Labirynt

Autorem wiersza jest Adam Ważyk

Kobieta w czarnym satynowym kitlu
sypie do młynka po sto gramów kawy
i póki ziarno się dobrze nic zmiele
ma czas dla siebie
Procesja klientów
obojętnie przechodzi ktoś mówi dziękuje
szerokokostny chłopak z rękami jak grabie
marudzi mruczy tarasuje drogę
- To miejsce było ludne i takie zostało
mówi starszy mężczyzna do młodej kobiety
bardzo rzadko spotyka się ludzi tutejszych
napływowych poznaje po braku humoru
- Na takim dyktafonie można nagrać wszystko
(o mówi student nagraliśmy wczoraj
przedsłowny bełkot i strach przed nicością
i cóż na temat pascalowskiej szansy
Ładne dziewczyny stanęły za szybą
podobne nie do kwiatów ale do owoców
uroda jest zmieniona nieznajome twarze
nie przywołują na pamięć nikogo
Są analogie choć nie ma podobieństw
I analogie także wygasają
Ludzie, przechodzą mówią albo milczą
ten ruch bez wątku powraca falami
Kobieta w czarnym satynowym kitlu
usadowiona za syczącym młynkiem
między sypaniem ziaren a konkluzją
patrzy z daleka przez szybę wystawy

Dzień taki sam jest tutaj jak gdzie indziej
żółty jak topaz na wpół zadymmy
Nikt choćby zechciał nic powiąże go w całość
tego co jest ani lego co było
w łańcuchach wspomnień wydarte ogniwa
nic się nie zgadza i nic tylko senne
wizje w pochodzie
przeszłość labiryntem
który prowadzi nie wiadomo dokąd
RS pracował w banku
nosił melonik ! czarne palto
na sezon letni miał sak w jodełkę
Wracając` z biura do domu
widział wyraźnie jak w elementarzu
mężczyzn kobiety starców i dzieci
przechodniów na tyle dalekich
ze wcale mu nie ciążyli
na tyle bliskich
że nic czul się samotny

Na szerokiej ludnej ulicy
zaczynało kropić
kobiety na trotuarze
kręciły parasolkami
raz w prawo raz w lewo
niektóre wsiadały w dorożki
podciągając falbany spódnicy
Minąwszy siup do ogłoszeń
gdzie często zmieniano kolorowe afisze
RS przystawał pod pasiastą markizą
po jezdni sunął elektryczny tramwaj
przemykały prywatne powozy
niezgrabne landa
dwukołowe tilbury

W trafice niedaleko domu
kupował Gabinet Noblesse po dziesięć sztuk w pudełku
rozmawiał z trafikantem
o wyścigach balecie
rzeczach cenionych przez mężczyzn
o próbnych lotach na wysokości 400 metrów
i katastrofach lotników
potem powoli wchodząc, po schodkach
przekładał papierosy
do papierośnicy z tombaku
mijał okienną mozaikę z kolorowych szkiełek
W piwnym prostokącie na murze
w malowanym świecie
Cerera sypała owoce z rogu obfitości
mogła ulec zniszczeniu ale nic mógł się zmieniać
kamienna płaska waza
wieńczyła poręcz

-- -- --

Jadąc na Marymont musiano przełożyć
niedzielna wizytę pani Burnus
na odmianę pani Humus przychodzi we środę
To męcząca godzina którą trzeba ścierpieć
wszystko jest wtedy powolne
rozmowa siadanie przy stole
picie herbaty z biszkoptem
Pani Burnus goni resztkami
włożyła pieniądze w papiery na których ją oszukano
To było dawno kiedy to było?
Pani Burnus straciła rachubę czasu
myli zdarzenia i ludzi
prowadzi ze sobą wnuczka który się u niej chowa
nie zawsze pamięta do jakiej go szkoły oddala
ani jak mu na imię
Chłopiec nazywa się Franek
Zuzia na osobności
opowiada mu o Niku
opisuje roił drogę do starej wozowni
l luką i jedzą orzechy

Pani Burnus leżała chora
czekała na kobietę z bańkami
posiała Franka aby ją przynaglił
Była to felczerka polecona przez Sylwie
szło się do niej długim korytarzem
na czwartym pietrać w bocznej oficynie
w tym korytarzu bez światła
rura wodociągowa wystawała z muru
połyskując wilgocią
tu był złośliwy stopień
Na odgłos jego upadku
drzwi się otwarły
snop światła jak pękający pomidor
bluznął na przeciwległą ścianę
młoda kobieta wyszła na korytarz
krok miała cichy
spytała go czy bardzo się potłukł
- Minęliście się w drodze
felczerka poszła do pani Burnus
mieszkamy tu razem
Nazywam się Władzia
pracuję u Sylwii
Wzięła go za rękę
wprowadziła do pokoju
straciła ciężar
szybka obrotna
uniosła garnek nad stołem
nalała mu do szklanki
czerwonego barszczu

