-
Postów
8 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Lilith MyszAnna
-
Exodus u schyłku homo sapiens…
Lilith MyszAnna odpowiedział(a) na Lilith MyszAnna utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@8fun @8funnawet nie będę się aż tak skrajnie zniżać i upadlać do odpowiedzi na coś tak żenująco żałośnego... xDD -
Motto: „Odległość między życiem a śmiercią jest nieokreślona. Dlatego nikt nie wie, gdzie kończy się jedno, a zaczyna drugie.” Edgar Alan Poe I. Droga wije się po horyzont. Biały królik przeskakuje z krawędzi na krawędź. Ja, Alicja mam problemy z równowagą. Wieczorem droga wznieca pył. Długa , biała linia znaczy środek. Obok mnie poszukiwacze skarbów tępo omijają punkt który zawsze leży po środku prostej. Może nie wiedzą że prosta zawsze jest nieskończona… Ja, Alicja, mam problemy z równowagą. Biały królik gubi rękawiczkę. Krzyczę ale on znika za kolejnym zakrętem gdzie rzeka odchodzi od źródeł. Z biegiem mętnieje. Jest co raz bardziej gęsta. Trudno mi w niej brodzić. Pod stopami tańczy stado ryb pijanych od fermentujących obok filozoficznych wywodów. Przekręcam tułów o 180º i diametralnie zmienia się krajobraz. Ja, Alicja mam problemy z równowagą. Czerpię piach pełnymi garściami. Gaszę w sobie wszystko. Zostaje tylko pragnienie. Czyste, niespełnione, klarowne… wróciłam do źródeł. Trzeba obmyć kurz z mych stóp Chrystusie gdzie jesteś, gdy cię potrzebuję? Wzywam twego imienia nadaremno, by podczas ostatniej wieczerzy zasiąść z apostołami. Od dziś jak oni będę głosicielką umarłych idei. II. Kawałkiem kredy grodzę w sobie niespieszny puch i widzenie zmienia kształt. Jak niedokończona gliniana figurka wypalam się w piecu. Czerwienieję i twardnieję. Cierpliwość. Zbrojenie się. Muszę ostygnąć. Jeszcze nie jest czas… Jeszcze nie przestało padać tak naprawdę To nic, że słońce rozrywa naprędce ciemne zasłony. To nic, że pierwsze bezczelne promienie liżą piach pachnący wilgocią. To nic, że ciepło już pali skórę. Tak naprawdę jeszcze nie przestało padać. Tekst & Graphics - By Anna Gabriella Lilith G. MyszAnna © All Rights Reserved w pewne onirycznie nierealne lato u zarania Nowego Milenium, Sosnowiec lepki od strużek potu zalewających betonowe fasady miejskiego cmentarzyska próżności, gdzieś obok... między jednolicie szarym pustkowiem jednakowo nijakich blokowisk w plątaninie asfaltowych arterii, zagubiona w poszukiwaniu straconego czasu...
-
@8fun No oczywiście, że ewidentnie dialekt tylko i wyłącznie tak co najwyżej, bo językiem to tego nazwać nijak się za nie da za nic absolutnie jakkolwiek bezwzględnie!! P.S. A to akurat dialekt najbardziej powszechnie znany jako tzw. kolokwialnie "szwedzki dialekt z przedmieścia" - aczkolwiek głębiej się w to nie zagłębiałam nigdy i raczej nie mam zamiaru wcale... wolę jednak zdecydowanie najbardziej moją polszczyznę zgłębiać na tej filologii, no i tam troszke angolka czy ciut łacinki nieco dla urozmaicenia tak też w sumie hi hi ^_^ @Lilith MyszAnna o tu masz nawet mega krótko, prosto i do rzeczy o tym dialekcie z króciutkiego artykuliku w miarę sensownego, który Ci wypaczałam w netach speyszl for ya... na zdrowiem i nie dziemkuj... odrobisz polu noo :P Cytuję: "[...] W Szwecji jednym ze źródeł nowo powstałego słownictwa są dialekty, które tworzą się w dzielnicach zamieszkałych przez imigrantów. Rinkebysvenska, Rosengårdssvenska, Shobresvenska, Blattesvenska… Wszystkie te określenia nazywane są przez szwedzkich językoznawców wspólnym mianem – Förortssvenska, czyli “szwedzki [dialekt] z przedmieścia”. Różne nazwy odnoszą się przede wszystkim do geografii. Rinkebysvenska wywodzi się ze sztokholmskiego Rinkeby, a Rosengårdsvenska z Rosengård w Malmö. Ich wspólną cechą jest uproszczenie szwedzkiej gramatyki i bogactwo słów zapożyczonych z języków tych krajów, z których pochodzili przodkowie obecnych mieszkańców tych dzielnic. Są to głównie naleciałości z języka tureckiego, arabskiego, greckiego, perskiego, serbskiego, syryjskiego czy hiszpańskiego. W förortssvenska pojawia się też wiele słów wywodzących się z języka angielskiego, prawdopodobnie przez silną identyfikację z afroamerykańskimi muzykami hip-hopowymi. Takie określenia pojawiają się też w wielu innych europejskich metropoliach, w których powstały podobne dzielnice, zamieszkałe przez imigrantów, m.in. kebabnorsk w Oslo, perkerdansk w Kopenhadze, czy kanak Sprak w niemieckich miastach"
-
[Cykl złożony z 2 części…] Część 1 I. SŁOWEM WSTĘPU… Niniejszy rozdział stanowi pierwszą część z cyklu artykułów dedykowanych zagadnieniu języka, jego arbitralności oraz znaczeniu języka w myśl psychologii kognitywnej, a także zagadnieniu dyskursu logicznego, jako jednej z form wypowiedzi językowej. Postaram się tu w tej i w kolejnych częściach cyklu o wspólnym tytule, jakim opatrzony został niniejszy tekst, omówić i przeanalizować wszystkie najistotniejsze aspekty związane z zagadnieniem języka, jako najbardziej ludzkiej funkcji i czynności człowieka, także rozpatrywanego z perspektywy psychologii kognitywnej i poznawczej koncepcji człowieka. Zacznę zatem od stwierdzenia, iż epoka dominacji psychologii kognitywnej stanowiła również epokę afirmacji języka i mowy, jego roli i istotności, która okazała się brzemienna w skutkach. Lecz wpierw, co by dopełnić wszelkich kwestii formalnych – zajmę się częścią definicyjną i spróbuje zdefiniować tu kluczowe pojęcia dla dalszych roztrząsań. Znaczenie terminu „język” jest zasadniczo powszechnie dobrze znane niemal każdemu człowiekowi. Sięgając jednak do słownika, znajdujemy tamże następujące definicje słownikowe, które pozwolę sobie tu przytoczyć: Po ujednoliceniu powyższych definicji słownikowych, możemy zatem stwierdzić, iż język stanowi pewien zespół środków, pierwotnie głosowych, a wtórnie także innych np. pisemnych, czy też różnorodne sygnalizacje, jakie służą do celu, którym jest komunikowanie się międzyludzkie. Wracając do owego powszechnego, kolokwialnego rozumienia tego terminu, Słownik psychologii, red. A. Reber’a, ujmuje język jako to, jak mówimy, zestaw arbitralnych i konwencjonalnych symboli, za których pomocą przekazujemy znaczenie, a także jako pewien kulturowo zdeterminowany wzorzec ruchów artykulacyjnych, który przyswajamy sobie z racji wychowywania się w określonym miejscu i czasie; jako środek za pomocą którego kodujemy nasze uczucia, myśli, idee i doświadczenia; a także unikatowe, najbardziej ludzkie i powszechne z zachowań ludzkich. Jednakże jak czytamy dalej tamże, nasze przeświadczenie o tym, że wiemy, co oznacza termin język, trwa tylko dopóty, dopóki nie podejmiemy próby uściślenia posiadanej przez nas wiedzy, także potocznej, dotyczącej tego terminu. A w celu uświadomienia problematyczności i licznych kontrowersji, jakie rodzi kwestia definiowania tego terminu, należy wziąć pod rozwagę, następujące pytania – cytując za Słownikiem psychologii: Na powyższe pytania niemożliwe jest udzielenie prostej odpowiedzi. Ale dopiero ich rozważenie, uzmysławia nam w pełni ogrom zakresu wieloznaczności pojęcia język oraz mnogości kontrowersji, jakie stwarza próba zdefiniowania tego terminu. Reasumując powyższe definicje, kwestię najistotniejszą stanowi dla nas fakt, iż język stanowi zestaw arbitralnych i konwencjonalnych symboli, za pomocą których przekazywane jest znaczenie. Owe dwie cechy, a więc arbitralność i konwencjonalność, stanowią bowiem dwie esencjonalne cechy dystynktywne języka, jakie go konstytuują. To, że znaki językowe są arbitralne i mają charakter konwencjonalny, oznacza tyle, że są one niejako sztucznie nadane (czy też: przyjęte, narzucone) odgórnie w sposób umowny, a tzn., iż brak jest jakiegokolwiek związku naturalnego, przyczynowego pomiędzy daną formą znaku (np. słowem, pojęciem) a informacją, którą ten znak reprezentuje. I tak na przykład pomiędzy polskim słowem „drzewo”, a znaczeniem, które on reprezentuje – czyli fizycznym obiektem przyrody ożywionej, ze świata roślin, jakie posiada drewniany pień i liściastą koronę bądź też igły, a które to dziś nazywamy „drzewem”, brak jest wszelkiego związku naturalnego, przyczynowego, bowiem ów termin „drzewo” pierwotnie został sztucznie nadany odgórnie i przyjęty w sposób umowny, jako termin którym określany będzie ów obiekt, a który ono obecnie reprezentuje. A to oznacza z kolei tyle, że gdyby w przeszłości, w chwili, gdy formowany był dopiero i tworzony język polski, zostałoby przyjęte, że ów obiekt, który współcześnie nazywamy drzewem, zamiast drzewem, określany będzie miast tego słowem „kretyn”, to dziś miast mówić: „O popatrz jakie wysokie jest to drzewo”, mówilibyśmy: „O zobacz jaki wysoki jest ten kretyn”, jeśliby ów termin został wówczas przyjęty w sposób umowny dla tego obiektu. „Wysoki kretyn”, „Zielony kretyn” „Kretyn iglasty/liściasty” – obie te reprezentacje dla tego obiektu są identycznie tak samo adekwatne i równie pozbawione związku naturalnego, przyczynowego z tym obiektem, a zatem bez różnicy, który by przyjęto pierwotnie, bo oba mogłyby w zasadzie jednakowo stanowić jego reprezentacje. Poza tym, co istotne, istnieje pewien określony zestaw elementów, jakie konstytuują całość zwaną „językiem”, i z które się na nią składają. Do elementów tych zaliczyć należy z pewnością słownik, a zatem pewien zasób, tj. listę dostępnych znaków, które są przyjęte na gruncie konkretnego systemu, w formie prostych i nie podlegających