zaczął pokaz. Tak jak wszyscy byli zdziwieni widmową postacią Tarloka, tak teraz wstawali i krzyczeli z podniecenia na to co robił ich kolega. Przeszywał iluzję mistrza ognistymi pociskami, rzucał w niego lodowymi soplami i rozcinał swoim sztyletem, który poruszał się za pomocą telekinezy. W każdym miejscu, w którym postać została zraniona zostawała lekka czerwona poświata, sygnalizując obrażenia. Nim minęła chwila, cały widmowy mężczyzna przybrał szkarłatny kolor. Chłopak zakończył pokaz miażdżąc głowę “przeciwnika” dwoma głazami. Oczywiście była to iluzja, więc stała tam tak samo jak na początku, w efekcie jedynie rozjaśniając się jeszcze bardziej na czerwono. Reszta uczniów zaczęła klaskać. Nigdy nie widzieli czegoś tak imponującego i momentalnie nabrali szacunku do dotąd niezauważalnego dla nich Logana. Ten, choć był teraz niesamowicie zmęczony i marzył jedynie o odrobinie snu, uśmiechał się od ucha do ucha i ochoczo przyjmował gratulacje. Kiedy sytuacja się uspokoiła, Tarlok stworzył odrobinkę dalej identyczną, siwą postać. - Zeke - zawołał kolejnego ucznia - daj z siebie wszystko. Wszyscy nagle zamilkli, oczekując kolejnego widowiska. Zeke delikatnie się przeciągnął i przyjął identyczną pozycję jak jego poprzedni kolega. Teraz jednak było inaczej. Po pierwsze, trwało to tylko kilka sekund w przeciwieństwie do ostatniego przedstawienia. Po drugie, nie było żadnych wspaniałych kul ognia ani pięknych sztuczek. Zdezorientowani uczniowie nawet nie wiedzieli co się stało. Po chwili w tłumie dało się słyszeć chichot. Jeden z wychowanków wyszeptał coś innemu na ucho i nie minęła minuta, i wszyscy zaczęli wskazywać widmową postać, śmiejąc się. Dopiero teraz wszyscy dostrzegali małe czerwone plamki na czole manekina, jego piersi i ta szczególna pomiędzy nogami, która sprawiała im tyle radości. Kiedy śmiechy ucichły, znów zabrał głos Najwyższy Kapłan. - Naprawdę wyśmienity pokaz, uczniowie - uśmiechnął się do Logana i Zeke’a - może Zia wytłumaczy wam o co chodziło w tej lekcji. - Ale ja nie… - chciała się wytłumaczyć, ale Tarlok zdążył przyciągnąć ją obok siebie i odszedł. Nie miała kompletnego pojęcia o co chodzi. Rozglądała się po wychowankach, jak gdyby szukając ratunku, ale oni czekali na odpowiedź tak samo jak ona. Obróciła się i spojrzała na widmowe postacie. Jedna z nich, wręcz jarząca się szkarłatem stała naprzeciw tej prawie całkowicie siwej, z ledwie widocznymi czerwonymi kropkami. I tak nagle zrozumiała. Ustawiła się pomiędzy nimi i wystawiła ręce na boki. - Co tutaj widzicie? - spojrzała na postać po swojej lewej, tą okaleczoną przez Logana. Tak jak się spodziewała, nie usłyszała odpowiedzi. - To jest trup. Spojrzała na postać po prawej. - A to? - zapytała, chociaż nadal nie spodziewała się odpowiedzi. - To też jest trup. Jeden i drugi tak samo martwy. Sztuka Reny, sztuka zabijania nie polega na rzeźbieniu w trupach. Śmierć sama w sobie jest sztuką, nieważne jak spowodowana. Nie ma lepszej i gorszej śmierci. Trup to trup. Wzięła głęboki oddech. Cały czas liczyła, że nie spaliła się na interpretacji nauk Tarloka. - Mistrz Tarlok ma na myśli to, żebyście dążyli do zdobycia takiej mocy jaką ma Logan, lecz używali jej jak Zeke. Tak właśnie powstają najlepsi magowie-zabójcy. Po raz pierwszy spojrzała na Najwyższego Kapłana. Zobaczyła na jego twarzy znajomy uśmiech dumy na jego twarzy. - Dlatego właśnie jesteś moją ulubioną uczennicą. *** Einzaff oparł się o balustradę i wziął głęboki wdech. Ostatnio coraz częściej zdarzało mu się tu przychodzić, opierać się o tą samą barierkę i patrzeć w te same gwiazdy. Był strasznie zmęczony. Nie do końca wiedział co było tego przyczyną, ale nie czuł się tak źle… Nigdy? Wydawało mu się, że to śmierć Rinsa tak na niego wpłynęła. Później miał teorię, że po prostu brakuje mu żołnierskiego życia. Walka była tym czymś, czego raz się spróbowało i do końca życia czuło się pociąg. A może był po prostu stary? To nie było takie złe. Na każdego żołnierza czeka kiedyś spokój. Wiele razy już słyszał że wypełnił swoją rolę na świecie, że przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. A jednak ciągle było mu mało. Wciąż chciał czuć się potrzebny. Zachichotał w duchu na swoją pychę. Kim on był, by móc coś zmienić? Kiedy był młody, marzył o tym, że dzięki nieustannej walce uda mu się zaprowadzić pokój. Poświęcić się po to, by inni nie musieli. Na starość czuł się jak kropla wody w oceanie, nic nie znaczący, nie mogący nic zmienić. “Na starość?” zapytał sam siebie. Chyba przyszła już pora na to, żeby sobie to przyznać. Jego czas przeminął. Przez resztę życia będzie służył Harlunowi, patrząc jak jego kraj jest po mału niszczony. Młodzieniec pełen ambicji to była przeszłość. Larissa chyliła się ku upadkowi. Najbardziej przerażała go niewiedza mieszkańców. Oczywiście, każdy słyszał o wojnie z Cansadonią. Co jakiś czas słyszało się o jakichś potyczkach i to tyle. Jeśli królowi coś wyszło dobrze, to na pewno ukrywanie prawdy. Czterdzieści tysięcy żołnierzy zginęło od wypowiedzenia wojny. Około dwustu tysięcy cywili. Trzy małe miasta zostały spalone do gołej ziemi, około trzydziestu wiosek splądrowanych i wymordowanych. A oni tkwili w martwym punkcie. Harlun nie zrobił absolutnie nic by temu zapobiec, przetrzymując wszystkie oddziały w ufortyfikowanych punktach. Nie miało bladego pojęcia o taktyce i planowaniu. A przecież miał od tego ludzi. Tego właśnie pragnął Einzaff. Spełnienia. Rozkazu od króla: “Idź, uratuj Larissę póki jeszcze nie jest za późno”. Jedyne co do tej pory dostawał to rozkaz zamknięcia mordy. W takich chwilach nienawidził swojego ojca. To on wpajał mu od dziecka wszystkie wartości, które teraz były dla niego nie do zerwania. Boga trzymaj w sercu, władcę za tarczą a przeciwnika na oku. - A jeśli władca jest moim przeciwnikiem? - rzucił pytanie w przestrzeń. Usłyszał ciche poruszenie z sypialni. Bardzo się starał nie obudzić Laurenn, ale chyba skończył się czas na rozmyślania. Skierował swoje kroki w kierunku łoża, kiedy usłyszał zamykane drzwi od balkonu. Szybko się obrócił, próbując wywołać przy tym jak najmniej hałasu. Na drzwiach zobaczył przyczepioną kartkę, ale ani śladu żywego ducha. Nabij go na tarczę. *** Kolejna próba zakończona fiaskiem. Evan powoli stanął na równe nogi, próbując się otrząsnąć. Nadal nie rozgryźli siatki. Odkąd wróciła do nich Carris mogli sobie pozwolić na wiele więcej prób, ale to było za mało. Stanęli w martwym punkcie. Willy zrywał sobie włosy z głowy próbując znaleźć jakąś zależność, ale to spełzło na niczym. - To kiedy odpuszczamy sobie metodę główkowania i podchodzimy do tego jak mężczyźni? - zapytał żartobliwie Dean. Wszyscy spojrzeli na niego z ukosa bo to on był zawsze najmniej chętnym do spróbowania się w tym egzaminie. - Wydaje mi się że możemy być do tego za mało męscy - stwierdził z zażenowaniem patrząc na drobną dziewczynę z grupy Kalama, której udało się zdjąć dwa haki nim przegrała walkę z najzabawniejszym wynalazkiem Tarloka. - Chyba tylko ja mogę być do tego wystarczająco męska - stwierdziła Carris, otrzepała swój płaszcz jak gdyby w ogóle był brudny i zaczęła się wspinać. Wszyscy zaśmiali się przesadnie. Dopiero od niedawna zaczęła wracać do żywych, więc starali się dodawać jej jak najwięcej otuchy. Udało jej się pokonać najlepszy jak dotąd odcinek. Trzy haki zdjęte nim runęła w dół prosto w objęcia przyjaciół. - Wiem! - zerwał się na równe nogi nagle Willy - Dlaczego nie pomyśleliśmy o tym wcześniej? Wszyscy w jednej sekundzie nabrali nadziei. Jeśli ktoś z nich miał znaleźć ostateczny sposób na przejście testu, był to właśnie on. - Carris, nie możesz jej po prostu zbadać? Dziewczyna nagle sposępniała. Dean z Evanem jakby nie zrozumieli pytania i tylko patrzyli to na nią, to na Willy’ego. - Nie mogę. - Dlaczego? - Bo nie mogę. - No ale dlaczego… - Bo nie mogę, okej?! Nagły wybuch Carris zadziałał na nich jak kubeł zimnej wody. Nie mieli doświadczenia co robić w takich sytuacjach. Zalała ich fala niezręczności, którą zdecydowała się przerwać właśnie Carris. - Ja… Nie widzę splotów. Willy się jakby zaciął. Zrobił się czerwony na twarzy i zaczął na przemian otwierać i zamykać usta, jak gdyby chciał coś powiedzieć. W końcu spuścił głowę. - Przepraszam. - Po prostu nie wspominaj o tym więcej. Zdezorientowani, do tej pory niewidzialni chłopcy postanowili się nie odzywać. Spojrzeli tylko na siebie wymownie i już wiedzieli, jaki jest plan. Kiedy po zajęciach rozeszli się do łaźni, od razu wzięli się do działania. Otoczyli Willy’ego z obydwu stron, doskonale wiedząc jaki sprawia mu to dyskomfort. Dla lepszego efektu zrobili to w tym samym czasie. - Pewnie wiesz po co tu jesteśmy... - zaczął Dean. - Tak, miejmy to już za sobą - przerwał mu Willy - nic nie wiecie i szukacie u mnie pomocy. Od czego zacząć? Sploty? - Ale… - przygasnął nagle Dean - ja przygotowałem przemowę, miałem być złym strażnikiem a Ev dobrym… Trenowałem to… - Możemy zacząć od początku - wyszczerzył zęby Willy, oburzony Dean obrócił się plecami i już się nie odzywał. - Ja chętnie posłucham o splotach! - podniósł rękę do góry Evan. - Od razu zaznaczam że jest to bardzo, BARDZO obszerny temat a jutro musimy wcześnie wstać, ale nie mogę odmówić żądnym wiedzy głąbom. Także zacznijmy od roku… - Skróć - przerwał mu Evan - wierzę że ten jeden raz ci się to uda. - Prosicie mnie o coś prawie niemożliwego - westchnął - ale poświęcę się. Sploty! Można powiedzieć, że istnieją dwa główne sposoby używania magii: uwalnianie i sploty. Oczywiście jest to o wiele bardziej zawiłe i skomplikowane, ale dla dobra naszej jutrzejszej pobudki zostańmy przy tym. A więc, uwalnianie. Jest to, jakby to powiedzieć… Dynamiczne uwalnianie czystej energii, kierowanie nią i nadawanie jej różnych form z pomocą otoczenia. Większość zaklęć które są natychmiastowe to właśnie uwalnianie. Za to tworzenie splotów daje wiele większe możliwości, choć zajmuje więcej czasu. Pozwala ona tworzyć różne mechanizmy, stałe lub krótkotrwałe. Możliwości jest nieskończenie wiele, tak naprawdę ogranicza cię tylko moc i wyobraźnia. Problem polega na tym że wymaga to dużo pracy i nie nadaje się na przykład do walki. To znaczy nadaje, ale to… Oddzielna historia. Tak czy inaczej, by tworzyć sploty, trzeba je widzieć. Przy rozbiciu ściany większość magów otrzymuje taką umiejętność, ale zdarzają się przypadki, kiedy coś powoduje że jest to niemożliwe. Przypuszcza się, że chodzi o geny, ale tak naprawdę jest to tylko teoria i ciężko jest to stwierdzić na pewno. W każdym razie jest to naprawdę rzadka przypadłość. Powiedziałbym że co najmniej raz na tysiąc. Jest to o tyle dziwne, że czasami nawet ludziom bez talentu udaje się widzieć sploty. - No ale jaki to ma związek z Carris? - przerwał mu Dean - Rozumiem, że miała nieszczęście być jednym z tym pechowców, ale… - To brzmiało jakby poczuła się obrażona - dokończył za niego Evan, który powoli zaczynał wszystko rozumieć - kiedy jesteś w otoczeniu magów o wiele większym wachlarzu możliwości, a szansa że znajdzie się ktoś taki jak ty jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna, stajesz się odmieńcem. Dziwadłem. - Trafiłeś w sedno - zgodził się Willy - Tak zwani “ślepi” nie są dobrze traktowani w środowisku magów. Może u nas w zakonie tego nie wyczuje, ale wystarczy jej świadomość że jest inna. Jest gorsza - zamlaskał z niesmakiem - Wyobrażacie sobie? Dostała talent, talent! To coś tak niesamowitego i rzadkiego, że każdy z nas jej zazdrości. I nagle okazuje się że nie widzi splotów. W sekundę jej wyjątkowość zmienia się w jeszcze większą wyjątkowość, tylko że już nie w tym dobrym sensie. - A teraz ciekawostka po której wam gęby opadną - zagadnął nagle Willy żeby rozwiać smutną atmosferę - Ta przypadłość była już znana w Erze Deszczu. W narzeczu elfów jest specjalne określenie na takich ludzi. Oznacza on w wolnym tłumaczeniu coś w stylu “Niepełny”. Mówiło się na taką osobę “Gra’daa”. Dokładnie tak jak się spodziewał. Kilka sekund ciszy, a potem niedowierzanie. W tym samym momencie przypomniały im się słowa Kalama podczas uczty pierwszego dnia w Zakonie. To był jeden jedyny raz, kiedy widzieli jak ich opiekunka wpada w furię. - O kurwa - złapał się za głowę Dean - Zia? - Nie wiedziałem że ma talent - przyznał Evan. - Możliwe że nie ma - dodał szybko Willy, nim za bardzo ich poniosło - Nie musi to koniecznie oznaczać ślepoty splotowej. Fakt, elfy używały tego określenia specjalnie dla takich osób ale może to oznaczać coś całkiem innego. Może nie zna się na czymś co Kalam uważa za podstawę - wzruszył ramionami. - Jeśli coś zdziwiłoby mnie bardziej niż to że Zia jest magiem, to właśnie to że czegoś nie potrafi. *** Evan delikatnie nachylił się i zaczął nasłuchiwać. Piekarze mieli paskudny nawyk sprawdzania wszystkiego kilka razy zanim byli gotowi zamknąć lokal. Chłopak nigdy nie miał pewności czy aby na pewno nie spotka go przykra niespodzianka i starał się być jak najostrożniejszy. Przybył tu już trzeci raz. Kolejny dzień stał pod tą samą okiennicą, próbując zebrać w sobie odwagę. Właśnie nadszedł ten dzień. Nie jedli już cztery dni. Kazał Lily jak najwięcej spać, bo tylko podczas snu żołądek nie dawał się aż tak we znaki. Byli wyczerpani. Nie miał już więcej czasu, to była jego ostatnia szansa. Porzucił wszystkie wątpliwości i powoli zaczął szperać w zamku. Poprzedniego dnia udało mu się podsłuchać że rygiel od drzwi się zepsuł, jak gdyby drzwi czekały właśnie na niego. Nigdy wcześniej nie otwierał zamków. Nigdy nie próbował nikogo okraść. Uznał jednak że do rana ma bardzo dużo czasu na naukę. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie był w stanie wyczuć żadnych zapadni czy mechanizmów. Jego sprzęt może i nie był najwyższej klasy a on nie był profesjonalnym złodziejem, ale to zapowiadało się bardzo źle. Żadnych punktów odniesienia, tylko ciche uderzenie i ściana. Próbował z każdej możliwej strony i nie natrafił na żadne miejsce godne zainteresowania. Pochylił się i spojrzał przez dziurkę. Zamarł. Zostawili klucz w zamku. Cały jego plan nagle rozpadł się jak domek z kart. W milczącej furii wyrzucił spinki i schował twarz w dłoniach. Nie mógł powstrzymać płaczu. Zawiodłem Cię, mamo. W głębi duszy wiedział jednak, że dla niej by nie była to żadna przeszkoda. Zawsze jest jakiś sposób, powtarzała mu. A zazwyczaj jedynym co cię od niej dzieli, jesteś ty sam. W jednej chwili się otrząsnął. Wszystko albo nic. Przecież co miał do stracenia. Podszedł do okiennicy i wziął zamach. Nie było to do końca przemyślane, bo kawałki szkła i drewna rozcięły mu do krwi gołe łokcie. Determinacja pozwoliła mu jednak na chwilę zapomnieć o bólu. Wiedział że ma mało czasu i nie miał zamiaru go marnować. Narobił tyle hałasu, że było tylko kwestią sekund zanim ktoś przybiegnie z góry i będzie po wszystkim. Po omacku z pamięci zaczął iść w kierunku skrytki obok pieca. W pośpiechu uderzył klatką piersiową w kant stołu pośrodku pokoju, aż na chwilę stracił oddech. Wziął się szybko w garść i złapał za klamkę szafki, kiedy ktoś wszedł do pomieszczenia. - Co do chu… Zaczął biec w kierunku okna. Adrenalina w jego ciele wezbrała taki poziom, że aż czuł jak zaraz go rozsadzi. Taranując stół przed sobą złapał za framugę, wbijając sobie wyjątkowo spiczasty kawałek szkła w rękę. W duchu wrzeszczał kiedy nacisk spowodowany wspinaniem się wbijał mu szkło głębiej i głębiej. Już przetoczył się na drugą stronę i miał zacząć biec, kiedy poczuł jak ktoś łapie go za kołnierz. Ze łzami w oczach próbował się wyrwać, ale już wiedział że przegrał. - Ty mały gnojku, zaraz ci pokażę… Poczuł jak mężczyzna wciąga go z powrotem do środka. Później już były tylko uderzenia, kopnięcia i ból, długi, potworny ból. Dziewczyna obudziła się, kiedy usłyszała szmer dochodzący zza krzaka. Głód nie pozwalał jej na twardy sen i najcichszy dźwięk potrafił ją obudzić. Zobaczyła znajomą posturę brata. Już miała pokazać swój rozpoznawczy uśmiech, kiedy ujrzała jak Evan zatoczył się na boki po czym runął na ziemię. Krzyknęła z przerażenia i podbiegła do brata. W słabym blasku latarni nieopodal dostrzegła dziesiątki siniaków i kałużę krwi która powiększała się pod nim. Dłoń była przebita trzydziestocentymetrowym kawałkiem szkła o trójkątnym kształcie, który powiększał się im głębiej był wbity. Gdyby był tylko odrobinkę głębiej, Evan prawdopodobnie straciłby kilka palców. Pochyliła się nad bratem i zapłakała. Potrząsnęła nim próbując go wybudzić, kiedy coś wypadło mu spod płaszcza. Chleb. Dwa duże bochenki wilgotnego od krwi, lecz świeżego chleba. Przestała płakać nad bratem. Płakała nad sobą, kiedy nie mogła powstrzymać się od zjedzenia chleba tu i teraz.