Wyprowadziła go drzwi zostawiając otwarte
aby oświetlić mu drogę w tym długim bardzo korytarzu
Po wyjściu na ulicę czul jeszcze smak barszczu
ale pokój w którym był przed chwilą
rozpływa mu się w pamięci
rozmawiał z Władzią wesoło
i nie potrafiłby powtórzyć ani jednego słowa,

W poszukiwaniu starej wozowni
o której słyszał od Zuzi
obchodził podwórza daleko na Lesznie
zobaczył mur z fałszywymi oknami
gdzie indziej upuszczony ogródek
chłopcy rozbierali parkan
robił to samo co oni
zrywał jaśminy które potem rozrzucał po drodze
Dzień już się kończył
syrena wyła na fajrant
kiedy odnalazł wozownie
nic było tam szkieletu zniszczonego powozu
tylko kamienie i drewno
gole kamienie i drewno
omszałe kamienie

Wracał z tej wyprawy zmęczony i markotny
Niedaleko domu we wklęśnięciu ulicy
na prawic zamkniętym placyku
zobaczył tłum ludzi
usłyszał tamburyno
sztukmistrze rozłożyli pod murem szkarłatny dywanik
Przystanął ale była przerwa
W tym zbiegowisku
z dorożki przy trotuarze
dziewczyna w strojnym żakiecie
w kapelusiku z woalką
machała na niego ręką w jasnej rękawiczce
wolała go po imieniu
tłumaczyła że to jej brat
Ludzie się rozstąpili
patrzyli jak wsiadał w dorożkę
ktoś włożył dwa palce w usta
zagwizdał
wszyscy się śmieli
pękali ze śmiechu
wołali śpiewali
zataczali się jak pijani

Władzia zawiozła go do siebie
do nowego mieszkania
przyszyła mu brakujące guziki do kurtki
odprowadziła go do pani Burnus
usiadła w fotelu
założyła nogę na nogę
radziła przenieść go do Wawelberga
chłopiec z technicznym fachem
łatwiej się przebije przez życie
W nowym mieszkaniu Władni
była wtedy froterka
meble zesunięte pod ściany
poszerzały przestrzeń pokoju
żeglowali na suknach po śliskiej lustrzanej posadzce
do przystani dywanu zwiniętego w wałek
u wejścia do sypialni
Franek tu osiadł i czekał
Władzia przyniosła pudło z guzikami
przyszywała je na nim

Wieczorami schodziło się u Władzi na karty
męskie towarzystwo
przy dużym okrągłym stole grano w pokera
Władzia kupowała solidne antyki
wystrzegała sio podejrzanych akcentów
niepokoiły ją nawet cieliste rozpulchnione róże
przenosiła wazon z miejsca na miejsce
- Ten wazon jest nieporęczny
Przedstaw się Franek
czy panowie znają mojego kuzyna?
On idzie prostą drogą on ma cel przed sobą
ukończył Wawelberga pracuje na Woli
nic pozwalam mu grać Kibicował siedząc za jej placami czując jej ciepło widząc
obnażone ucho z kolczykiem karty zebrane w wachlarz
Władzia przechylała je pod światło żyrandola
aby i on zobaczył jak jej się układa
Co parę lat zmieniała opiekuna
ale zawsze był tylko jeden
Franek nie wiedział kto nim był teraz
podejrzewał majora z intendentury
tęgiego mężczyznę
który siedział przy stole w cywilu
i ostrożnie unosząc karty powtarzał
Ja Herr Armeńczyk leżałem na stosie
Służąca wniosła na tacy
kawę i słodkiego mandaryna
Zrobiono pauzę
Kawę podawano w szklankach jak w kawiarni
Władzia odcisnęła na brzegu swojej szklanki
czerwony ślad ust
- Zwalniam cip szepnęła do Franka
szkoda twojego czasu

Był to piękny wieczór wiosenny
l ranek posuwał się w tłumie krążył po alejach
przecinał smugi światła zapadał się w cień pod drzewami
było mu smutno
że nie miał pogodnej duszy jak tamci
którzy od dawna nie .żyli
babka Burnusowa i RS
w którego domu nie był od dzieciństwa
RS umarł na tyfus w pierwszym roku niepodległości
Ile razy przejeżdżał tramwajem koło Grzybowa
za kościołem Wszystkich Świętych
na szarych tyłach .kamienicy
na wysokości trzeciego pietra
przestał żalą reklama papierosów

