Katoda

Autorem wiersza jest Adam Ważyk

Brzoza nasycona sodą i mosiądzem
w przerębli światła jak echo drgała
Wieczór trzody przerażał na brzozowej łące
Patrzałem z góry na bezsenny garaż
Latarki świeciły jak oczy zbliżone do oczu
Zdawało mi się że biegnę po mieście nieznanem
U schyłku jakiego stulecia nad ranem
grasowaliśmy pijani i zamknięci w koczu?
Wypiękniały te czasy Spóźnionym wieczorem
tylnym wyjściem po schodach butwiejących od moczu
wychodziliśmy z budy i wdychali ozon
Na deszcz czekaliśmy z ziemią i brzozą
Jestem głodny tak samo jak wczoraj

Kropla rosy opada trzeba wyjść naprzeciw
To gwiazda wymowna ach nikt mi nie wierzy

to studnia do której śpieszą bose pasterki
jak koronka w twych ustach uśmiechniętych świeci
gdy pod dębem mityczni szoferzy wirują
w odorze gumy i ogniu żonglerki

Czuję oddech owoców które wiatr porusza
na drzewach wplątanych w krzyk synogarlicy
Kiedy stragan z jabłkami o usta mnie prosił
tu na rogu gdzie wisi szyld antykwariusza
przypomniałem sobie tę którą kochałem niegdyś

Jak Stare Miasto wąskie są drożyny wspomnień
ranił mnie zator schodów ostry kant węgła
Rumiana jak trud mój który się rodzi z węgla
schnie moja krew na trójkącie Kanonii

Powietrze z bursztynu i klucze obłoków
zataczają w nim złote urywane węzły
tak miłość moja biegła szukając obroku
i palce kiedy w włosach kasztanowych grzęzły
Dzisiaj podmuch wiosenny żywiej powraca
aby zmienić mię w muszlę i napoić dźwiękiem
ostro świeci reflektor w garażu wre praca
i alarm jej soczysty porywa coraz piękniej

O kolory buraki o czerwieni dziewiczej
epicką obfitością oczy moje drażnią
Ten kto je rozsypał już nawet nie zliczy
oscylując między wonią a słodką wyobraźnią

O powietrze ocieram się jak zamsz o bursztyn
Cegłom fabryk spieczonym i na łące trzodom
skóra mosiądzem się łuszczy
napływa ogrom stopiony
Jestem chłonącą katodą

Zwisa ciasto bolidów omytych z metalu
domy stoją zaklęsło wypróżniona walizka
jest podróż ostateczna ale nie wiem dokąd
Postrzępione już trzody nie wrócą z pastwiska
ogrody przez most rozsypując się wloką
dom mój jeden pozostał Dobranoc
Dlaczego święte łzy mi padają na ręce?
Garaż pali się diament który widzę z bliska
Gitara mnie oślepia
Słychać długie cybuchy synogarlic zamęt
Gi
ta
ra


Czytaj dalej: Poemat dla dorosłych, 1955