już dalszemu rozkładowi znaków bądź ciągów znaków. Ponad to, kolejny taki element stanowi przede wszystkim gramatyka, a więc pewna usystematyzowana i uporządkowana lista reguł, określających zasady łączenia jednostek słownika w tekst (zdania, czy większe jednostki, jak np. akapity, ustępy itp.). Z kolei tekst językowy stanowi element, poprzez który człowiek ma styczność z językiem. Termin ten można zdefiniować, jako formę projekcji rzeczywistości pozajęzykowej, w postaci tekstu językowego, z subiektywnego punktu widzenia jego autora czy „nadawcy”. W kwestii języka istotne są również dwa, pokrewne zagadnienia, jakimi jest „rozumienie” i „znajomość” języka. Esencjonalna różnica między tymi dwoma pojęciami wyraża się w tym, że rozumienie języka ogranicza się jedynie tylko do aktu uzmysławiania sobie sposobu przyporządkowania elementów tekstu elementom rzeczywistości, czyli tego, co dany element językowy oznacza (jego znaczenie) i jaki jest mu przypisany (jaki reprezentuje) – np. „drzewo” czy „kretyn”. Znajomość języka jest natomiast już pojęciem znacznie szerszym, gdyż znajomość danego języka wymaga nie tylko umiejętności rozumienia znaczenia, ale również umiejętności produkowania oraz właściwego stosowania tekstu w danym języku, i który jest zrozumiały dla innych użytkowników tego języka. Poziom tej znajomości języka określa stopień posiadanych kompetencji językowych danego użytkownika języka. Kolejne pojęcie, o którym warto tu krótko wspomnieć, podług mego mniemania stanowi termin „System językowy”. A oznacza on siatkę klas oraz relacji między nimi, a które to zaś tworzone są przez jednostki języka i zbudowane z nich podług reguł gramatycznych jednostki językowe wyższego rzędu. Proces tworzenia tych wielorakich klas, oparty jest na podstawie wspólnoty funkcji znaczeniowej bądź funkcji gramatycznej (a zatem roli, jaką odgrywają one w procesie organizacji tekstu). Co się tyczy jeszcze systemu językowego, to istotne jest również to, iż jest on zmienny w czasie. A źródło powstawania owych zmian mogą stanowić: zakłócenia w procesie przekazywania języka z pokolenia na pokolenie; następstwo interferencji innych systemów językowych, z którymi stykają się użytkownicy danego języka; oraz zmiany zachodzące w rzeczywistości pozajęzykowej, tj. jeżeli pod wpływem zmian warunków życia społeczności posługującej się danym językiem obumierają jedne, a powstają inne znaki językowe. Przy czym takowa ewolucja systemu językowego wywiera wpływ również na jego zróżnicowanie się w przestrzeni. I tak w wyniku ewolucji z jednego pnia językowego, dochodzi do wyodrębnienia się tzw. dialektów terytorialnych, a zatem pewne odmianki językowe, jakie wyodrębniły się w rezultacie ewolucji zarówno w czasie, jak i przestrzeni, której podlegał uprzednio jednolity system, ale także ewolucji struktury społecznej, która obsługuje dany system. W wyniku skonfrontowania pojęcia „język” z pojęciem „dialekt”, termin „język” urasta do miana kategorii historycznej, a też i socjologicznej. Przykład stanowić mogą tu choćby współczesne języki słowiańskie, które stanowią 11 odmian dialektycznych, ongiś jednolitego języka prasłowiańskiego, a które z biegiem czasu ze względu na posiadaną rangę społeczną uzyskały status samodzielnych języków. Dodam jeszcze, iż analogicznie, wszystkie współczesne języki, wywodzą się ze wspólnego pnia, jaki stanowi język praindoeuropejski. Natomiast w definicji, w której termin „język” odnosi się do odmian językowych, które są charakterystyczne tylko dla poszczególnych środowisk (np. subkultur czy społeczności więziennej, regionalnej etc.), konkretnych epok, nurtów, ruchów czy nawet dla poszczególnych reprezentantów danego języka narodowego (np. przesycony neologizmami język literacki Leśmiana itp.). Atoli oznacza takie języki, jak np. „grypserka” czy gryps więzienny, slang internetowy, slang młodzieżowy czy subkulturowy, język prasy, czy choćby język Gombrowicza bądź to Mickiewicza. Tego rodzaju języki nie stanowią jednak języków sensu stricto, jako że po porównaniu ich z językiem ogólnonarodowym, okazuje się, iż posiadają one tylko specyficzny dobór środków językowych oraz pewien zasób własnego, odrębnego słownictwa, a zaś pozbawione są one raczej zasad własnej gramatyki. Wydaje mi się, iż zdefiniowaliśmy już wystarczająco dokładnie pojęcie języka, jak i inne, pokrewne pojęcia, jakie są nam niezbędne do dalszych rozważań, a zatem pora już na tym zakończyć część definicyjną i powoli przechodzić już do meritum niniejszych roztrząsań. W ramach wstępu dodam jeszcze tylko na koniec, iż język stanowi kardynalny element, jaki towarzyszył człowiekowi przez całą historię ludzkości – od samego jej zarania w czasach prehistorycznych, aż po dzień dzisiejszy nadal wciąż niezmiennie; i jaki stanowi jej nieodzowną, komplementarną część, bez której nie wyobrażam sobie, aby ludzkość mogła istnieć w ogóle jakkolwiek Od samego początku istnienia ludzkości i tych najbardziej prymitywnych, pierwotnych form języka ludzkiego, język ten wraz z całą ludzkością i cywilizacją podlegał procesowi ciągłej, nieustannej ewolucji i zmian, przeobrażając się nieustannie wraz z rozwojem ludzkości, aż po formę języka czy języków, jaka znana nam jest współcześnie, a i dalej również tak samo podlegać ciągle tej nieustannej ewolucji i zmianom wraz z upływem czasu, a formy i postaci jakie może kiedyś w odległej przyszłości przybrać ów język w wyniku tejże ewolucji, mogą nawet i okazać się tak fantastyczne i niewiarygodne, o jakich nam się jeszcze nawet nie śniło – któż to wie, jak potoczy się tok tej ewolucji i przeobrażeń… I któż to wie, jakie w rezultacie innowacje i transformacje w obrębie języka może przynieść nam nieznana przyszłość… I tu pozwolę sobie już zakończyć tę część opatrzoną tytułem wstępu. II. PSYCHOLOGIA VERSUS JĘZYK. Jak wspominałam już tu uprzednio na samym początku – wraz ze wzrostem sympatii do psychologii kognitywnej, wzrastała też waga i rola, jaką przypisywano językowi i mowie. Dla ludzkiej egzystencji bowiem fundamentalną rolę odgrywa tekst, czyli większa całość, która składa się z jednostek przetwarzania informacji, językowych, a zatem odbioru i produkcji zdań. Zaś co do funkcji, które pełni język, najsampierw należy wyliczyć dwie elementarne zasadnicze funkcje, jak następuje. Tak więc primo, język pełni funkcję niejako narzędzia, za pomocą którego człowiek ma możliwość dokonania opisu i przedstawienia elementów otaczającej go rzeczywistość. Zaś secundo, język pełni funkcję środka, który umożliwia ludziom komunikowanie się i porozumiewanie się, i który umożliwia wymianę danych i wartości pomiędzy nadawcą a odbiorcą danego komunikatu językowego. Jak to dobitnie konkluduje Kozielecki w swej pracy Koncepcje psychologiczne człowieka, zatem: „[…]świat bez rozwiniętego języka byłbym grobem dla kultury”[2]. Jednakże z punktu widzenia psychologii i chyba niemalże wszystkich nauk humanistycznych, rangę prymarnie priorytetową przyjmują pewne esencjonalne pytania, jakie należy postawić i podjąć próbę znalezienia na nie odpowiedzi. Pozwolę sobie je tu przytoczyć za Kozieleckim, a są one następujące: „Jaki jest cel wypowiedzi jednostki?” „Co nadawca chce osiągnąć?” „Do kogo kieruje swe słowa?”[3] Natomiast zdolność ludzi do intencjonalnego komunikowania się, czy „wyrażania się”, a więc do mówienia – do kogoś i w jakimś celu, stanowi tzw. kompetencję komunikacyjną. III. ARBITRALNOŚĆ I KONWENCJONALNOŚĆ. Jednakże kwestię kardynalną stanowi tu poczynione już uprzednio twierdzenie, iż język stanowi twór abstrakcyjny o charakterze konwencjonalnym. W tym względzie z interesującym poglądem mi najbliższym i najbardziej zgodnym z moim własnym, spotkałam się w pewnym ambitnym filmie zatytułowanym Życie świadome (ang. Waking life). Może wpierw krótko opowiem o samym filmie. Reżyserem tego nietuzinkowego dzieła ambitnej kinematografii jest Richard Linklater, a które zostało wypuszczone na ekrany w roku 2001. Linklater meritum swego dzieła uczynił przede wszystkim kwestię natury snów, świadomości i jawy, a ponad to dotyka w swym dziele również licznych esencjonalnych problemów egzystencjalnych. Usiłuje on znaleźć odpowiedź na pytanie o to, jaka jest różnica pomiędzy jawą a snem. A też odpowiedzi na esencjonalne pytania natury egzystencjalnej, o istotę ludzkiego bytu i istnienia. Co się zaś tyczy akcji filmu, to została ona w zasadzie zredukowana do minimum na rzecz ciągłych, bardzo rozwlekłych nieraz dialogów i monologów, wygłaszanych przez kolejne osoby napotykane przez głównego bohatera filmu – młodego, bezimiennego mężczyznę, zagubionego i zatraconego w tej onirycznej podróży w świecie snów, aczkolwiek świadomego tego faktu, iż jest to świat snów, lecz nie potrafiącego powrócić stamtąd znów do świata jawy… Nasz główny bohater zatem spaceruje po mieście, w którym był już uprzednio kiedyś przed laty i w tym świecie snu – aczkolwiek snu świadomego – napotyka na swej drodze kolejne postaci, z którymi bądź to toczy długie i rozwlekłe, ożywione dyskusje, bądź to wysłuchuje równie długich i rozwlekłych monologów przez nie wygłaszanych, w których poruszane są właśnie owe esencjonalne kwestie, wspomniane już uprzednio. Z tej racji filmowi często zarzucany jest brak akcji oraz to, że jest on nazbyt „przegadany”, aczkolwiek dla mnie osobiście owo „przegadanie” stanowi raczej duży plus i zaletę aniżeli