-
Przez dwadzieścia długich lat bezimienne państwo toczyło wojnę ze swoimi sąsiadami z zachodu, Morkandią. Obie strony poniosły w efekcie ogromne straty. Rada pięciu najwyższych urzędników bezimiennego państwa (które w tym czasie nie miało żadnego władcy) w akcie desperacji podpisała pakt z wrogiem. Zaproponowali pojedynek między dwoma najlepszymi wojownikami ich królestw, a ceną była wladza nad państwem. Morkandyjczycy z chęcią zgodzili się na taki układ, zważając na fakt, że ich szermierze byli znani na całym świecie ze swoich umiejętności. Miało być to sposobem na wygranie wojny bez przelewu krwi. Rada pięciu ogłosiła turniej, zapraszając ludzi z całego królestwa, a zwycięzca miał zostać nowym królem. Spośród sześćdziesięciu czterech wspaniałych wojowników ostała się tylko jedna tajemnicza kobieta: Larissa. Nieznanego pochodzenia szermierka okazała się być wojowniczką o niespotykanej odwadze i umiejętnościach. Kiedy nadszedł dzień ostatecznego pojedynku, tego, który miał przypieczętować los bezimiennego państwa, miało miejsce największe jak dotąd zebranie ludzi w znanej historii świata. Szacowane na prawie dwa miliony ludzi wydarzenie miało odbyć się w największym koloseum na świecie umieszczonym w portowym mieście Dilver. Ludzie spali za murami, w lasach i na plażach, licząc jedynie na jak aktualniejsze informacje. Pojedynek zakończył się jedynym niespodziewanym przez radę wynikiem: obydwoje uczestników nie przeżyło pojedynku. Larissa nie została więc władczynią królestwa, ale na cześć jej odwagi i poświęcenia nazwano wolny teraz od trwającej dwadzieścia lat wojny kraj jej imieniem. Tego dnia, bezimienne państwo stało się Larissą. Sirius Phorz Dzień, który zmienił życia tysięcy Rozdział VI Evan nie był w stanie uwierzyć, że minął już cały tydzień, odkąd uczył się w zakonie. Z jednej strony coraz bardziej obawiał się o swoją siostrę, a z drugiej coraz lepiej czuł się wśród zabójców. Codziennie dręczyły go sny, a w każdym następnym z Lily było coraz gorzej. Po dzisiejszym koszmarze, w którym widział ją z wydłubanymi oczami, miał dosyć. Postanowił, że pójdzie od razu do Tarloka i zapyta, co się z nią dzieje. I tak zrobił. Wstał niecałą godzinę przed czasem tradycyjnej pobudki i skierował swe kroki do pokoju Najwyższego Kapłana. Odczuł drobną satysfakcję kiedy zorientował się, że naprawdę zaczyna wychwytywać tą ledwie zauważalną zmianę dźwięku podczas podróży przez korytarz, choć całkiem niedawno uznawał to za niemożliwe. Udało mu się już w pełni opanować rozróżnianie pór dnia oraz pozycje niektórych pomieszczeń w zakonie. Za największe jednak osiągnięcie uznawał wejście na linę na lekcjach u Zii. Mimo że puścił siatkę już po pierwszym dotknięciu, kiedy to poczuł jakby z jego ręki buchały płomienie, czuł satysfakcję. Wielki ciężar spadł z niego, kiedy zaczął normalnie rozmawiać z otaczającymi go ludźmi. Nie czuł już się tak nieswojo jak na początku, nie unikał spojrzeń i nie obawiał się odezwać. Wszystko zaczynało nabierać kolorów, ale to właśnie to, ciągły postęp go tak denerwował. Czuł się jakby był w domu, którego zawsze tak bardzo mu brakowało. Największe zaskoczenie spotkało go, kiedy odkrył jak bardzo ci ludzie nie różnili się od innych. Teraz śmiał się z osób, które wyobrażały sobie członków zakonu Reny pijących ludzką krew, tańczących wokół ciał i odmawiających ciągłe litanie w dziwnym języku, choć sam należał do takich ludzi zaledwie tydzień temu. Domniemani zabójcy byli jak wszyscy inni, rozmawiali o codziennych sprawach, śmiali się a nawet wiązali. Evanowi zdarzyło się kilka razy widzieć szczęśliwą parę splecioną dłońmi, chodzącą bez celu po korytarzu. Czarne togi nie odwracały teraz jego uwagi. Nie widział już ludzi przez pryzmat stereotypu. Oczywiście istniały wyjątki, a jednym z nich niewątpliwie był Zeke. Od razu było widać, że trening zabójcy jest dla niego wszystkim, a to w połączeniu z jego charakterem tworzyło ciekawą mieszankę. Zdążył zaleźć za skórę Evanowi tak bardzo, że już kilka razy prawie doszło do bójki, ale zawsze byli rozdzielani, albo przez opiekunów, albo przez przyjaciół. Przyjaciele. Do tej pory nie zdarzało mu się mieć przyjaciela, a teraz mieszkał pod jednym dachem z trójką, bez której nie wyobrażał sobie życia. Willy, niby nic, niski, chudy chłopaczek, na pierwszy rzut oka bez charakterystycznych cech. W najmniej oczekiwanych momentach potrafił za to porazić wręcz nieludzką, ogromną inteligencją, której Evan mu tak zazdrościł. Pod burzą brązowych włosów kryły się małe, zwyczajne oczka, które badały wszystko wokół z wielkim zafascynowaniem. Za to Dean był przeciwieństwem Willy’ego w większości tego słowa znaczeń. Mając prawie dwa metry wysokości i prawie połowę tego szerokości wyglądał jak olbrzym z opowieści dla dzieci. Krył w sobie wielką siłę, której nie potrafił wyzwolić, a zauważyli to wszyscy. Nawet Zia powiedziała mu pewnego razu, że gdyby tak łatwo się nie poddawał, dawno doszedłby do siatki. To go najbardziej różniło od Willy’ego, który zawsze dawał z siebie wszystko. Trzecią osobą była Carris. Mimo wcześniejszych konfliktów, teraz Evan właśnie z nią najlepiej się dogadywał. Było w niej coś niezwykłego, jakby wielki hart ducha połączony z niewinnością. Wiedziała, widziała i słyszała zadziwiająco wiele na temat tego co się dzieje wokół niej, jak gdyby była stworzona do bycia zabójcą, ale w jej byciu było coś takiego… Dostojnego. Kiedy ktoś zapytałby Evana jaka ona jest, nie wiedziałby czy nazwać ją uosobieniem gracji czy może chaosu. Stanął przed pokojem Najwyższego Kapłana i zapukał w drzwi. Już nie musiał brać oddechu przed spotkaniem z nim jak wcześniej. - Wejść - rozległ się dźwięk głosu Tarloka z wnętrza. Evan posłusznie skierował swe kroki do środka. Pierwszy raz był w tym biurze. Tak jak się spodziewał, był pełen od książek. Wszystkie były starannie rozłożone na półkach, posegregowane i oznaczone, jedynie na biurku przy którym siedział Najwyższy Kapłan panował nieporządek. Zwoje, otwarte książki i puste kałamarze walały się po losowych miejscach. Sam Tarlok nie wyglądał na zmęczonego, mimo iż musiał wstać bardzo wcześnie. Wyglądał wręcz na człowieka, któremu właśnie ktoś przeszkodził w czymś niezwykle zajmującym. Kiedy zobaczył twarz Evana, uśmiechnął się do niego i wskazał krzesło naprzeciw. - Nie przeszkadzam, mistrzu? - Nie, i tak miałem zrobić sobie przerwę - machnął rękami jak gdyby to nie miało dla niego znaczenia, choć jego wyraz twarzy sugerował coś zupełnie innego. - Chciałem zapytać… Oczywiście, jeśli mogę wiedzieć… Co się dzieje z moją siostrą? Tą, która była ze mną, kiedy mnie uratowaliście? Przez sekundę w oczach Tarloka widać było widać coś jakby… Zdziwienie? Był to wzrok człowieka, który usilnie próbuje sobie przypomnieć coś co zrobił będąc pijanym czy coś co zdarzyło się lata temu. Chwilę później wyglądał jakby doznał olśnienia. - A tak! Spokojnie, jest bezpieczna. Z przykrością muszę cię zawiadomić, że zobaczysz ją dopiero gdy skończysz naukę. Evan spuścił głowę, choć spodziewał się takiej odpowiedzi. Postanowił wykorzystać okazję i póki tu jest dowiedzieć się jak najwięcej. - Mogę chociaż wiedzieć, gdzie jest? - Oczywiście - odpowiedział Najwyższy Kapłan, a w Evanie zapłonęła nadzieja - znajduje się pod opieką farmerów w Remm. Nigdy nie brakuje tam pracy, ale nie musisz się obawiać że umrze z głodu lub przemęczenia. Szanujemy tych ludzi, a oni szanują nas. - Dziękuje, mistrzu - rzekł szczerze Evan i wstał. Czuł ogromną wdzięczność za to, że usłyszał to, co chciał usłyszeć. Była to wspaniała wiadomość i na pewno bardzo ulży jego sumieniu. - Jeszcze jedno, chłopcze - zatrzymał go Tarlok - czy mógłbyś przekazać swojej opiekunce, by do mnie zawitała? Im szybciej, tym lepiej. - Oczywiście, mistrzu. Już miał dodać “chwała Renie”, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. Miał nadzieję że to przez to, iż tak często to słyszał, przez przyzwyczajenie. Kiwnął głową do Tarloka i wyszedł, nadal nie mogąc nacieszyć się wspaniałą wiadomością. *** - O co chodzi, mistrzu? - zapytała Zia z niekrytą ciekawością. - Chodzi o jednego z twoich uczniów. Był tutaj niedawno. Opiekunka nie kryła zdziwienia. Zanim o cokolwiek zdążyła zapytać, Tarlok kontynuował. - Evan, jeśli się nie mylę. Pytał mnie, co się dzieje z jego siostrą. Evan. Co prawda wiedziała, że prędzej znów o to zapyta, ale myślała, że właśnie jej, a nie samego mistrza. Poczuła lekkie ukłucie złości na myśl, że zwraca się do Najwyższego Kapłana z taką błahostką, ale postanowiła tego nie okazywać i ukarać go w swoim czasie. Tarlok jednak jakby czytał jej w myślach, dodał: - Nic z tym nie rób. Doszedłem do tego co wymyśliłaś i dokończyłem twoją historię. - Powiedziałam, że żyje. - Tak jak ja - odrzekł - chciałbym, żebyś następnym razem mówiła mi o takich rzeczach. - Przepraszam, mistrzu… Myślałam, że to nic ważnego… - Rozumiem to. Ale od dziś chciałbym, żebyś mówiła mi o wszystkich nietypowych rzeczach związanych z tym chłopcem. Ta wypowiedź ją naprawdę zaskoczyła. Co go mógł obchodzić ten cały Evan? Nie było w nim nic szczególnego. Ogromnej siły, inteligencji, czy urody. Nie miał też szansy na obudzenie w sobie Talentu. - Tak, mistrzu… - Jeszcze jedno - przerwał jej - czy rozwiązałaś już moją zagadkę? Obawiała się tego pytania, choć wiedziała, że w końcu nadejdzie. - Mam swoją teorię, ale jest ona dosyć… Nieprawdopodobna. - Tym bardziej wierzę ci, że się nie mylisz, dziecko - odpowiedział z uśmiechem. - Myślę, że nie napisano tej księgi w języku, którego rzadko używano, tylko… Że stworzono ten język specjalnie po to, by móc napisać księgę. *** - Pssst… Evan - szepnął ktoś do niego z tylnej ławki podczas lekcji u Teru. Kiedy tylko usłyszał stłumione chichoty w tle, wiedział, że to Dean wraz z Willym. Niechętnie, ale się obrócił. - Przekaż Carris, że wygląda dziś niezwykle czarująco. Mimo wszystko się uśmiechnął. Jego współlokatorka musiała mieć naprawdę zły dzień, bo od rana patrzyła na wszystkich spojrzeniem mordercy, postanowiła zapomnieć o porannym czesaniu, a podczas śniadania tak jej się trzęsły ręce, że zdołała pobić dzban z sokiem. Opowiadała, że to treningi u Tarloka tak ją męczą, ale nigdy nie zdradziła dlaczego. - Naprawdę, wyglądasz dziś niezwykle czarującą - szepnął do niej. Odpowiedziało mu tylko to nienawistne, piorunujące spojrzenie. Na lekcji u Kalama stało się coś, co na zawsze zapadło Evanowi w pamięć. Powszechnym rytuałem na początek lekcji był pojedynek między uczniami. Ten dzień musiał w końcu nadejść. - Dzisiaj wybierasz sobie… Ty - wskazał prosto na Evana. Chłopak wzruszył ramionami. Mógł wybrać któregokolwiek z innych wychowanków, a zdążył już poznać większość z nich. Zastanawiał się nad wyborem chłopaka z grupy Kalama, który swoją budową przypominał szkielet, albo jednego z wychowanków Teru, który był największym tchórzem jakiego kiedykolwiek znał. Kiedy jednak błądził wzrokiem po grupie, w ostatniej chwili zmienił zdanie. - Zeke. Przez chwilę wszyscy wstrzymali oddech. Wojna między nimi była znana wszem i wobec, ale to zawsze Zeke był prowokatorem. Jedynie Kalam uśmiechnął się pod nosem. - Bawcie się więc. I tak jak codziennie, pojedynkowicze ustawili się w środku kółka zrobionego przez resztę wychowanków. Przeciwnik Evana posłał mu drwiące spojrzenie i ustawił się w pozycji bojowej. - 3... 2… 1… Walczcie! Evan przewidział, że Zeke zacznie agresywnie, i tak właśnie się stało. Pasywność nie była w jego stylu. Szybki prawy prosty mignął Evanowi koło nosa, a za nim poszła seria ciosów celowanych w brzuch. Zamiast zasłaniać go rękoma, jednocześnie odsłaniając twarz, spiął mięśnie, łagodząc ból i wymierzył potężny łokieć w twarz Zeke’a. Całkowicie skupiony na ataku, ignorując defensywę, aż krzyknął po przyjęciu ciosu. Z nosa buchnęła mu krew, ale ten tylko się wytarł, wykrzywił twarz w grymasie wściekłości i kontynuował walkę. Evan słyszał okrzyk radości jego współlokatorów, kiedy zmiażdżył nos Zeke’a i był z siebie dumny. Wiedział, że to dopiero początek i pewnie jeszcze dostanie łomot, ale to dobra cena za takie wspomnienie Zeke zaczął być wyraźnie ostrożniejszy. Cały czas trzymał gardę wysoko, co jakiś czas posyłając szybkie uderzenia. Evan skupił się wyłącznie na obronie, czekając na odpowiedni moment. Tak jak zawsze, to Zeke zaczął atak. Rzucił się na niego i złapał za tułów, posyłając ich obu do parteru. Evan nieudolnie próbował zrzucić go z siebie, aż uznał, że nie wystarczy mu na to siły i próbował okładać go pięściami. Jedynym miejscem jakie mógł dosięgnąć, były plecy, obrażenia przyjęte na tą część ciała zdawały się nie ruszać Zeke’a. Sytuacja stała się naprawdę nieprzyjemna, kiedy przeciwnik usiadł na Evanie okrakiem i zaczął okładać go po twarzy. Nieudolnie próbując się zasłonić, gorączkowo myślał nad rozwiązaniem. Mając wolne jedynie nogi, podniósł je nad ziemię i spróbował chwycić Zeke’a za głowę. Ludzie wokół zaśmiali się na ten akrobatyczny popis. Mimo wszystko, to zadziałało. Przy takiej gimnastyce stawy bolały Evana niemiłosiernie, ale jakoś udało mu się dosięgnąć przeciwnika i włożyć całą siłę, by ściągnąć Zeke’a do tyłu. Prawie by mu się udało, gdyby tylko przeciwnik też nie pomyślał o własnych nogach i nie kopnął go w twarz. Evanowi świat zawirował przed oczami, krew popłynęła mu z nosa. Nie myśląc długo, złapał za nogę Zeke’a i odepchnął się od niej, pomyślnie wychodząc spod uścisku przeciwnika. Stali teraz naprzeciwko siebie, dysząc ciężko. Obaj z furią w oczach, no i rozbitym nosem. - Dobra, koniec tej błazenady - zarządził Kalam i tak oto pojedynek się skończył. Później śmiali się wspólnie nad nieszczęsnym losem Zeke’a, i chociaż to Evan co chwilę opłukiwał nos z krwi, śmiał się najgłośniej. Jeszcze tego samego dnia zdarzyło się coś specjalnego. Od kilku dni czekali na powrót Carris, by rozegrać przed snem partyjkę kart, bo jak mówiła, to ją uspokajało. Ale dzisiaj nie wróciła. Czekając godzinę dłużej niż zwykle, postanowili pójść spać i wypytywać ją o wszystko kiedy już wróci. Jednak rano nadal jej nie było. Zapytali o wszystko Zię podczas śniadania. Chodź Evan nie wierzył, że kiedykolwiek to ujrzy, siedziała taka… Rozpromieniona? Ponura maska jakby na moment zniknęła z jej twarzy. Wyglądała jak całkiem inna osoba. Zanim zdążyli się odezwać, ona przemówiła do nich. - Mam dobrą i złą wiadomość! Którą chcecie usłyszeć najpierw? Odpowiedziało jej milczenie, więc kontynuowała. - Carris obudziła w sobie talent. Po rozbiciu Ściany miał miejsce drobny wypadek… Tak czy inaczej, będzie musiała trochę czasu się kurować. Zła wiadomość jest taka, że musicie wziąć na siebie jej obowiązki. Obowiązkami się nie przejmowali, bo mieli ich naprawdę niewiele: czasami mieli posprzątać salę, czy inne głupoty. Tak naprawdę sprawiało im to dużo radości. Chwilę później Evan zasypał wszystkowiedzącego Willy’ego pytaniami. - O co chodzi z tą ścianą? - ten, jak zawsze, pokręcił głową z niedowierzaniem, jak gdyby to była oczywista rzecz. - Ścianą nazywa się blokadę, która dzieli maga od Źródła. Pomijając twoje następne pytanie, Źródło jest organem pozwalającym na produkcję many, która, pomijając twoje następne pytanie, jest potrzebna do używania magii. Kiedy mag korzysta z talentu, jego zapas many się wyczerpuje, a kiedy to się stanie, magia zaczyna wysysać jego energię życiową, w końcu prowadząc do śmierci, jeśli ten posunie się za daleko. Mana regeneruje się samoistnie z czasem. Ściana jest właśnie skupiskiem takiej… - przerwał na chwilę, dumając nad porównaniem - ...zamrożonej many, bardzo gęsto przytwierdzonej do siebie. Kiedy Ściana zostanie rozbita, “zamrożona mana” staje się maszyną produkcyjną Źródła. Dlatego też, im Ściana jest większa, twardsza i trudniejsza do rozbicia, tym lepiej upieczony mag powstaje. - Jak rozbić taką Ścianę? - dopytał się Dean, który najwyraźniej też zainteresował się rozmową. - Nie mam pojęcia - wzruszył ramionami Willy - to tajemnica skrzętnie ukrywana przez szkoły magiczne i tym podobne. Wiem tylko, że kiedy ktoś taki jak Evan rozbiłby Ścianę, byłby najpotężniejszym magiem świata. Nie czuj się wyjątkowy, bo połowa ludzi ma taką Ścianę jak ty: jest ona po prostu prawie niemożliwa do rozbicia. - Rozumiem - powiedział na pół szczerze Evan - ale Zia wspomniała, że Carris musi się wyleczyć z wypadku jaki się zdarzył po rozbiciu ściany… - To najlepsza część - podniecił się Willy jak zawsze, kiedy dzielił się z kimś swoją wiedzą - po rozbiciu Ściany, uwolniona ilość many jest tak ogromna, że organizm musi się jej jak najszybciej pozbyć, prowadząc do… Różnych wydarzeń. Zazwyczaj jest to największy wyczyn takiego maga, jaki kiedykolwiek uda mu się jeszcze dokonać. Dean już otwierał usta, ale Willy przerwał mu natychmiast. - Nie, wcale nie chodzi tu o różne światełka i inne takie - opowiadał z coraz większą fascynacją - taka ilość mocy potrafi burzyć mury, sprowadzać deszcze czy zabijać dziesiątki. Po tej wypowiedzi każdy z nich, nawet sam Willy osłupieli, kiedy do głowy przyszło im to samo pytanie: Co się stało, kiedy Carris rozbiła ścianę? *** W Einzaffie aż wrzało, kiedy kierował się do sali tronowej. Wszystkie błędne decyzje do tej pory znosił, pamiętając o świętej zasadzie jego rodziny “przed swoim królem stawiaj jedynie swojego boga”. Mimo usilnych starań, nie mógł powstrzymać natłoku emocji, które teraz napierały w niego z ogromną siłą. Chciał skazać Rinsa. Wykonać kolejną bezsensowną egzekucję, ale tym razem to najlepszy i jedyny przyjaciel generała miał zginąć. A Einzaff we własnej osobie miał w tym uczestniczyć. Wartownicy pilnujący sali tronowej nawet mu nie zasalutowali, przerażeni widokiem rozwścieczonego weterana. Uchylili mu drzwi i wpuścili go do środka, gdzie Harlun już na niego czekał. - Generale! Jak się cieszę, że tu jesteś! - przywitał go z otwartymi ramionami król - Rozumiem, że doszła już do ciebie ta smutna dla nas wszystkich wiadomość. - Wiadomość? - udał zaniepokojenie Einzaff, choć czuł jakby miał zaraz wybuchnąć. - Zdrada. Najgorszy z grzechów, który potrafi rozprzestrzeniać się jak zaraza i przeszywać ciała ludzi, odbierając im zdrowy rozsądek. To samo spotkało naszego niegdyś zaufanego dyplomatę Rinsa - pokręcił głową jakby sam w to nie wierzył - jest to dla nas wielki cios, ale prawo jest prawem. Za zdradę można zapłacić tylko w jeden sposób. - Swoim życiem - dokończył generał i przełknął ślinę - cóż takiego zrobił, że nazywasz go miłościwy władco lawirantem i łgarzem? - Wiem, że był ci on bardzo bliski, generale, ale dowody są niepodważalne i nie mamy wątpliwości, że przekazywał tajne informacje naszym przeciwnikom. Chyba zgodzisz się ze mną, że robactwo trzeba wytępić zanim opanuje cały nasz kraj. - Oczywiście, królu - odparł mu starą formułką Einzaff - czekam więc na jutrzejszą egzekucję z niecierpliwością. *** - Masz zamiar tutaj tak stać i się przyglądać? - zagadnął Evan do Willy’ego, bo podczas kiedy razem z Deanem bezskutecznie próbowali pokonać wyzwanie siatki postawione przez Zię, on stał i obserwował ich w pełnym skupieniu. Minęły już dwa miesiące od ich pojawienia się w zakonie, i wyglądało na to że wszystkie grupy poczyniły już jakieś postępy, tylko nie oni. Z podziwem patrzyli na grupę Rotha, która zdołała zdjąć już trzy z ośmiu haków, podczas gdy oni nie dotarli jeszcze nawet do pierwszego. - Czegoś tutaj nie rozumiem - Willy jakby zignorował pytanie - Zia mówiła, że ten sam kolor nie zawsze oznacza tą samą pułapkę… - Co? - To nieprawda. Dean już kilka razy dotknął czerwonej części, i cały czas narzeka na ogień. Czerwień oznacza ogień. Za każdym razem. Myślisz, że mogła nas okłamać? Evan nawet nie skupił się nad znalezieniem jakiejś odpowiedzi. Dopiero dochodziło do niego jak Willy miał zamiar poradzić sobie z siatką: nie siłą mięśni, a umysłem. Wcześniej nie wziąłby nawet takiej opcji pod uwagę, ale teraz mógłby stwierdzić że to dla nich ostatnia szansa. - Okej. Rozumiem że zajmujesz się główkowaniem. Zdradź nam, co wymyśliłeś. Przywołali do siebie Deana, który akurat leżał pod ścianą próbująć złapać oddech. Niechętnie przyszedł do nich i w trójkę usiedli na podłodze. Willy wyciągnął swój notatnik, który miał przy sobie zawsze i zaczął rysować. - Siatka jest podzielona na dwadzieścia jeden kratek w szerokości i dwadzieścia jeden kratek po długości - narysował kwadrat na całą stronę i zaczął kreślić linie, aż nie powstało krzywe odwzorowanie ich koszmarów - razem czterysta czterdzieści jeden kratek. Ale nie w tym rzecz. Kolory zdają się mieć swój wzór - zaczął pogrubiać części siatki złożone z trzech kratek na szerokości i długości, aż cała była złożona z czterdziestu dziewięciu większych kwadratów - zestawy kolorów są ustalone właśnie według tych większych części. Pośrodku jest zawsze biały, i wygląda na to, że on jest bezpieczny. Reszta to jest to co już wiecie: czerwony, niebieski, fiolet i tak dalej, razem osiem - odłożył na chwilę notatnik i poprawił okulary - jest tylko jeden problem. Oczywiście nie musieli pytać, od razu opowiedział im o co chodzi. Wyciągnął swój zestaw piór i zaczął rozkładać przed nimi na podłodze. - Wyobraźcie sobie, że jest to biała kratka pośrodku naszej siatki - ułożył cztery pióra na wzór kwadratu - a to jest kratka świecąca na niebiesko będąca nad nim - dołożył jeszcze trzy tak, że jedna ze ścianek poprzednio utworzonego kwadratu stanowiła część następnego - między nimi znajduje się tylko jeden odcinek siatki, na którego z jednej strony będzie padało światło białe, a z drugiej niebieskie. Patrząc na to w większej skali, okaże się że tylko zewnętrzna część - tutaj pogrubił jeszcze bardziej cały obwód siatki - będzie zawierała jeden kolor. - Powoli, powoli - przerwał mu Dean, którego natłok informacji powoli zaczął przerastać - ale nie wydaje mi się, żebyśmy do tej pory trafili na podwójną pułapkę. No to w jaki sposób chcesz ustalić, czy mam polegać na białym czy niebieskim - postukał na rysunek Willy’ego, pokazując o jaką konkretną sytuację chodzi. Chłopak wydawał się być niesamowicie ucieszony że udało im się go zrozumieć. W końcu rozumowanie nie należało do najmocniejszych stron Deana. - No właśnie - pokręcił głową Willy - z jednej strony wydaje się to być zdarzeniem opartym na szczęściu. Raz zdarza się jedno, a raz drugie. Udało mi się ustalić który kolor odpowiada za jaką pułapkę, ale nie jak wyminąć problem losowania. Te fakty jako pierwsze doszły do Evana. Willy rozgryzł siatkę. Nie w całości, było w tym wciąż sporo niepewności, ale najważniejszy problem udało mu się rozwiązać. To była ich szansa. - Udało mi się to przez obserwację waszych prób - kontynuował Willy - Deanowi często zdarzyło się “poparzyć” na tym samym odcinku siatki, a mianowicie na węźle dzielącym białą i czerwoną kratkę. Mogłem więc śmiało uznać, że czerwień oznacza płomienie. A dalej to już z górki. Im więcej kolorów rozszyfrowałem tym możliwości było mniej, a więc metodą eliminacji szybko znalazłem odpowiedzi. Kiedy tłumaczył im to wszystko, wyraźnie biła od niego duma. Nie było to zdecydowanie niesamowite odkrycie, ale fakt, że odkrył to jako pierwszy wśród nich zdecydowanie mu wystarczył. Oczywiście tylko na razie, bo miał zamiar rozwiązać tą zagadkę w całości. - Czyli teoretycznie… - odezwał się Evan - gdybym za każdym razem dotykał tylko liny biegnącej między białym i którymś który mi najbardziej odpowiada - miał tutaj na myśli sławnego Bambo, który był jedyną pułapką jaką mógł znieść. Kiedy inne powodowały cierpienie, mimo iż wyimaginowane, to do niego można było się przyzwyczaić - mógłbym przejść wyzwanie spotykając po drodze tylko jedną pułapkę? - Jeśli uda ci się pokonać za jednym zamachem taki dystans, to dokładnie tak. Evan spojrzał na linę. Pokonanie długości trzech długości kratek to było coś około dwóch metrów. Nie był pewny czy to możliwe, ale jeśli tak, to na pewno diabelsko trudne. - To nie wypali. Ale gdybym znalazł jeszcze jedną, którą jestem w stanie znieść, to stałoby się... banalne. - To fakt, ale - przerwał mu sielankę Willy - zależnie od tego, co wybierzesz, będziesz musiał zmienić tor jakim się kierujesz. To będzie wymagało trochę planowania… Kiedy po raz pierwszy dostali się na siatkę, zauważyli, że z bliska kolory zanikają. Co prawda wtedy dla nich to nie miało znaczenia, ale teraz, kiedy odkryli wzór kryjący się za tym wszystkim, będzie to dla nich ogromne utrudnienie. Pokonujący wyzwanie siatki będzie musiał mieć w głowie całą budowę siatki, żeby przypadkiem nie wpaść w niepożądaną pułapkę. - To może od razu tego spróbujemy? - rzucił od niechcenia Evan. - A więc mamy pierwszego ochotnika! - natychmiast zareagował Dean - przykro mi, ale wiesz… Mam przeczucie, że to może być jakiś niewinny żarcik od Willy’ego. Oboje wiedzieli że to nieprawda, bo ten zdawał się być zbyt podniecony na strojenie sobie żartów. Nawet nie słyszał o czym między sobą rozmawiali, pochłonięty swoimi teoriami. Evan, udając zrezygnowanie, powoli wstał i ruszył w kierunku siatki. Tak naprawdę nie mógł się doczekać żeby wypróbować czy to co do tej pory usłyszał jest, chociaż po części, prawdą. Wziął głęboki wdech i zaczął wspinaczkę. Z radością stwierdził, że idzie mu to o wiele lepiej niż kiedy zaczynał naukę w Zakonie. Kiedy był już na szczycie, zorientował się, że tutaj jest o wiele ciężej spostrzec kolory niż patrząc z dołu. Patrząc z tej perspektywy wszystko mu się mieszało, i tak oto w jednej chwili cały ich plan legł w gruzach. Przynajmniej w jego głowie. Willy szybko zauważył jego zwątpienie i zaczął instruować go z dołu. Kiedy już rozeznał się, jaką drogą powinien się kierować, zdążyły go rozboleć ręce od ciągłego utrzymywania się na linie. Postanowił dłużej nie zwlekać i ruszył przed siebie. Wyciągnął rękę w kierunku swojego pierwszego celu, przygotowany na atak dobrze już mu znanego Bambosza. Nic. Za pierwszym razem mu się poszczęściło, ale teraz nie zostało mu nic jak wybrać sobie jedną z siedmiu pułapek, i absolutnie żadna mu nie odpowiadała. W głowie zwizualizował sobie to co przed sekundą mówił do niego Willy, ale jakoś trudno to wszystko było mu teraz poukładać. Stawiając na mniejsze zło, złapał za następny sznur, ale coś najwyraźniej mu się pomyliło, bo zamiast trafić na ognistą lub powodującą mrowienie pułapkę, przywitała go strzała wystrzelona z nieistniejącego łuku. Tak jak za każdym razem powtarzał sobie, że to wszystko mu się wydaje, tak za każdym razem też nie mógł wytrzymać tego okropnego bólu. Mimo usilnych starań, puścił się niemal natychmiast i poleciał w dół. Sztuczkę z łapaniem udało im się już opanował niemal do perfekcji, także i tym razem nie było to dla nich problemem. Oczywiście brak Carris utrudniał sprawę, ale byli w stanie robić to bez większych trudności. - No więc - zaczął Evan, otrząsając się jeszcze ze stresu jaki zafundował sobie na siatce - to nie wygląda tak pięknie kiedy jest się już tam na górze. *** Dlaczego trzymacie mnie w niewoli? Carris obudziła się z krzykiem ze snu, jak każdego razu od pamiętnego dnia na lekcjach Tarloka. Minęło już tyle czasu, a ona nadal nie mogła pozbyć się tego głosu ze swojej głowy. Widziała tego demona. Widziała go na własne oczy, a do tej pory próbowała sobie wmówić że to wszystko było tylko złym snem. Ten donośny, chrapliwy głos odbijający się echem w jej czaszce nie opuszczał jej dłużej niż na godzinę. Wypuść mnie. Dlaczego pozwalasz mnie tak traktować? Od tamtego zdarzenia musiało minąć już sporo czasu. Nie miała pojęcia ile, bo trzymali ją w jakimś nieznanym jej dotąd pomieszczeniu, bez luksynowych lamp. Światło dawała jej jedynie zwykła pochodnia umiejscowiona obok drzwi. Codziennie była odwiedzana przez jednego z akolitów z Zakonu, ale już teraz mogłaby uznać że jest niemową. Przychodził, przynosił jedzenie, zabierał mocz, wychodził. Nie odezwał się do niej ani jednym słowem. Raz zdarzyło się jej nawet złapać go i trząść, on jednak tylko odwrócił głowę. Dopiero teraz do niej doszło, że powoli staje się wariatką. Wypuść mnie. Jesteśmy teraz rodziną, czyż nie? Złapała za bukłak z wodą leżący na stole i wzięła porządny łyk. Potrzebowała wina. Czegokolwiek, co pozwoliłoby jej odpłynąć na chwilę z tego świata i nie przejmować się tym co się wokół dzieje. Najgorsze było to, że nie miała bladego pojęcia co się dzieje. Wypuść mnie. Nie widzisz, że robią z tobą to co ze mną? Pozwolisz nas tak traktować? Usiadła na brzegu łóżka i zapłakała. Robiła to codziennie, ale co innego mogłaby robić? Siedziała tutaj bez niczego, co mogłoby jej jakoś umilić pobyt. Co prawda nie była zamknięta, ale dobrze wiedziała co czeka ją za drzwiami. To. To tylko na nią czekało. Nie miała pojęcia skąd, ale doskonale znała ten pokój, w którym To się znajduje. Żadnego światła, tylko kraty, bariera Tarloka i dwoje drzwi. Jedne prowadziły do niej, a drugie do wolności. Wypuść mnie. Sama mnie tutaj wezwałaś. Jesteśmy teraz jednością. Czujesz to. Tak bardzo tęskniła za chłopakami. Za żartami Deana, które choć zazwyczaj były durne i mało śmieszne, to przez samą charyzmę opowiadającego potrafiły rozbawić ją do łez, za Willym, który zawsze coś kombinował, obserwował i analizował. Zawsze z głową w chmurach, a mimo to doskonale czuła się w jego towarzystwie. Tęskniła nawet odrobinę za Evanem. Wypuść mnie. Dopada mnie tutaj szaleństwo. Nas dopada szaleństwo. Mogła do tego wszystkiego wrócić. Dzieliło ją tylko te dwoje drzwi. Powtarzała sobie codziennie, jak bardzo niewiele to jest. Niestety tylko i aż tyle dzieliło ją od Tego. Bała się Tego, bała się o Tym myśleć a co dopiero przejść obok? Dlaczego nikt nie chce jej stąd wyciągnąć? Przecież muszą wiedzieć co się z nią dzieje. Cały czas wysyłają jej jedzenie, a więc nie chcą żeby umarła. Dlaczego po prostu jej nie zabiorą? Westchnęła. Nie, nie była jeszcze gotowa. To po prostu kolejny dzień który musi jakoś przetrwać. Próbując przywrócić humor samej sobie, uśmiechnęła się, rozciągnęła i po raz kolejny spróbowała zasnąć. WYPUŚĆ MNIE!
