farbowały się dni na rudo i na zielono, czasami
czerwienią przeleciały po oczach, gasząc blask
albo myląc drogę.
na skrzyżowaniach rozkładały słowa,
później wyrastały tam lasy.
błądziłam, może chciałam zobaczyć więcej
niż kawałek cienia rzuconego pod nogi.
bo prosto było do słońca,
choć po kamieniach.
aż przyszła noc, ale ona jakby cały czas wisiała
w powietrzu, zatrzymywała,
wtedy znienawidziłam zachody.
za dużo było w nich piękna na zwykłą codzienność,
na lasy wokół i kałuże po deszczu.