jakąkolwiek wadę, jako że stanowi to nie minus a bardzo pozytywny atrybut, który zwiększa znacznie wartość owego filmu. I tak część wypowiedzi wygłaszanych przez kolejne postaci zawiera treści istotne i doniosłe, zaś część też – zwykłe i trywialne banały, przy czym jednakże każda z tych wypowiedzi na swój sposób wnosi coś istotnego i też oryginalnie „świeżego” do całokształtu poglądów i idei, które przekazuje ów film. Także same postaci wykazują duże zróżnicowanie: od specyficznych uczonych i artystów aż po kolegów i stałych bywalców restauracji, przesiadujących w niej codziennie całymi dniami – od umysłów wybitnych aż po zwykłych, szarych przeciętniaków czy prostaczków. Tym niemniej wszystkie te postaci poruszają w jakiś sposób esencjonalne kwestie egzystencjalne, takie jak choćby: metafizyka, wolna wola, filozofia socjalna i sens życia, czy istota bytu. Ponad to film dotyka również takich kwestii, jak egzystencjalizm, sytuacjonizm polityczny, nietzscheańska koncepcja nadczłowieka, teoria filmowa Andrego Bazina i świadomy sen. Zawarte są w nim również różne aluzje literackie do licznych, rozmaitych słynnych intelektualnych i literackich postaci czy koncepcji. Jedna z tychże postaci porusza również i kwestię języka, któremu dedykowany jest cały ów długi monolog wygłoszony przez jedną z bohaterek, napotkanych przez bezimiennego mężczyznę podczas jego onirycznej podróży w świecie snu… Owa bohaterka w swym monologu dotyczącym zagadnienia języka dotyka również kwestii dla nas tu kardynalnych – jego arbitralności i konwencjonalnego charakteru. Bazując na oryginalnej treści tegoż monologu, pozwolę sobie tu dokonać jego własnej interpretacji i analizy zawartych tam poglądów i koncepcji odnośnie kwestii języka, jego arbitralności i konwencjonalnego charakteru. W myśl treści owego monologu język jest nierozerwalnie związany z twórczością, a więc zatem i z myśleniem twórczym. A owa twórczość ma bowiem wypływać bezpośrednio z doskonałości, ale też z ludzkich dążeń i narastającego poczucia frustracji, co byłoby zaś zgodne z postulatami koncepcji psychodynamicznej człowieka. I tu właśnie zaczyna się rola języka, który swe źródło ma właśnie w ludzkim dążeniu do wyjścia poza obręb własnej izolacji. Język poza tym jest również źródłem pewnych koneksji i wzajemnych relacji z innymi, a co więc także pozwala wykroczyć poza obręb tej własnej izolacji. A natomiast z tej racji, iż w tym przypadku gra toczy się o przetrwanie, bierze się zaś konieczność prostoty, jaka cechować musi język. Bohaterka przytacza tu przykład słowa „woda”, a jego fonetyczne brzmienie stanowi bowiem onomatopeiczny dźwięk, który ludzie po prostu czują. Zresztą podobnie jak w przypadku frazy „szelest liści” czy „szum muszli” – kiedy pierwsze skrzypce odgrywa nie sama forma językowa czy semantyka, a właśnie ów onomatopeiczny dźwięk, który „czujemy”, owo dźwiękonaśladowcze brzmienie wyrazu, które sprawia, iż wymawiając owe dwie frazy, słyszymy i czujemy ów szelest liści, to ich szeleszczenie, czy ów szum morza w muszli. Dźwięk, który możemy sobie bez problemu wyobrazić. Tym niemniej, co ciekawe, używamy języka wcale nie tylko do komunikowania tego rodzaju dźwięków, które „Czujemy” i możemy sobie wyobrazić, ale też do przekazywania innego całkiem rodzaju treści, których nie sposób „poczuć” ani wyobrazić sobie w jakiejkolwiek materialnej postaci. A stanowią je wszystkie te abstrakcyjne, „nienamacalne” treści, a więc pozbawione wszelkiej fizycznej, realnej formy reprezentacji i postaci materialnej – wszystkie te niematerialne i abstrakcyjne rzeczy, których doświadczamy, a do których przekazywania używamy podobnie tego samego systemu symboli. A zatem jak więc określić to, czym jest złość? Albo czym jest gniew czy miłość? Niezwykle ciężko opisać te czysto abstrakcyjne, niematerialne idee fix, nie posiadające w zasadzie absolutnie żadnej namacalnej, fizycznej i materialnej reprezentacji, postaci ani formy istnienia, istniejąc jedynie jako pewne abstrakcyjne wyobrażenie myślowe i językowe. A jednak nawet mimo tego, gdy jedna osoba mówi „kocham”, to ów nieokreślony, abstrakcyjny dźwięk i tak wypływa z ust nadawcy i dociera do uszu odbiorcy – czyli drugiej osoby – przemierzając wszystkie jej obwody w mózgu w drodze do celu – poprzez wspomnienia tejże jednostki dotyczące miłości, bądź to jej braku. Wówczas to ów odbiorca komunikatu rejestruje tenże komunikat i zwykle przyznaje nadawcy, iż owszem, treść jego komunikatu jest dla niego zrozumiała. Tu zaś rodzi się z kolei pytanie o to, skąd nadawca może mieć pewność, iż odbiorca faktycznie rozumie jego komunikat? A to zaś uzasadnia właśnie kwestia tejże arbitralności języka i jego konwencjonalnego charakteru. Jak argumentuje bohaterka, to zaś z tej racji, że słowa są w zasadzie tworem obiektywnym – cytując: „To tylko symbole. One są martwe, rozumiesz?” – pyta swego słuchacza. To zaś znaczy tyle, że język, a więc i słowa czy zdania, z których się on składa, stanowią właśnie twór całkowicie arbitralny, konwencjonalny, który został tylko umownie przyjęty i sztucznie – odgórnie – nadany i narzucony. A obiektywność słów deprymuje właśnie fakt ich arbitralności – tego, iż stanowią one jedynie owe „martwe symbole” – sztucznie, odgórnie przyjętą symboliczną reprezentację realnych obiektów, pomiędzy którymi nie istnieje absolutnie żadna naturalna relacja, związek ani system połączeń – ot, są to jedynie sztuczne „etykietki”, które ktoś kiedyś z jakiegoś powodu sobie poprzypinał do przykładowych obiektów tak a nie inaczej, podług własnego „widzi mi się” jedynie, czy też chwilowego kaprysu – a przynajmniej absolutnie abstrahując od wszelkich naturalnych konotacji pomiędzy ową nadaną etykietką, a realnym obiektem, do którego została ona pierwotnie przypięta i nijak się mając do jego naturalnego charakteru czy realnej istoty… Jako ilustracji przykładowej użyjmy tutaj choćby słowa „drzewo”, które współcześnie stanowi reprezentację określonego realnego obiektu, jaki określamy mianem drzewa – a więc rośliny o grubym, drewnianym pniu, licznymi gałęziami, na których rosną zaś zielone liście. A omawiane uprzednio twierdzenia odnośnie arbitralności języka i słów, oznaczają tu po prostu tyle, że ów obiekt, który obecnie określamy terminem „drzewo”, określamy tak tylko i wyłącznie z tego powodu, iż kiedyś ktoś taką właśnie etykietę przypisał temu obiektowi, a który równie dobrze moglibyśmy określać innym słowem np. „kamień” czy „stolec”, gdyby pierwotnie ktoś taką właśnie nadał mu etykietę – tj. przypisał mu takie słowo, jako jego określenie – zamiast słowa „drzewo”. A bez względu zupełnie na to, jakim określeniem nazwalibyśmy ów obiekt – obojętne czy to jako „drzewo”, czy „kamień” czy też „stolec” – i tak w absolutnie żaden sposób nie zmieniłoby to cech czy właściwości owego realnego obiektu, jaki dziś określamy mianem „drzewo” i figurując pod każdą dowolną reprezentacją słowną pozostałby on zawsze niezmiennie taki sam, jedynie zmieniłaby się tylko sama jego funkcjonalna reprezentacja symboliczna – a więc owa „etykieta” – a nie on sam jakkolwiek. A zatem owo drzewo, czy to określane słowem, „drzewo”, czy „kamień” czy nawet „stolec”, i tak wciąż pozostawałoby dokładnie tym samym drzewem, z tym samym pniem i gałęziami porośniętymi liśćmi (bądź też igłami), i absolutnie nic a nic by to w nim nie zmieniło prócz tylko samej jego reprezentacji symbolicznej i słowa, jakim by je określano! Można powiedzieć, że ową kwestie arbitralności języka i słów poruszał również William Shakespear w swym dziele „Romeo i Julia”, wkładając w usta tytułowej Julietty słynną kwestię o róży – cytując: Jak widzimy na powyższym cytacie już Shakespear zwraca uwagę, iż słowo to tylko „nazwa”, całkowicie arbitralna i sztucznie, niejako odgórnie narzucona i przypisana do danego realnego obiektu bez żadnych naturalnych z nim konotacji. A owa róża równie pięknie by pachniała, gdyby inaczej się nazywała i wciąż byłaby tą samą różą, tyle że pod inną nazwą – niejako opatrzona inną „etykietą”… Ale przecież tak bardzo wiele z tego, co składa się na nasze doświadczenie, stanowią właśnie owe nienamacalne treści abstrakcyjne, a tak wiele z tego, co jest obiektem naszej percepcji jest niemożliwe do wyrażenia za pomocą języka – a tak wiele z tego stanowią treści, które są nie do wypowiedzenia… Kolejne istotne twierdzenie zawarte w tymże monologu dotyczy z kolei kwestii pewnego poczucia wspólnoty z innymi ludźmi, jakie rodzi się podczas aktu komunikowania się z drugą osobą, a w trakcie którego ludzie odczuwają, iż są ze sobą razem powiązani; towarzyszy im poczucie bycia zrozumianym przez kogoś innego. I wówczas to właśnie odczuwamy jedną z tych bezcennych rzeczy, dla których warto żyć – odczuwamy to niezwykłe poczucie wspólnoty duchowej z drugim człowiekiem, a które jednocześnie stanowi zarazem klucz do tego, aby móc wykroczyć poza obręb własnej izolacji; pozbyć się poczucia alienacji, wyobcowania i osamotnienia… Przymiotniki arbitralny i konwencjonalny charakteryzujące język podług definicji słownikowych oznaczają właśnie to, iż jest on narzucony odgórnie, samowolny i przyjęty czy oparty na pewnej konwencji – czyli przyjętym zwyczaju. A to że język jest arbitralny i konwencjonalny myślę, iż stanowi już oczywisty fakt dla każdego. IV. JĘZYK A LOGIKA DYSKURSU – część 2. Roztrząsając kwestie dotyczące zagadnienia