-
Wiele lat spędziłem na poszukiwaniu i badaniu owych “artefaktów”, i ze smutkiem muszę przyznać, że większość z legend to bujdy. Nie chcę sugerować, że ludzie są zbyt leniwi, ale miecz w głazie na szczycie góry Raa to zwyczajny kawał żelastwa. Zajęło mi ledwie godzinę, aby to sprawdzić. Kostur świata? Bujda. Płaszcz powodujący niewidzialność? Poniekąd bujda. Dawał niewidzialność tylko wtedy, kiedy stało się w miejscu. Nic specjalnego dla doświadczonego maga. Łuk Allemara? Bujda. Pociski nie wyszukują przeciwników, to normalny łuk. Ładnie wykonany, to prawda, ale nic poza tym. Mogę śmiało stwierdzić że jestem największym sceptykiem na tym świecie. Jest to niestety powód większości moich zawodów, bo jako kolekcjoner reliktów przeszłości nie mam w swoim posiadaniu nic wartościowego. Wolałbym żyć w niewiedzy, trzymając ten patyk który ludzie nazywają "kosturem świata" i chwaląc się nim wszystkim wokół, ale moja natura skazała mnie na prowadzenie większych poszukiwań. Stąd zrodziło się moje zafascynowanie tą bronią. Kiedy miałem z nią styczność po raz pierwszy, straciłem rękę. Niezła sztuczka, prawda? Uważałem tak samo, dopóki dwunastu magów których nająłem do zdjęcia zaklęcia chroniącego miecz zginęło od tejże broni. Wtedy już wiedziałem, że w końcu trafiłem na coś specjalnego. Obdartus, który sprzedał mi ten tajemniczy oręż widocznie nie miał pojęcia jakie cudo skradł, bo oddał mi ją za ledwie trzy srebrniki. Przeczytałem setki książek szukając jakiejś wzmianki o tym mieczu, ale to skończyło się fiaskiem. Po co ktoś miałby zawracać sobie głowę zaklinając tak potężnym zaklęciem zwyczajny kawałek stali? Zdesperowany, postanowiłem zaryzykować. Nie mogę nawet opisać swojej radości, kiedy zleciłem krasnoludzkiemu kowalowi (oczywiście dając mu wszystkie instrukcje jak uniknąć wypadku który przydarzył się mnie) by spróbował zniszczyć ten miecz. Na początku zbył mnie, mówiąc że zajmuje się tylko poważnymi zamówieniami, ale kiedy zaproponowałem mu jego wagę w złocie jeśli mu się powiedzie, zgodził się. Tydzień później wrócił do mnie ze spuszczoną głową i oddał mi broń. Nie dało się jej złamać, a metal z którego była skuta był nie do stopienia. Nie muszę chyba wspominać, że to właśnie krasnoludy topią najtwardsze metale i to ich piece osiągają najwyższe temperatury? Siedem długich lat szukałem odpowiedzi, aż do dziś. Spotkałem człowieka, na którego prośbę imienia nie mogę zdradzić. Nim zdążyłem go ostrzec, wyciągnął ją ze specjalnego pakunku chroniącego przed zaklęciem. Nic się nie stało. Możecie uznać mnie za szaleńca, ale to ta broń wybrała jego. Kendrack Rommington W poszukiwaniu legend Rozdział V Wcześniejsza niecierpliwość już nie kłębiła się w Evanie. Na lekcji u Kalama został kilkakrotnie boleśnie uderzony, bo uparł się, że nie uderzy kobiety. Nie miał pojęcia, za co tak bardzo nienawidziła go Carris, ale to musiała być bardzo głęboka nienawiść. Przez swoją męską dumę tylko ucierpiał. Lekcje z Rothem okazały się jednak nie aż tak brutalne i wyczerpujące. Na samym początku zostali obdarzeni garścią informacji co, jak i gdzie. - Zanim przejdziemy do przyjemniejszej części... - mówił opiekun Roth. Dla Evana był przerażający. W porównaniu do Kalama, który zdołał powalić kilkakrotnie całą ich grupę mimo swej smukłej postawy, Roth budził podziw samym wyglądem: wysoki na dwa metry, łysy facet, który wyglądał jakby mięśnie miały mu zaraz rozedrzeć tunikę z głębokimi, czarnymi oczyma i niskim głosem po prostu onieśmielał. - Każdy z was dostaje osobistą broń, którą może wziąć ze sobą gdziekolwiek i kiedykolwiek chce - podniósł wielki wór, a w pomieszczeniu rozniósł się brzęk metalu - golema tym nie ubijecie, ale sztylet jest w zakonie symbolem, więc cieszcie się tym co macie. Każdy dostał swój mały, ale zabójczy zjadacz grzechów. Evan popatrzył na broń. Był to zwyczajny, prosty sztylet o trochę za długiej dla niego rękojeści i dwudziestocentymetrowym ostrzu. Sztylet dał mu nadzieję. To pierwszy poważny krok w ucieczce z tego przeklętego miejsca. Powoli przejechał po ostrzu broni i ogarnęło go zdumienie, kiedy zobaczył spływającą po palcu strużkę krwi. - Tak, dbamy o nie - powiedział do niego opiekun, kiedy zobaczył zdezorientowanego chłopaka - są przeznaczone nie tylko do pchnięć, można nimi nawet ściąć głowę. Najważniejszym, co musicie wiedzieć, jest to, że tylko amator pozwala, by jego broń się stępiła lub zardzewiała. Pilnujcie się, nie rozdajemy nowych. Wszyscy wydawali się być zachwyceni prezentami i z fascynacją oglądali ostrza z każdej strony czy wymachiwali nimi na boki. Evan z ulgą stwierdził, że kilka osób oprócz niego też zdążyło się pokaleczyć. - Dzisiejsze dwie godziny zajęć będą dosyć ważne, więc uważajcie. Waszym zadaniem jest zrobienie pochwy na wasze nowe cacka. Skórę znajdziecie w skrzyni w rogu, klamry, zapinki i inne cuda znajdują się w tamtym kufrze - wskazał palcem na miejsce obok manekinów - do rozcinania może wam posłużyć sztylet. Efekt waszej pracy musi wam starczyć na przynajmniej rok, więc postarajcie się. *** Przeszłość Strażnicy bez cienia skruchy spoglądali na małego chłopca, który ze spuszczoną głową wlókł ciało młodej kobiety przez bramę. Nie zastanawiał się nawet, czy ignorowali go z czystego okrucieństwa, czy był to dla nich widok codzienny. To nawet pewne, że byli przyzwyczajeni. Nie jestem jedyny. To zdarza się setkom innych dzieci. Mimo to, nie mógł powstrzymać łez. Nie wył na cały głos, dał łzom płynąć w ciszy, kiedy on ciągnął zwłoki matki do lasu. Nie mogę nawet ci zapewnić godnego pochówku. Przepraszam, mamo. W końcu znalazł dogodne miejsce. Mała polanka otoczona drzewami była jego finalnym celem. Nie miał łopaty. Przez cały czas wydłubywał ziemię paznokciami, które po czterech godzinach pracy były niewidoczne przez umykającą z palców krew. Ułożył powoli ciało w prowizorycznym grobie. Odgarnął jej włosy z twarzy, położył ręce na brzuchu i poprawił brudną suknię, którą miała na sobie. Przysypanie dziury zajęło mu chwilę. Ubił ziemię rękami i przyjrzał się swojemu dziełu. Zapłakał. Nie po raz pierwszy, ale tym razem dał się ponieść emocjom. Szlochał, wył, krzyczał, i choć niosło się to echem przez cały las, nikt mu nie odpowiedział. Zaczął uderzać w pobliskie drzewo, kopał i bił aż zdarł sobie skórę do kostek. Drzewo nadal stało. Był bezsilny. Bezsilny jak zawsze. W pewnym momencie doszła do niego myśl. Samotna, zabłąkana idea, która mogła okazać się wyjściem. Pomocą. Ratunkiem. Pobiegł, aż zobaczył znajome w lesie jezioro. Niewielki, zwyczajny stawek, zamieszkały jedynie przez małe ryby i żaby. Skoczył, nie nabierając nawet powietrza. Popłynął kilka metrów w dół, aż poczuł dno. Zamknął oczy i usiadł. Niedługo znów się zobaczymy, mamo. *** Zadanie okazało się bardziej frustrujące, niż Evan mógłby przypuszczać. Nawet mimo ostrości sztyletu skórę ciężko było rozciąć, często oddzielał za krótkie lub zbyt długie płaty, a dopiero w połowie lekcji zdał sobie sprawę, że musi dopasować materiał do rozmiarów klamer. Kiedy zostało piętnaście minut, a on znów zaczynał od nowa, całkowicie stracił pewność siebie. Połowa już zrobiła swoje, a on nadal stał w tym samym punkcie. Często posiłkował się ich pracą, próbował różnych technik, ale wszystko prowadziło do jednego wniosku: miał dwie lewe ręce. Podczas ostatnich pięciu minut jego rozpacz zmieniła się w wściekłość. Zrobił z jednego odcinka skóry obręcz, którą przyczepił do pasa tuniki. Wyciął po przeciwnych stronach dwa otwory i wsadził w nie obie części jelca. Broń wpasowała się idealnie, nie drgała nawet przy poruszeniu. Jedynym problemem mogło być to, że sztych sztyletu pewnie nie raz jeszcze go w życiu ukłuje. Koniec końców, nie był najgorszy. Kilka osób, w tym jego współlokator Dean, nie zdążyło wykonać pracy i byli zmuszeni trzymać broń za pasem. Lekcja alchemii z Teru była podobna do tej z Khalidem. Jedyną różnicą było to, że nauczający mówił z większą fascynacją, z jaką wszyscy jego uczniowie razem wzięci słuchali. Jeszcze zanim lekcja się rozpoczęła, Evan miał nadzieję, że będzie to tak ciekawe jak sobie wyobrażał. Możliwe nawet, że się nie przeliczył: po prostu nic z tego nie rozumiał. Teru używał tak trudnych słów i skomplikowanych sformułowań, że dla ludzi pokroju Evana były one po prostu bełkotem. Miał nadzieję na chociaż odrobinę praktyki, ale jedynym co go czekało przez następne dwie godziny było tylko słuchanie połączone z nadzieją na zrozumienie. - Niech mnie, nic nie zrozumiałem - zaśmiał się Dean, kiedy grupą wychodzili z lekcji. - Jak można tego nie rozumieć? - zdziwił się Willy - Całe dwie godziny słuchaliśmy o zastosowaniu alchemii w świecie. - A na co mi to? Myślałem że zrobią ze mnie zabójcę, a nie botanika. - Alchemia nie ma nic wspólnego z botaniką! - naburmuszył się Willy - Botanika traktuje o roślinach, ich właściwościach i… - Oj, zamknij się - przerwał mu Dean, nie kryjąc zadowolenia - Ciekaw jestem, jak będą wyglądały zajęcia z naszą ukochaną opiekunką! - Działanie w terenie… - wtrącił się Evan, wyczuwając okazję - Że niby wypuszczą nas z tej ciemnicy? Dean machnął ręką w odpowiedzi. - Zapomnij. Nie wypuszczają nikogo przez cały okres nauczania. Mam za to nadzieję, że będzie choć trochę więcej zabawy, niż do tej pory… - A ile trwa ten cały okres? - przerwał mu znowu Evan, nim ten zdążył się na dobre rozkręcić. - Trzy lata. Evan w duchu wypuścił długą wiązankę przekleństw. Na razie nie zapowiadało się, by szybko stąd wyszedł. *** - Wzywałeś mnie, mistrzu? - Wejdź, Zio - polecił jej Tarlok, nie odrywając wzroku od pergaminu wyłożonego na biurku przed nim. Tak jak nakazywały zasady zakonu, nie zaczynała rozmowy, tylko cierpliwie czekała aż Najwyższy Kapłan sam zechce rozpocząć. Siedzieli tak przez dobre kilka minut w milczeniu. - Fascynujące - powiedział w końcu Tarlok i pokazał jej fragment pergaminu - Powiedz mi, co widzisz? Zia przyjrzała się napisom widniejącym na zwoju i pokręciła głową. - Nie znam tego języka. - Właśnie - powiedział jej i wrócił do oglądania - jest to urywek z księgi Ma’Juinów, prastarego plemienia zamieszkującego niegdyś teren teraz nazywany Thabrilis. Byli uważani za lud prymitywny i barbarzyński. Według historii nie potrafili czytać, pisać, a nawet mówić. Mimo to mam tutaj przed sobą dokument spisany przez anonimowego Ma’Juina, który jest istnym dziełem geniuszu. - Nie rozumiem, mistrzu. Znów pokazał jej pergamin i przyłożył palec do pierwszego ze słów. - To słowo ma kilka znaczeń. Może to oznaczać mięso jadalne, czyli w ich kulturze wszystko prócz ludzkiego mięsa. Jednocześnie, to słowo może oznaczać zniszczenie w sensie apokalipsy. Końca świata. - Rozumiem sens twoich słów, mistrzu, ale nie wiem, co chcesz mi przekazać. Uśmiechnął się do niej, spodziewając się takiej odpowiedzi i odsunął szufladę przy biurku, wyjmując zabazgraną kartkę i podając Zii. Większość słów było przekreślonych lub pomazanych, w niektórych miejsca widniały znaki zapytania. Jednak na samym dole widniały dwa pełne zdania, oddzielone od siebie poziomą kreską. “Mięso doprawianie zioła Ro’ekash(znane jako Wilcze Ziele), nadanie aromatu i rozkoszy.” ---------------------- “Apokalipsy strażnik nie przestaje(przestał?przestanie?) porządku, kiedy nie czuje(chodzi raczej o sam fakt pojęcia o obecności czegoś/kogoś) cieni.” Na samym początku Zia przypatrywała się notatkom, nie widząc w nich żadnej logiki czy ładu. Z każdą chwilę jednak coraz bardziej zaczęła pojmować sens i rosło w niej niedowierzanie. Stworzenie księgi, która kryła w sobie dwa różne przekazy, gdzie ten drugi dało się odkryć tylko dzięki manipulacji językiem, nie można było nie nazwać geniuszem. - Co oznacza ten strażnik apokalipsy? - Nie mam pojęcia - przyznał się mistrz - nie odkryłaś jednak drugiej części zagadki. Zia spojrzała na niego wzrokiem wyrażającym ciekawość, ten jednak machnął dłonią. - Zastanów się nad tym porządnie i wróć do mnie, kiedy zdasz sobie sprawę z oczywistego faktu, który wszystko zmienia. Tymczasem ruszaj, masz za kilka minut zajęcia ze swoją grupą. - Oczywiście, mistrzu. Tarlok wrócił do studiowania zwoju, lecz spojrzał spode łba na Zię, która zatrzymała się w progu. - Mistrzu, czy to jakaś lekcja? W odpowiedzi dostała ten jakże jej znany, tajemniczy uśmiech. - Czasami musisz popatrzeć na coś zupełnie z innej strony, nic więcej. *** Zajęcia z Zią mogłyby okazać się najprzyjemniejsze, gdyby tylko trwały nie więcej niż kwadrans. Wszyscy byli zachwyceni, kiedy weszli do pomieszczenia, w którym miały odbywać się lekcje. Wielka, idealnie okrągła sala posiadała wiele dziwacznych, acz fascynujących urządzeń, zdolnych zahipnotyzować samym swoim wyglądem. Pod sufitem była wywieszona wielka kolorowa siatka, a ze ścian poniżej wystawały setki małych tyczek. W jednym z rogów znajdował się niewielki labirynt zrobiony z samych luster. Jeszcze dalej kawałek podłoża przysypany był różnego rodzaju drobinkami skał, piasku czy szkła. Były też poręcze, platformy, okienka w ścianie oddzielającej małą część pomieszczenia i haki zwisające z kolorowej siatki. Lekcja zaczęła się tak jak poprzednie, tłumaczenie zasad, reguł i tym podobne rzeczy. Kiedy jednak nadszedł czas na właściwą część lekcji, wszyscy zacierali ręce. - Naszym pierwszym celem będzie wyrobienie u was muskułów na tyle, byście mogli bez problemu utrzymać ciężar własnego ciała - przeleciała wzrokiem po ustawionych w szeregu uczniach - niektórzy będą mieli ciężej, inni lżej. Posłuży nam do tego ta siatka - wskazała palcem na wypełnione feerią barw tajemnicze narzędzie treningowe. - To taka fajna, urozmaicona magicznymi węzłami przez Najwyższego Kapłana Tarloka maszyna tortur. Całą dzisiejszą lekcję poświęcimy na trenowanie waszej siły. I tak oto się zaczęło. By dotrzeć do samej siatki, musieli wspiąć się dziesięć metrów po zwisającym sznurze. Większość nie zdała nawet tego testu. Polecenie mieli proste: jeśli zdejmiesz siatkę z sufitu, odczepiając ją od haków w ośmiu miejscach, przechodzisz do następnego etapu szkolenia. Evanowi wydawało się to banalne, jednak kiedy Zia powiedziała, że rekordziście zakonu udało się zdjąć siatkę ponad dwa miesiące po rozpoczęciu szkolenia, zaczął powątpiewać. Kiedy pytali Zię, co to za magiczne sploty, chichotała i zbywała ich, mówiąc, że to niespodzianka. Evan jako jeden z wielu nie wszedł nawet po linie do połowy. Wszyscy, którzy nie wykorzystali swojej kolejki byli wysyłani do podciągania się na drążku w celu ćwiczenia swojej siły. Evan wiedział że miała rację, kiedy zobaczył jak marną siłę przedstawili. Mimo to, było to okropnie męczące ćwiczenie, a ręce szybko zaczynały boleć. Zia jednak nie okazała litości i zabroniła im przerywać. Evan z zaciekawieniem obserwował smukłego chłopca z grupy Kalama, który dotarł do samej siatki. Rozejrzał się na boki, po czym złapał fioletowy kawałek sznura. Evan mało nie puścił się drążka, kiedy usłyszał krzyk przerażenia i zobaczył, jak chłopak spada na dół. Zia wykazała się dobrą reakcją i złapała nieszczęśnika. Rozegrała to świetnie: ani ona, ani on nie odnieśli przy tym najmniejszych obrażeń. Zamiast pozwolić mu opaść na jej ręce, złapała go jednocześnie za lewą rękę i nogę, zrobiła dwa obroty wokół własnej osi, stopniowo go spowalniając, aż w końcu położyła wystraszonego ucznia na ziemi. Wszystko to trwało nie więcej niż dwie sekundy. - Następnym razem będziecie dbali o siebie wzajemnie, jako grupa. Cztery osoby muszą współpracować, by złapać osobę akurat robiącą wyzwanie siatki. No, chyba, że jej się to uda - wyszczerzyła się do nich, jakby sama w to nie wierzyła. - C-c-co to było? - otrząsnął się do połowy leżący na ziemi chłopak, pierwsza ofiara siatki. - Trafiłeś na naszego pupila, co? - zaśmiała się - Siatka symuluje różne sytuacje. Dotknięcie niektórych elementów spowoduje przenikliwe uczucie zimna czy gorąca, inne symulują postrzał z łuku czy nawet zwykły cios kamieniem w głowę. No i mamy też iluzje - spojrzała na chłopaka, który już wstał z ziemi i uważnie się jej przysłuchiwał - dla przykładu, to był Bambo. Kiedy skończyła mówić, została zasypana gradem pytań nie mniejszym niż ofiara Bambo. Chłopak zapomniał już o strachu i z entuzjazmem opowiadał o swojej małej przygodzie. - Mówię, idę sobie spokojnie, czując już zwycięstwo, a tam BUM! Znikąd pojawia się pies wielkości niedźwiedzia i rzuca mi się do gardła! Bestia mnie tak wystraszyła, że nawet nie zauważyłem jak spadam! Do teraz się cieszę, że się nie zesrałem ze strachu! Zia przerwała sielankową atmosferę. - Oczywiście jest tym trudniej, że dany kolor nie zawsze zawiera tę samą pułapkę. Jest to problem, z którym sami musicie sobie poradzić. Każdy, kto przejdzie test siatki dostanie przywilej opuszczania pokoju w dowolnych nocnych godzinach. A więc, życzę powodzenia. Tak oto pojawiło się multum chętnych, jednak Zia stanowczo zaprzeczyła, mówiąc, że najpierw muszą przejść treningi siłowe. Pułapki były jednym elementem, bo na razie większość z nich nie doszłaby nawet do siatki, nie mówiąc już o przemieszczaniu się po niej. Tak więc całą następną godziną przechodzili morderczy trening, polegający na zwyczajnym podciąganiu się na drążku. Evan obawiał się, że już więcej nie będzie mógł poruszać rękami. Pięć minut przed końcem lekcji Zia kazała im zaprzestać ćwiczeń. Nie mieli nawet siły na wyrażanie ulgi, jaką wtedy poczuli. - Jeszcze tylko jedna rzecz dzisiaj. Udamy się teraz do mistrza Tarloka, który oceni waszą zdolność używania talentu. Jeśli ktoś z was jest magiem, czekają go codziennie dwie dodatkowe godziny zajęć. Opinie się mieszały. Kiedy Zia prowadziła ich do komnaty Tarloka, Dean z Willem rozprawiali na temat czekającego ich testu. - Fajnie by było móc trochę poczarować - zaczął Willy, z czym Dean się najwyraźniej nie zgadzał. Evan zauważył, że często zdarzyło im się nie zgadzać. - Dwie dodatkowe godziny nie są tego warte. Czuję, że dzisiaj usnę i już się nie obudzę. - Nie są tego warte? Magowie na świecie dokonywali wspaniałych rzeczy! Lodowy mur w Clonwell, golemy, które zaważyły o losie bitwy o fort Gorgothy, czy… - To jest nic - przerwał mu Dean - magią się nie najem, a tylko o tym teraz myślę. Willy pokręcił głową na taką bezmyślność. Wszyscy wokół zdawali się ich ignorować, ogarnięci myślami. Każdy zastanawiał się, co go czeka i jaki będzie to miało wpływ na ich życie. Evan nie był wyjątkiem. Z jednej strony rozmarzył się, przypominając sobie historie o legendarnych bohaterach, potrafiących burzyć mury zamków, tworzyć magiczne bestie i będących w stanie zabijać tysiące. Z drugiej jednak strony, słyszał o konsekwencjach nieostrożności w posługiwaniu się magią, która często powodowała kalectwo lub samą śmierć. - Gotowi? - rzuciła w ich mały tłum pytanie Zia, ale wcale nie oczekiwała odpowiedzi. I słusznie, bo dało się słyszeć jedynie nerwowe pomruki. *** Dzisiejszy dzień Einzaff mógł zaliczyć do jednego z najgorszych w swoim życiu. Zabił prawie dwudziestu ludzi. Było to coś innego niż odbieranie życia przeciwnikom bitewnym: zabicie człowieka, który rusza na wojnę świadomy i przygotowany na śmierć było czymś innym niż zabicie niczemu niewinnego cywila. Drugą sprawą była bezsensowność jego czynów. Król uważał, że tylko takim sposobem powstrzymają bunt już w zalążku, ale Einzaff był pewien, że takie myślenie jest błędne. Teraz było tylko gorzej, bo ludzie zaczęli obwiniać generała za śmierć obywateli, a tym samym i króla. Nie mogąc zmrużyć oka, wstał z łóżka i wyszedł na balkon. Miał nadzieję, że świeże powietrze dobrze mu zrobi. Oparł się o balustradę i rozejrzał po ogrodzie. Było to dla niego naturalne, żołnierskie przyzwyczajenie, pomyśleć o własnym bezpieczeństwie. Poczuł małe ukłucie złości, kiedy nie zobaczył nic ciekawego. Miał ochotę wyżyć się na kimś. Kimś, kto by na to zasłużył. - Nie możesz spać? - usłyszał głos zza pleców. To była jego żona, Laurenn. Skarcił się za to, że dał się tak podejść. Powoli dopadała go starość, a jako wojenny weteran przyzwyczajony do pokonywania własnych słabości nie mógł pogodzić się z faktem bezsilności. Westchnął tylko w odpowiedzi. Laurenn stanęła obok niego i popatrzyła w dal. - Ta sprawa wciąż nie daje ci spokoju, prawda? Po raz kolejny nic nie powiedział. Najgorsze było to, że nie mógł nic poradzić, chociaż bardzo się starał to i tak nie był w stanie wpłynąć jakkolwiek na Harluna. - Użalanie nad sobą w niczym ci nie pomoże. Powinieneś zresztą wiedzieć o tym najlepiej, generale. Popatrzył na swoją żonę, która uśmiechnęła się do niego czule. Nie było w tym uśmiechu żadnego współczucia czy zrozumienia. Był to po prostu uśmiech ukochanej kobiety, ukazujący mu jego błędy i powodujący wstyd. - Masz rację - powiedział do niej i wyprostował się - przemówię mu do rozsądku. Jutro… - Co się dzieje? - przerwała mu Laurenn i wskazała palcem na gońca zmierzającego w stronę ich posiadłości. Nawet z takiego daleka i w ciemności można było ujrzeć na jego twarzy strach i niepewność. - Nie mam pojęcia - odpowiedział szczerze Einzaff i udał się w kierunku drzwi, a Laurenn tuż za nim. Otworzył drzwi akurat w momencie, kiedy goniec wszedł do schodach. - Panie - ukłonił się mężczyzna - król pragnie ujrzeć cię w sali tronowej. - Teraz? - zdziwił się Einzaff - O co chodzi? Goniec zamarł na chwilę, jakby obawiał się tego pytania. Ukradkiem spojrzał na miecz wiszący na ścianę i przełknął ślinę. - Chodzi o urzędnika Rinsa. Został oskarżony o zdradę, jutro ma zostać stracony. *** Evan niepewnym krokiem wszedł do pomieszczenia. Najwyższy Kapłan już tam na nich czekał. Zia przywitała się już znanym Evanowi gestem, przystawiając do ust dwa palce i ucałowując je. Tarlok odwzajemnił powitanie i rozejrzał się po przybyłych. - Nie będę wam powtarzał po co tu jesteście, bo jak mniemam wasi opiekunowie już to zrobili. Zanim zaczniemy, czy komuś z was już udało się kiedyś użyć magii? Rękę podniósł tylko Zeke, a osoby stojące przy nim odruchowo zrobiły krok do tyłu. - Ile razy? - zapytał go Tarlok. - Jeden, mistrzu. - Tak jak sądziłem. Stań obok Zii. Wy, w szeregu przede mną. Wszyscy posłusznie zaczęli się ustawiać z gracją kulawych świń. Wynikało to między innymi z tego, że niektórzy chcieli mieć to szybko za sobą i starali się być pierwsi, a inni wręcz przeciwnie, ustawiali się jak najdalej. Mieli tylko nadzieję, że Tarlok zacznie od swojej lewej strony, według ich oczekiwań. Kiedy Najwyższy Kapłan po raz pierwszy sprawdził obecność talentu, Evan poczuł się trochę zawiedziony. Tarlok po prostu stawał przed uczniem, przez kilka sekund patrzył mu głęboko w oczy i wymawiał liczbę od jednego do dziesięciu i kazał im ją zapamiętać. U absolutnej większości była to ósemka, dziewiątka lub dziesiątka. Czasami jednak zdarzały się liczby mniejsze, jak na przykład u Carris, której trafiła się trójka. Dean, jak i Willy mieli osiem. Kiedy przyszła kolej na Evana, zaczerpnął tchu, wiedząc, że przez te kilka sekund napięcia go wstrzyma. Tarlok stanął przed nim i popatrzył mu głęboko w oczy. W jego spojrzeniu było coś niepokojącego. Evan czuł, jak kapłan wwierca się w jego duszę tymi swoimi czarnymi jak smoła oczyma. Kiedy teraz tak na niego patrzył, nie wiedzieć czemu wyobraził sobie sępa żerującego nad ofiarą. Chłopak nie wiedział czy wierzyć samemu sobie, ale wydawało mu się że przez sekundę na twarzy Tarloka malowało się zaskoczenie. Trwało to jednak tylko chwilę, i zaraz na jej miejsce znów pojawiła się obojętność. - Dziesięć - powiedział swoim naturalnym, zimnym głosem i przeszedł dalej. Kiedy kapłan sprawdził już wszystkich, znów stanął przed nimi. - Osoby z liczbą większą lub równą osiem nie będą posługiwać się magią, a tym samym nie będą uczestniczyć w dodatkowych lekcjach. Ci mający od czwórki do siódemki mogą sami zadecydować, czy spróbują obudzić w sobie talent, a jednocześnie mogą w dowolnym momencie zrezygnować z zajęć. Uważajcie, bo kiedy raz zrezygnujecie, nie przyjmę was z powrotem. Osoby mające trójkę lub mniej mają obowiązkowe zajęcia, które zaczynają się już za chwilę. Evan nie wiedział, czy się cieszyć czy płakać, ale zadowolenie chyba przeważało. Po części dlatego, że nie miał ochoty na dodatkowe lekcje, a po części po prostu bał się tego człowieka. Okropnie się go bał. - To teraz pytanie do wszystkich średniaków: kto z was chce spróbować szczęścia? Zgłosili się wszyscy. Evan to rozumiał: tak jak wcześniej mówił Tarlok, mogli zrezygnować w dowolnym momencie, więc czemu mieli nie sprawdzić, jak to będzie wyglądać? - Dobrze. Wszyscy ósemkowicze i więksi, opiekunka Zia zaprowadzi was do swoich dormitoriów. Wyśpijcie się porządnie, bo jutra wcale nie będzie lżej. I niech Rena czuwa nad wami. Evan zdążył zobaczyć w ostatniej chwili, jak Carris ukradkiem spogląda w ich stronę ze strachem w oczach. - Niech mnie licho, byłem tak blisko - odezwał się jako pierwszy Dean, kiedy Zia zaprowadziła ich do pokoju, zostawiając samych. Postukał w luksynową lampę, która zajarzyła się purpurowym światłem i położył się na łóżku. - Wiem co czujesz - zgodził się Willy - też bym chciał. - Phi - prychnął Evan - ja też byłem blisko, a wcale nie narzekam. Dean wyszczerzył się do niego. - Ciekawi mnie, co oni tam robią z Carris - zagadnął Willy. - Nie słyszałeś, co mówił Tarlok? - zapytał go Evan - Budzi w niej magię… - A to znaczy… - wtrącił się Dean, wyłapując tajemniczy ton głosu Evana. - Że… - Będą jej pewnie wycinać flaki! - wykrzyknął Dean, natychmiast niszcząc całe uczucie napięcia w Willym, który tylko uderzył się w czoło. - Ja idę o zakład, że przez dwie godziny Tarlok będzie patrzył na nią tymi swoimi diabelskimi ślepiami i mówił jakąś mroczną mantrę - powiedział Evan. Tak jak przewidział, Dean dokończył za niego. - Masz na myśli coś w stylu “wyzwól w sobie moc”? A może “magio, zaklinam cię, ukaż mi się”? - Bardziej coś jakby “ku chwale Reny, nakazuję ci czarować!”. - Jesteście beznadziejni - zagadnął Willy - tak samo jak wasze poczucie humoru. - Uważaj - wskazał na niego palcem Dean, robiąc przy tym groźną minę - mnie Carris lubi bardziej, więc kiedy tylko ją poproszę, wybuchnie cię. - Po pierwsze, to zdanie było gramatycznie niepoprawne - odgryzł mu się Willy - po drugie, wątpię by miała ochotę to zrobić, bo, jakby nie patrzeć, to twoje wielkie cielsko zabiera tu najwięcej miejsca. Przez chwilę Evan już myślał, że przez Willy’ego nastąpi niezręczna cisza, ale zmienił zdanie, kiedy usłyszał szczery śmiech Deana. - Auć. Wiesz, mam grube kości żeby było trudniej mnie wybuchnąć. To celowe działanie. Teraz już śmiali się wszyscy i Evan pomyślał, że nie żałuje, że trafili mu się tacy współlokatorzy, a czuł nawet, że lepiej być nie mogło. Nie chciał nawet sobie wyobrażać, jakby to było spać w jednym pomieszczeniu z Zeke’m. - Nie wiem jak wy - przerwał mu rozmyślania Dean - ale ja mam zamiar czekać tu na nią i od razu wypytać o wszystko. Z drastycznymi szczegółami. Evan i Willy skinęli mu zgodnie głowami. Koniec końców, ostał się tylko Evan. Dean już od godziny głośno chrapał i trochę majaczył, ale Willy zdawał się zasnąć dopiero przed sekundą. Evan był przyzwyczajony do nocnego potoku myśli i spanie sprawiało mu więcej problemów niż jego brak. W końcu drzwi otworzyły się z cichym jękiem i ukazała się w nich Carris. W jej chodzie można było ujrzeć coś, co było połączeniem okropnego zmęczenia i wściekłości. - I jak było? - zagadnął Evan, a ona aż podskoczyła ze strachu. Dopiero teraz pomyślał, że biorąc pod uwagę panującą ciemność, mógł trochę inaczej to zaplanować. Popatrzyła na niego, jakby nie rozumiejąc, a kiedy doszło do niej na kogo patrzy, prychnęła i poszła w stronę swojego łóżka. Tym razem jednak się nie dał. Wstał i złapał ją za ramię. - Powiesz mi, o co chodzi? Chłopacy mówili, że wczoraj dużo rozmawialiśmy, ale nic nie pamiętam i nie wiem, czemu jesteś na mnie zła. Usłyszał ciche westchnięcie. Carris obróciła się w jego stronę, a w jej oczach można było zobaczyć zimny chłód. - Hmmm… Edgar, tak? - Evan - poprawił ją, nie kryjąc zaskoczenia. - No tak, pomyliłam się - powiedziała z naciskiem - wybacz, ale jestem bardzo zmęczona, porozmawiamy kiedy indziej. Dobranoc, Edvin. - Evan - powiedział szeptem, kiedy już kładła się na łóżko. Choć był pewny, że nie mogła tego usłyszeć, było wręcz przeciwnie. Nie mogła powstrzymać uśmieszku spowodowanego tą małą zemstą.
