O mojej pustelni z nawoływaniem interpretacja

Autor wiersza Miron Białoszewski
Autorem opracowania jest: Natalia Dąbrowska

Wiersz O mojej pustelni z nawoływaniem został umieszczony w tomie Obroty rzeczy w 1956 roku. Składa się z dwóch ponumerowanych części. Ma nieregularną budowę. Każda z części zawiera kilka zróżnicowanych wersowo strof. Autor zrezygnował z rymów.

Tytuł utworu nasuwa ciąg skojarzeń. Pustelnia jest miejscem medytacji, ciszy, izolacji od świata w celu osiągnięcia pożądanego stanu ducha, doświadczenia Boga itp. Ojcami pustyni nazywano u początków chrześcijaństwa zakonników, którzy na wzór Chrystusa, który pościł i modlił się na pustyni przez 40 dni, również odcinali się od świata i oprócz umartwiania ciała medytowali Pismo Święte. W znaczeniu potocznym pustelnia oznacza też miejsce, gdzie człowiek potrzebujący samotności szuka spokoju i ciszy. Dlatego już w tytule pojawia się pewien paradoks, gdyż ujawniający się na „swojej” pustelni podmiot liryczny nie będzie opowiadał o doświadczeniu ciszy, a „nawoływał”. Użycie tego słowa również niesie ze sobą konotacje biblijne i przypomina uroczyste wezwania np. proroków, którzy ostrzegali lud, wzywali do nawrócenia. Pierwsze słowa podmiotu lirycznego, skierowane w formie uroczystej apostrofy, są zgoła zaskakujące i uprawniają do kolejnych religijnych skojarzeń:

1
Nie jestem godzien, ściano
abyś mię ciągle syciła zdumieniem...
to samo - ty - widelcze...
to samo - wy - kurze...

Podmiot nadaje wysokiej rangi rzeczom, do których się zwraca już choćby poprzez użycie wołacza, stylizacji słowa „widelcze”, na wzór wyrazu „ojcze”, ale przede wszystkim korzystając z biblijnego i liturgicznego sformułowania „nie jestem godzien”. Tymi słowami zwraca się w Nowym Testamencie Jan Chrzciciel do Jezusa, gdy Ten prosi go o chrzest i jednocześnie są to słowa wypowiadane przez wiernych w czasie obrzędu Mszy świętej tuż przed przystąpieniem do Komunii. Podmiot u Białoszewskiego syci się nie duchowym spotkaniem, a zdumieniem, w jakie wprawiają go przedmioty z jego otoczenia.

W drugiej strofie pierwszej części utworu kontynuowana jest potrójna apostrofa, ale tym razem podmiot metaforyzuje przedmioty będące obiektami jego głębokich refleksji:

Jakże jednak tu nie ulec
twojej piramidzie mojego odosobnienia?
a twoim - brzękom nazwy
która nadziewa
moje ciasto ucha?
a waszym szarym - z was samych - drogom
w które i mnie zabieracie?

Ściana została porównana do piramidy, a przebywanie w niej gwarantuje lub powoduje odosobnienie. Jest ono miłe podmiotowi lirycznemu, który w swoim otoczeniu czuje się bezpiecznie i komfortowo. Potrafi „bawić się” nazwą „widelec”, docenia walor dźwiękowy tego słowa, odczucie dźwięku porównuje do namacalnego doświadczenia nabijania na widelec „ciasta ucha”. Podmiot obserwuje w swojej pustelni kurz – porównuje go do dróg, jakie tworzą unoszące się cząsteczki, które mogą być tu symbolem rozmyślania, bujania w obłokach. Pojawiła się w tej zwrotce także aluzja do kuszenia i rzeczywiście w kolejnej strofie podmiot również troiście wymieni pokusy, jakich doznaje i jakim chętnie ulega w swojej pustelni:

Tak
w mojej pustelni kusi:
samotność
pamięć świata
i to, że mam się za poetę.

Dziwię się
i dziwię siebie, i komentuję wciąż żywoty otoczenia.

Więc nocą
mija dni czterdzieści
albo cały anachoreta,
a owe pychy
apetyty
swawolne wole
robią ze mnie gniazdo.