języka warto również wspomnieć o jednej z jego najpowszechniejszych form, jakie stanowi dyskurs. Jak już wspominałam bowiem język stanowi formę intencjonalnego wyrażania się. A zaś przez dyskurs[4] rozumiemy właśnie te wypowiedzi determinowane przez intencje, przez ich kontekst społeczny, który umożliwia pewne typy wyrażania się, zaś inne blokuje, a także – przez wzajemne stosunki pomiędzy osobami mówiącymi, czyli uczestnikami partycypującymi w dyskursie. W dyskursie prócz sądów odnoszących się do jakiegoś fragmentu rzeczywistości zawarte muszą być również intencje nadawcy komunikatu (tj. osoby mówiącej), jak też wskazanie adresatów danej wypowiedzi. Zilustruję to przykładem dyskursu literackiego, jaki stanowi cytat fragmentu dzieła M. Gogola pt. Martwe dusze, który przytacza Kozielecki w swym dziele Koncepcje psychologiczne człowieka, a w którym widoczne jest, iż wypowiedzi skierowane są „do kogoś”, a komunikaty wypowiadane są „po coś”, czyli w jakimś konkretnym celu, aczkolwiek ich intencja może być interpretowana w sposób różnorodny. A cytat ów brzmi następująco: […] – patrzaj no – powiedział jeden do drugiego – to ci koło! Jak myślisz, dojechałoby to koło, jakby było trzeba, do Moskwy czy by nie dojechało? – Dojechałoby – odpowiedział drugi. – A do Kazania, to myślę, że nie dojechałoby? – Do Kazania nie dojechałoby – odpowiedział drugi. Na tym skończyła się rozmowa. […] Wyraźnie widoczna jest tu zarówno intencja nadawcy komunikatu, jak i wskazanie jego adresata czy odbiorcy, chociażby poprzez użycie konkretnej formy osobowej etc. Dla dyskursu, który podług mniemania M. Focault stanowi jedno z najistotniejszych pojęć w humanistyce, możliwe są do przyjęcia dwie jego formy: zarówno forma jaką stanowi dialog, jak i monolog, aczkolwiek w tym drugim przypadku musi on także odnosić się do kogoś, czyli musi być skierowany do jakiegoś odbiorcy. A więc co zatem, podmiot dyskursu stanowi zawsze co najmniej dwóch uczestników, którzy w nim partycypują. Można wyliczyć wiele przykładów tej formy wypowiedzi, jaką stanowi dyskurs, takich jak choćby na przykład: rozmowa telefoniczna, spór uczonych, wykład akademicki lub lekcja szkolna, bądź też deklaracja, dyrektywa, dialog pomiędzy przyjaciółmi na przyjęciu towarzyskim (np. tak zwany small talk), czy debata polityczna itp. Poniekąd również formę teatralną, jaką jest monodrama można by uznać za pewną formę dyskursu, jako że ma ona postać monologu skierowanego do grona odbiorców – widzów spektaklu, bądź to do jakiegoś konkretnego adresata (tak dla ciekawostki dodam, że np. w słynnej monodramie Jandy Shirley Valentine, owym adresatem monologu jest – o dziwo! – ściana w mieszkaniu, do której aktorka wygłasza swój monolog). Dyskurs posiada pewną elementarną jednostkę, którą stanowi mianowicie akt mowy (zarówno w formie „mówionej”, jak i w formie „pisanej”, który spełnia warunki, jakie zostały tu określone uprzednio)[5]. Najbardziej rozpowszechnioną formę dyskursu stanowi jednak forma dialogowa. Tok jej przebiegu określają pewne ustalone reguły i zasady, podlega ona pewnym prawom psychologicznym i socjologicznym. Znaczenie najistotniejsze i prymarne posiadają zaś następujące dwie elementarne zasady: zasada rzeczywistości oraz zasada kooperacji. A co zatem, ta forma wypowiedzi z zasady musi zawsze stanowić pewne odniesienie bądź to do świata przyrody, kultury, bądź też do stosunków społecznych czy wiedzy o własnym „ja” (tj. do jakiegoś fragmentu czy elementu tejże rzeczywistości). Przy czym jednakże temat tejże formy wypowiedzi może stanowić również rzeczywistość wyimaginowana (jak to ma miejsce choćby w owej monodramie, jako gatunku teatralnym), bądź to rzeczywistość mityczna, jak choćby np. konwersacja prowadzona przez dwóch krasnoludków (np. na temat sierotki Marysi), czy Zeusa z Hermesem, etc. Co się zaś tyczy drugiej z wymienionych tu uprzednio zasad, to dotychczas zostało sformułowane przez psychologów wiele rozmaitych zasad kooperacji. Podobnie jak czyni to Kozielecki we wspomnianym dziele, ograniczę się również tutaj do wyliczenia tylko czterech z nich, o których warto wspomnieć – a są to następujące zasady: (1) maksyma ilości: postuluje, iż swą wypowiedź należy uczynić na tyle informacyjną, na ile jest to konieczne, ale nie bardziej. (2) maksyma jakości: podług której to zaś należy mówić tylko to, w co się samemu wierzy, że stanowi to informację prawdziwą. Natomiast wystrzegać się należy mówienia o tym, co nie posiada należytego uzasadnienia bądź to nie zostało wystarczająco uzasadnione. (3) maksyma odpowiedniości: wypowiadanie się winno być ograniczone tylko do tematu, na który jest prowadzony dany dyskurs. (4) maksyma sposobu: w swych wypowiedziach należy wystrzegać się niejasności, dwuznaczności, nadmiaru słów oraz chaosu językowego. Powyższe maksymy można w zasadzie uznać za pewne wytyczone zasady efektywnego prowadzenia dialogu, a więc za swoisty „mini – dekalog”, którego przestrzeganie zaś świadczy o kulturze osobistej osób partycypujących w dialogu. Aczkolwiek już podług obserwacji potocznych, okazuje się – niestety – że w praktyce w procesie komunikowania się są one stosunkowo rzadko przestrzegane przez ludzi. A więc zjawiska powszechne, które nagminnie spotyka się w praktyce, stanowią zjawiska takie jak np. mówienie nie na temat, gadulstwo czy świadome oszustwa. Przy czym warto tu podkreślić, że owa nieszczerość lub nieprawdziwe informacje nie zawsze stanowią wyraz złej woli rozmówcy, bowiem w pewnych przypadkach mogą one też stanowić niejako element gry bądź metody dydaktycznej, zastosowanej świadomie w dyskursie. I tak oto dla przykładu poprzez celowe wprowadzenie uprzednio ucznia w błąd można umożliwić w późniejszym czasie to, że łatwiej będzie mu wpoić (tj. nauczyć go) wiedzy podręcznikowej. Z opisem tego typu postępowania spotykamy się m.in. w dialogu Platona o tytule Menon. Tam też, podług zasad maieutyki, nakazuje on Sokratesowi wydobycie dowodu twierdzenia geometrycznego od nieuczonego niewolnika. I tak najsampierw Sokrates za pomocą pewnych prostych pytań, wprowadza owego niewolnika celowo w błąd; ów niewolnik zaś w końcu dostrzega swą omyłkę, a w następstwie usiłuje on ów błąd naprawić. I wówczas to tryumfuje Sokrates, bowiem udało mu się dowieść, iż jest możliwe usilne poszukiwanie rzeczy, która uprzednio nie została znaleziona. Prócz opracowania ogólnych zasad dialogu, wiele uwagi psychologów skupia się na kwestii szczegółowych reguł, które sterują różnymi formami tego typu dyskursu. A jedną z takowych form stanowi właśnie konwersacja. Wnikając głębiej w reguły nią rządzące dowiadujemy się, że wpierw obowiązek rozpoczynającego konwersację stanowi zainicjowanie czy wprowadzenie tematu do dyskusji, a zaś gdy zostanie on już wyczerpany – zakończenie konwersacji bądź to podjęcie nowego zagadnienia (jako zainicjowanie nowego tematu do dyskusji). Istnieje również kilka reguł sformułowanych przez naukowców, dotyczących kolejności zabierania głosu podczas dyskusji. Pierwsza z tych reguł stanowi, że pierwszą następną w kolejności osobę, która zabiera głos w dyskusji, stanowi ta osoba, do której zwracał się aktualny mówca. Z kolei podług drugiej z tych reguł następną w kolejności jednostkę stanowić będzie ta, która pierwsza zacznie mówić. I wreszcie podług trzeciej reguły, następna w kolejności zaś będzie osoba aktualnie mówiąca, pod warunkiem, że nikt z pozostałych uczestników nie włącza się do dialogu. Podana kolejność powyższych reguł jest adekwatna do kolejności ich obowiązywania. Ponad to, inną przyjętą normę stanowi to, że w przypadku, gdy rozmówca zwraca się do pewnej konkretnej osoby, to wówczas nikt inny poza tą osobą nie powinien się do tej dyskusji wtrącać. Poza tym, przyjęto również zasadę, podług której w rozmowie naraz zabierać głos ma prawo tylko jedna osoba jednocześnie. Tym niemniej, stosowanie tych sekwencyjnych reguł w praktyce często nastręcza licznych trudności. A nawet czasem zdaje się, jakoby reguły te zostały sformułowane tylko i wyłącznie po to, aby ich nie przestrzegać. Natomiast drugą, najbardziej powszechną formę dyskursu stanowi z kolei monolog. Pozwolę sobie tu odnieść się ponownie do wspominanego dzieła Kozieleckiego, w którym przytacza on jako przykład monologu, fragment monologu św. Augustyna zaczerpnięty z jego Wyznań, który tu również i ja pozwolę sobie zacytować poniżej. Pomijając wszelkie domniemane walory intelektualne i filozoficzne, zacytowany tu powyżej monolog stanowi świetną egzemplifikację tej formy dyskursu. Monolog ten stanowi niejako dyskusję z osobową personifikacją Boga (tj. z Bogiem osobowym lub antropomorficznym). Treść owego monologu zawiera szczere wyznanie poczynione przez wielkiego teologa wobec osoby owego Boga, a w którym wyznaje, iż to wszystko, co mówi on słusznego wiernym i co on sam wie o sobie, zawdzięcza w istocie owemu Bogu. Pomijając fakt, że sam Kozielecki przyznaje, iż co prawda nie jest on zbytnio biegłym ekspertem w kwestiach religijnych, aczkolwiek ma on jednak pewność co do tego, że powyższy monolog wykazuje zapewne pewne cechy, jakie właściwe są dla modlitwy. Co istotne, zgodnie z wymogami, jakie zostały sformułowane tu uprzednio, monolog ów posiada konkretnego adresata, a przez co spełnia konieczne wymagania, co pozwala uznać ów monolog za formę dyskursu. Abstrahując nieco od przytoczonego powyżej