-
Wybacz mi dziewczyno, tą kłamliwą gadkę, to nie moja wina, że kocham twoją matkę. (wybacz, musiałem rozpętać trochę tą atmosferę smutku... Nic tak nie działa jak żarcik "yo mama")
-
Mówi się „trudno!”
Frypciak odpowiedział(a) na Walka z Czernią utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Wybuch elektrowni atomowej zmienił cię w monstrum nieimające się praw rządzących biologią? Gigantyczne korporacje zaczęły rządzić światem, zmieniając go w prawdziwą dystopię znaną z "1984"? MÓWI SIĘ TRUDNO- 1 odpowiedź
-
- proza
- skecz literacki
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Ja tam popieram składanie życzeń diabłu, ot przyzwoitych ludzi czy nie. Biedaczek tyle hejtu otrzymuje nawet w święta.
-
Pisać by się chciało, ale życie swoim kołem się toczy. Także wrzucam resztę powieści chociaż minęło prawie trzy lata! Gdzie jest sprawiedliwość? W świecie, gdzie niewinni przelewają swoją krew za winnych w świecie, gdzie lepiej stawiać siebie nad innych w świecie, gdzie bogactwo stawiane jest przed szczodrością w świecie, gdzie stać z boku jest mądrością w świecie, gdzie zło jest nagradzane w świecie, gdzie dobro jest karane w świecie, gdzie zły śpi spokojnie w świecie, gdzie dobry śni o wojnie Czym jest sprawiedliwość? Czwarty skryba II Żelazny tom Rozdział IV Jedno musiał przyznać - zabawa była przednia. Być może główną przyczyną było to, że napruł się jak stary alkoholik, ale niespecjalnie się tym przejmował. Nie był jedyny - wszyscy za wyjątkiem Tarloka, który zdążył zniknąć kilka godzin wcześniej, nie szczędzili sobie wina. W końcu pierwszy raz się napił. Wbrew temu, co zwykł słyszeć podczas rozmów szlachty na temat wyborowych win i ich anielskim smaku, wcale nie smakowało tak dobrze. Po pierwszym łyku Evan myślał, że zwymiotuje, jednak z każdym wypitym pucharem smakowało lepiej. Teraz siedział oparty na krześle, czując zmęczenie tak wielkie, że prawie zasnął. Prawdę mówiąc, przysypiał co kilka sekund, ale do tej pory budził się chwilę później. Nie sądził, że długo tak pociągnie, trzeba było w końcu się spiąć i ruszyć do dormitorium. Wziął głęboki oddech i wstał, prawie przewracając się w efekcie. Chwiejnym krokiem ruszył w stronę wyjścia, i zauważył, że nie jest w stanie utrzymać prostego kroku. Zaśmiał się sam do siebie kiedy zauważył, że jest kilka metrów od drogi, którą planował obrać na początku. W momencie kiedy znalazł się na korytarzu, doszedł do niego następny fakt: nie wie, gdzie jest jego pokój. Każde drzwi wyglądały identycznie. Próbował przypomnieć sobie, co mówiła wcześniej Zia. Ach. Podłoga, no jasne. Przeszedł kilka kroków, uważnie nasłuchując, ale nic nie usłyszał. Podskoczył, jednak nie udało mu się lądowanie i z hukiem uderzył o posadzkę. Usłyszał śmiech kilka metrów z tyłu. Obrócił się i zobaczył blondwłosą dziewczynę z jego grupy. Przez moment zastanawiał się, jakim cudem jej nie zauważył. Mógłby przysiąc, że dzisiaj z nią rozmawiał. Jak ona miała na imię? - Co tu robisz? - zapytał, decydując się na tą wersję. Wersja “co tu robisz, Claro?” nie była pewna. - Szczerze… - zrobiła speszoną minę - szukam naszego dormitorium. Zaśmiał się, a za nim znów ona. Masz świetne poczucie humoru, Cassio. - Ja też - przyznał się Evan i opuścił ręce w geście zrezygnowania - jak widzisz, nie idzie mi zbyt dobrze. - Zauważyłam, Evan - zachichotała znowu i wystawiła do niego rękę - ja się nie poddam. Ja też nie, Kate. - Czemu by nie - wziął ją za rękę i rozejrzał się wokół, jednocześnie drapiąc się po głowie drugą - a masz jakiś plan? - Hmmm - podrapała się po podbródku - to jest gdzieś tutaj. Ale z ciebie mistrz dedukcji, Karoline… - Też tak sądzę - przyznał Evan - jestem gotów przysiąc, że to tu. Wskazał na drzwi stojące tuż obok nich, na co ona natychmiast pokręciła głową. - Były jakoś na środku, chodź - pociągnęła go ze sobą wgłąb korytarza, stąpając tak głośno, jak tylko była w stanie, a Evan zaraz poszedł za jej przykładem. - W ogóle nie czujesz rytmu - mruknęła pod nosem i nagle stanęła - tak, to tutaj! Co ja bym zrobił bez ciebie, Carmen? Pociągnęła go za sobą do środka i w ciemności próbowała wymacać magiczną lampę, jednak bezskutecznie. Poszedł za jej przykładem i szukał po przeciwnej stronie. - Jestem pewien, że była tu… - Co to ma, kurwa, być?! Chłopak zamarł na chwilę, po czym wybuchnął śmiechem tak donośnym, że obudził wszystkich śpiących natychmiast. Poczuł, że dziewczyna zaczęła go bić po ramieniu, próbując uciszyć, na początku delikatnie, a później coraz mocniej. Po jakimś czasie, kiedy przed nimi stała już czwórka przewyższających ich o głowę mężczyzn z zaspanymi twarzami, zaprzestał śmiechu i otarł oczy z łez. - Chyba pomyliłaś pokoje - wyszeptał jej na ucho. Po długich sekundach zakłopotania, przeprosin za najście i narzekań na własną nieuwagę znów znaleźli się na korytarzu. - Nie mogłeś wcześniej, co? - naburmuszyła się - Teraz ty nas prowadzisz. - Jasna sprawa - odpowiedział jej i zrobił minę myśliciela - Myślę… Cornelia? Kaitlin? - No… - Myślę, że… Claudia? Carrie? - No… - Myślę, że to te drzwi! Wskazał na drzwi stojące dokładnie naprzeciwko tych, do których niedawno weszli i bez zastanowienia otworzył. Szybko wyszukał jaśniejącą kulę i zastukał, a przed nimi ukazała się sylwetka grubasa. Leżał nieprzytomny na posłaniu, w trzymając w ręce wielki, na wpół obgryziony kawał mięsa. Głośnie chrapanie dowodziło, że czuł się dosyć komfortowo. - Jestem świetny, przyznaj to - powiedział do niej, przybierając dumną pozę. - Miałeś szczęście, przyznaję. - Przyznaj, że jestem świetny - złapał ją lekko za szyję i przycisnął do ściany, przybierając tak sztucznie groźną minę, że aż komiczną. - Jesteś świetny, Evan - przycisnęła go do siebie i zaczęła całować. Świat dla niego odpłynął, całkowicie ograniczając się do jej słodkich ust. Poczuł, że serce bije mu jak szalone, a ręce sięgają tam, gdzie nie powinny. Zaczął pogrążać się w bezkresnej toni namiętności... Jednak trwało to tylko chwilę. Odsunęła go od siebie, położyła ręce na jego barkach i spojrzała z dołu. Spojrzała tymi swoimi wielkimi, błękitnymi oczyma... Bogowie, ona jest prześliczna… - A ja nie jestem świetna? Powiedz, że jestem. - Jesteś świetna, Candice. Już chciał ją znów pocałować, kiedy poczuł, jak go od siebie odsuwa. Zdezorientowany otworzył oczy i zobaczył mieszankę uczuć: najpierw zdziwienie, poprzez szeroko otwarte oczy. Następnie niedowierzanie, kiedy otworzyła usta, a potem smutek, kiedy łzy popłynęły jej z oczu. A potem gniew, kiedy go spoliczkowała. *** - Nie dajcie sobie zamydlić oczu! - Kiedy wkraczamy? - wyszeptał do niego Rins, trzymając trzęsącą się rękę na głowicy miecza. - Moment… - Czy król zrobił coś, by obronić ludzi w Carmohhan? Nie! Uwierzcie mi ludzie, byłem tam! Widziałem na własne oczy, jak matki z dziećmi ginęły pod stopami posągu świętego Ry’luana! Bóg sprawiedliwości mi świadkiem, że król nie zrobił nic, by obronić niewinnych ludzi przed rzezią, jaka tam się dokonała! Tłum ludzi przed podwyższeniem zaczął przekrzykiwać mówcę, niektórzy wspierając go, a inni bluzgając w jego stronę. - Carmohhan samo to na siebie sprowadziło - zaczął krzyczeć wielki, łysy żeglarz, uciszając wszystkich wokół. Kiedy tylko zauważył, że wszyscy go słuchają, zaczął krzyczeć jeszcze głośniej - właśnie tak! Trzeba było zostawić Kanns ludziom króla, zamiast bawić się w bohaterów! Nawet Cansandończycy nie są tak głupi, by tolerować, kiedy ktoś im podpala zapasy i napada na zwiadowców! - Chcieli pomóc w obronie kraju! - krzyknęła jakaś kobieta w oddali, dołączając się do rozmowy. - Chcieli pomóc królowi, chociaż on nie dał im nic! I co dostali w zamian? Głowy swoich mężów, żon i dzieci nabite na pal przed wioską! Powiadam wam ludzie, jesteśmy rodakami. Jako wspólna siła możemy wiele zmienić! - Zmienić? - odezwał się Einzaff - Zmianę najpierw trzeba zacząć od siebie. Kiedy mówca zobaczył królewskiego generała na końcu tłumu, pobladł. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zaraz znów je zamknął. - Dlaczego nie zaciągniesz się do armii? - ciągnął dalej generał - tak najlepiej przydasz się Larissie. - Mam walczyć pod sztandarem władcy, który nie dba o swój kraj? - Einzaff sam się zdziwił, jaką odwagę okazał teraz mówca. Co prawda, wymówił to dwukrotnie ciszej niż wcześniejsze wypowiedzi i bladł coraz bardziej, kiedy generał zbliżał się do wzniesienia, ale jednak zaimponował mu. - Walczyłbyś pod moim sztandarem, a Ry’luan mi świadkiem, że znam się na tym, co robię. - To wielki honor walczyć ramię w ramię z tobą, panie - zaczął mówić coraz pewniej - wszyscy wiedzą, żeś wspaniały dowódca i nieugięty wojownik. Ale nawet ciebie, panie, może złamać berło władcy. Einzaff zatrzymał się tuż przed nim, stojąc w milczeniu. Mówca unosił teraz dumnie głowę, nie bojąc się konsekwencji. - Daję ci jedną szansę - wyszeptał tak, żeby byli w stanie usłyszeć to tylko oni - albo zrezygnujesz ze swoich oskarżeń, przyznasz się do błędu i odejdziesz w pokoju, albo pozostaniesz przy swoich racjach i odetnę ci głowę tu i teraz. Mówca się uśmiechnął. - Niech więc tak się stanie - wypowiedział i uklęknął przed generałem. Einzaff obrócił się i spojrzał na stojącego obok Rinsa, którego twarz wyglądała teraz komicznie przez grymas niedowierzania. Kiedy wychwycił spojrzenie przyjaciela, tylko wzruszył ramionami i dalej stał z rozwartymi oczami. Generał wyciągnął miecz. Srebrna klinga Ru’lekona, Wilczego Szponu zabłysnęła w słońcu. - Wiem, panie, że to król przelewa niewinną krew. Wiedz, że będzie ci to wybaczone, ale kiedy nadejdzie czas decyzji, nie zawiedź nas. Einzaff przełknął ślinę i uniósł miecz nad głowę. Zamknął oczy, żeby ukryć łzy przed ludźmi i zabił pierwszego w swoim życiu, niewinnego człowieka. *** Pac. Pac. Pac. Evan próbował odpędzić od siebie coś uporczywie próbującego zakłócić jego błogi sen, jednak bezskutecznie. TRZASK. Otworzył powoli oczy i zobaczył uśmiechniętą od ucha do ucha Zię, przygotowującą się do zadania następnego ciosu głowicą sztyletu. Kiedy ujrzała, że wyrwał się ze snu, z twarzy zniknął jej wesoły grymas. - Zrobię ci dziś piekło - powiedziała i wyszła z pokoju. Zachęcające. Z trudem podniósł się z posłania. Czuł się jakby stado słoni biegało teraz we wnętrzu jego czaszki, a jego żołądek zdawał się zaraz eksplodować. Do tego okropnie piekł go policzek. Rozejrzał się po pomieszczenia i zobaczył jego współlokatorów, leniwie rozciągających się na podłodze. Wyglądali, jakby byli torturowani. Prawie wcale nie pamiętał, co się działo poprzedniego dnia. Całe jego wspomnienia ograniczały się do tego, jak jadł i… Pił. No tak. Niechętnie wstał z łóżka i skrzywił się, kiedy poczuł jak śmierdzi mu z ust. Już żałował, że wczoraj tak bardzo dał się ponieść i rozmyślał nad tym, czym go dziś zaskoczy jego opiekunka. Kiedy spojrzał na grubego mężczyznę, ten uśmiechnął się od ucha do ucha. - Wszyscy mamy to samo, bracie. Chłopiec z bujną czupryną zarechotał głośno i poklepał grubego po ramieniu. Chyba zdążyli się już poznać. - Jaki mamy dziś plan dnia? - zapytał ich Evan, jednocześnie rozmasowując skronie, w nadziei na uśmierzenie bólu. - Półgodzinne śniadanie, a potem mamy się uczyć - odpowiedział mu jeden z chłopaków - Właśnie, Zia wspominała coś, że jak przedtem nie pójdziemy do łaźni, możemy sobie już szykować groby. Gruby zaśmiał się i wyszczerzył zęby do przyjaciela, jednocześnie łapiąc się za nos. - Ty w szczególności, Willy. Evan uśmiechnął się i spojrzał na blondwłosą dziewczynę, przypadkiem łapiąc jej spojrzenie. Ta jednak natychmiast się odwróciła i dalej zajmowała się sobą. Po kilku minutach wyszli z pokoju, kierując się za Willym. - Ogarniasz to? - zapytał go Evan, znacząco patrząc w dół. - Czwarte drzwi po lewej od naszych - odpowiedział mu i znów wyszczerzył zęby w uśmiechu. Czwarte drzwi po lewej, zanotował sobie w pamięci Evan, czując, że w tym życiu nie zdoła nauczyć się odpowiednio słuchać. Pocieszało go to, że najwyraźniej inni uważali tak samo. Kiedy dotarli do łaźni, dziewczyna odeszła od nich bez słowa i skierowała się w kierunku damskich przebieralni. - Chyba się nie polubiliście, co? - zapytał gruby i szturchnął go w ramię. W tle słychać było chichoczącego Willy’ego. - Nie rozumiem… - Nie pamiętasz zbyt wiele, co? - Nic a nic. Obaj zaśmiali się głośno. - Gadaliście wczoraj całą noc - wtrącił się Willy - z nami nie zamieniłeś nawet słowa, popatrz. Zmieniasz przyjaciół jak Harlun żony! - Drań z ciebie - dopowiedział gruby. - Zimny drań - zgodził się Evan. Zaczęli śmiać się teraz całą trójką. Mimo to, dali mu do myślenia. Będzie musiał jeszcze z nią porozmawiać, w sumie był całkiem ciekaw, o czym to można rozmawiać całą noc. Kąpiel trwała krótko, jednak odniosła swój efekt. Po dokładnym wyszorowaniu całego ciała i założeniu czystego ubrania poczuł się o niebo lepiej. Psychicznie, bo bóle nadal dawały o sobie znać kiedy tylko mogły. Dopiero gdy znaleźli się w jadalni dostrzegł ilu wyznawców liczył sobie zakon. Widział przed sobą tłum ludzi, przynajmniej setkę zajmujących się codziennymi sprawami zabójców, dorastających lub już upieczonych. Tak po prostu miał zacząć z nimi dzielić życie. Z jednej strony poczuł przyjemne ukłucie na myśli, że on, Evan, będzie gdzieś przynależeć. Drugą stroną medalu było to, że będzie nikim innym niż zabójcą. Siepaczem. Mordercą. Muszę stąd uciec. Dowiem się, gdzie trzymają Lily i już mnie tu nie zobaczą. Zajęli miejsca przy stoliku obok Zii, która już skończyła swoje śniadanie. Przed nią siedziała blondwłosa dziewczyna, która pospiesznie pałaszowała swój posiłek. - Macie pięć minut i wychodzimy. Radzę się najeść. Bez zastrzeżeń usiedli i w ciszy zabrali się za jedzenie. Evan skrzywił się na myśl, że znów doszedł do tego samego wniosku: dobrze mu się tu żyje. Zaraz jednak zobaczył w głowie obraz Lily przetrzymywanej w jakimś obskurnym lochu, pijącej własne szczyny. Otrząsnął się z ponurych myśli. Doszedł do niego kolejny dziwny fakt: siedzieli przy stole w piątkę. Resztę opiekunów otaczało po dwudziestu, trzydziestu ludzi, a ich było tylko pięcioro. Za dużo myślisz, Evan. Pomyśl o tej pieczonej kaczce, która poświęciła się, byś zaznał takiej rozkoszy jak ta. I o wodzie. Pyszna, pyszna woda. Więcej wody jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Mimo starań, nie był w stanie pokonać jego największej cechy charakteru, czyli absolutnego braku koncentracji. Zaśmiał się w duchu, kiedy zauważył jak inni czekają na dzbanek z wodą. Po kilku minutach Zia wstała bez słowa, a oni ruszyli za nią. Teoretycznie, Evan mógłby próbować zapamiętać do których drzwi po której stronie weszli, ale i tak już nie pamiętał jak dojść do jadalni, więc i tak to sobie odpuścił. Zaprowadziła ich do pustej sali. Dosłownie pustej, jeśli nie liczyć dwóch lamp zwisających ze ścian. Pomieszczenie wydawało być się idealnie kwadratowe, o przekątnej do piętnastu łokci. - Usiądźcie - wskazała im gestem na podłogę. Jak gdyby to było potrzebne. - Jesteście tutaj, żebym wytłumaczyła wam kilka zasad i reguł obowiązujących w zakonie, wytłumaczyć parę spraw i takie tam. Nie muszę chyba wspominać, że za złamanie tych zasad jest kara? Nie muszę. Może najpierw się poznajmy. Ja jestem waszą opiekunką, i tak też macie się do mnie zwracać, tak samo jak do innych opiekunów. Poznacie ich po tym - wskazała na złote paski na ramieniu - do innych adeptów zwracajcie się jak chcecie, wasza w tym głowa kto jak na co zareaguje. Do mistrza Tarloka zwracajcie się tytułem i tylko tytułem. To teraz wy. Po kolei - wskazała ręką na grubego chłopaka. - Dean, opiekunko - odpowiedział, lekko zdenerwowany. - Szybko się uczysz. Ty? - Will. - Evan. - Carris. - Dobrze, koniec tych uroczystości - machnęła ręką - musicie wiedzieć przede wszystkim to, że każdy tutaj odpowiada za siebie. Nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli ktoś z was zostanie złapany na grzebaniu w cudzych rzeczach, chodzeniu po niedostępnych mu pomieszczeniach i takie tam, czeka go w najlepszym razie konfrontacja ze mną. Czasami sam Najwyższy Kapłan przyjmuje takich, a on… - zrobiła krótką pauzę - a co mi tam, może kogoś z was czeka niespodzianka. Dobra, co dalej… Zajęcia. Czeka na was dziesięć godzin nauki dziennie, po dwie godziny konkretnych lekcji, kwadrans przerwy i następne dwie godziny, od godziny ósmej zaczynając. Odpowiednio: najpierw nauka o zakonie z Khalidem, walka improwizowana z Kalamema, walka taktyczna z Rothem, alchemia z Teru i na koniec działanie w terenie z moją skromną personą. Ci, u których zostanie wykryty talent będą potem mieli także dodatkowe dwie godziny z samym mistrzem Tarlokiem. Jakieś pytania? Willy bez wahania podniósł rękę w górę, jak gdyby czekał na ten moment od początku. - Ta? - Jak mamy odmierzać czas? - Ha! - wskazała na niego Zia - Zarobiłeś sobie u mnie dodatkowy wycisk na treningu. Miałam nadzieję że będziecie liczyć bicia serca jak ostatni, którzy nie zapytali. Rozumiem, że widzieliście kiedyś tęczę? Światło luksynowych lamp będzie zmieniało kolor w zależności od pory dnia. O poranku czerwień, wieczorem fiolet. Nauczycie się jeszcze. - Czy będzie to tak proste, jak usłyszenie dźwięków podłogi? - wyrwał się Evan, nim zdążył ugryźć się w język. Zia spiorunowała go wzrokiem. - Będzie tak proste, jak oddanie cię Bogini w objęcia, jeśli nie zaczniesz traktować nas poważnie. Wystraszyła go nie na żarty. Przeklął się za nietrzymanie języka. - Oczywiście. Przepraszam, opiekunko. - Wybaczam. A teraz, zmykajcie. - Przepraszam, opiekunko - odezwał się niepewnie Willy - gdzie? - Masz podwójny wycisk. Miałam nadzieję, że będziecie błąkali się bez celu. Drzwi naprzeciw. I już nikt nic nie mówił, w obawie przed dodatkowym wyciskiem. *** Ku uciesze Evana, lekcje o zakonie były tak nudne, że nic a nic nie zbliżyło go to do prania mózgu, którego się spodziewał. Khalid okazywał równy brak zaangażowania jak jego uczniowie wygłaszając znane na pamięć formułki bez cienia podekscytowania. Wszyscy w sali starali się słuchać jak tylko mogli, ale czasami było to ciężkie zadanie. Evan cały czas siedział prosto i patrzył centralnie na opiekuna, starając się zrobić wrażenie zainteresowanego, ale po kilku minutach jego umysł zaczął błądzić jak to miał w zwyczaju. - ...przez trzysta lat istnienia w zakonie nie doszło do większych zmian. Od samego założenia do dziś władzę sprawuje Najwyższy Kapłan, a za nim stoi pięciu opiekunów. Urząd Najwyższego Kapłana, w kolejności chronologicznej, sprawowali… I tak minęły dwie najdłuższe godziny w życiu Evana, tym bardziej, że nie mógł się już doczekać treningu walki. Wiele razy w życiu myślał o tym jak by to było zostać królewskim rycerzem, honorowym obrońcą słabych i uciśnionych… Trening zabójcy nijak się do tego nie miał, ale przynajmniej pomacha sobie mieczem. Ta sala lekcyjna była zdecydowanie ciekawsza. Pośrodku znajdowała się duża, gruba mata sparingowa. Pod jedną ze ścian znajdowały się wypchane słomą manekiny imitujące przeciwnika, a pod przeciwną strzeleckie tarcze. W wielu miejscach z sufitu zwisały grube sznury. - Dobra, patałachy, ustawiać się - przywitał ich na wejściu Kalam. Sam nie wyglądał na wojownika: wysoki, niezbyt tęgi facet, ot i tyle. Mimo to, dwie rzeczy były w nim niepokojące. Bystre, badające