Konsekwentnie stosowana kompozycja trójkowa nie pozostaje bez znaczenia i pomaga rozszyfrować rozbudowaną metaforę, jaką zbudował Białoszewski. Ściana, widelec, kurze, zamieniają się w samotność, „pamięć świata”, (oznaczającą przypuszczalnie jego materialne elementy lub materiał nazwy „widelec”, jaką zachwycał się poeta) i poczucie bycia poetą. Podmiot liryczny, w przeciwieństwie do Chrystusa i w przeciwieństwie do anachoretów, czyli ascetów, ulega swoim pokusom, jakich doświadcza w samotności. Samotność, która wytworzyła w podmiocie rodzaj pychy, apetyt na słowa, na kontemplację przedmiotów i niczym nieograniczona wola poety, wpłynęła na niego twórczo, o czym będzie można przekonać się w drugiej części wiersza.

W tej części podmiot liryczny już nie tylko nie buduje skojarzeń i metafor związanych z tradycyjnie pojmowanym życiem ascety i pustelnika, ale stanowczo odcina się od myślenia o sobie w ten sposób:

2
Kruk mi chleba nie przynosi.
a grota – numerowana,
wisi drzewo ze sznurków,
kwitnie papierami,
kwitnie świecznik ze stołowych nóg
a drugi świecznik – prawdziwy.

Jego „numerowana grota” to konkretne, nieprzypadkowe mieszkanie, otacza go „przyroda” nie naturalnych, lecz nabytych przedmiotów i nie jest w żadnym wypadku podobny do biblijnego Eliasza, któremu ptaki przynosiły pożywienie, co świadczyło o tym, że Bóg otacza go opieką jako swojego proroka. „Pustelnia” podmiotu lirycznego nie jest obszarem, w którym stosuje on wobec siebie jakieś wyrzeczenia, lecz miejscem zachwytu nad przedmiotami i polem do twórczego „popisu”. Kontemplacja i skupienie na własnych przeżyciach i myślach prowadzi do poezji, która „ostatecznie” trafia do ludzi. Okazuje się, że podmiot liryczny odkrywa, że nie odcina się od innych:

Ostatecznie – mówię z ludźmi.
Nie piszę dla samych szaf.
Więc bądź – o ja! – garbaty
garbem pokory przed ziomkami
i garbem porozumienia.

Aby wejść w dialog z innymi ludźmi, podmiot liryczny musi symbolicznie zniżyć się do ich poziomu (stąd metafory „garbów”). Zaprasza odbiorcę do wzięcia udziału w obrzędzie, który jest jego – poety natchnieniem, inspiracją, źródłem zachwytu. Jako prowadzący, uczy nas własnego spojrzenia, uwrażliwia na szczegóły:

Zrozumcie po ciemku:
brzęczy srebrna korona stołu,
słychać miasto w skrótach i ukosach.
zapalcie światło:
czy nie zamiesza się
każdy z was – w żółtej szklance,
dokoła której
ociera się półtora wymiaru?
Zgaście światło:
oto magazyn kontemplacji,
cały jesteś pokryty sercem,
rozgrzesz mnie!

W powyższym fragmencie widać, jak podmiot liryczny przyjął funkcję niemalże kapłana, w każdym razie na pewno przewodnika i nauczyciela. Wydaje polecenia, oprowadza – najpierw w ciemności, by lepiej wybrzmiały dźwięki, których nie rozproszy bodziec wzrokowy. I oto rozbrzmiewa srebrna taca leżąca na stole oraz dźwięki miasta zza okna. Po zapaleniu światła można zobaczyć żółtą szklankę, którą podmiot liryczny wyniósł do rangi transcendentnej - podmiot zadaje retoryczne pytanie, a więc uznaje za oczywiste, że odbiorca również dostrzega zadziwiające „półtora wymiaru” naczynia.

Przełamanie przez podmiot liryczny tej bariery samotności, którą zdawał się wytworzyć na początku utworu w swojej „pustelni”, nie zabrało mu poczucia indywidualizmu i własnej tożsamości (zwraca się do siebie w 2 osobie liczby pojedynczej: „jesteś pokryty sercem”, „rozgrzesz mnie”). Czuje się w swoim żywiole przewodnicząc obrzędowi, temu „odpustowi poezji”, „uroczystemu zadziwieniu”. Zgodnie z tytułem nawołuje, a jego nawoływanie jest zachętą do udziału w kontemplacji rzeczy. Owa kontemplacja może mieć niemalże sakralny wymiar w pokoju, w którym przedmioty należące do porządku profanum potrafią odsyłać do sfery sacrum, jeśli się w nie wsłuchamy i im przyjrzymy.


Czytaj dalej: Rozprawa o stolikowych baranach interpretacja

Komentarze