przykładu, uogólniając, monolog można zdefiniować, jako pewną formę dłuższej wypowiedzi, która skierowana jest bądź to do innych osób (osoby), bądź to….. do samego siebie, przy czym wówczas w monologu występuje zjawisko określane jako alter ego. Tą formą dyskursu często gęsto posługują się m.in. pisarze. I tak przykładowo całość powieści Alberta Camusa o tytule Upadek tworzy właśnie jeden gigantyczny monolog, który jest wygłaszany przez głównego bohatera powieści. Ponad to forma ta znajduje również zastosowanie w życiu tak publicznym, jak i prywatnym. I tak wyliczyć tu można takie przykłady, jak choćby np. dłuższe „kazania” prawione przez rodziców odnośnie złego zachowania się pociech, tradycyjny wykład akademicki czy też tasiemcowe przemówienia autorytarnych polityków, w tym też np. orędzie wygłaszane przez prezydenta w telewizji. Co się zaś tyczy sposobu konstruowania tej formy dyskursu, którą stanowi monolog, to podlega ona dość zawiłym i wieloaspektowym regułom. Reguły te zawierają zasady określające sposób formułowania wprowadzenia do tematu, rozwinięcia oraz zakończenia monologu. Niezwykle istotna jest poza tym umiejętność włączania do monologu różnych epizodów oraz ich dalszego rozbudowywania. Tym niemniej, wiedza empiryczna odnośnie tego zagadnienia niestety wciąż pozostaje dość uboga. Jak przypuszcza Kozielecki, powszechność różnych form monologu wzrastała w tych czasach, w których znacznie nasilał się i wzmagał charakter autorytarny ustrojów społecznych, instytucji publicznych i prywatnych. To zaś z tej racji, iż w takich czasach bowiem rzeczą powszechnie spotykaną było to, że „władcy” wygłaszali do „pionków” (tj. swych poddanych) dłuższe przemówienia właśnie w formie monologu, a które w głównej mierze koncentrowały się na gloryfikacji osiągnięć czy zasług danego władcy. Natomiast w epoce demokratycznej forma ta była wypierana na rzecz dialogu, którym coraz częściej zastępowano monolog, a w którym w odróżnieniu od monologu, prawo partycypacji w dialogu i wypowiadania swoich sądów posiadali prócz autorytarnego „władcy” również wszyscy wolni obywatele, jak również prawo do dyskutowania nad racjami swych oponentów. Reasumując nasze powyższe wynurzenia w tej części odnośnie dyskursu, dodam jeszcze, iż obecnie istnieje cała rodzina nauk humanistycznych i społecznych, które dedykowane są zagadnieniu dyskursu. W treści niniejszego wywodu przytoczona została ledwie część tylko informacji, jakie na ten temat zdołała dotychczas zgromadzić psycholingwistyka. Aczkolwiek obręb tego problemu czy zagadnienia jest również eksplorowany przez liczne, inne dziedziny nauki, takie jak choćby np. literatura, historia, socjologia, politologia bądź to filozofia. Ponad to w tym względzie istotną rolę odgrywają również badania, które są prowadzone przez psychologów społecznych. I tak przykładowo van Dijk prowadził badania dotyczące stereotypów i uprzedzeń etnicznych, żywionych przez Niderlandczyków względem mniejszości tamże zamieszkałych. W badaniach tych korzystał on ze specjalnie przez siebie skonstruowanej, autorskiej metody dyskursu[6], którą badaniu poddano mieszkańców Amsterdamu. Nie zagłębiając się zbytnio w szczegóły tych jakże interesujących analiz, finalnie należy stwierdzić, iż w rezultacie tychże badań okazało się, że amsterdamczycy, mimo uprzedniej akceptacji wstępnego założenia, iż wszyscy ludzie są równi, i tak jednakże przyjmują oni zarazem strategię „tak, ale…”. A to zaś z tej racji, że sytuacja etniczna powoduje powstawanie konfliktów, a jedni ludzie posiadają umiejętność ich rozwiązywania, zaś inni tej umiejętności nie posiadają i pozostawiają tę kwestię bez rozstrzygnięcia; i wówczas to ci ostatni dokonują wyodrębnienia grup społecznych „my” i „oni”, a zarazem przypisują wszelkie czyny negatywne właśnie tej grupie „oni”. I to by było już wszystko względem omawianego tu założenia, a zatem pora przejść już do następnego rozdziału i już ostatniego, jaki zakończy definitywnie całość niniejszego wywodu. V. EPILOG… Język towarzyszył człowiekowi od samego jego zarania i od samego początku istnienia ludzkości wpierw w najbardziej prymitywnej formie, a z której następnie wraz z ewolucją i rozwojem całej ludzkości, stopniowo ewoluował by w końcu przybrać formę, jaka jest znana nam obecnie. Niewątpliwie dowodzi to tego, jak bardzo nieodzownym, wręcz komplementarnym, elementem istnienia ludzkości jest język, bez którego człowiek nie byłby raczej w stanie egzystować, ani też tworzyć jakichkolwiek komórek społecznych – od najmniejszych takich jak rodzina, aż po te największe jak całe społeczności, społeczeństwa czy narody – skazany na alienację i bezdenną samotność pozbawiony zdolności do komunikowania się. Zapewne również i wszelki rozwój czy postęp zarówno całej ludzkości, cywilizacji i kultury, jak i nauki czy techniki, bez języka nie miałbym najmniejszych szans pójść naprzód, a już w ogóle osiągnąć aż tak wysoki poziom jak to ma miejsce współcześnie. Bez języka nie istniałaby też kultura – nie istniałyby żadne dzieła literackie, naukowe ani inne przekazy pisemne, które stanowią naszą najcenniejszą spuściznę kulturową… Tym niemniej, mimo że język, jego używanie się i komunikowanie się jest czymś tak absolutnie naturalnym dla człowieka, wręcz oczywistym, co nikogo nie dziwi ani zbytnio nie zastanawia, to jednak język wcale a wcale nie jest tworem naturalnym w żaden sposób. Albowiem język jest tworem do cna arbitralnym i konwencjonalnym; jest sztuczny, narzucony odgórnie i pozbawiony wszelkich naturalnych relacji czy konotacji z realnymi obiektami jakie opisuje czy symbolizuje, tak jak to omawialiśmy już tu uprzednio. Stanowi tylko pewną sztucznie i odgórnie przyjętą powszechnie konwencję – i gdyby wpływ na jego ewolucję i stworzenie wywieraliby ludzie posiadający inną jego wizję czy zamysł, dziś najprawdopodobniej byłby zgoła całkiem odmienny, aniżeli język, który jest nam obecnie znany. I tak przykładowo zamiast ową różę określać słowem „róża”, określalibyśmy ją terminem „kaczka” – a owa róża i tak mimo tego, wciąż pozostałaby dokładnie tą samą różą, tak samo by pachniała i tak samo boleśnie kłuła swymi kolcami… Język jako twór arbitralny i konwencjonalny stanowi sztucznie stworzone narzędzie niezbędne do egzystencji i istnienia człowieka. Potężne narzędzie, jakie bez przesady chyba stanowi jeden z najistotniejszych, esencjonalnych i kardynalnych elementów życia ludzkiego i istnienia całej ludzkości, a też i ludzkiej egzystencji. I mi samej osobiście, nawet pomimo tego, że cierpię na ogromny nadmiar wyobraźni i mam jej aż nadto, i tak niezmiernie ciężko jest wyobrazić sobie świat i ludzkość, w którym nie istniałby język – nasz ludzki świat bez języka, a wyobrażenie sobie tego zdaje się być niemal niemożliwością… A do tego, sama myśl o istnieniu naszego świata i ludzkości bez języka budzi strach i przywodzi namyśl jakieś przerażające, wręcz apokaliptyczne wizje, które sprawiają, iż próby wyobrażenia sobie tego wzbudzają jakiś nieokreślony lęk i strach…. Bez języka nie istniałaby cała nasza kultura, ani też żadne jej wytwory, do których powstania absolutnie niezbędny jest właśnie język. Bez języka nie istniałaby też cała sztuka, jaka stanowi element naszego dziedzictwa kulturowego, jako że to język umożliwia realizację myślenia twórczego w formie materialnej, a która wpierw za pomocą języka musi przybrać postać idei czy koncepcji myślowej, aby mogła ona zaistnieć realnie właśnie poprzez ów proces werbalizacji myśli, idei czy koncepcji, jakie rodzą się wskutek procesu twórczego myślenia. Albowiem dopiero po zwerbalizowaniu twórczej wizji czy formy myślowej ów zamysł nabiera realnych kształtów i formy, nawet w przypadku idei formy plastycznej czy muzycznej twórczości – to werbalizacja tychże wizji plastycznych czy muzycznych sprawia, iż przybierają one realne kształty z mglistej ledwie wizji, jaka wpierw rodzi się w procesie twórczego myślenia. Póki owej mglistej wizji czy myśli nie ubierzemy w słowa jako elementy języka, póty nie będzie możliwa jej realna realizacja i dalsze etapy twórczego myślenia oraz twórczości wszelkiego rodzaju, czy to artystycznej, czy to naukowej, czy też wynalazczej i odkrywczej jednako. Język zatem bez wątpienia zasługuje w pełni na miano jednego z najbardziej esencjonalnych i kardynalnych elementów dla całego istnienia człowieka, ludzkości, naszej cywilizacji i całego naszego świata, bez którego wszelkie istnienie byłoby niemożliwe, i który mimo swej ewidentnej arbitralności, konwencjonalności i sztuczności paradoksalnie stanowi chyba najbardziej naturalną funkcję, czynność i rzecz dla człowieka. FIN. Przypisy: [1] „Słownik języka polskiego”, red. Szymczak, [wersja online] sjp.pwn.pl. [2] J. Kozielecki, Koncepcje psychologiczne człowieka, red. J.M. Śnieciński, wyd. X, Wydawnictwo Akademickie „Żak”, Warszawa 2000, s. 206. [3] Ibidem, op.cit., s. 206. [4] Por. artykuł G. Shugar w zbiorze: red. I. Kurcz, Psychologia a semiotyka, Warszawa 1993. [5] Shugar podaje interesujące kryterium odróżniające tekst od dyskursu, stosując podział wprowadzony przez Twardowskiego. Dyskurs jest aktem (czyli czynnością) ukierunkowaną na pewien wynik, natomiast tekst stanowi wytwór tej czynności. Mamy tu relację analogiczną do relacji między tańczeniem (czynnością) a tańcem (wytwór). [6] T. A. van Dijk, Elite discourse and racism, California 1993.