otoczenie oczy starego, wojennego weterana i zabliźniona już rana przechodząca przez cały policzek. Dwudziestu uczniów ustawiło się szeregiem przed nim, niektórzy zaniepokojeni, inni podekscytowani, a jeszcze inni całkiem obojętni. - Wyposażenie będzie wam wydawane dopiero na lekcjach u Rotha, a mi się nie chciało targać takiej kupy żelastwa, więc dziś ponaparzacie się na pięści. Na początek, niestety, muszę wam przedstawić kilka faktów o moich lekcjach. Stanął pół metra przed pierwszą osobą w szeregu i zaczął obchodzić ich z każdej strony, mówiąc jednocześnie. - Pewnie się zastanawiacie, czym się różni walka improwizowana od taktycznej. Otóż moje lekcje będą polegały na nauczeniu się własnego stylu, wyszukiwania odpowiednich dla was kombinacji ciosów i postępowania według własnego widzimisię. Na lekcjach u opiekuna Rotha nauczycie się fechtunku typowo żołnierskiego, skutecznego, jeśli w przyszłości będziecie walczyć w wielkiej bitwie - parsknął śmiechem - u mnie nie będzie zadań domowych. No i wspomnę, że mi wisi, które z was wróci z obitym pyskiem. Ale koniec gadania! Uczymy się! Stanął kilka metrów przed nimi i wyciągnął ręce na boki. - Jeśli uda się wam mnie pokonać, macie resztę lekcji wolną. Start. Wszyscy stali jak wryci, nie za bardzo rozumiejąc, czy wziąć to na poważnie. Po dłuższej chwili wielki jak dąb facet ruszył na Kalama, a za nim wszyscy inni, jakby czekali właśnie na taki impuls. Opiekun nie stał bezczynnie. Kiedy dwumetrowy mężczyzna szarżował na niego, ten ugiął lekko nogi, i wyciągnął ręce w kierunku jego przeciwnika. Kiedy ten znalazł się blisko, złapał go jedną ręką za udo, drugą za szyję i przerzucił go bez trudu przez plecy. Facet z hukiem wylądował poza matą, jęcząc z bólu. Mimo popisowego pokazu, ich mały tłum się nie zatrzymał, jednak nawet mając tak wielką przewagę liczebną, wyraźnie przegrywali. Złapał pierwszego chłopca za rękę i obrócił go wokół własnej osi, w efekcie uderzając nim w trzech następnych pechowców jak maczugą. Evan biegł razem ze swoją grupą jeden obok drugiego. Bez żadnych omawianych strategii, każdy z nich musiał improwizować, więc jak Evan sądził, będzie to po prostu szarża. Nie mylił się: Dean rzucił się na niego całym swoim ciałem, starając się pociągnąć Kalama ze sobą, jednak runął jak długi na ziemię, kiedy ten tylko zrobił krok w bok. Później wiele się nie zmieniło. Wielka szara masa jaką tworzyli przewracała się z jednej strony na drugą, bezskutecznie próbując chociaż trafić przeciwnika. Po kilku minutach jeszcze tylko wyspiarz stał na nogach. Sapiąc ciężko, ociekając potem i z groźnym grymasem na twarzy stał naprzeciw Kalama. - Przynajmniej się staraliście - mruknął do niego opiekun - daj spokój Zeke, przegraliście. Z bojowym okrzykiem na ustach Zeke rzucił się w stronę Kalama. Ten tylko cofnął głowę, kiedy pięść przemknęła kilka cali od jego twarzy. Złapał wyspiarza za rękę i ją wykręcił, aż ten zawył z bólu. Opiekun zmusił go do przyjęcia pozycji klęczącej. - Nie dzisiaj, chłopcze. To będzie długi dzień, pomyślał Evan, kiedy Kalam zmusił ich do wstania. - Jesteście beznadziejni - rzekł zrezygnowany - pora na trochę rozrywki. Zrobimy wam walki między sobą. Ktoś chętny? Oczywiście nikt nie był chętny. Większość z nich jeszcze masowała świeżo nabite siniaki. - Dobra… Raz, dwa, trzy, dziś obity wrócisz.... ty! To jest chyba jakiś żart… - Jest jakiś śmiałek, który chce się z nim spróbować? Evan patrzył z beznadzieją w oczach, który z olbrzymów będzie chciał mu dać po pysku. Ludzie w końcu tacy są. Lubią dawać po pysku. Ukradkiem oka wychwycił uśmiech na twarzy Zeke’a i ogarnęło go przerażenie, gdy zobaczył, jak ten podnosi rękę. - Ha! No chodź tu! Evan podziękował bogom, kiedy ktoś uprzedził wyspiarza. Miejsce strachu szybko zastąpiło zaskoczenie, kiedy zobaczył swojego przeciwnika. - Jak się nazywasz, ślicznotko? - Carris, opiekunie - odpowiedziała blondwłosa dziewczyna i stanęła przed Evanem. Cała reszta ich otoczyła, tworząc prowizoryczny ring. - Chwila, nie uderzę kobiety… - Więc ona uderzy ciebie - powiedziała Carris i wzięła zamach. Evan nawet nie zdążył zauważyć, kiedy upadł na ziemię, czując pulsowanie skroni i strużkę krwi spływającą po twarzy.
-
Czym się różni ogar od zwykłego psa? Piekła rodem. Robin Wellsen 101 żartów i dowcipów na wszystkie okazje Rozdział III - Lily! Lily! - Pomóż mi, Evan. - Jestem tu, Lily. - Evan, gdzie jesteś? - Lily, to ja, jestem tutaj, przy tobie! - Evan, ratuj… To tak bardzo boli… *** - Lily! - wykrzyknął Evan, przebudziwszy się ze snu. W głowie mu dudniło, tępy ból dawał o sobie znać przy każdym, choćby najmniejszym ruchu. Gwałtowność przy pobudce wywołała fale bólu w kilku miejscach ciała, jednocześnie przypominając mu o tym, co się stało. Myśli powoli zaczęły układać się w jego głowie, więc kiedy już jego mózg zaczął normalnie funkcjonować, ogarnęła go jeszcze większa dezorientacja. Żył. Jakby tego było mało, nie siedział w obskurnym lochu, lecz w miękkim i wygodnym, posłanym łóżku. Starał się ułożyć sobie w głowie jakieś wyjaśnienie, ale nic z tego. Powinienem być trzy metry pod ziemią. Spróbował wstać, kiedy nagle uderzyła w niego fala bólu tak wielkiego, że mimowolnie opadł z powrotem na posłanie. Przejechał palcem po nodze, aż dotknął miejsca, w którym jeden z bełtów przebił jego skórę. Nikt go nie opatrzył. Było to dla Evana bardzo dziwne, bo po co ktoś miał zaprzątać sobie głowę ratowaniem go, skoro mógł po prostu wykrwawić się na śmierć? Następną niepokojącą rzeczą było właśnie to, że się nie wykrwawił. Miał trzy nieopatrzone rany w ciele - to ledwie możliwe, by przeżyć takie coś. Na pościeli widniały ogromne, ciemne plamy, widoczne nawet w prawie kompletnej ciemności. A jednak, rany się zasklepiły, krew przestała uciekać z jego ciała. Choć był ogromnie osłabiony, żył. To był cud, ale żył. Postanowił odrzucić na bok zagadki i spróbować dowiedzieć się, gdzie się znajduje. Niestety, jedynym co widział był zarys łóżka, ciemność pomieszczenia nie pozwoliła określić chociażby jego wielkości. Poruszanie się w ogóle nie wchodziło w grę. Nie wiedział, w jakim stopniu zagoiły się rany. Jakikolwiek ruch mógł spowodować otwarcie, a to już byłby jego koniec. Pozostało mu więc czekać. Nim minęła sekunda, usłyszał zbliżające się kroki. Serce zabiło mu mocniej, kiedy drzwi otworzyły się z hukiem. Przez wpadające z zewnątrz światło w końcu mógł dojrzeć, jak wygląda pomieszczenie, w którym się znajdował. Wystrój nie był bogaty; całą przestrzeń po prostu zajmowały łóżka, oddalone od siebie o dwa metry. W sumie znajdowało się tam około dwudziestu łóżek, a na niektórych z nich leżeli ludzie. Jak miał nadzieję Evan, śpiący ludzie. Do pomieszczenia weszła ubrana w czarny, skórzany pancerz kobieta. Spodnie były ciasno zszyte, doskonale ukazując zarys mięśni, jednocześnie zapewniając wygodę ruchu. Tunika była zrobiona z tego samego materiału. Evan nie wiedział, jak bardzo pomaga w obronie, ale zauważył, że bardzo uwydatnia piersi kobiety. Jedynym, co się jakoś wyróżniało w tle czarnej skóry, były dwa złote, jedwabne paski, wyszyte na ramieniu tuniki. Sięgające do niemal połowy pleców czarne włosy miała uwiązane w ciasny kucyk. Mocne kości policzkowe i brak makijażu, ostatnio popularnego wśród kobiet robił z niej chłopczycę, jednak mającą swój urok. Musiała być bardzo młoda, nie dało się dostrzec na jej twarzy żadnych zmarszczek. W innych okolicznościach Evan pomyślałby nawet, że jest całkiem ładna. U pasa miała zawieszony długi sztylet, na którym trzymała rękę, jakby to był dawno wyuczony nawyk. Weszła do pomieszczenia, pogryzając jabłko i nucąc sobie cichutko, jakby to było dla niej rutynowe działanie, kolejny dzień w pracy. Kiedy zobaczyła przytomnego Evana, na jej twarzy zagościło zdziwienie. - Żyjesz? - zapytała, jak gdyby prawda do niej nie docierała. Zaraz jednak na jej twarzy znów malował się… brak emocji - no nieźle. Chciał coś odpowiedzieć, ale nie za bardzo wiedział co. Patrzył, jak kobieta podchodzi po kolei do każdego łóżka, na którym ktoś leżał, oglądając go i mrucząc coś pod nosem. - Żyje, ale długo nie pociągnie… Martwy… Martwy… Kiedy doszła do łóżka, w którym leżał Evan, odwinęła kołdrę i spojrzała na niego. - Ałć - powiedziała do siebie i zachichotała - miałeś ciężki dzień, co? Nie wiem jak to zrobiłeś, ale żyjesz - schyliła się i wyciągnęła coś spod łóżka. Było to schludnie złożone, czarne ubranie. Obejrzała je niezbyt dokładnie i podała jemu - ubieraj się. Rena wybrała, możesz żyć. Nie za bardzo rozumiejąc, co się dzieje, chłopak rozłożył i obejrzał ubranie. Był to zwyczajny, czarny płaszcz, zrobiony z jakiegoś materiału podobnego do bawełny. - No, żwawo - popędzała go kobieta, ale kiedy chciał wstać, ból w nodze od razu dał o sobie znać i posadził go z powrotem w łóżku. Kiedy zobaczyła grymas cierpienia na jego twarzy, zachichotała - no dobra. Damy ci jeszcze trochę czasu. Usiadła na pustym łóżku obok i zaczęła wpatrywać się w Evana z zaciekawieniem. Już chciała coś powiedzieć, jednak on był pierwszy. - Gdzie jest Lily? - wykrztusił z siebie natychmiast, kiedy tylko pomyślał o młodszej siostrze. - Lily? - zapytała kobieta, zdezorientowana pytaniem - zazwyczaj pierwszą rzeczą, o jaką ludzie pytają jest “gdzie ja jestem?”. - Więc, gdzie jestem? - Oto - wyciągnęła ręce w górę - twój nowy dom. *** Odpowiedziało jej milczenie. Zawiodła się. Spodziewała się kolejnego, który zacznie bredzić, że zostawił ze sobą rodzinę, albo się wścieknie, ale on po prostu obserwował ją, analizował. Niegłupie, zważając, w jakim był stanie. I zaczął słuchać. Nie miała pojęcia, czy po prostu ją olewa, czy naprawdę nic za sobą nie zostawił, bo słuchał do końca. Tak naprawdę nie dowierzał własnym uszom. Może to po prostu osłabione ciało, a może po ostatnich wydarzeniach jego impulsywność gdzieś zniknęła. Nawet nie zadawał pytań. Uratowali go ludzie owiani złą sławą. Zakon Reny, bogini, służki śmierci. Uratowali to za dużo powiedziane. Po prostu zostawili go tutaj, czekając aż się wykrwawi. To był ich sposób rekrutacji: porywali człowieka będącego krok od śmierci i licząc, że jednak nie umrze, by mogli go przyjąć do siebie, tłumacząc, że Rena jeszcze ich nie wzywa. Psychole. Rekrut? Po moim trupie. Kobieta opowiadająca mu o swoim zakonie nazywała się Zia i dumnie służyła dla Reny, odkąd skończyła sześć lat, a tak przynajmniej mówiła. Evan nie potrafił wyobrazić sobie, by sześcioletnia dziewczynka mogła być szczęśliwa w takim świecie. - A co z Lily? - zapytał od razu, kiedy tylko skończyła opowiadać. - Lily? Chodzi ci o tą dziewczynę, przez którą prawie zginąłeś? Tą, która narobiła takiego zamieszania, że… - Tak, o nią - warknął Evan, na moment dając się ponieść emocjom. Zia popatrzyła na niego z zastanowieniem. - Żyje i ma się dobrze. Po raz pierwszy, odkąd się obudził, odetchnął z ulgą. A więc jego głupie poświęcenie nie było jednak aż tak głupie. Teraz po prostu musiał wiać, gdzie pieprz rośnie. - Ekhm… W takim razie bardzo dziękuję za… Gościnę, i w ogóle, ale czy mogę już... Kobieta parsknęła śmiechem, nim zdążył dokończyć. - Iść? Naprawdę myślisz, że cię wypuścimy? To, że Rena zaakceptowała cię w tym świętym miejscu, jest zaszczytem. Dała ci szansę, o jakiej wielu mogłoby tylko pomarzyć. - Nieważne, ja… - Milcz - spiorunowała go wzrokiem - Bogini nie jest łaskawa. Ci, którzy zasłużyli na śmierć, spotkali ją. Jak pewnie zauważyłeś, twojej Lily nie ma tu z nami. Evan zamarł. To prawda, nie było jej w sali, więc… - Najwyższa dała nam wybór. A nam ona nie jest potrzebna do niczego. Możesz ją jeszcze uratować. Evan poczuł, jak bardzo nienawidzi tej kobiety. Wyobrażał sobie, czy byłaby w stanie tyle gadać, gdyby wsadził jej ten sztylet głęboko w jej… - Czego chcesz? - wycedził przez zęby - i oszczędź mi tej gadaniny, że to nie ty, tylko twoja zasrana bogini. Spoliczkowała go. Raz, potem drugi. W głowie mu się zakręciło, ale nie zemdlał. Łzy napłynęły mu do oczu. - Uważaj - powiedziała ze złością, ledwo będąc w stanie się opanować - jeden taki wybryk, kiedy już będziesz jednym z nas, a ty, jak i twoja Lily, szybko dołączycie do Najjaśniejszej. - Przecież i tak mam jej służyć - chciał się zaśmiać, ale nie był w stanie. - Niektórzy będą służyć jej lepiej w tym świecie - wycedziła przez zęby i wstała - masz tydzień na wykurowanie się, a potem zaczyna się inicjacja. Bądź gotów. Wal się, pomyślał Evan. *** - Generale - zaczął Harlun - dostaniesz ode mnie specjalne zadanie. Specjalne zadanie, oczywiście. Zawsze dostawał tylko specjalne zadania. - Po ostatniej… Ekhm… Sytuacji, do jakiej doszło podczas egzekucji, ludzie zaczęli się buntować. Podburzają mój autorytet, mówiąc, że jestem złym królem. Ja, złym królem! - zaśmiał się głośno władca, ale Einzaff wyczuł w jego głosie rozpacz. Była to oczywiście prawda. Widział wiele razy ludzi podburzających tłumy, głosząc kazania o sprawiedliwości czy wybaczaniu. Einzaff zgodziłby się z tym, gdyby nie fakt, że wcześniej widział tych samych ludzi. nawołujących o śmierć dla skazanego. - Bunt - kontynuował Harlun - trzeba zdusić w zarodku. Dostaniesz oddział składający się z dwudziestu ludzi i będziecie publicznie wieszać każdego, kto będzie obrażał swojego władcę! Furia wzięła górę nad królem i zaczął on wymachiwać rękami na wszystkie strony, ale Einzaff nie zwracał na niego uwagi. Zamarł. Miał ich tak po prostu pozabijać? Może byli hipokrytami, ale to byli tylko niewinni ludzie. Przez chwilę po głowie przeszła mu myśl, by odmówić, jednak nie mógł tego zrobić. Nie bał się śmierci, po prostu miał swoje zasady. W jego rodzinie zawsze mówiono, żeby przed królem stawiać tylko i wyłącznie swego boga. - Oczywiście, mój panie. *** Dni mijały Evanowi nieubłaganie powoli. Nie miał tutaj nic, co mogłoby zabrać mu trochę czasu. Trzy razy dziennie przychodził do niego facet, odziany w czarną szatę z długim kapturem. Evan niejeden raz próbował nawiązać z nim jakiś dialog, lecz bezskutecznie. Wchodził, kładł talerz z jedzeniem, zabierał butelkę z moczem i odchodził bez słowa. Z wydalaniem było ciężej, bo choć wychodek znajdował się kilka kroków od jego łóżka, chodzenie było męką. Oprócz niego, raz odwiedziła go Zia, mówiąc, że za dwa dni będzie musiał wziąć się w garść i wstać z łóżka. Ta myśl go przerażała, bo choć rany zasklepiły się na tyle, by mógł bez obaw chodzić, jakikolwiek szybszy ruch wystarczyłby, by krew znów zaczęła lać się z jego ciała. No i były jeszcze nowe ciała. Wnosili ogromne ilości ludzi, większość jednak umierała na miejscu. Jęki, krzyki i szlochy nie pozwalały Evanowi na spokojny sen. Jeśli któryś z nich przeżył, albo był trawiony okropnymi gorączkami, albo od razu stąd wychodził. Wszystko było kwestią szczęścia. Długie dni w łóżku dały mu jednak czas na rozmyślanie. Najgorsze było to, że nie wymyślił żadnego sensownego planu. Mógł uciec, ale co z Lily? Mógł zacząć walczyć, lecz w tym stanie zginąłby pewnie w walce z drzwiami. Jeśli jednak jakimś cudem udałoby mu się przebić przez tych seryjnych zabójców… I tak nie wiedział, gdzie jest Lily. Mogli równie dobrze trzymać ją w innym mieście. Jedno sobie jednak postanowił: Na pewno nie wejdę w tą ich chorą religię. Będę tak mówił, będę sprawiał wrażenie. Będę sprawiał wrażenie. Dam radę. W duchu jednak zapłakał. Był Evanem. Evan Słaby. Evan Przegrany. Evan Nie Potrafiący Zadbać O Siostrę. Dlaczego miałby poradzić sobie z ich praniem mózgu? Kiedy nastał wieczór, do sali weszła Zia. Już miał się położyć spać, kiedy ona rzuciła mu pakunek. - Ubieraj się, idziemy. - Myślałem, że to jutro. - Tak, za kilka minut. - Więc chodziło ci o… Och. Z wielką ostrożnością zaczął schodzić z łóżka, ignorując popędzającą go Zię. Wstał z ociąganiem i spojrzał na swoje udo. Nie było tak źle, jak sądził. Dziurę w miejscu, które przebił bełt zakrywała gruba skorupa zakrzepniętej krwi. Ramię i stopa też wyglądały całkiem nieźle, choć to drugie potwornie piekło przy każdym ruchu. Pewniejszy swego, narzucił na siebie szatę. Czarny materiał był bardzo miękki i przyjemny w dotyku, a także dawał sporo ciepła. Był niemal identyczny jak ten, który nosił odwiedzający go jegomość, z tą różnicą, że był mniejszy. Chciał zapytać o tunikę pod spód, ale postanowił, że zrobi to później. Płaszcz miał dwie pary metalowych zapięć, więc potrafił zakryć praktycznie całe ciało. Jeśli Evan zarzuciłby na głowę kaptur, nie byłoby widać chociażby skrawka jego skóry. - No to w drogę. Kiedy tylko wyszli z pomieszczenia, w którym tkwił przez ostatnie dwa tygodnie, zasłonił się ręką, bo światło go oślepiło. Byli w długim, szerokim korytarzu, oświetlonym pochodniami co kilka metrów. Rozum podpowiadał mu, że tak naprawdę dawały one niewiele światła, ale teraz każda była dla niego jak małe słońce. Lekko kuśtykając, ruszył za Zią. Nie minęli nikogo. Korytarz długi na prawie pięćdziesiąt metrów był całkowicie opustoszały. Evan wyobrażał sobie, jak wielkie musi być to miejsce. Co dwa metry mijali parę drzwi, każde po obu stronach. To dawało przynajmniej pięćdziesiąt pomieszczeń, zakładając, że każde drzwi prowadzą w inne miejsce. Zatrzymali się przy ostatnich drzwiach, na wprost. Zia otworzyła drzwi, a Evana znów otuliła kojąca ciemność. Zia ruszyła spiralnymi schodami w dół, nawet nie zwalniając kroku, a chłopak z trudem ją doganiał. Chwilę później doszło do niego, że siedziba Zakonu musiała znajdować się albo pod ziemią, albo w środku góry. Zeszli już kilkanaście metrów w dół, a nadal nie było widać końca. Teraz już wiedział, dlaczego nie widział jeszcze żadnych okien. W końcu mordercze schody się skończyły, a oni weszli do ogromnego pomieszczenia. Dwa długie rzędy wysokich na pięć metrów kolumn, pomiędzy którymi ciągnął się miękki, czerwony dywan, podtrzymywały sufit z czarnego marmuru. W miejscu, gdzie kończył się dywan, zaczynała się okrągła część pomieszczenia. Nad podłogą znajdowała się rzeźbiona kopuła, z której zwisał żyrandol świecący czerwonym światłem. Tuż pod nim leżał piękny pozłacany ołtarz, wymazany krwią. W innej sytuacji Evan zastanawiałby się, jakie style połączono w architekturze tego miejsca, lecz teraz tylko spoglądał na ludzi znajdujących się w okrągłym pomieszczeniu. Krwi na ołtarzu nawet nie zauważył. Tuż przed ołtarzem stał wysoki starzec, trzymając dumnie uniesioną głowę. Miał krótką, siwą brodę i długie włosy w tym samym odcieniu. Jego usta poruszały się w bezdźwięcznej modlitwie, a głębokie, czarne oczy rozglądały się po innych uczestnikach. Evan nie wiedział co, ale było w nim coś niepokojącego. Tuż za ołtarzem stała czwórka ludzi z twarzami zasłoniętymi kapturami, stojących prosto. Evan przez chwilę zastanawiał się, co jest w nich wyjątkowego, aż zauważył wyszyte na ramieniu dwa złote paski. Och. Przed starcem stało około czterdziestu ludzi, każdy w czarnej szacie. Niektórzy rozglądali się nerwowo, inni stali jak słupy, jeszcze inni kręcili się w miejscu. Byli wysocy, niscy, grubi, chudzi… Niektórzy nawet byli zdecydowanie spoza Larissy, zważając na ich kolor skóry. Zia rozkazała zostać zdezorientowanemu Evanowi wśród tłumu, a sama ruszyła ku czwórce stojącej za ołtarzem, po drodze zarzucając kaptur na głowę. Przywitali się nawzajem skinieniem głowy. Nie rozumiejąc, co się dzieje, Evan po prostu