Gabinet Noblesse
przypominała mu ojca Zuzi
ale Zuzia zniknęła mu z oczu
nie spotykał jej nawet przypadkiem
To było dziwne
Nie był już małym chłopcem idącym przez długi korytarz
stal teraz w barze i patrzył na swój kieliszek po wódce
jadł gulasz i pil duże jasne
szczegóły odrywały się od rzeczy
i żyły w pamięci życiem natrętnych owadów
czerwony ślad ust na szklance
dywan zwinięty w wałek
sukna pod nogi
przyszywane guziki
zaczęło się od chłodnego barszczu
w pokoiku na czwartym piętrze w bocznej oficynie
korytarz był jak tunel labiryntu
Przedstaw się Franek
czy panowie znają mojego kuzyna?
On idzie prosta drogą on ma cel przed sobą
wpaść pod pędzące auto
zawisnąć na drutach wysokiego napięcia
zlecieć z ósmego piętra
z tarasu Niespodzianki

Szedł na powrót do Władzi
musiał ją zobaczyć .leszcze tego wieczoru
liczył że pretekst znajdzie po drodze
Tego wieczoru miało się rozstrzygnąć wszystko i nic
ulice pustoszały przed nadejściem nocy
światła i cienie układały się w prognozy których nie umiał odczytać
wszystko wszystko zbiegało .się w rytmie naglącym
cichy warkot motorów dzwonienie tramwajów
glosy miasta podszyte dalekim wystrzałem

Zanim się znalazł u Władzi
z sąsiedniego domu
wyniesiono zwłoki na noszach
jakiś mężczyzna zastrzelił się w kamiennej bramie
od razu go poznał po tuszy
major z intendentury leżał z pokrwawioną głową

Nic zawiodły go złe przeczucia
miał świeżą wiadomość dla Władzi
pretekst do przyjścia o późnej porze

Wszedł do mieszkania z tą okrutną mysią
Władzia w sypialni nakładała na. noc
grubą maskę z białego kremu
drzwi uchyliła na tyle
że mogli swobodnie rozmawiać
Obojętnie przyjęła wiadomość którą przyniósł
major dziś dużo przegrał widocznie za dużo
- Poszedł do innej bramy
zauważył Franek
to mu się chwali
- Lepiej by zrobił
gdyby poszedł na inną ulicę
Skąd się tu wziąłeś w pobliżu?
- Wiedziałem że się coś przydarzy
- Pomyśl o ile lat jestem starsza od ciebie
Wychodzę za mąż
To już ostatnia pora
Dobranoc Franku
- Dobranoc Władziu
- Dobranoc

Były to lata
kiedy poeci odkrywali w ludziach
istoty zmysłowe
zanim odkryli w nich przerażenie
kiedy zmysły były kluczami
do skrytek wyobraźni
i do krajów dzieciństwa
kiedy sny miały ostre kontury

Zuzia cieszyła się idąc ulicą
że ma dwie ręce
dwie nogi
biodra parzyste piersi
Chłopcy pod murem
trącali się łokciami
kiedy patrzyli na nią
starsi ja rozbierali w przejściu
jednym spojrzeniem do naga
śmiała się po cichu
udając, że nie widzi
Franek na nią czekał u siebie
w starym mieszkaniu po pani Burnus
Przybiegła zdyszana
rękawiczki rzuciła na pluszową sofę:
jasny kapelusz na sofę
granatowy żakiet i suknie w groszki
Miłość nie była podobna do żadnego opisu
nie była podobna do jazdy pociągiem
do słuchania orkiestry
do tańca
do siatkówki
do szkockiego natrysku
nawet do chodzenia ulicą kiedy oglądano się za nią
nic była podobna do niczego

- Chodziłam na kurs baletowy
złamałam nogę w kostce i przestałam ta chodzić
Grałam do filmu ale krótką scenkę
stałam przy barze w nocnym lokalu
miałam przed sobą piaski kieliszek
śmiałam się głośno
nagle zamilkłam
nic wiem dlaczego

Nikt mi nie wyjaśnił co to ma znaczyć
Można to zrozumieć tak albo inaczej
To było wielkie zbliżenie
Trwało nie dłużej niż mrugniecie oka

Opowiadała o sobie
zmienionym głębokim głosem
ubierając się na powrót
w pudle zniszczonego pokoju
osaczona sofą krzesłami szafą
różowa miedzy ciemnymi rzeczami
wstydliwa naturalna
tajemnicza jak los
Odprowadzał ją do domu
okrężnymi drogami
żegnali się na schodach
gdy tymczasem na murze
w piwnym prostokącie
w malowanym świecie
Cerera po dawnemu sypała owoce z rogu obfitości
- To już nam widać pisane że mamy się pobrać
- Wszyscy się zawsze oświadczają na schodach
odpowiedziała Zuzia


Czytaj dalej: Poemat dla dorosłych, 1955