-
Exodus u schyłku homo sapiens…
Lilith MyszAnna odpowiedział(a) na Lilith MyszAnna utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
@Antoine W już poprawione - nie cierpię pisać na badziewnej klawie od lapka! ;) -
Zima nadeszła z rykiem orkanu na wylot przeszyła głowy bezludnym zimnem na placu Zbawiciela znowu społeczny ferment sieją radykałowie spowiła wszystko białym całunem jak kirem żałobnym tłumiąc wszelkie ludzkie odgłosy zbierając żniwo w wysokorozwiniętych miastach wraz z „białą śmiercią” chemiczną plagą XXI wieku w skutek przerostu formy ponad treścią w wieczornych wiadomościach znów wzrosła statystycznie liczba zgonów wśród bezdomnych ktoś krzyczał wczoraj o jutro i o na nowo bez grzechu poczęcie z nadziei pod choinką jak co roku znajdę jedynie do samej siebie ciepły poemat – - te programowe 1200 znaków o wiosennym cudzie nad Wisłą Tekst & Grafika - By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved W kraju cudu nad zamarzniętą Wisłą…
-
„Umysł jest dla siebie Siedzibą, może sam w sobie przemienić Piekło w niebiosa, a niebiosa w piekło. Mniejsza, gdzie będę, skoro będę sobą,” John Milton, Raj utracony. Podobnie jak Milton i ja mam swój własny, prywatny raj utracony, o którym pragnę tu choć odrobinę opowiedzieć – słowem malując me utracone ongiś rajskie ogrody… Zacznę może od faktu, iż pomimo tego, że de facto urodziłam się i wychowałam w niejako „katolickiej” rodzinie, a co więcej, jako wnuczka fanatyczki religijnej z gangu moherowych beretów Ojca Dyrektora rodem, to i tak w zasadzie nigdy od samego początku nie było we mnie ani krztyny jakiejkolwiek wiary czy religijności, które to były mi od zawsze niezwykle dalekie i zgoła zupełnie obce. A owo laickie wyjałowienie z wiary i swoista wręcz niejako antyreligijność, stanowiły u mnie pewną cechę wrodzoną, konstytutywną dla całej mej natury i osobowości – nieodzowną elementarną cząstką mojego całego „JA” od samego zarania jego istnienia… Nie oznacza to oczywiście, iż od samego początku definiowałam siebie świadomie jako ateista, bo i przecież taka świadomość przychodzi dopiero z czasem, a u dzieci pozostaje do pewnego momentu niedostępna i póki się nie osiągnie należytego wieku pozostaje w obrębie dziecięcej, błogiej nieświadomości. I podobnie ja w pełni świadomie określać siebie mianem ateisty zaczęłam dopiero nieco później, a zaś mój świadomy ateizm poprzedza kręta droga poszukiwań swej własnej „duchowej drogi”, jaką to mam wypisaną gdzieś w swoim wnętrzu, jak każdy człowiek – czyli własnej „wiary”, „religii” „duchowości” czy raczej adekwatnego „światopoglądu” oraz postawy, jak się bardzo szybko okazało. A drogę tę wypełniało po brzegi mozolne zgłębianie arkanów najrozmaitszych religii, filozofii czy światopoglądów oraz lektura świętych ksiąg każdej z tychże – poczynając od monoteistycznych gigantów, jak religia katolicka, judaizm czy islam, poprzez buddyzm, hinduizm czy taoizm, aż po dżinizm i jogę ośmiostopniową włącznie. Poszukiwania te jak widać prowadziłam dokładnie, kompleksowo i na szeroką skalę. A rzec by wręcz można, iż w tym celu prowadziłam niejako swoiste studia religioznawcze, próbując odnaleźć ten integralny i kardynalny element siebie i swoją własną drogę duchową pośród tych wszystkich niezliczonych dróg, jakie dotychczas powstały (włącznie z wierzeniami pogańskimi, bo i tym nie przepuściłam, a jak!). Owo moje domorosłe religioznawstwo miało swój początek w mym życiu już bardzo wcześnie, ledwie co po tym chwile, jak nauczyłam się czytać jako tako, przeradzając się z czasem w jedną z mych pasji, a która to towarzyszy mi nadal niezmiennie aż po dzień dzisiejszy, wzbogacając nieopisanie mój teraz już w pełni świadomy ateizm o wiedzę merytoryczną z zakresu religioznawstwa (a poniekąd i kulturoznawstwa oraz teologii), a która, co muszę przyznać, stanowi jego nieodzowne dopełnienie, bez którego nie jest on w stanie się rozwinąć ani też osiągnąć pełni. I co oczywiste, swego czasu obiektem moich domorosłych studiów religioznawczych było również i katolickie Pismo Święte, a zwłaszcza Starego Testamentu, jako jedna z bardzo wielu potencjalnych dróg, których zgodność ze swoją wewnętrzną duchową drogą sprawdzałam w trakcie całej historii swych uporczywych poszukiwań. Napomknę jeszcze tylko krótko, iż wszelkie swoje więzy i relacje z kościołem katolickim, a też i religią katolicką, w duchu której mnie wpierw bezprawnie ochrzczono, a potem wychowano, zerwałam też raczej dość wcześnie już – mianowicie bowiem natychmiast po swym bierzmowaniu czyli w wieku lat czternastu ledwie. I na tym moja znajomość z Kościołem i religią katolicką została ostatecznie i definitywnie zakończona – i aż po dzień dzisiejszy wciąż nadal niezmiennie nie została wznowiona. I to tyle względem wstępnych objaśnień. Wróćmy teraz do meritum, a którym jest tutaj owe moje domorosłe studia religioznawcze, których obiekt stanowiło właśnie to Pismo Święte Starego Testamentu. Tak oto swego czasu w trakcie swych poszukiwań „duchowej drogi”, spędziłam wiele długich godzin wertując wnikliwie księgi Starego Testamentu, zgłębiając zawarte w nich religijne status quo, pogrążona w lekturze historii owego Boga – despoty, którego później trochę sami zamordowaliśmy na rzecz nowego Boga – lichwiarza, jak to twierdzi Nietzsche. Jednak co trzeba koniecznie zaznaczyć, mój sposób lektury owych świętych ksiąg, zawsze niezmiennie był zgoła diametralnie odmienny, aniżeli zwykle to miało miejsce w przypadku większości osób wierzących bądź też jakkolwiek religijnych. To co ów mój sposób lektury tak dalece odróżniało, to pewne znamienne cechy dystynktywne zarówno względem samego podejścia, rozumienia czytanego tekstu, jak i jego interpretacji. I tak przykładowo jedną z najbardziej znamiennych cech dystynktywnych mego podejścia i sposobu rozumienia tekstu, jak też i późniejszej jego interpretacji, był chłodny, naukowy racjonalizm pełen dystansu, krytycznej ciągłej refleksji i powątpiewania, i ogólnie – typowo naukowe stricte podejście, wolne od sentymentalizmu i przyjmowania czegokolwiek „na wiarę”. Ponadto cechą dystynktywną mego sposobu interpretacji Biblii, prócz wspomnianego chłodnego, naukowego racjonalizmy, stanowiło to, iż ma interpretacja była diametralnie daleko odbiegająca od wszelkiej dosłowności, typowej tu dla ludzi „wierzących” przykładowo. Dla mnie bowiem treść Biblii stanowiła z kolei jedną wielką, metaforyczną alegorię. Alegorię, która podobnie jak w baśniach, w baśniowej, wyimaginowanej historii kryła w sobie ukryty gdzieś bardzo głęboko zakamuflowane to prawdziwe – a więc realne, rzeczywiste, nie fikcyjne – przesłanie, właściwy faktyczny sens i znaczenie tejże alegorycznej baśni, zrodzonej poza tym jedynie z samej fantazji i wyobraźni autora, przez której fasadę trzeba się mozolnie przekopać, aby dotrzeć do tego faktycznego jej przesłania, poza tą irracjonalną baśniową otoczką. I tym sposobem właśnie udało mi się dopatrzeć, między innymi, w Biblii wielu zdumiewających treści nieoczywistych, jakie na ogół pozostają ukryte przed oczami wierzących Czytelników i jakie też wymagają od interpretatora niezwykłej wnikliwości, przenikliwości myślenia, bystrości czy uwagi, aby zdołać odkryć to, co ukryte gdzieś dobrze między wierszami – jednakże bezcenne niczym najszlachetniejszy diament, bo to, co stanowi samą, nagą Prawdę. Świetną tego ilustrację przykładową stanowi pewna moja konkretna taka teoria, powstała w procesie lektury i interpretacji Pisma Świętego Starego Testamentu, a konkretnie pewnego fragmentu księgi Genesis. Mianowicie jest to fragment z Pierwszej Księgi Mojżeszowej, 2,3, a na który to składają się dwa ustępy opatrzone następującymi tytułami: Ogród w Edenie (I Ks. Mój.2) i Upadek pierwszych ludzi (I Ks. Mój. 3). Co zapewne oczywiste, fragment ów dotyczy owej słynnej, powszechnie znanej historii pierwszych ludzi w raju – Adama i Ewy – oraz ich niechlubnego upadku a w konsekwencji wypędzenia z raju. Mniej oczywista jest już natomiast właściwa nazwa owego feralnego drzewa, z którego to Ewa zerwała brzemienny w skutkach zakazany owoc, uległszy pokusie „węża” (Czyli Szatana), racząc nim również swego lubego. Albowiem kolokwialnie owo drzewo uchodzi za „jabłoń”, z racji rodzaju zakazanego owocu – było to mianowicie jabłko. Jednakże ta kolokwialnie kojarzona nazwa czy określenie owego zakazanego drzewa jest kategorycznie mylne i niewłaściwe, a przy tym powodujące całkowite zafałszowanie i zamaskowanie prawdziwego znaczenia i sensu, jakie tu są istotne. A przecież już w 9 ustępie (I. Ks. Mój. 2; 9) czytamy, że: […] 9. I sprawił Pan Bóg, że wyrosło z ziemi wszelkie drzewo przyjemne do oglądania i dobre do jedzenia oraz drzewo życia w środku ogrodu – i tu dochodzimy do meritum – i drzewo poznania dobra i zła. […] Dla właściwej interpretacji tej biblijnej przypowieści bowiem nie jest kompletnie wcale istotne to, że owo drzewo to była jabłoń, lecz natomiast przede wszystkim to, iż było to właśnie owo drzewo poznania dobra i zła. Rozpocznijmy w tym miejscu zatem naszą interpretację owego całego fragmentu od interpretacji samej tylko nazwy tego feralnego zakazanego drzewa, jakie to Pan Bóg stworzył jako jedyne takie pośród niezliczenie wielu innych drzew, z którego owoce mogli bez ograniczeń zrywać i jeść pierwsi ludzie w raju. Tak więc rozważmy znaczenie samej tejże nazwy „drzewo poznania dobra i zła”, jaką opatrzone jest w Piśmie Świętym owo zakazane – zresztą jako jedyne w całym Edenie – drzewo, którego to owoc stał się zarzewiem upadku pierwszych ludzi i ich wyganiania z rajskiego ogrodu. Nazwa ta bowiem ewidentnie wskazuje na pewną elementarną dla ludzi kwestię, czyli kwestię owego „poznania dobra i zła”, jak to wyrażone zostało w Biblii. Zaś próbując to biblijne określenie przełożyć na nieco bardziej zrozumiałe, należy zacząć od zdefiniowania samego pojęcia, jakim jest termin poznanie. Podług definicji słownikowych termin ów oznacza przede wszystkim: <<zdobywanie wiedzy o czymś; też: wiedza zdobyta>>[1]. [1]. Wzbogacając powyższą definicję o detale z definicji encyklopedycznej w skrócie, dowiadujemy się, iż oznacza on tyle co: <<podstawowa kategoria epistemologiczna (filozofia poznania) oznaczająca zarówno proces poznania, obejmujący różnorakie czynności i akty poznawcze, prowadzące do zdobywania wiedzy o rzeczywistości, jak i rezultaty tego procesu wyrażane w postaci systemu zdań (sądów), twierdzeń jednostkowych i ogólnych, hipotez i teorii>>[2].