stał i czekał, rozglądając się po otaczających go ludziach. W większości byli tak oszołomieni jak on. W końcu siwy starzec uniósł ręce do góry, uciszając zebranych i zaczął mówić. - Najwyższa z bogów, Rena, Pośredniczka Śmierci, wybrała was, abyście mogli służyć ku jej chwale. Niewielu może dostąpić tego zaszczytu. Zebraliśmy się tutaj, by upewnić się, że dobrze zrozumieliśmy jej znaki. Kilka osób wokół Evana ledwo słyszalnie przełknęło ślinę. Czyżby wiedzieli coś, czego on nie wiedział? - Przed wami jeszcze wiele treningu. Niektórzy z was będą czuli, że już nie dają rady. Niektórzy dojdą na skraj załamania psychicznego, inni fizycznego. Niektórzy z was mogą nie przeżyć tak długo, jakby chcieli - zrobił krótką pauzę, po czym kontynuował - wielu z was, właśnie dzisiaj. Kilkoro uczestników wierciło się niespokojnie w miejscu, nieskutecznie próbując się uspokoić. Tysiące myśli krążyło Evanowi po głowie, powoli ale skutecznie wywołując u niego strach. - Jednak wszystkie te cierpienia, które będziecie musieli przejść, opłacą się. Służba dla Najwyższej Bogini zapewni wam miejsca u jej boku po śmierci. Póki co, ważne jest, byście służyli jej godnie za życia. Przystawił dwa palce do ust i pocałował je, a zaraz za jego przykładem podążyła piątka stojąca za ołtarzem. Podszedł do ołtarza i wyciągnął coś spod niego. Światła pochodni odbiły się od nieskazitelnie czystej powierzchni sztyletu. - Niech zacznie się ceremonia - rzekł i stanął przy ołtarzu. Do zdezorientowanego tłumu podeszła Zia razem ze stojącym obok wyznawcą i poprowadzili jednego z oszołomionych uczestników przed oblicze starca. Ten wyciągnął z kieszeni monetę i wyszeptał coś, czego Evan nie był w stanie usłyszeć. Dopiero po kilku sekundach przestraszony chłopiec mu odpowiedział. - Lew. Charakterystyczny brzęk rozległ się po komnacie, kiedy moneta poszybowała w górę. Wszyscy na sali jednocześnie wstrzymali oddech do czasu, aż moneta znalazła się z powrotem w dłoni Tarloka. - Będziesz służył Renie na ziemi. Blady jak trup chłopiec odetchnął z ulgą, a wtedy Evan zrozumiał. Poczuł jak obejmuje go przerażenie, kiedy następny, ledwie dziesięcioletni, rudy chłopiec nie odgadł, co da mu los. Ciche łkanie zamieniło się w głośne wycie, kiedy Zia wraz z towarzyszem mocno przytrzymali chłopca przed ołtarzem. - Będziesz służył Renie w zaświatach. I pchnął go sztyletem. Cios był idealny - ostrze przebiło serce w ułamku sekundy, zabierając chłopcu życie natychmiast. Kilka osób wokół Evana zaczęło głośno płakać, dając upust emocjom. Jeden wyszczerzył do niego zęby w uśmiechu. Bał się. Tak mocno, cholernie mocno się bał. Oczywiście, nie był jedynym, ale on po prostu tego nie pokazał. Strach rozdzierał go od środka, ale nie wydostał się na zewnątrz. Nawet się nie trząsł. Kolejna dwójka wyznawców wyniosła ciało do pokoju obok, a Tarlok kontynuował. Tak oto każda minuta niosła ze sobą kolejną ofiarę lub nowego wyznawcę. Evan był osiemnasty. Z pomocą podtrzymujących go wyznawców doczłapał się do, być może, miejsca jego śmierci. - Lew. Widział wszystko jak w zwolnionym tempie. Moneta obracająca się z prędkością, której nie mogło uchwycić ludzkie oko, teraz pokazywała Evanowi na przemian dwie strony, dwa różne przeznaczenia. Pac. Cichutki odgłos rozległ się w głowie Evana mocą rozbrzmiewającego gongu. - Będziesz służył Renie na ziemi. Nie docierały do niego słowa. Widział lwa w dumnej pozie, patrzącego w dal króla lasu. Lwa, który go uratował. Nadal nie mogąc się otrząsnąć z tego, co działo się przed chwilą, stanął pośród ośmiu innych szczęśliwców. Zdawali się nie dowierzać tak samo jak on, wpatrzeni w losowe punkty na ścianach. Następną osobą był chłopak z tym przerażającym uśmiechem. Pewnym krokiem podszedł do Tarloka i, unosząc dumnie głowę, powiedział: - Hiena. Jako jedyny dotychczas nie podążył wzrokiem za pędzącą monetą. Wpatrywał się w dłoń Tarloka. - Będziesz służył Renie na ziemi. Skłonił głowę nisko i przystanął obok Evana, znów się szczerząc. Nie był zbyt przystojny. Duży, haczykowaty nos, kościste policzki, piwne, małe oczy i ciemna karnacja mówiły, że prawdopodobnie pochodził z Wysp, jednak nie miał klanowych tatuaży. Mieszkańcy Wysp, nazywani błyskotliwie wyspiarzami, zawsze mieli tatuaże. Każdego z nich tatuowali w wieku pięciu lat, umieszczając herb swojego klanu na policzku dziecka. Wyspiarz bez tatuażu albo był banitą, albo nie był wyspiarzem. Kiedy ceremonia dobiegła końca, zostało dwudziestu żyjących z czterdziestu. Statystyka zrobiła mały psikus i jak nigdy, wypadła idealnie. Evan był zły na siebie, że nic nie zrobił. Każdy z obecnych widział śmierć dwudziestu niewinnych ludzi. Tak po prostu stracili życie, bo los im nie sprzyjał. Niektórzy walczyli, ale nic to nie dało. Szarpali, bili, drapali, kopali, uderzali, szarżowali, ale nie byli w stanie uniknąć śmierci. Grzechu Evana, jakim było po prostu oglądanie, żaden bóg nie będzie w stanie odpuścić. - Każdemu z was zostanie wydzielony opiekun, który przedstawi wam zasady obowiązujące w Zakonie oraz będzie nadzorował wasze postępy. Opiekun nie ponosi za was odpowiedzialności, ale wasze nieposłuszeństwo będzie oznaką hańby dla opiekuna. Opiekun nie będzie ratował was przed konsekwencjami czynów, ale będzie mógł wymierzać wam kary adekwatne do występku. Opiekun może was wychłostać, uderzyć, obrazić, ale może was też nagrodzić. Kilka metrów od nich ustawiła się piątka opiekunów. Tarlok wziął małe, przezroczyste pudełko bez wieka i podszedł do pierwszej osoby w szeregu. Polecił mu, by ten wyciągnął którąś z zawiniętych tam karteczek. Nadal wystraszony chłopiec drżącymi rękami wyciągnął ze środka kartkę, którą podał Tarlokowi. - Kalam. Jeden z opiekunów skinął głową na nowego ucznia, a ten ustawił się za nim. - Teru. - Kalam. - Zia. - Khalid. - Zia. - Roth. - Roth. - Khalid. - Teru. - Zia. Chłopak-niby-wyspiarz wylosował Kalama.. Evan był tuż po nim. Na oślep wziął pierwszą kartkę jaka wpadła mu w ręce i wyciągnął. - Zia. Ruszył zająć miejsce w kolejce za swoją nową opiekunką. Przechodząc obok, zobaczył cień uśmieszku na ustach wystających spod kaptura. Doszedł do wniosku, że był zadowolony z losowania. Po pierwsze, nie trafił tam gdzie ten sadysta niby-wyspiarz. Po drugie, choć już zdążył znienawidzić Zię, inni mogli być gorsi. - Zostaliście wybrani. Od jutra zaczynacie szkolenie, ale dziś jest czas na odpoczynek i zabawę. Niech Rena będzie z wami. - Chwała jej - odparli chórem opiekunowie i po kolei ruszyli w stronę wyjścia, ciągnąc za sobą sznur ludzi. Kiedy zjawili się na korytarzu, Evan zobaczył kolejnych wyznawców. Grupkami wychylali się z drzwi, chcąc zobaczyć nowych rekrutów. Szeptali coś do siebie, niektórzy chichotali, ale Evan nawet o nich nie myślał. Po prostu szedł. Zia zatrzymała się przed jednym z pokoi i obróciła się do swoich uczniów. - Na pierwszy rzut oka wszystko wygląda identycznie, ale jest sposób, by zorientować się, co gdzie leży. Ktoś z was odkrył, jak? Oczywiście, Evan nawet o tym nie pomyślał. Rozejrzał się wokół, ale wszystko wyglądało identycznie. Był to po prostu długi korytarz najeżony drzwiami i pochodniami, niczym się od siebie nie różniącymi. Wszyscy nadal byli wstrząśnięci i bali się choćby odezwać, ale po kilku sekundach, długowłosa blondynka, jedyna dziewczyna w ich grupie, podniosła rękę. Zia ponagliła ją gestem dłoni. - Chodzi o podłoże? - Co z tą podłogą? - dopytała się Zia. - Wydaje inne dźwięki w zależności od miejsca. - Brawo - zaklaskała Zia - im bliżej jesteście Świątyni, tym głośniejsze stają się wasze kroki. Bieganie po stronie zachodniej jest w stanie zbudzić zmarłego - popatrzyła jeszcze raz na blond dziewczynę - masz czujne ucho. Będzie z ciebie zabójczyni. Zachichotała i otworzyła drzwi, ale dziewczyna wcale się nie ucieszyła, tylko pobladła. Uchwyciła współczujące spojrzenie Evana, choć to wcale jej nie pomogło. Milcząc, weszli do środka. Zia zastukała palcami w przezroczystą kulę wiszącą na ścianie, a pokój natychmiast został oświetlony niebieskim światłem. Evan wybałuszył oczy, na moment zapominając o swoim koszmarnym położeniu. - Ktoś wie, co to jest? - zapytała Zia, i znów rękę podniosła blond dziewczyna, choć nie odrywała wzroku od jaśniejącej kuli. - Luksyn - wyszeptała, uwiedziona widokiem - Żywe światło… - Tak. Ale o tym na zajęciach. Stukacie w kulę, przez godzinę świeci i gaśnie. Jasne? Brak odpowiedzi Zia uznała za potwierdzenie i zaczęła pokazywać im resztę pomieszczenia. Nic specjalnego, pomyślał Evan. Każdy z nich dostał łóżko i skrzynię na rzeczy, oraz cztery pary ubrań. Tak jak się spodziewał, dwa czarne płaszcze i drugie tyle skórzanych, obcisłych strojów. Do tego znajdowały się tam dwa stoły, każdy z trzema krzesłami w zestawie. - Jutro posiedzicie tu dłużej, tymczasem trzeba was przygotować na ucztę. Zaprowadzę was do łaźni. Jak psy włóczące się za właścicielem, tak ruszyli za Zią. Kiedy szli, Evan starał się uważnie wsłuchiwać się w ich kroki, lecz różnica była tak niewielka, że nie miał pojęcia, czy kiedykolwiek zacznie ją zauważać. Przynajmniej wiedział już, na którym końcu znajduje się Świątynia. Kiedy Zia otworzyła drzwi, znaleźli się w ogromnym pomieszczeniu na kształt prostokąta. Większą część pomieszczenia zajmował wielki basen, długi na dwadzieścia łokci, a szeroki na piętnaście, wypełniony wodą. Nad powierzchnią unosiły się ogromne kłęby pary. - Męska, damska, przebieralnie - wskazała po kolei pomieszczenia - My mamy identyczny, choć jest nas zaledwie garstka - puściła oczko złotowłosej wychowance - Macie pół godziny, potem wszyscy macie być gotowi. Ruszyła w kierunku damskiej przebieralni, zostawiając ich samych. Przez chwilę stali w bezruchu, aż najwyższy z chłopców wzruszył ramionami i postanowił także się przebrać. Pierwsze co przyszło Evanowi na myśl, było: czy już zapomniał, że niedawno na jego oczach zginęło dwudziestu ludzi? Z drugiej strony, kiedy pomyślał o kąpieli w gorącej wodzie, jęknął. Nie potrafiąc odrzucić luksusu, poszedł jako drugi. W przebieralni było kompletnie ciemno. Nim zdołali wymacać skrzynie na ubrania i wiszące ręczniki, zdążyła już przyjść reszta. W każdej skrzyni znajdował się kluczyk zamykający ją. Prosty, ale skuteczny sposób na uniknięcie kradzieży. Ciemność pomieszczenia pomagała bardziej nieśmiałym osobom, takim jak Evan. Nie wstydził się on wcale swojego przyrodzenia, to chuda sylwetka, ciało złożone głównie z kości i wystające żebra były problemem. Odkąd tu był, jadł lepiej niż w ciągu reszty życia, ale na razie to nie wystarczyło. Tak jak cisza towarzyszyła im podczas inicjacji, tak do teraz nie wymienili nawet zdania. Evan szybko zdjął szatę i przyodział ręcznik. Tuż przy basenie stały co kilka metrów barierki na zawieszenie ręczników. W pomieszczeniu panował półmrok,ujawniając tylko sylwetki postaci, jeśli nie stało się wystarczająco blisko. Po przeciwnej stronie basenu widział zarys kilku osób, które rozmawiały o czymś szeptem. Evan zszedł powoli do wody, a kiedy zanurzył w niej nogę, poczuł kojące ciepło. Nie była tak gorąca, by parzyć, nie była też zbyt zimna. Była idealna. Z lekkim niepokojem włożył ranną nogę do wody, ale nie poczuł bólu. Kiedy upewnił się, że nie sprawi sobie cierpienia, usiadł na dnie basenu, a woda przykryła go pod szyję. Jakie świetne to było uczucie! Całkowite odprężenie, pozwalające zapomnieć o problemach wokół, zatrzymujące myśli i kojące nerwy. Aż szkoda, że mam tylko pół godziny… Dopiero po chwili zorientował się, że basen miał schodkowe podłoże. Pozwalało to na zanurzenie się na odpowiednią głębokość ludziom wyższym czy niższym, jednocześnie zostawiając sporą ilość miejsca na każdej platformie. Zamknął oczy i rozłożył się wygodniej w basenie. Właśnie tego mu było trzeba: chwili prawdziwego relaksu. Nawet nie zwracał uwagi na resztę świeżo upieczonych wyznawców, siedzących obok niego. Wydawało się, że czują to samo co on, bo czasami udało mu się usłyszeć rzeczy w stylu “o tak”, czy “właśnie tego mi było trzeba”. Kiedy tak leżał, upajając się każdą chwilą, jeden z wychowanków wstał. Niski, brązowowłosy chłopak mamrotał coś pod nosem o “zbyt krótkim czasie” i zaczął wycierać się ręcznikiem. Zbyt krótki czas? No nie… Czyli minęło pół godziny. Zasmucony tym faktem Evan także wyszedł z wody i zaczął się wycierać, po czym udał się do przebieralni. Fala chłodnego powietrza wywołała u niego gęsią skórkę, więc szybko narzucił na siebie czarny płaszcz. Kąpiel wydawała się poprawić nastrój wszystkim. Nie byli już przygarbieni, nie błądzili wzrokiem po pomieszczeniu i nie płakali. Dwóch z nich ze sobą rozmawiało, co jakiś czas nawet się śmiejąc. Nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, ustawili się przy drzwiach wyjściowych z łaźni. Nie minęły dwie minuty, a dołączyła do nich Zia wraz z blondwłosą dziewczyną. - Gotowi? Dobrze. Idziemy. Uczta odbywała się w pomieszczeniu, w którym Evan był po raz pierwszy. Prostokątny pokój, mający czterdzieści na trzydzieści łokci wypełniały dwa długie stoły, ciągnące się od jednej ściany do przeciwnej, uginające się pod ciężarem smakołyków. Evan w życiu nie widział, a pewnie nawet i nie zjadł tyle w ciągu całego swojego życia. Jagnięcina, wieprzowina i wołowina dominowała wśród innych potraw, choć ich także nie brakowało. Jabłka, gruszki, truskawki i dziesiątki owoców, które Evan widział pierwszy raz w życiu wypełniały po brzegi wielkie mise. Nie brakło także napojów, czerwonych i białych win, soków i piwa, jak i zwyczajnej wody. Pociekła mu ślinka na sam widok. Oprócz nich byli tam wszyscy inni, których Evan widział wcześniej: Tarlok, czterech opiekunów i szesnastu świeżo upieczonych wyznawców. Kiedy weszli, Zia skłoniła głowę do Tarloka i poprowadziła swoją małą trzódkę prosto do wolnych miejsc. - Nie upijcie się za bardzo, bo jutro nie będzie taryfy ulgowej - rzekła Zia, a jeden z opiekunów, Roth, jak zdążył się już przekonać Evan, zachichotał. - Ty też o tym pamiętaj, siostro - uniósł kielich i opróżnił go do dna. Zia zignorowała go i zaczęła ucztować, a tuż za nią tłusty chłopak z jej grupy, siedzący obok Evana. On sam był głodny jak wilk, ale nie za bardzo wiedział kiedy zacząć, to jednak mu wystarczyło. Urwał sobie spory kawałek kurczaka i zaczął pałaszować, przy okazji popijając ciemnym piwem. Najlepsza uczta w moim życiu, zdecydowanie. Popatrzył po jego nowych towarzyszach. Pierwszy z nich, siedzący obok niego pulchny, brązowowłosy facet nie wyglądał na groźnego. Evan przez chwilę pozazdrościł mu tych ogromnych nakładów tłuszczu, których jemu zawsze brakowało. Znad opasłych policzków grubaska widniały dwa małe oczka, pochłaniające jedzenie równie dobrze jak usta. Naprzeciwko niego siedział chłopak który był wręcz przeciwieństwem poprzedniego. Wydawał się być w wieku Evana, a nawet był prawie tak samo chudy, choć trochę mu brakowało. Spod bujnej czupryny w kolorze orzecha widać było dwoje oczu, czujnie obserwujących otoczenie. Tuż obok niego siedziała blondwłosa dziewczynka. Ciężko było określić jej wiek, bo z dziewczęcą twarzą i sylwetką kontrastowała para błękitnych oczu człowieka, który widział w swoim życiu już zdecydowanie zbyt wiele. Spoglądała bez wyrazu na taflę wina przed sobą. - Trafiła ci się banda nie lada maszyn do zabijania, co? - zaczepił Zię inny z opiekunów, Kalam. Jej usta zaczęły lekko drgać w poddenerwowaniu. - Postaram się, by byli w stanie załatwić cię z zamkniętymi oczami - spojrzała na niego i przekrzywiła wargę w lekkim uśmieszku. Bogowie, ona jest jeszcze dzieckiem… Zauważył to w momencie, kiedy się uśmiechała: subtelna, charakterystyczna gra mięśni twarzy, dająca na ułamek sekund wgląd poza maskę surowości czy wyższości. Była być może młodsza od niego. - Ciekaw jestem, czy ty jesteś w stanie zrobić nawet z odsłoniętymi, Gra’daa - dźwięk poniósł się tylko po kilku osobach wokół nich, i choć nikt nie miał pojęcia, co to znaczy, w Zii wywołało wyraźną furię. Wstała szybko, z hukiem przewracając krzesło na podłogę i wyciągnęła długi, stalowy sztylet w jego stronę. - Sprawdź mnie - wycedziła przez zęby, trzęsąc się z wściekłości. Zdawała się całkiem ignorować fakt, że każda para oczu w tej sali była zwrócona w ich stronę. Kalam nie czekał długo z odpowiedzią. Wyciągnął identyczny sztylet spod płaszcza, z uśmiechem na twarzy powoli wycofując się na środek sali. Zia pewnym krokiem ruszyła za nim. Nim minęła chwila, wszyscy zebrani otoczyli dwójkę walczących w wielkie koło. Jedynie najwyższy kapłan Tarlok spokojnie siedział na swoim miejscu i popijał wino, czasami na nich spoglądając. Ze zrobieniem miejsca było trochę kłopotu, ale do noszenia krzeseł nie brakowało chętnych. Kiedy tylko pojęli, że ma się odbyć pojedynek między dwoma zabójcami, który mogą bez konsekwencji obejrzeć, natychmiast wzięli się do pracy. - Roth - wywołał innego opiekuna Kalam, który przyłożył dwa palce do ust w odpowiedzi i wszedł do kręgu, jednak stanął tuż przed publiką. - Teru - powiedziała Zia, a za chwilę obok niej pojawił się opiekun, pozdrawiając ją należycie i ustawił się przeciwnie do poprzedniego. - Wybierają sekundantów - wyszeptał ktoś stojący tuż obok Evana. Był to ten chudy jak patyk chłopak z bujną czupryną. Ciężko było określić, czy mówi do siebie, czy do kogoś. - Gotowa? - zapytał Kalam, znów narzucając swój wyzywający uśmieszek i ustawiając się w pozycji obronnej. Skinęła głową w odpowiedzi. Trudno było powiedzieć, kto zaatakował pierwszy. Evan, który miał szczęście znaleźć się w drugim, a jednocześnie ostatnim rzędzie widział wszystko doskonale, będąc zarazem bezpiecznym. Nie myślał o tym, dopóki nie zaczął się pojedynek. Nigdy nie widział czegoś takiego. Nie był w stanie nawet nadążyć myślami za tym, co się dzieje. Tu poszybował sztylet, tam pięść. Wydawałoby się, że oboje wpadli w jakiś bitewny szał, ale na ich twarzach malował się stoicki spokój i skupienie. Walka wydawała się idealnie wyrównana. Wszyscy oglądający wstrzymywali oddech. Najdziwniejsze było to, że ani Zia, ani Kalam jak dotąd ani razu nie oderwali stopy od podłoża. Walka toczyła się tylko za pomocą rąk, i choć cięcia były czasami skierowane bardzo nisko, udawało im się to sparować. Do tej pory Evan nawet nie wiedział, że możliwe jest sparowanie ciosu sztyletem. Minęły dwie minuty, i widać było pierwsze oznaki zmęczenia po obu stronach. W końcu mógł lepiej przyjrzeć się ciosom, które teraz traciły na prędkości. Pierwsze co zauważył, to zmianę stylu u Zii. Wcześniej tylko kontrowała, próbując zaatakować Kalama tuż po jego natarciu. Teraz nie robiła nic. Po prostu się broniła. Wolną ręką odbijała ciosy jego ręki, a sztyletem parowała ciosy drugiego ostrza. Nagle jej ręka wystrzeliła w kierunku jego twarzy, błyskawicznie jak na początku. Zdołał się uchylić w ostatniej chwili, a na jego twarzy znów pojawił się uśmiech. - Cios! - wykrzyknął Roth. Czubek sztyletu dotykał podbródka Zii, która łypała gniewnie na swojego przeciwnika, jednocześnie sapiąc ciężko z wysiłku. Kalam prychnął z niesmakiem, odłożył sztylet i wrócił do swojego stolika, jakby nigdy nic, zostawiając Zię samą, z widocznie narastającą furią w oczach. Ludzie wokół niej instynktownie cofnęli się o krok, ona jednak tylko wyszła z sali, po drodze narzucając na głowę kaptur. - Mówiłem. Gra’daa.
