Hiacynt

Autorem wiersza jest Adam Ważyk

Oto jest miasto śpiewne. Pogodne jest jak dal.
Nad ranMem słodkie głosy intonitją psalm.
W południe pachną w fajkach dymiące korzonki.
Zmierzchem puszczają dzieci roztańczone bąki.
Serdeczni zegarmistrze hodują godziny,
i ręce, błogosławiąc, na azotach im kładą.
A Hiacynt oazy ma czerwone jak rubiny
i twarz ma bladą.
Coraz szybciej, coraz odmienniej
palcami pirzebieira
po stosach pierścieni
dłoń jubilera.
Breloki na łuskach łańcuszka -
z czerniejącego sztucznego złota
i posrebrzane serduszka,
gdzie drzemie ta głupia tęsknota;
marzy obręcze, wisiory,
(zdarte z bioder i nóg bajadereik,
które we snach mu przyniósł pierwszy poryw
i skrył pod wiekiem pustych puzderek.
Kamienie morskie onikaestrują arie
olśniewających nanłzań:
bursztyny umierają, grzesznych tęsknot żar je
spala, kiedy śnią o ciałach kurtyzan.
Diamenty, surowe jak proroków gmiew,
& pereł śpiew minorowy,
li te sople krwi nieruchome,
)ak rtęć - niezakrzepła, serdeczna krew
Jana bolesnej głowy,
gwałconej wargami Sałome.

Spogląda Hiacynt na wieczyste tęcze,
nad jego czołem rosną włosy komet,
w myślach - omdlało brzęczące obręcze
wdziewa na nogi Andromed.
(Oglądał raz na rycinie
stopy greckich bogunek
i w serca ciepłej głębinie
ukrył ich wizerunek).

Oto jest miasto śpiewne. Pogodne jest jak dal.
Nad rankiem słodkie głosy intonują psalm.
W południe pachną w fajkach dymiące korzonku,
Zmierzchem puszczają dzieci roztańczone bąki.
Po pierwszej gwieździe więdną głosy.
Opada psalm. I dym. I dal umiera.
Wałęsa slię cień rudowłosy
zmarłego przed rokiem fryzjera.
Nie weselą się bąki dziecięce.
Chrome, zmęczone są tańcem.
Bez sił opadają Hiacyntowi ręce,
oplecione barwnym różańcem.

Dzień jest miłosnym słowem, pieszczonym cichą wargą.
Biały jest jak Syriusz, różany jest jak Algol.
Noc jest burzącą skargą, podziemną i namiętną:
odurza i nuży krwi gorące tętno.
Nocą twarz Hiacynta pokrywa
chorobliwy rumieniec,
płomieni piekących pokrzywa
wyrasta na dnie źrenic;
(Kto miasto zalał krwią?
Ja. nie znam tego miasta!)
Oto gwiazdy egipskie i deszcze szumiące
straszne w zielonym mroku kreślą parabole,
w meteory zaklęte kolory gorące
wezbraną hrwią zachodzą jak oczy bawole.
Tęczę marzeń przecina rozżarzony nów,
pyszne kamienie składa płomieniom w ofierze.
Nagły obłęd rozchyla kolana twych snów -
w pożodze twoje złoto. Wielki Jubilerze!

O skrzydła płomienia-kolibra!
diamenty palą
jak macki pokrzyw:
wibruje w fibrach
krwi,
jak ognisty balon -
z roztopionych arterii wydziera się - okrzyk!

Struny lir gigantycznych rwący dreszcz przecina,
na gorące kolana wezbrany spływa potok,
stygną kamienie i blednie złoto;
drży jeszcze ciało; pierzcha godzina;
gaśnie Hiacynt.


Czytaj dalej: Poemat dla dorosłych, 1955