[2]. Co więcej, patrząc z punktu widzenia słowotwórstwa, termin poznanie stanowi derywat, wywodzący się od podstawy słowotwórczej, jaką stanowi czasownik poznać/poznawać. A którego dwa najistotniejsze tu z kilku znaczeń to: <<zdobyć wiadomości o czymś, zrozumieć coś w wyniku obserwacji lub bezpośredniego doświadczenia>> oraz: <<rozpoznać kogoś, coś po indywidualnych cechach>>[3]. I tutaj muszę wtrącić pytanie koniecznie, o to czyż za esencjonalną i elementarną cechę czy właściwość Człowieka nie uznaje się właśnie owej, poniekąd bezcennej i unikatowej, umiejętności świadomego odróżnienia dobra od zła i między nimi samodzielnego wyboru? A jaka to właściwa jest tylko i wyłącznie Człowiekowi jedynie, konstytuując tym samym jego Człowieczeństwo między innymi. Zapewne jest to niewątpliwie prawdą, co myślę iż nie podlega żadnej wątpliwości. Przejdźmy zatem do dalszej interpretacji naszej biblijn1ej przypowieści o Adamie, Ewie i rajskich ogrodach Edenu. W dalszych z kolei ustępach omawianego tu fragmentu zaś czytamy, jak następuje: […] 16. I dał Pan Bóg człowiekowi taki rozkaz: Z każdego drzewa tego ogrodu możesz jeść, Ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy tylko zjesz z niego, na pewno umrzesz […][4]. A zatem nasuwa się tu nieuchronnie parę esencjonalnych pytań. Skoro Pan Bóg zezwolił człowiekowi jeść owoce z absolutnie wszystkich innych drzew w ogrodzie Edenu, to dlaczego zabronił mu jeść owoce tylko i wyłącznie akurat z tego jednego tylko drzewa – drzewa poznania dobra i zła – i to tak wielce surowo i bezwzględnie, pod nieubłagalną karą „śmierci”? A co za tym idzie, nawiązując do naszej uprzedniej części interpretacji nazwy owego feralnego drzewa tu poczynionej, zapytać możemy dlaczego akurat owo poznanie dobra i zła, owo świadome rozpoznanie i odróżnienie dobra od zła, było dla tego starotestamentowego Boga – despoty, aż tak bezwzględnie zakazane dla Człowieka i czemu akurat właśnie tego mu tak kategorycznie odmawiał? I jaki cel w tym nim powodował? Jednak aby móc udzielić na te pytania odpowiedzi, konieczne jest rozważenie kilku różnych aspektów tejże kwestii. Primo, rozważaniom poddać należy fakt, iż poznanie samo w sobie nierozerwalnie związane jest ze świadomością Człowieka. Albowiem obiekt poznania, dopiero w wyniku czynności i aktów poznawczych, dokonanych przez podmiot poznający (tj. człowiek, umysł ludzki, świadomość w różnych jej formach), poprzez ich rezultaty, staje się dla tego podmiotu poznającego świadomym, a to oznacza, że ów podmiot jest wówczas świadomy tego obiektu, świadomie odnotowuje fakt jego istnienia, świadomie go postrzega itp. Z kolei to, co poznaniu nie podlega, to, co nie zostało uprzednio poznane, zrozumiane czy rozróżnione w skutek czynności i aktów poznawczych, o czym wiedzy w ten sposób nie posiedliśmy w procesie poznania, pozostaje niejako poza sferą świadomości czyli jest nieświadome, pozostając w obrębie nieświadomości. Powyższe twierdzenie poprę przykładem pewnej analogicznej sytuacji związanej z małymi dziećmi i stopniowemu procesu ich „wychodzenia” spod kocyka dziecięcej, błogiej nieświadomości. Weźmy tu zatem za ów przykład ową powszechnie wałkowaną sytuację pierwszego starcia rozkosznego malucha z gorącym żelazkiem, kolokwialnie tak często gęsto przywoływaną. Takie malutkie dziecko albowiem wpierw nie wie, i nie jest absolutnie świadome, tego, że nie wolno łapać za to gorące żelazko, ani że konsekwencją tegoż czynu jest bardzo bolesne poparzenie, tak długo dopóki samo się o tym nie przekona na własnej skórze. A więc dopóki nie zdobędzie (nie pozna) niezbędnej na ten temat wiedzy, w tym przypadku zawsze poprzez bezpośrednie doświadczenie – czyli dopóki nie złapie za to gorące żelazko i się boleśnie nie poparzy. A zatem dopóki ów proces poznania nie zajdzie i nie będzie miał miejsca – dziecko pozostaje absolutnie nieświadome zarówno zagrożeń płynących ze złapania za gorące żelazko, bolesnych tego konsekwencji, ani też nawet faktu, iż nie należy z tych powodów tego absolutnie czynić. I dopiero w skutek owego procesu poznania (poprzez czynności i akty poznawcze i ich rezultaty), jaki stanowi owa czynność złapania ręką za gorące żelazko i w konsekwencji bolesne poparzenia, dziecko zyskuje tę świadomość, stając się świadomym całości kwestii łapania za gorące żelazko, jej niewłaściwości oraz konsekwencji – wraz ze zdobyciem niezbędnej ku temu wiedzy poprzez owo sakramentalne poznanie. I analogicznie podobnie sprawa się ma w przypadku każdej nowej sytuacji, faktu czy informacji, na jaką człowiek napotyka w swym życiu, dlatego też ów przykład uważam za zupełnie wystarczający dowód prawdziwości postawionego tu uprzednio twierdzenia o zażyłej relacji między poznaniem a świadomością. Reasumując powyższą część moich tu wynurzeń, wiemy już, że poznanie nierozerwalnie związane jest ze świadomością człowieka. Albowiem to akt poznania czyni Człowieka świadomym, dając czy prowadząc do świadomości, jako swej konsekwencji. Ten punkt rozważań aspektów omawianej tu kwestii, można wiec w tym miejscu zakończyć i przejść do roztrząsania kolejnych aspektów. A więc, secundo, bazując na wiedzy zdobytej w trakcie rozważań uprzedniego aspektu, można stwierdzić, iż kolejny aspekt stanowi zaś fakt, iż Pan Bóg kategorycznie zabraniając i odmawiając Człowiekowi owej wiedzy na temat dobra i zła – ich poznania – umiejętności zrozumienia czy rozróżnienia ich, a o dokonaniu samodzielnego między nimi wyboru nawet nie wspominając, jest równoznaczne z tym, że w istocie kategorycznie zabraniał i odmawiał człowiekowi właściwości czy umiejętności, jaką jest właśnie owa świadomość, jednocześnie wymagając i skazując Człowieka na istnienie w stanie nieświadomości, żądając by Człowiek był nieświadomy. A dopóki owi pierwsi ludzie w raju nie zerwali zakazanego owocu z drzewa poznania dobra i zła, a tym samym póki nie poznali i nie zdobyli niezbędnej wiedzy na temat dobra i zła, póki nie umieli dokonać wśród nich rozróżnienia, a więc tym samym, dopóki pozostawali nieświadomi, póty i Pan Bóg był dla nich łaskawy i im przychylny, pozwalał mieszkać im w ogrodzie Edenu, gdzie uczynił ich Władcami, i cieszyć się wszelką jego obfitością oraz szczęśliwością – w tym również i życiem wiecznym wolnym od śmierci i cierpienia. I mogli się oni tymi przywilejami cieszyć tak długo, jak długo pozostawali nieświadomi, pozbawieni wszelkiej wiedzy, poznania i świadomości dobra i zła – w sumie również i innych kwestii, o których jednak nie wspomniano w alegorycznej, biblijnej metaforycznej przypowieści. I tu muszę zadać pytanie, aczkolwiek raczej retoryczne tylko: A czyż świadomość nie stanowi w istocie kolejnej elementarnej, esencjonalnej cechy dystynktywnej wyróżniającej Człowieka i konstytuującej Człowieczeństwo, a też definitywnie odróżniającej go od wszystkich innych zwierząt i form bytu – n’est-ce pas? I czyż cecha ta nie jest dla Człowieka i Człowieczeństwa kardynalna również? Śmiem wątpić bowiem, by ktokolwiek zechciał tu ze mną polemizować, a już zwłaszcza podważać czy negować powyższe stwierdzenia ujęte w formie pytań retorycznych. Tak oto dochodzimy do kolejnego aspektu, jaki prowadzi nas krok po kroku do finalnej odpowiedzi na nurtujące nas pytania, postawione tu przeze mnie uprzednio. A zatem tertio – skoro ów Bóg – despota aż tak kategorycznie zabrania i bezwzględnie odmawia ludziom akurat właśnie tych właściwości, a które jako elementarne i kardynalne cechy dystynktywne, konstytuują Człowieka i Człowieczeństwo, to tym samym także i kategorycznie zabrania i bezwzględnie odmawia ludziom tego, co czyni ich Człowiekiem i co sprawia, że posiadają oni owo Człowieczeństwo. Co za tym idzie, odmawia mu prawa do posiadania świadomości, do bycia świadomym człowiekiem. A w zamian narzuca mu bezwzględnie niczym prawdziwy tyran, nieświadomość i pozostawanie nieświadomym, a człowiek jedynie będąc temu całkowicie posłusznym i tkwiąc w tej nieświadomości, ma prawo cieszyć się jego łaską i obiecaną nagrodą życia wiecznego w raju, opływając w dostatki i wszelką szczęśliwość. Ale to jeszcze nie wszystko i są jeszcze inne, wcale nie lepsze aspekty w tej kwestii ukryte. I wreszcie, co stąd zatem quarto - co gorsza tym samym ów Bóg – despota pozbawia człowieka również jakiegokolwiek prawa do wolnych, samodzielnych i własnych wyborów – tutaj przede wszystkim między dobrem i złem, ale rozchodzi się też o te między tym co moralne, a niemoralne, co słuszne i niesłuszne, oraz ogólnie – wszelkich wyborów i decyzji w obliczu których człowiek staje w swym życiu. Co więcej – stosuje według ludzi tzw. metodę kija i marchewki, tresując ich niczym jakąś trzodę chlewną, tak aby miast wolnych, samodzielnych wyborów kierowali się oni tylko i wyłącznie strachem przed Bogiem – despotom, jego rozkazami i wolą, a też i konsekwencjami płynącymi z nieposłuszeństwa względem ich, jakiegokolwiek sprzeciwu czy złamania ich, i pozostawali absolutnie powolni i posłuszni jemu, jego woli i rozkazom, omamieni wizją może i lukratywnej, aczkolwiek zupełnie irracjonalnej i nierealnej nagrody, jaka czeka ich za to ślepe, bezmyślne posłuszeństwo swemu despotycznemu Panu i Władcy. A więc zatem quinto, Bóg – despota również kategorycznie odmawia człowiekowi i bezwzględnie zabrania czegoś, co stanowi dla każdego Człowieka poniekąd wartość najwyższą, a też co więcej i pewne jego niejako „święte” prawo – czyli jego Wolność, a też więc i wolną wolę, prawo do wolności samodzielnego myślenia. A przyznacie chyba, iż to jest już karygodną i niewybaczalną zbrodnią – n’est-ce pas? Czymże jest bowiem Człowiek bez tego wszystkiego o czym mowa w powyższych pięciu punktach? Czymże jest wówczas jego Człowieczeństwa a raczej jego