-
Bajka o Kotku i Butach
Frypciak odpowiedział(a) na Dekaos Dondi utwór w Proza - opowiadania i nie tylko
Czy trzeba coś jeszcze dodawać? To jest obiektywnie patrząc geniusz komedii. No i tyle. I nie nazywaj się fanem Bajki o Kotku i Butach jeśli nie potrafisz rozróżnić szczekającego kota od miauczącego psa - #1 Fan -
24.02.1294 r. Ery Spokoju Wiele dni spędziłem błądząc po pustyni Sukury, coraz bardziej popadając w beznadzieję. Jedyne co pamiętam to gorąco słońca i suchość w gardle. Na horyzoncie nie widać nic oprócz piasku. Może i mam szczęście, że nie natrafiłem jeszcze na żadnego smoka wydmowego? Teraz to mogłoby się okazać zbawieniem. Byłby to zapewne jeden z lepszych sposobów na zakończenie żywota w tym przeklętym miejscu. Dzisiaj wypiłem ostatnie krople wody z mojego bukłaka. Wielu ludzi ostrzegało mnie, żeby pod żadnym pozorem nie pić trującej wody z kolczastych roślin... Ale czy mam inne wyjście? Nastaje wieczór. Jestem na skraju sił. Zaczynam tracić przytomność co kilka minut, żeby zaraz obudzić się z twarzą w piachu. Nadal nie widać niczego oprócz tego przeklętego piachu. Nienawidzę go. NIENAWIDZĘ PIACHU Dziennik Nieznanego Wędrowca Rozdział II Potencjalny obserwator pomyślałby zapewne, że podczas całej drogi Evanowi i Lily towarzyszyła niezręczna cisza, ale to nieprawda. Rozmyślali oni po prostu nad usłyszaną opowieścią, oboje głęboko poruszeni. - Evan..? - odezwała się w końcu jako pierwsza dziewczynka. Brat spojrzał na nią, próbując na siłę wymusić uśmiech, ale kiedy zorientował się, że nie za bardzo mu to wychodzi, poddał się. - Tak? - Mówiłam, że warto. *** - Oni są po prostu beznadziejni - nie była w stanie skrywać frustracji kobieta - póki co jestem pewna, że nikt się nie nadaje. Mężczyzna spoglądał na nią z niejakim smutkiem, głównie dlatego iż wiedział, że miała rację. Choć przez większość czasu przesiadywał zamknięty studiując pisma, według raportów Zii żaden z adeptów nie przejdzie Próby. Jedyną osobą, która prawdopodobnie potrafiła to przetrwać, była ona sama. Jeśli jednak także by tego nie przeżyła, straciłby zbyt wiele, nie mógł sobie pozwolić na takie ryzyko. Nie teraz, kiedy liczba nowicjuszy była tak niewielka. - Myślę, że jestem gotowa, mistrzu. Tarlok popatrzył jej w oczy. Chciał w to wierzyć, ale w głębi duszy wiedział, że coś może pójść nie tak. Faktem było, że zostało niewiele czasu, bardzo niewiele. Musieli działać jak najszybciej, albo cała ich praca pójdzie na marne. - Ufam ci, Zio. Ale jeszcze nie czas. Kiedy nie będzie innego wyjścia, zostaniesz wybrana, ale na razie uważam, że to zbyt ryzykowne. Tymczasem rozglądaj się, może jednak ktoś z nich w końcu… - Nie rozumiesz, mistrzu - przerwała mu, co nie zdarzyło się jej nigdy dotąd. Darzyła go ogromnym szacunkiem, uważała za wielkiego człowieka i największego wyznawcę, ale teraz po prostu go nie rozumiała. Któż, jak nie ona? - nikt z nich na tyle nie wierzy w naszą sprawę jak ty czy ja, mistrzu. - Na tym właśnie polega twoje zadanie. Zrób z nich takich jak my. Spraw, by modlitwy do Bogini były dla nich przyjemnością, by każdym calu poświęcili się tylko niej. Wiem, że jesteś w stanie tego dokonać. Od ciebie zależy powodzenie naszej sprawy. Zia spuściła wzrok. Miał rację, to fakt, ale jednak nadal nie pojmowała, dlaczego nie właśnie ona zostanie tą wybraną. Przecież całe serce oddała swej Bogini, czy to nie było wystarczająco wiele? - Oczywiście, mistrzu. *** Kolejny dzień przyszedł tak szybko jak każdy inny, a i w końcu życie obrało swój normalny tor, a w miejsce smutku pojawił się z powrotem dobry humor. Szeroki uśmiech pojawił się na twarzy chłopaka. Pięć i sześć. Przebij to, ha... - Haha! - krzyknęła tryumfalnie Lily, widząc sumę dwunastu oczek - w takim razie ja mam osiemdziesiąt cztery sztuki złota, a ty… - Dwanaście - mruknął ledwie słyszalnie Evan, a dziewczyna zachichotała. - Powtórz, ile? - Dwadzieścia - wyszczerzył zęby chłopak, co całkiem zepsuło jego próbę skłamania. Lily pokręciła głową i zmarszczyła czoło. - Za oszustwo odejmujemy. - Nic takiego nie było mówione! - żachnął się - Niby ile? - Dwanaście sztuk złota! Chłopak naburmuszył się jeszcze bardziej i oddał w myślach dziewczynie ostatnie wyimaginowane pieniądze. Czas mijał im szybko i przyjemnie. Odkąd urządzili sobie kryjówkę w piwnicy pod spalonymi miejskimi koszarami, ich życie stało się troszkę łatwiejsze. Nie musieli każdej nocy szukać nowego schronienia, co podczas zimy potrafiło być prawdziwą mordęgą. Budynek ten nie był w użytku od bardzo dawna, a klapa piwniczna była tak dobrze ukryta, że nie musieli obawiać się o innych gości. Wystrój wnętrza nie był co prawda bardzo bogaty, ale wystarczający. W rogu były dwa łóżka z prawdziwego zdarzenia, a na nich ładnie ułożone, choć kiepskiej jakości, koce. Były one na tyle cienkie i dziurawe, że oboje spali pod przynajmniej trzema. Tuż obok łóżek stała niewielka, objedzona przez korniki komoda, w której trzymali wszystko, co się tam zmieściło. Po przeciwnej stronie stał regał na książki, choć mieli tylko dwa egzemplarze: “Bajki dla dzieci” oraz “Fauna i Flora Cansadonii”. Obie znali niemal na pamięć, bo potrafili je przeczytać po kilka razy w ciągu miesiąca. Jako, że była to piwnica pod koszarami, nie zdziwili się, gdy w jednym z rogów zobaczyli skład starego oręża. Przede wszystkim były to zardzewiałe miecze z czasów wojny z Morkandią, ale i tak przyniosły im ogrom dobrej zabawy. Wbrew pozorom były to dobre bronie, bo choć stare, stoczyli już nimi tysiące pojedynków. Jak dotąd żadna się nie złamała. Nie wiedząc co ze sobą zrobić, postanowili ruszyć nad strumień. - Chyba mam! - pisnęła Lily i szarpnęła długim drągiem, który trzymała w rękach. Ten drąg był tak naprawdę marną imitacją wędki twórczości Evana, a jednak do tej pory sprawdzał się doskonale. Na początku z rozbawieniem przyglądał się, jak dziewczyna ledwie utrzymuje ciężki kij nad taflą wody, podczas gdy on musiał użerać się z małym patykiem, który zrobił dla niej. Cały czas skarżyła się, że jedyną przyczyną pomyślnych łowów Evana była właśnie wędka, a teraz się obawiał, że mogła mieć rację. Chwilę później na rękach Lily wyszły jej spore, jak na jej wiek i płeć, mięśnie, a na twarzy pojawił się dziwny grymas. Przez chwilę szarpiąc drągiem na boki, by upewnić się, że haczyk się dobrze zaczepi, po kilku sekundach jednym mocnym szarpnięciem wyciągnęła zdobycz z wody. Przelatując tuż nad ich głowami, sporej wielkości krasnołuska uderzyła o grunt kilka metrów za nimi, a Lily pisnęła z zachwytu. - Lily trzy, Evan zero! - Tak, tak - wymamrotał chłopak po cichu, słabo ukrywając zazdrość. Do tej pory był niemal pewien, że wędkę dla Lily zrobił tak samo jak swoją, tyle, że w mniejszej skali. Obiecał sobie sprawdzić to przy następnej okazji - dobra potworze, to teraz trzeba znaleźć coś dla ciebie - Rzekł chłopak takim tonem, jak gdyby naśmiewając się z siostry, że ta nie jada mięsa. Ta ochocza kiwnęła głową i zaczęła iść w stronę miasta, podczas gdy chłopak zajął się wyjmowaniem haczyka z jamy ustnej ryby. Była to jedna z tych “brutalnych” czynności, których Lily najzwyczajniej w świecie nie lubiła, a on to szanował. Choć cieszył się, że udało mu się ją wychować bardziej w kierunku litościwej niewiasty niż nienawistnej morderczyni, to liczył, że jednak przyjdzie jej trochę odwagi. Może to jego wina, że nigdy nie pokazywał jej, jak powszechną rzeczą jest śmierć czy cierpienie, ale na pewno nie miał zamiaru tego robić w przeciągu przynajmniej pięciu lat. - Hmmm… A może tak: Ja dam ci dwie największe ryby, a w zamian dostanę od ciebie to słodkie, cukrowe coś - nieustępliwie targował się Evan, próbując zyskać na transakcji jak najwięcej. Oczywiście znał się z praktycznie każdym handlarzem w Nowej Sorannie (w końcu handel był sporym kawałkiem jego życia), a oni wiedzieli, że jest on zwykłym ulicznikiem. To jednak nie zmieniało nic: gdyby przestali sprzedawać towary najbiedniejszej części społeczeństwa, straciliby sporo klientów, a gdyby zrobili wręcz przeciwnie, czyli dawali im zniżki “z litości”, bogatsza część miasta byłaby oburzona. Więc tak po prostu, żyli razem ze wszystkimi w symbiozie, trzymając na równi każdego. - Nie chcę słodkiego - rzekła Lily słysząc propozycję brata. - Za dużo w tyłku - nachmurzył się Evan - więc czego sobie szanowna księżniczka życzy? - Chleba - odpowiedziała mu siostra, uciszając go natychmiast - słodkim się nie najem. Damy panu dwie mniejsze ryby za ten bochenek chleba - kupiec zgodził się ochoczo, bo ryb zaczynało mu w asortymencie zdecydowanie brakować i z uśmiechem na twarzy podał dziewczynce pajdę świeżego chleba. Evan z dumą patrzył na siostrę, stwierdzając, że udało mu się wychować bardzo mądrą dziewczynę. Oboje odeszli z targowiska zadowoleni zakupem. *** Przeszłość - Mamo, mamo! Zobacz, co znalazłem! - mały, ledwie pięcioletni, czarnowłosy chłopak machał z zachwytem jakimś przedmiotem trzymanym w ręce, starając się zwrócić uwagę matki. - Co to? - Laleczka! Rozprostował palce, ukazując małą, szmacianą lalkę. Materiał był w kilku miejscach rozdarty, ukazując ukryte w środku kamyczki. Na plecach laleczki widniały dwie łatki, a jednej z jej nóg w ogóle brakowało. - Jest śliczna - skomentowała i posłała mu ciepły uśmiech, którego nie był w stanie zignorować. Odpowiedział jej tym samym i przytulił się do niej mocno. - Evan? - zaczęła niepewnie kobieta. Jej głos lekko drżał. - Tak, mamo? - Myślisz, że poradziłbyś sobie, gdyby mnie nie było? To pytanie nie poruszyło chłopca. Był jeszcze małym, beztroskim dzieckiem, nie bał się niczego, a już na pewno nie przyszłości. - Jasne - uśmiechnął się od ucha do ucha - zawsze mam Lily. - Lily? - zapytała zdziwiona. Chłopiec puknął się w czoło i wskazał na lalkę. - Nazwałem ją Lily. *** Droga mijała im beztrosko. Kiedy mijali plac świątynny, uwagę Evana przykuło zbiorowisko ludzi w miejscu, gdzie poprzedniego dnia grajek Kyro oraz bajarz Morgli mieli swój występ. Z zaciekawieniem podszedł kilka kroków w stronę placu, ale kiedy rozpoznał z daleka zarysowane postacie, natychmiast zawrócił, jednak było już za późno. Lily bez zastanowienia ruszyła w środek tłumu. Ludzie otaczali niewielkie podwyższenie, na którym stały dwie postacie. Jedną z nich każdy mieszkaniec Nowej Soranny poznawał od razu - umięśniony mężczyzna, z twarzą przykrytą czarną chustą, był katem - osobą, która zgodziła się zaprzedać duszę diabłu i wykonywać najgorszą z prac. Taka była opinia Lily, bo wielu ludzi uważało, że była to praca jak każda inna. Tuż przed nim klęczał siwy, brodaty starzec, mający na sobie tylko poszarpane, przebarwione od brudu spodnie. Na jego klatce piersiowej widniały dwa rzędy żeber, których wręcz nie dało się przeoczyć. Dziewczynka go poznała - był to Herban, miastowy żebrak. Widywała go przynajmniej kilka razy w tygodniu i znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że nie skrzywdziłby muchy. Nim minęła chwila, tuż obok niej pojawił się Evan. Przez moment próbował odciągnąć ją od przedstawienia, ale kiedy ujrzał postać skazywanego, sam zaczął oglądać. Postanowił ograniczyć się tylko do zasłonięcia oczu Lily. - Za co go skazali? - zapytał jakby ze znudzeniem stojącego obok obywatela. Evan z obrzydzeniem stwierdził, że facet był tak zafascynowany widokiem, że nawet nie odrywał wzroku od szubienicy. - Podobno kogoś zabił. Jakiegoś możnego, młody panie. Dostanie to, na co zasłużył - ostatnie zdanie wypowiedział z podnieceniem, napawając się widokiem przerażonego starca. Chłopak odpowiedział tylko ledwo słyszalnym “ta” i popatrzył z powrotem na Herbana. Znał go. To nie mógł być on. Niejednej zimowej nocy nawzajem opowiadali sobie o życiu: Evan o tym, jak wychowywał Lily, a starzec o jego pobycie w armii. Był larissańskim rekrutem jeszcze za czasów, kiedy Larissa była tylko bezimiennym państwem. Walczył ramię w ramię z tysiącami innych, zwyczajnych ludzi, nigdy nie trzymających w rękach broni innej niż widły, a to wszystko w imię ojczyzny, którą kochał. Morkandyjczycy spalili jego gospodarstwo i zamordowali rodzinę, wliczając dwóch synów, w których pokładał ogromne nadzieje. Mimo to, nie oszalał, nie został mordercą ani złodziejem, tylko pogodził się ze swoim losem i przez lata żył jako żebrak, lecz uczciwie. Na pewno nie mógł nikogo zabić. Evana nie dziwiło zbiorowisko. Stały tam setki ludzi, i choć każdy z nich został obdarzony wolną wolą i zdolnością myślenia, teraz byli tylko tępym motłochem. Z radością przyglądali się jak jeden z ludzi, taki sam jak oni jest mordowany niczym bezbronne zwierzę. Nawet nie pozwalając sobie na mrugnięcie, zafascynowani zbliżającym się aktem okrucieństwa, krzyczeli coraz głośniej, przypieczętowując los wychudzonego starca. Koniec końców, w Nowej Sorannie rzadko działo się coś tak niezwykłego. - Zabić go! - Zabić! Chłopak poczuł ciepło łez spływających mu po dłoniach. Może i Lily nie widziała co się dzieje, ale krzyki ludzi była w stanie usłyszeć. Przez chwilę chciał zabrać ją z powrotem nad rzekę, zapomnieć o troskach tego świata i znów żyć chwilą, ale nie. Musiała przez to przejść, musiała być silna. Miała już dziesięć lat, a on do tej pory przekonywał ją, że świat jest pięknym miejscem, nigdy nie pokazując na czym naprawdę polega życie. Zdołała przetrwać tyle czasu bez dachu nad głową, zdoła przetrwać i to. Zdjął ręce z jej powiek i mocno przytulił, ale pozwolił jej patrzeć. To była jej decyzja. Możesz odejść, możesz zostać, wybór należy do Ciebie. Dziewczynka cały czas stała, przyglądając się widowisku. W jednej chwili ryk publiczności ucichł, kiedy na podeście pojawił się nikt inny, jak sam król Harlun. Odziany w długą, ciągnącą się za nim szatę, ozdobioną różnego rodzaju brylantami, machał rękami do poddanych, którzy natychmiast poczęli bić brawo. Nie był on co prawda złym władcą, raczej przeciętnym, a to oznaczało tyle, że za nieuwielbianie go nie ucinano głowy, a “tylko” ręce. - Poddani! - zaczął przemowę, unosząc ręce do góry - Zebraliście się tutaj, by na własne oczy zobaczyć, co się dzieje z ludźmi, próbującymi zaburzyć równowagę tego kraju! Kiedy tylko ludzie wychwycili pauzę w mowie króla, natychmiast zabrali się za bicie braw, aby zaraz pozwolić mu kontynuować. - Ten oto gad, mający czelność nazywać siebie larissyjczykiem, własnymi rękoma zabił Declana Seaforda, szanowanego arystokratę! Tłum zabuczał, pokazując swoje oburzenie, choć większości z nich nie obchodził los szlachcica. Po prostu czekali na wyrok, do którego zawieszenia dopuścić nie mogli. - Jaki obywatel naszego wspaniałego kraju jest tak zepsuty, by stanąć przeciwko własnym braciom? - kontynuował władca - czyż nie nacierpieliśmy się już wystarczająco przez naszych sąsiadów? Król podszedł do skazanego i zwrócił się bezpośrednio do niego, choć mówił tak głośno, by każdy w tłumie mógł usłyszeć. - Czy chociaż przyznasz się do tej zbrodni i przebłagasz bogów, by wybaczyli ci tą niegodziwość? Herban wcale się nie przyznał. Nawet nie podniósł głowy, by spojrzeć na władcę, tylko pokręcił głową, a jego drżenie było widać z dwustu metrów. Wypowiedział zdanie tak cicho, że w hałasie jaki wydawał tłum nie dało się tego usłyszeć, ale Lily wyczytała wszystko z ruchu warg. “Ja tego nie zrobiłem” To było dla niej za wiele. Wyrwała się z uścisku brata i popędziła w kierunku platformy, odpychając ludzi napotkanych po drodze. Słyszała krzyk biegnącego za nią brata, ale nie zatrzymała się. W jednej chwili każda osoba stojąca w tłumie zakrzyknęła ze zdziwienia, kiedy dziesięcioletnia dziewczynka w poszarpanych ubraniach stanęła kilka metrów od samego króla, rozkładając ręce na boki by zasłonić rzekomego mordercę. - On tego nie zrobił - wycedziła przez zęby Lily, bardziej wściekła niż przerażona, choć nie można było tego powiedzieć o Evanie. Stał zaledwie krok od podestu, gorączkowo próbując coś wymyślić i mając nadzieję, że to tylko zły sen, z którego zaraz się obudzi. Ale tak się, niestety, nie stało. Król był w tym momencie równie oszołomiony co każdy inny oglądający tę scenę. Nigdy w życiu nikt go tak bezczelnie nie upokorzył. Otępiałym wzrokiem spoglądał na dziewczynkę, z wściekłym grymasem na twarzy. Kiedy zorientował się, że ludzie na niego patrzą, wyprostował się i zaśmiał, najgłośniej jak tylko potrafił. - Mamusia chyba cię nie upilnowała, co, dziecinko? - uśmiechnął się do niej, a w tłumie dało się usłyszeć wybuchy śmiechu. Wypowiadając to zdanie, król jasno zaznaczył, że daje jej szansę na uniknięcie kłopotów, ale ona się nie wycofała. - Kim ty jesteś, by decydować o ludzkim życiu? Tym razem Harlun już nie wytrzymał. Szybkim krokiem podszedł do dziewczynki i bez zastanowienia ją spoliczkował. Siła uderzenia obróciła jej głowę o dziewięćdziesiąt stopni, ale nie uroniła nawet łezki. Znów spojrzała wprost na niego i splunęła mu w twarz. W jednej chwili wszyscy ludzie w tłumie wstrzymali oddech, nie wierząc na własne oczy. Evan czuł, jak jego serce wyrywa się z piersi. Wszystko było już stracone. Oszołomiony król wycofał się o krok, przecierając twarz rękawem szaty, ze wściekłością wskazując na dziewczynkę i klnąc wniebogłosy. Dwóch towarzyszących mu gwardzistów podeszło do Lily, a jeden z nich zamachnął się wielkim, metalowym morgenszternem, celując w głowę. Evan nie wierzył w to, co właśnie robi. Z całej siły wybił się od ziemi i rzucił się na strażnika, spadając razem z nim po drugiej stronie podestu. Upadek na ramię z metrowej platformy na pewno nie należał do najprzyjemniejszych, ale Evan nie zważał na ból. Usiadł okrakiem na klatce gwardzisty i zaczął okładać go po twarzy, nie dając mu wziąć oddechu. Już nawet nie zwracał uwagi na okrzyki zdumienia otaczających go ludzi. Kiedy usłyszał głuchy odgłos butów uderzających o grunt, natychmiast wstał i obrócił się, by w ostatniej chwili uniknąć ciosu wielkiego jednosiecznego topora dzierżonego przez kata. Dopiero teraz, kiedy znów mógł spojrzeć na podest, ujrzał drugiego królewskiego gwardzistę, który ciągnął Lily za włosy, próbując usadowić ją tuż obok skazańca. Dziewczynka szarpała się i piszczała, aż strażnik zniecierpliwił się na tyle, że kopnął ją w twarz, aż zachłysnęła się własną krwią. W Evanie wezbrała wściekłość. Uniknął kolejnego ciosu topora, po czym kopnął kata prosto w krocze. Ten zgiął się z bólu, a chłopak natychmiast to wykorzystał. Wyminął przysadzistego mężczyznę i wskoczył na podest. W momencie, kiedy Evan był już na górze, gwardzista obrócił się, ale jedyną rzeczą którą ujrzał, była pięść chłopaka. Mocny sierpowy zwalił z nóg strażnika. Nie tracąc czasu, Evan pociągnął za rękę siostrą i zeskoczył z podestu, biegnąc w losowym kierunku. Nie zrobił pięciu kroków, a poczuł przeszywający ból w prawej stopie i usłyszał chrzęst pękających kości. Przełknął ślinę i, nie zaprzestając biegu, spojrzał tylko w dół. Miał wbity trzydziestocentymetrowy bełt, choć widoczna była zaledwie jego połowa. Kilka kroków później chłopak poczuł kolejny pocisk, który tym razem utkwił w jego ramieniu. Siła uderzenia szarpnęła jego ciałem na bok, ale nie zwaliła z nóg. Przed oczami zaczęły mu się pojawiać czarne plamki, lecz biegł dalej, myśląc tylko, by nie puścić ściskającej go dłoni. Kiedy poczuł trzeci pocisk, który przeszył jego udo, wydając przy tym nieprzyjemny dźwięk, mimowolnie uderzył twarzą o ziemię. Widział wszystko jak przez sen: zapłakana Lily klęczała przy nim, krzycząc coś, czego nie był w stanie zrozumieć. Chciał jej coś odpowiedzieć, pocieszyć ją, ale nie mógł wydać z siebie żadnego dźwięku. Tak bardzo chciało mu się spać... Czuł, że kiedy zamknie oczy, ból minie, ten okropny ból nie do zniesienia. Ostatnim, co zobaczył, była grupa strażników zabierających jego siostrę.
-
Bardzo dobrze napędzający wyobraźnię tekst :D Rozmowa kelnera z Cukrowym Dziadkiem była pięknym zakończeniem dla głównej części historii. No to jest dopiero niespodziewane zakończenie. Czekam na więcej takich!
-
@Max Bardzo mnie to cieszy bo mam na dysku kolejne osiem rozdziałów, ale żeby podbudować napięcie poczekam z wrzuceniem ;)
-
Łał. Mam wrażenie jakbym czytał symulator "jak nasze babcie myślą jak rozmawia młodzież". Krótkie, zwięzłe odpowiedzi są przepiękne. A wyrażenie "Zjeżyłem się niczym zwierz jeż" zaklepuje i od dzisiaj będę używał go na co dzień.
-
Kim jesteśmy, by nie lękać się bogów? Czy zasługujemy chociaż na odrobinę współczucia z ich strony? Za wszystkie plugastwa, które uczyniliśmy? Czy to właśnie my, ludzie, spowodowaliśmy ich odejście w przestworza? Czy tam nie są skalani naszymi grzechami, nie muszą spoglądać na najgorsze dzieło ich rąk? Czy nie wystarczy zaledwie ich mrugnięcie, by zakończyć nasz żywot raz na zawsze? Kim jesteśmy, by czcić bogów? Czy nie jesteśmy niechcianymi dziećmi? Zbyt niewinnymi by nas unicestwić, a jednocześnie zbyt winnymi, by nas przyjąć? Może to, że każdy z nas jest skazany na łaskę innego człowieka, to jedyna wystarczająco surowa kara? Kim jesteśmy, że bogowie lękają się nas? Czternasty Skryba III Żelazny tom Rozdział I Słońce zniknęło z horyzontu dobrych kilka godzin temu, a Evan nadal obserwował gwiazdy, dumając nad… Wszystkim. To zabawne, bo choć codziennie takim sposobem rozkładał przeszłość na czynniki pierwsze, następnego dnia robił to znów i znów, powoli popadając w rutynę. Co lepsze, wcale na to nie narzekał, a wręcz przeciwnie, bo za każdym razem od nowa mógł śmiać się z jakiegoś smaczka, który go w życiu spotkał. A życia nie miał lekkiego. Jego matka umarła przy porodzie, zostawiając po sobie tylko i wyłącznie niemowlę, którego sumienie Evana nie pozwalało porzucić - tego właśnie dnia zaczął się koszmar życia ośmiolatka i kilkuminutowej dziewczynki. Koszmar? Sam nie wiedział. Oczywiście, życie na ulicach Nowej Soranny bywało ciężkie, ale koszmar dzielony z kimś staje się czymś zupełnie innym. Przygodą? Wspomnieniem? Sam nie wiedział. Wiedział jednak, że nie żałował żadnego dnia. Ale czy chciałby przeżyć to wszystko jeszcze raz? Tu już nie był taki pewien. Kiedy jeszcze jego matka była razem z nim, wszystko było dobrze - co prawda mieszkali na ulicy, ale zaradność tej kobiety nigdy nie pozwoliła mu zaznać głodu. Dopiero kiedy został sam z niemowlęciem, zobaczył, jak mądra była. Od tego czasu minęło już dziesięć lat, a on nadal sobie nie radził. Nie liczył nawet, że będzie żył jak przeciętny obywatel Nowej Soranny, ale miał nadzieję znaleźć chociaż... Schronienie? Pracę? A jednak jego życie przez ten cały okres jakby stało w miejscu. Zawsze, będąc o krok od śmierci głodowej, cudem udało mu się złapać jakąś robótkę lub znaleźć pod podłogą karczmy kilka miedziaków. Wydawałoby się, że życie lubi się nad nim znęcać. Z bezdennego odmętu nieszczęść, na jakie skazało go przeznaczenie, znalazł jednak kogoś, kto potrafił tą dziurę zapełnić - Lily. Wiadomym jest, że kiedy spędzi się z kimś dziesięć lat, dwanaście miesięcy w roku, cztery tygodnie w miesiącu i tak dalej, nieuniknione jest wzajemne przywiązanie… Ale kiedy te dziesięć lat to prawdziwa walka o przetrwanie, to nie jest zwykła więź, a uzależnienie od drugiej osoby, dzielenie z nią duszy, najzacniejsza forma miłości. Siostrzano-braterskiej miłości, oczywiście. Spojrzał w kierunku słodko drzemiącej Lily. Gdyby tylko mógł jakoś poukładać ich życie, dać jej odrobinę takiego, na jakie zasługiwała. A zasługiwała na wspaniałe - miała ogromne serduszko, choć umieszczone w tak małym ciele. Czasami to właśnie Evan uczył się od niej, jak powinien zachować się prawy człowiek, co jest humanitarne, a co nie, co powinien robić, a czego nigdy nie próbować. Tak w sumie to tylko dzięki niej potrafił jeszcze czerpać radość z życia. Uśmiechnął się, widząc jak dziewczyna bezskutecznie próbuje powstrzymać długą grzywkę przed łaskotaniem twarzy. Oczywiście, była mądrą dziewczynką, ale jak każda dziewczynka, miała swoje upodobania i zachcianki - jedną z nich była okropnie długa grzywka, na której ścięcie dotąd nie dała się namówić. Chciałaś, to masz. Chłopak przekrzywił lekko głowę i spojrzał z ukosa na Lily. No tak, grzywka zdecydowanie jej pasowała. Szkoda tylko, że na ulicy nie ma chłopców, za którymi chciałabyś uganiać. Uśmiechnął się pod nosem. Raczej ciężko by mu by było przetrawić coś takiego. Jest jeszcze młoda, nie jest na to gotowa. A może ja nie jestem? Szybko zbeształ się za taką myśl. Była od niego osiem lat młodsza, a on wciąż nie myślał o związkach i innych takich bzdetach. Dlaczego ona miałaby myśleć inaczej? W końcu Evan zaczął odczuwać pierwsze oznaki zmęczenia, które uznał za dar od niebios. Dziewczyna pewnie obudzi go z samego rana, więc każda minuta była dla niego na wagę złota. Dochodząc do wniosku, że tej nocy namyślił się wystarczająco, położył się na boku, gotowy do snu. - Evan… Śpisz? - wyszeptała do brata dziewczyna, obudzona przez dotyk własnych włosów. Jedynym, co jej odpowiedziało, było ciche chrapanie Evana. *** - Sytuacja jest naprawdę nieprzyjemna, nawet karawany z okolicznych miast i wsi nie są już w stanie... - ciągnął nasuwanie swoich myśli generał Einzaff. Wielki, przysadzisty mężczyzna był legendą wśród laryssyjczyków, osławiony dzięki doskonałemu zmysłowi taktycznemu, rozległej wiedzy o historii wojen i, oczywiście, dzięki instynktowi. Tak naprawdę bardzo długo był tylko podrzędnym dowódcą, do czasu kiedy został wysłany z samobójczą misją, z której wyszedł zwycięsko. Zdesperowany król, widząc, jak bardzo przegrywa wojnę, próbował odwrócić uwagę cansadończyków, atakując jeden z dwóch zamków granicznych. Cały plan polegał na tym, by zdobyć jeden z nich, w tym przypadku Kanns, próbując wmówić przeciwnikowi, że tak naprawdę chodzi im o drugi bastion, Miranę. Łańcuch górski był na tyle rozległy i niebezpieczny, że nie dało się przekroczyć granicy bez odwiedzenia jednej z fortec, więc były to praktycznie najważniejsze punkty strategiczne. Ku zdziwieniu wszystkich, zamiast gońca z informacją o śmierci Einzaffa i całego jego batalionu, króla odwiedził on sam, przynosząc informacje o zwycięstwie w Miranie. Nie minął dzień, a już powstały ballady o bitwie trzystu larissańskich piechurów, bez pomocy machin wojennych, z dwutysięczną armią, ukrytą za dwumetrowymi kamiennymi murami, z której to z życiem uszedł prawie tuzin, z Einzaffem na czele. - A Jervin? Wiadomym jest, że mają od dawna na pieńku z Cansadonią, więc nasza wojna jest dla nich jak znalazł - przerwał mu Rins, królewski dyplomata. Dla większości było to tajemnicą, ale nie specjalizował się on tylko w pisaniu ustaw pokojowych, bo potrafił i zaplanować przebieg wojny, a jego radę Einzaff bardzo sobie cenił. Odkąd to w jego rękach spoczął los wojsk Larissy, nie planował nic bez wcześniejszego zapytania Rinsa. - Nie… - Einzaff w zadumie drapał się po brodzie, rozmyślając nad możliwymi skutkami ich decyzji - jeśli plotki o sojuszu Cansadonii i Klanów Krasnoludzkich są prawdziwe, niziołki na pewno nam nie pomogą, a możliwe nawet, że obrócą się przeciw nam. - Gadanie! - machnął ręką król Harlun, trzeci i ostatni uczestnik spotkania, podczas gdy dwaj pozostali w wyobraźni przewracali oczami. Choć nie mówili tego na głos, obaj uważali, że dziedziczenie tronu ma tyle sensu, co żniwa podczas zimy. Jedyne, co Harlun miał w sobie królewskiego to krew, umiejętność wydawania ogromnej ilości pieniędzy i pociąg do zdradzania żony. Einzaff, któremu od dziecka wpajano lojalność wobec króla, ograniczał się tylko do modłów o rozum dla Harluna - prędzej zabiłby się, niż powiedział złe słowo na swego króla. Jednak Rins niejednego zakrapianego alkoholem wieczoru myślał, jak możnaby pozwolić zasiąść na tronie komuś rozsądniejszemu - plotki i tyle! - Musimy wziąć pod uwagę każdą możliwość, wasza wysokość - zwrócił się Einzaff bezpośrednio do władcy, choć ta informacja przeznaczona była głównie dla Rinsa, który tylko kiwał głową z zastanowieniem - aby zminimalizować straty. - Może najemnicy? - od niechcenia narzucił pomysł Rins, traktując go na poważnie zaledwie w połowie, choć doprowadził on Einzaffa do stanu jeszcze większego skupienia. Może ten pomysł wcale nie był taki głupi? Berserkerzy z Zerg. Kto by pomyślał, że miasto może utrzymać się jedynie z grabieży i usług najemniczych? Ogromne miasto, niepodległe, bez przynależności, bez władcy. Gigant, który łamał wszystkie prawa ekonomii jakby były niczym. Choć wielu ludzi uważało to za najbardziej niebezpieczne, prymitywne i brudne miejsce na świecie, Rins uważał je za cud. Jak to możliwe, że urzędnicy codziennie walczą o to, by utrzymać w ryzach gospodarkę, kiedy ta banda barbarzyńców, pijaków i łotrów… Po prostu żyje? Co gorsza, Zerg było ostatnim miejscem w jakim Rins podejrzewałby kryzys ekonomiczny. Wszystkie tryby tam po prostu działały, mimo że nikt ich nie oliwił. Einzaff stanął do walki z zergiańskim berserkerem, raz, jeszcze kiedy był ledwie chłopcem. To był jeden z niewielu momentów, kiedy naprawdę się bał o swoje życie. Nawet on, wielce utalentowany, młodociany geniusz boju szkolony przez najlepszych szermierzy królestwa nie miał szans z niepowstrzymaną siłą furii i dzikiej agresji. To było jedno z bardziej przerażających doświadczeń jakie go w życiu spotkały, a bardzo dużo w życiu przeżył. - Tfu - splunął na podłogę władca, słysząc wzmiankę o “płatnej armii” - nigdy nie będą walczyć po mojej stronie! - Ale panie, to może… - Nie! - przerwał generałowi król, jasno pokazując, kto dzierży władzę - Nigdy! *** - Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Siedział na ławeczce, pogryzając len... Evan przewrócił oczami, znów słysząc to samą przyśpiewkę, która dręczyła go przez ostatni tydzień codziennie. - Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Myślał, że zobaczył smoka, a to tylko sen… Te teksty mają coraz mniej sensu, pomyślał sobie chłopak, słysząc nowy wers ułożony przez siostrę. - Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Hmmm… Eee… Evan? - Nie. - Nawet nie wiesz, o co chciałam zapytać! - Zgaduję, że moja odpowiedź będzie tak brzmiała: nie. Dziewczyna pogrążyła się na chwilę w zadumie, ale wbrew pozorom nie była to oznaka poddania się. - Odpowiedź nie może brzmieć “nie”. - Więc tak. - “Tak” też nie - nie dawała za wygraną Lily. - Więc nie wiem! Ha! - zatriumfował chłopak, a dziewczyna w odpowiedzi puknęła się w czoło. - Chciałam zapytać, jaki jest rym do “sen”. Evan popatrzył w niebo, szukając inspiracji. Nie minęła chwila, a już zaczął wymieniać, co mu przyszło do głowy. - Tren, cen, gen, hen… - Stój! - przerwała mu siostra, nim zdążył do końca się wykazać - To się nada w sam raz! Oto chłopczyk ten… Ma na imię Ben… Nim się zorientował, smok odleciał hen! - dziewczyna klasnęła w dłonie, zadowolona ze świeżo powstałego tworu jej autorstwa, a przynajmniej w połowie. - W nagrodę mogę dostać odrobinę spokoju? - zapytał z nadzieją w głosie, chociaż przewidział reakcję Lily. - Phi - wzdychnęła z teatralną pogardą i kontynuowała układanie przyśpiewek - Oto chłopczyk ten… Choć jej brak posłuszeństwa był z pewnością irytujący, wywołał na twarzy Evana uśmiech. Kiedy dziewczyna tylko przekonała się, że gra na nerwach bratu, zaczęła recytować głośniej, szybciej i więcej, rzadko robiąc przerwy na złapanie oddechu. Doskonale wiedziała, że jedynym efektem będzie poprawienie nastroju obydwojga. Po długiej, podsyconej piosenką, w której zaczął uczestniczyć nawet Evan, wędrówce, doszli do miejskiego targowiska. Chłopak z uśmiechem spojrzał na to tętniące życiem miejsce. Na jednym ze straganów dojrzał jubilera, tutejszego mistrza obracania kota ogonem, który bez większego problemu sprzedał miedziany pierścień z niebieskim kamieniem, który uporczywie nazywał “szafirem” starszej kobiecie w dostojnych ubraniach. Błyskotka kosztowała ją prawie dwieście razy więcej, niż koszt materiału na jej produkcję. Tuż obok przekrzykiwali się rybacy, rozprawiając na temat jakości i ilości połowu, cenie ryb czy poziomu zasolenia wód i innych rzeczach, o których Evan nie miał zielonego pojęcia. Jeszcze dalej jeden z kowali przyjął dumną postawę i krzyżując ręce na piersiach, stał obok wystawy z orężem wszelkiego rodzaju, od zwykłych noży kuchennych czy sztyletów po ogromne halabardy, piki i dziryty. Nie zabrakło także pancerzy, wyszorowanych na błysk. Wśród kilku egzemplarzy kolczug i zbroi łuskowych, w centrum prezentowała się wspaniała płytowa zbroja, która, jak było widać od razu, była perełką wśród prac kowala. Stanęli przy stoisku z egzotycznymi dobrami. Było to ulubione miejsce Lily, pomimo gburowatej staruszki która prowadziła ten sklepik. Evan od dawna próbował rozgryźć skąd sprowadzała towar, jednak bezskutecznie. Nie próbował nawet się zastanawiać, na ile było to legalne. - Co to? - zapytała Lily, wskazując na drewniany przedmiot o dziwacznym kształcie. - Bumerang - burknęła sprzedawczyni z pogardą, zażenowana brakiem wiedzy dziewczynki - to broń. - Broń? - zastanawiała się dziewczyna. Jak takie coś może być bronią? Jak to chwycić? A może to broń obuchowa? - i jak niby walczy się tym bugerangiem? Evan parsknął śmiechem. - Rzucasz, a on wraca i wali cię w czoło. To broń na idiotów, dajesz mu taki "bugerang" a ten rzuca i sam się powala. Genialne. - Durnie! - żachnęła się starucha - można nim rzucić tak, by skręcił w locie i uderzył przeciwników za zasłoną. - Ale trzeba najpierw znaleźć durnia, który sam nim rzuci - dokończył Evan, w pełni świadomie denerwując sprzedawczynię. - To może ty nim rzuć! - już w pełni swojej furii krzyknęła staruszka - Na pewno nikt nie tęskniłby za takim pyskatym nicponiem jak ty! Sklep zamknięty, wynocha! Chichocząc, zabrał Lily ze sobą i ruszył dalej. Ta aż się wzdrygnęła kiedy ją złapał za ramię, bo wciąż próbowała zrozumieć jak pocisk może skręcić w locie. W końcu uznała po prostu, że starucha jest szalona. - Proszę, jaka śliczna mała dziewczynka! Mam tutaj piękne kwiaty dla pięknych dam - zaczepił ich sprzedawca kwiatów, uśmiechnięty od ucha do ucha - zaledwie cztery miedziaki za różę, która zapewne świetnie by się wkomponowała w tą długą, anielską grzywę! Evan tylko odwzajemnił uśmiech i pokręcił głową, zasmucony faktem, że nie może nawet pozwolić sobie na taki skromny prezencik dla Lily. Ta jednak, w ogóle nie zrażona tym faktem, wystawiła język handlarzowi i przyśpieszyła kroku, chichotając pod nosem. - Anielska ma grzywa nie potrzebuje jakichś badziewi, żeby lśnić - wypowiedziała z zadowoleniem i zarzuciła włosami, po czym zaczęła chichotać jeszcze głośniej. - Ma grzywa już powoli zaczyna doganiać twoją - stwierdził Evan, wcale nie żartując. Jego włosy nie ścinane od miesięcy powoli zaczęły sięgać ramion, a zatłuszczone były tak, że ich naturalny, bladoszary kolor zmienił się w, jak to nazywała Lily, “czarny jak śmierć”. Chłopak uznał, że ciemniejszy odcień istnieć nie może. - Więc dzisiaj zrobimy ci strzyżenie! - krzyknęła z zadowoleniem, wyobrażając sobie, jaką kreatywną stylizację zafunduje bratu. - Chyba jestem do tego zmuszony... Dziewczyna już miała mu wytknąć, jak zaszczycony powinien się czuć, mogąc być jej klientem, kiedy jej uwagę przyciągnął mówca, stojący na podwyższeniu i krzyczący do otaczającego go tłumu. - Tego wieczoru, na placu świątynnym, nadejdzie okazja, by prosty chłop czy nawet szlachetny hrabia mógł przypomnieć sobie historię powstania naszego wspaniałego królestwa! Duet najlepszych z najlepszych, asów laryssańskiej poezji, władców słów i nut, poskramiaczy piór... Szturchnęła brata, wskazując palcem mówcę. Ten, przez moment zaciekawiony, szybko zniechęcił się, słysząc powód całego zebrania. - ... Morgli Złote Pióro oraz Kyro Czarny Kruk, tylko dzisiaj, właśnie tutaj, w Nowej Sorannie! - Pójdziemy? - zapytała Lily. Sprytnie wychwytując jego reakcję, postanowiła od razu użyć swoich najlepszych zdolności perswazyjnych - podnosząc powieki najwyżej jak była w stanie, nie bez trudu wywołała efekt szklanych oczu. Długo to ćwiczyła. - Bogowie, przecież to dno… A połowa z tych historii to nieprawda, a oni tylko liczą na pieniądze… - w odpowiedzi dostał tylko błagalny wzrok siostry. - Proszę... W końcu udało jej się wywołać małą łezkę, która przechyliła szalę zwycięstwa na jej stronę. Evan, widząc, jak bardzo się stara, podniósł ręce do góry w geście kapitulacji. - Eh, niech stracę… - Jeeej! - zachwyciła się Lily, jej niedawna maska zniknęła natychmiast, a jej miejsce zajął tradycyjny, nieznikający uśmieszek. *** - Więc, jak szanowny pan sobie życzy? - Zostawiam to twojej… Wyobraźni - Odpowiedział Evan i przełknął ślinę. - Życzenie rozkazem - rzekła z uśmiechem Lily, ostrząc małą brzytwę o kawałek pordzewiałej rury. Regularny dźwięk metali podbudowywał atmosferę grozy, dodając chłopakowi niepewności, a dziewczynce radości. Na zakończenie ostro szarpnęła ostrzem, które wydało charakterystyczny dźwięk. Dźwięk początku zabawy. - Niech gra muzyka! - krzyknęła dziewczynka i zabrała się do pracy. Szybkie szarpnięcia brzytwą napędziły wyobraźnię Evana, który miał przed oczami wyimaginowane obrazy samego siebie za kilka minut. Nie posiadali zwierciadła, więc jedynym sposobem, by mógł dowiedzieć się jak wygląda, było spojrzenie w taflę wody, ale mógł sobie na to pozwolić po zakończeniu całej operacji. Jak mawiała to jego siostra “profesjonalisty nie można wybić z transu, by jego dzieła były perfekcyjne”. Mała diablica. Z czasem, ogromne sterty włosów ścinane przez Lily zmieniły się w krótkie, półcentymetrowe odcinki, a Evan poczuł się spokojniej. Wiedział przynajmniej, a raczej miał większą pewność, że dziewczyna nie chce mu zrobić jakiegoś chorego żartu. Ona jednak nie żartowała. Działała jak w transie, zapominając o otaczającej rzeczywistości. Fryzjerstwo było zajęciem, które, jak uważała, było jej przeznaczone. Żałowała, że Evan nie jest w stanie zobaczyć, jak bardzo jest utalentowana, bo bez żadnej fałszywej skromności o tym mówiła - ale jednak czym innym jest słyszeć, a czuć to samo. Przyłapywała się nawet na tym, że co jakiś czas zamykała oczy, dając odpocząć zmysłom i polegając tylko i wyłącznie na instynkcie. - Skończyłam - rzekła w końcu dziewczynka i odłożyła brzytwę na bok. Stanęła przed Evanem, oparła ręce o biodra i zaczęła powoli kręcić głową, cmokając ustami - przeszłam samą siebie. - Nie uwierzę, póki nie zobaczę - odpowiedział całkowicie szczerze Evan i ukląkł na brzegu rzeki. Choć woda nie była do końca czysta i lśniąca, dojrzał swoje odbicie. No nieźle… Nie był zawiedziony. Lily miała rację, nikt, kto było to zobaczył, nie mógłby rzec, że jest to robota dziesięcioletniej dziewczynki. Grzywkę skróciła do jednej piątej dotychczasowej długości, zostawiając tylko jeden dłuższy kosmyk po prawej stronie, który zgodnie z prawami fizyki rządzącymi włosami Evana, sam układał się w oczekiwanym miejscu, zawsze delikatnie muskając policzek. Całą część górną skróciła tak, by nie przekroczyła długości grzywki, i porządnie rozczochrała. Za to z tyłu włosy zostawiła ciut dłuższe, sięgające niemal do do połowy długości szyi. A to wszystko zrobiła za pomocą tylko i wyłącznie wyszczerbionej brzytwy. To nie było dzieło amatora, ani profesjonalnego fryzjera. To było dzieło artysty. - I jak, podoba się? - zapytała z niepewnością, choć oczekiwała, a nawet spodziewała się pochwały. Jeszcze nigdy nie była tak dumna z siebie jak teraz. Wiedziała, że Evan nie powie jej wprost, że jest wspaniale, tylko rzuci coś kąśliwego, typu “od biedy ujdzie”. - Od biedy ujdzie - rzekł i zrobił skwaszoną minę, a dziewczynka pisnęła radośnie. To było coś lepszego niż pochwała. *** - To jest nasza ostatnia szansa odwrotu… - Nie. - Błagam… - Nie. Dziewczyna była nieugięta. Za każdym razem, gdy tylko Evan zaczynał ją namawiać na rezygnację, ta tylko przyspieszała kroku. W Nowej Sorannie rzadko miały miejsce takie atrakcje, jak wieczorne opowieści i przyśpiewki. Do tego darmowe. Oboje usadowili się z tyłu, aby tylko nie trafić w środek bójek, które, przy ilości obecnych tam beczek pełnych różnego rodzaju alkoholi, były zapewne nieuniknione. Od razu widać było, że przyjezdni artyści zadbali o atmosferę. Zamiast wielkiego podwyższenia, tłumu tancerek i połykaczy mieczy, wszystko działo się przy wielkim ognisku, nadającym poważny klimat wśród otaczającego mroku nocy. Bard Kyro, znany ze swojej wszechstronności w używaniu instrumentów strunowych, miał tylko lutnię, którą właśnie nastrajał, starając się uzyskać idealne do dzisiejszego wystąpienia tony. Ubrany był w zwykłą bawełnianą szatę w ciemnych kolorach, noszoną przez biedniejszą część arystokracji, no i oczywiście trójkątny czepek z piórem - znak rozpoznawczy grajków. Tuż obok siedział bajarz Morgli, trochę bardziej otyły i ubrany w bogatsze ubrania, jednak także w mrocznych kolorach. Z lekkim znudzeniem rozprawiał na jakiś temat z jednym ze swoich fanów, do czego doszedł Evan, kiedy zobaczył, jak ten wręcza mu kilka srebrnych monet, pod wpływem których uśmiech rozbłysnął od razu na twarzy artysty. Ożywiony tłum ucichł nagle, kiedy bard zaczął grać. Każdy słuchacz, choćby to był jego pierwszy raz, od razy zauważyłby, że muzyka była tylko tłem dla opowieści. Brzdąkanie nut było tak ciche, że aż ledwo słyszalne, a jednak powodowało napięcie i gdzieś tam wpływało na nastrój słuchaczy. Pojedyncze, niskotonowe dźwięki wręcz mówiły, że nie będzie to wesoła ballada. Evan kątem oka zauważył, jak kilku przysadzistych mężczyzn, zapewne drwali, na moment odkłada kufle z piwem i wsłuchuje się w dźwięki lutni. Jedno delikatne szarpnięcie struną nie popędzało następnego - bard czekał, aż echo niosące się przez instrument ucichnie, i dopiero wtedy przechodził do następnej nuty. Po niecałych dwóch minutach, kiedy Kyro skończył powolne tempo utworu mocnym szarpnięciem struny, melodia stała się dynamiczniejsza. Narzucając prawidłowy rytm, mrugnął okiem do bajarza, dając znak. - Mistrzyni miecza, królewna nieznana, choć wojowniczka, to piękna dama... *** Parada, cięcie, parada. Parada, cięcie, parada. No jasne. Tak działa psychologia - przeceniła swojego przeciwnika. Wykonując szybkie piruety, uskoki i uniki, atakując z tej strony, jaką nakazała jej dziecinna wyliczanka, próbowała zmylić wroga, nie dać mu przewagi, jaką dawał mu egzotyczny, nieznany jej styl. Dopiero to do niej doszło - żadnego stylu, żadnego wzoru tam nie było. Uderzenia z zaskoczenia, cięcie z obrotu… To wszystko była improwizacja, a do tego nieudolna. Jedyną naprawdę godną podziwu umiejętnością, którą posiadał sławny, “najlepszy szermierz” w Morkandii, było przerzucanie oręża z jednej ręki do drugiej, bez żadnego problemu, bezbłędnie. Oczywiście miałoby to sens tylko wtedy, gdyby umiałby władać bronią lewą ręką tak dobrze jak prawą, ale tego mu akurat brakowało. Omamić się dała umysłowi swemu, oszukać myślom, nie wiedzieć czemu Kiedy doszło do niej, jak ogromną ma przewagę, rozluźniła się i przeszła do ofensywy. Całkiem zrezygnowała z parowania, tylko wysyłała cios za ciosem, zmuszając przeciwnika do stopniowego cofania się. Nie minęła chwila, a zauważyła na jego czole kropelki potu oraz naprężone mięśnie, na których widniało dwa razy więcej żył, niż przed chwilą. Gdy tylko wypatrzyła moment, uderzyła. Ten jeden ułamek sekundy na szczęście jej wystarczył. Kiedy przerzucał broń z jednej dłoni do drugiej, wykonała błyskawiczne cięcie w jego udo, maksymalnie wykorzystując siłę bezwładności. Nie czekając, wymierzyła następny cios, pchnięcie wycelowane w serce przeciwnika. I wtem, jak wąż jadowity, uderzył, zdradził, strachem przepity Nic. Ostrze odbiło się od niego jak od kawałka metalu, nie pozostawiając na jego ciele ani śladu. Choć myśli krążyły po jej głowie szybko jak nigdy dotąd, nie zdążyła zareagować. Wiedziała, że za złamanie zasad pojedynku i tak nie ma on już prawa do tronu, jednak pojedynek musiał trwać. Jeśli ona zginie, królestwo ogarnie bezprawie, a to może okazać się jeszcze gorszym rozwiązaniem. Całkowicie ignorowała buczenie widowni, oburzonej oszustwem morkandyjczyka. Czuła tylko ból, okropny ból i ciepło szybko napływającej krwi, gdy jego ostrze wgłębiło się w jej bok. Bezduszne ślepia w nią wlepione, łaknące krwi, gniewem sycone Słyszała jego szept. Słyszała, chciała słyszeć, wiedziała, że popełnia błąd, i że to jej pomoże. Wsłuchiwała się dokładnie, poznając jego wersję przyszłości. Upadek królestwa, przejęcie ziemi przez Morkandię, gwałty i morderstwa. Jego prowokacja czyniła ją silniejszą. Wojowniczka harda jednak białej flagi nie znała, wciąż nieugięta, wciąż twarda jak skała Postawiła wszystko na jedną kartę. Kiedy jej przeciwnik, szydząc z niej i jej bezimiennej ojczyzny, zamachnął się do cięcia w jej szyję, ostatkiem sił wykonała piruet. Łamiąc jedną z najważniejszych zasad, jakiej ją uczono, nie nabierała rozpędu, nie zaatakowała po obrocie, tylko licząc na swoją siłę, natychmiast zatopiła ostrze w jego brzuchu i wypuściła je z dłoni. Kiedy wykonywała piruet, trwający nie więcej niż sekundę, w duszy modliła się do bogów. Czas płynął nieubłaganie powoli, a jednak śmierć nie nadchodziła. Kiedy zatoczyła pełne koło, ujrzała twarz szermierza, niewygiętą grymasem bólu. Nie ukazywała nic innego prócz zdziwienia, nawet, kiedy z hukiem uderzyła o piasek areny. Na łoże śmierci trafiając niespodziewanie, nie ona, lecz on, jak bezbronne łanię Udało się. Tym razem nie zdążył użyć magii czy innych sztuczek, znów wygrała. Słyszała tłum, skandujący jej imię. - La-ri-ssa! La-ri-ssa! Po raz pierwszy tego dnia uśmiech zawitał na jej twarzy. Upadła na ziemię, z powodu utraty krwi nie mogąc nic zrobić. Zaledwie kilka cali od niej leżał jej wróg, wielki szermierz z Morkandii, z zastygłym, martwym spojrzeniem i rozszerzonymi ustami spoglądając na uśmiechniętą zwyciężczynię. Było to ostatnią rzeczą, jaką widziała, nim także odeszła w zaświaty. Tłum krzyczał, dumny z kobiety odzianej w szaty czarne, choć cała jej praca poszła na marne *** Przez kilka sekund ludzie czekali w ciszy, nadal pochłonięci opowieścią, aż jeden z nich zaczął bić brawo. Samemu się sobie dziwiąc, to właśnie Evan zaczął gromki aplauz, który nim minęła chwila zmienił się w dziki ryk, mieszaninę okrzyków podziwu, domagań bisu oraz płaczu kobiet. Po tej opowieści mieszkańcy Nowej Soranny nie szczędzili alkoholu, naraz otwierając wszystkie beczki i rozdając wszystkim sąsiadującym im osobom, przyjaciołom jak i kompletnie obcym ludziom. Kobiety łkały, co niektóre wtulone w swoich mężów, a samotne pogrążając się w smutku między sobą nawzajem. Obaj artyści byli zajęci przyjmowaniem pogratulowań, jak i tych bardziej materialnych wyrazów podziwu. Evan już się szykował, by móc także uścisnąć dłoń jednego z nich, do których jak do tej pory był raczej sceptycznie nastawiony, kiedy poczuł, jak Lily szarpie go lekko za kurtkę. - Ja chcę już iść - powiedziała do niego, ze spływającymi po policzkach łzami, tym razem wcale nie udawanymi. Ten mrugnął do niej porozumiewawczo, choć sam był jeszcze poruszony opowieścią. Oddalili się od tłumu, całą drogę powrotną milcząc, zbyt ogarnięci krążącymi po głowie myślami, choć całkiem odmiennymi. *** - Zostawcie mnie, błagam - wyszeptała ledwie słyszalnie starsza kobieta, kiedy dwoje osobników ciągnęło ją przez pomieszczenie, jednak odpowiedziało jej, po raz kolejny, milczenie. Sądziła, że nie może być bardziej przerażona, dopóki nie rozejrzała się wokół. Znajdowała się w wielkiej, prostokątnej sali. Od strony drzwi ciągnął się długi, czarny dywan, prowadzący wprost na… Ołtarz? Tak, była pewna, że był to ołtarz. Była też pewna, że wcale nie jest pomalowany czerwoną farbą. To nie jednak wystrój pomieszczenia ją tak przerażał, a długa, zapętlająca się litania, śpiewana przez ludzi, których mijała. Wszyscy identycznie ubrani, w długie, czarne szaty z założonymi na głowach kapturami, wręcz nie pozwalającymi określić płci. Z lękiem stwierdziła, że niektórzy spoglądają na nią z… Podnieceniem? Czas mijał nieubłaganie powoli. Już bez cząstki nadziei w sercu, kobieta modliła się do bogów, prosząc o wybaczenie, licząc, że to jakiś żart, czy nawet nieporozumienie, że to ktoś inny zaraz trafi na jej miejsce. Przecież nie była złą osobą, wręcz przeciwnie - była uzdrowicielką, a w Nowej Sorannie było ich naprawdę niewiele. W całym swoim życiu ocaliła tuziny ludzi, po prostu nie zasługiwała na śmierć. Ale nie to się teraz dla niej liczyło - chciała, tylko, by to się stało szybko. - Przyjmij, o pani, tę ofiarę. Tylko tyle. Spodziewała się długiej modlitwy, niekończącego się kazania, ale to się stało szybciej, o wiele szybciej, można by wręcz rzec, że tak jak chciała. Mówca natychmiast zatopił ostrze w jej sercu, kończąc jej żywot.