brak? Niczym więcej niż ledwie owym marnym niewolnikiem, absolutnie posłusznym swemu Panu – Bogu – despocie, powolny jego tyranii i totalitarnym rządom siły. I który powolny całkowicie jego woli, machinalnie wykonuje jak automat posłusznie wszelkie jego rozkazy, znosząc surowy rygor totalitarnych rządów, siedzi cicho pod butem swego tyrana, bezwzględnie sterowany wyłącznie przez niego, niczym bezwolna szmaciana marionetka w teatrzyku kukiełkowym, poruszana jedynie przez wprawne dłonie lalkarza – swego Władcy Marionetek… I w zasadzie to wszystkie te powyższe pięć punktów razem zestawione, tworzy odpowiedź na nurtujące nas główne pytania, sformułowane tu uprzednio, stanowiąc komplementarne części składowe całej poszukiwanej tu przez nas odpowiedzi. Jednak że reasumując owe wszystkie części, można by nieco krócej tę odpowiedź sformułować w sposób jak następuje. Dlatego że to właśnie owa umiejętność poznania dobra i zła, ich odróżniania, to właśnie zyskana dzięki temu poznaniu świadomość, wolna wola i dokonywanie wolnych, samodzielnych wyborów podług własnej woli i mniemania, to właśnie to wszystko stanowiło dla owego Boga – despoty nie tylko największe zagrożenie dla jego władzy nad człowiekiem i boskiej pozycji czy wszechmocy, ale też przyczynę jego nieuchronnego upadku i zniszczenia, jaka oznaczała dla niego nieubłagalnie śmierć. Albowiem to właśnie to wszystko stanowiło jedyny i skuteczny sposób na zerwanie jego kajdan, na uwolnienie się i odzyskanie swej Wolności, świadomości etc. przez Człowieka, a tym samym – pozbawienie Boga władzy absolutnej nad nim i koniec jego despotycznej tyranii i totalitarnego ucisku. A poprzez to ludzie przestali by być jego posłusznymi i powolnymi całkowicie niewolnikami, szmacianymi marionetkami sterowanymi totalnie tylko przez niego i wykonującymi ze strachu i chęci zdobycia obiecanej nagrody, machinalnie jak automaty posłusznie jego wszelkie rozkazy. A za to zaczęliby być istotami wolnymi, świadomymi, obdarzonymi wolną wolą, zdolnością poznania i rozróżnienia dobra od zła, zdolnością dokonywania samodzielnych, wolnych wyborów między nimi, miast strachem i chciwością, kierującymi się samodzielnym racjonalnym myśleniem, świadomymi wyborami, logiką, rozsądkiem i wiedzą płynącą z tego poznania – istotą Wolną, samodzielnie i racjonalnie myślącą, dokonującą własnych wyborów i samodzielnie o sobie decydująca, a nie bezwolnym, marnym niewolnikiem ledwie jak dotychczas….. I dlatego, że to właśnie stanowiło broń, jaka – w sumie niemal jedynie – była w stanie całkowicie uśmiercić i owego Boga – despotę i całą religię razem z nim. Fakt, iż pierwsi ludzie w raju po zjedzeniu zakazanego owocu z Drzewa Poznania Dobra i Zła zyskali świadomość ewidentnie podkreśla również pewna reakcja Adama i Ewy, gdy to nagle zakrywają swą całkowitą nagość, wstydliwie owym listkiem figowym. Albowiem wówczas to dopiero zyskali oni świadomość tego, że są nadzy – a co skrywała przed nimi uprzednia zasłona błogiej nieświadomości. Wymowa tej symboliki listka figowego i nagłego zawstydzenia własną nagością nie pozostawia żadnych wątpliwości, insynuując ewidentnie, iż ów moment był właśnie momentem zyskania świadomości przez człowieka, a świadomość ta pozostawała bardzo nie na rękę owemu Bogu – despocie, godząc w jego władzę absolutną nad nieświadomymi niewolnikami. Czyż zatem można śmiało rzec, iż to właśnie owo Poznanie i owa Świadomość stanowiły ów symboliczny zakazany owoc, którego tak kategorycznie odmawiał i bezwzględnie zabraniał Człowiekowi Bóg? Myślę, że jak najbardziej… I nagle, gdy w procesie poznania zdobywamy wiedzę o tym wszystkim, o czym tu dotychczas była mowa, gdy sobie to uświadamiamy, to o dziwo diametralnie zmienia się nam perspektywa i ogólnie cały sposób percepcji tej biblijnej historii upadku pierwszych ludzi w raju po zjedzeniu zakazanego owocu wbrew rozkazowi Boga, ale co więcej także i brzemiennych tego konsekwencji – jawiąc się nam w zgoła diametralnie odmienny sposób, aniżeli dotychczas…. Przede wszystkim ta historia i jej brzemienne ponoć dla ludzkości skutki tracą cały swój negatywny, zły wydźwięk, a miast tego jawią się w samych jasnych barwach, przepełnione miast tego optymizmem. Spytacie jak to? A mianowicie, tak to, iż cała historia, a zwłaszcza te jej ponoć brzemienne i straszne dla ludzkości konsekwencje, które to miały być źródłem niewypowiedzianych cierpień, krzywdy, bólu i udręki oraz największych nieszczęść dla całej ludzkości po tymże feralnym skonsumowaniu zakazanego owocu przez naszych - domniemanych tylko – praprzodków w raju. Nagle oto okazują się być konsekwencjami mało istotnymi, które w zamian niosą tylko jakieś drobiazgowe, niezbyt doskwierające skutki dla Człowieka, nie wiele mu wyrządzając w zasadzie zła, cierpienia czy krzywdy. A których całe zło i negatywny wydźwięk nagle zupełnie niemal całkiem blakną i nikną, w porównaniu z pozytywną jasnością korzyści, jakie w skutek tego złamania boskiego rozkazu, zyskał Człowiek, a czego wartość jest niewspółmiernie większa o niebo, od wartości poniesionych strat. No dobrze bowiem, może i w skutek tej niesubordynacji Adama i Ewy ponoć wygnano nas z raju, skazując na życie na ziemi, może i straciliśmy nasze wieczne życie, a Bóg pokarał nas piętnem śmierci, jaka nas nieuchronnie czeka na końcu naszego marnego, krótkiego życia doczesnego na ziemi, może i też pokarał nas on piętnem grzechu pierworodnego… Nie przeczę. Czymże jednak są te konsekwencje w porównaniu z profitami, jakie my ludzie w zamian otrzymaliśmy, a które to wymieniałam tu wszystkie we wcześniejszych rozważaniach? Czymże są te straty w porównaniu z korzyściami o wartości wręcz bezcennej, takimi jak choćby na przykład Wolność i wolna wola, samodzielne myślenie i dokonywanie samodzielnych, wolnych wyborów, samodzielne decydowanie o sobie, i wreszcie – jak owa świadomość oraz poznanie i umiejętność odróżniania np. tego dobra od zła, i też niejako – jak owo uwolnienie się spod jarzma tyrana i koniec egzystencji bezwolnego niewolnika? Podług mnie – prawie niczym się owe straty zdają, ledwie detalem małym, nieistotnym, ledwo odczuwalną niedogodnością błahą, zwykłym z tombaku pierścionkiem z odpustu przy bezcennej wartości tych najszlachetniejszych kruszców i kamieni, jakie nam w zamian były dane… A co więcej, nagle obnaża się, dekonspiruje i odsłania nam w pełni, cała obłuda, fałsz, zakłamanie, hipokryzja i pokrętność machlojek leżąca u podstaw nie tylko tej, katolickiej – ale niemal każdej religii, ogołocona z lukrowanej, iluzorycznej fasady pozorów, jaką mami swe „owieczki” do stada – naga brutalna i bardzo, bardzo brzydka prawda, o tym co naprawdę stanowi cel, sens i całe owo status quo tej chciwej, perfidnej i żądnej władzy religii. Pierwsi ludzie w raju zjadając ów „zakazany owoc” wbrew surowemu zakazowi swego tyrana tym samym go obalili i położyli kres tyranii Boga – despoty – i jak w tezie Nietzschego, oto wyrzuceni z raju, sprawili, że Bóg jest martwy – radujmy się oto naszą pełnią Człowieczeństwa i Wolnością, jaką oto odzyskaliśmy zrzucając jarzmo boskiej niewoli! I tak się też rysuje właśnie ta cała moja teoria oparta na lekturze i interpretacji dogłębnej, właściwej Pisma Świętego, jaka tu miała stanowić ilustrację przykładową i jaką autorka sama, osobiście w swej głowie wysnuła czytając ze zrozumieniem oraz biegłemu i nagminnemu wprawianiu się w sztuce owej „nadinterpretacji, jaka według Ecco jest najwyższą z form i stopnia umiejętności najwłaściwszej interpretacji tekstu, za co jemu też tu dziękuję! Tak oto ta niewierna, bezbożna ateistka, która doszukiwać się zwykła wszędzie prawdy głęboko pod fasadą pozorów – może nie tej Absolutnej, lecz względnej, jak i wszystko – ale najbardziej zgodnej z faktami. I taką też wydobytą spod pozorów Prawdę tu Wam wyłożyć się odważyłam, z nadzieją na zrozumienie i wyrozumiałość, A także na to, iż odtąd i Wam uda się z ogrodów Edenu oraz spod jarzma tyranii boskiej uwolnić, i miast niewolnikami bezwolnymi, odtąd Wolności skarbem cieszyć jako świadome, rozumne istoty ludzkie – czego Wam drodzy Czytelnicy życzę z całego serca! THE END. Przypisy: [1] Słownik języka polskiego, red. Szymczak, PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl. [2] Encyklopedia PWN, wersja online: http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/poznanie;3961386.html. [3]Słownik języka polskiego, red. Szymczak, PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl. [4] Genesis, Pierwsza Księga Mojżeszowa, 2; 16- 17, [w:] Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Nowy przekład oprac. Przez Komisję Przekładu Pisma Świętego, Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne, Warszawa 1990, s. 8 By Anna Gabriella Lilith Gajda © All Rights Reserved [1] Słownik języka polskiego, red. Szymczak, PWN, wersja online: http://sjp.pwn.pl. [2] Encyklopedia PWN, wersja online: http://encyklopedia.pwn.pl/haslo/poznanie;3961386.html.
-
- raj utracony
- adam i ewa
-
(i 2 więcej)
Oznaczone tagami:
-
Exodus u schyłku homo sapiens…
Lilith MyszAnna opublikował(a) utwór w Wiersze gotowe - publikuj swoje utwory
Z podziękowaniem dla Mistrza Herberta za inspirację…. Rozejrzała się po mentalnej depresji wszędzie wokół epatowała z patosem ciemność wprost z ciemnych głów krzycząc bezgłośną pustką pomiędzy… I już stało się jasne że ciemność tu jest jedynym oświeceniem… Przechodzę na jasną stronę mocy zawsze wtedy gdy w zatargu nazbyt ekspansywnego Ego z ID bez uczuć ani woli choć mimo wolnego tchnienia zatracam się bez pamięci by przestać odczuwać ten przeszywająco dotkliwy ból istnienia na co dzień omijam z daleka tłum bez wyrazu zachowując wyraz bez twarzy on mówił mi idź wyprostowana z tymi co na kolanach nigdy ty nie klękaj a ja słuchałam dziecięcego autorytetu poety słów co pisane palcem na wietrze niepomna nagrody u kresu jaką i ja dziś nagradzana jestem na co dzień śmiechu chłostą i zwykłą śmiercią na śmietniku człowieczeństwa…. Tekst & Grafika - By Anna Gabriella "Lilith MyszAnna" © All Rights Reserved gdzieś w bezludnym Sosnowcu wiosną samobójców….