Marja Stuart (całość)

Autorem wiersza jest Juliusz Słowacki

AKT PIERWSZY.
SCENA PIERWSZA.
Sala w pałacu Holy Rood.
MARJA STUART, RIZZIO, PAŹ.
PAŹ, wbiega prędko.

Smutne wieści przynoszę, posłuchaj królowo;
Od dawna cię znieważa płochy lud stolicy;
Dziś jeszcze byłem świadkiem, jak zniewagę nową
Wyrządził twym pałacom, królewskiéj kaplicy.
Dziś królowo nad rankiem, za ogrodu murem,
Ujrzałem piękne maski, orszak Robinhoda,
Tłum tancerzy z dzwonkami, Tuck z czarnym kapturem.
Mały Janek i strzelce i Marjanna młoda,
Biała jak kość słoniowa, wesoła dziewczyna.
Szedłem zdala za tłumem, wtém zgraja wesoła
Staje — ucichły dzwonki — tłoczy się dokoła.
Jakiś człowiek nieznany grozi, napomina,
A potém wszedł do domu na rogu ulicy.
Wszyscy się uciszyli... Znów ten człowiek blady,
Stanął w oknie i z okna jak na kazalnicy,
Przeciwko tobie pani, lud budził do zdrady.
RIZZIO.

Poznałem z opisania, to był Knox królowo;
Dzień i noc wiecznie z okna przemawia do ludu,
Lud modli się i słucha, w każde wierzy słowo,
I słuchając z ust Knoxa oczekuje cudu.

Ten człowiek chrześcijańskie podaje nauki,
Raz wskazał na ten pałac i rzekł głosem gromu,
Zburzcie! zburzcie to gniazdo, a odlecą kruki!
Jak Papież klątwy rzuca na świat z okien domu.
A lud się jak świętemu kłania obrazowi.
PAŹ.

Królowo! śmielsi z ludzi, do zbrodni gotowi,
Wpadli do twéj kaplicy, z dzikiémi okrzyki:
Gniazdo papistów krzyczą; obdziérają ściany,
Niszczą obrazy, palą, unoszą świeczniki.
Wtém patrzę, oto w szaty kościelne przybrany,
Na ołtarzu stał trefniś Darnleja — i śmiele
Jak xiądz zaczął kazanie w święconym kościele.
Lud wesoło bluźnierczym odpowiadał śpiewem,
A błazen skarby święte unosił bez braku.
Dobyłem miecza, zdjęty rozpaczą i gniewem,
Rzucam się, spadły dzwonki na błazna kołpaku.
Może krew popłynęła? niewiém — lud się tłoczył,
Okolił mnie orężem — o ścianę oparty
Miałem ulec — wtém Botwel, z królewskiémi warty,
Przybył — ocalił Pazia, kaplicę otoczył.
MARIA.

Rizzio! słyszałeś? Sama — sama więc na tronie,
Opuszczona od wszystkich, lud mnie nienawidzi;
Ów Knox śmiało urąga kobiécéj koronie,
Takżem to nisko spadła? przeklina mię — szydzi,
Rozdziérają to serce. Wszak dziś jeszcze rano,
Dziś się za nich modliłam! czyliż moja wiara
Tak różna od ich wiary? O Szkocjo!...
RIZZIO.

 Przestaną!
Przestaną cię obrażać — zasłużona kara
Spadnie na tych zbrodniarzy. Tak, pozwól królowo;
Paziu pisz roskaz — niechaj schwytani na zbrodni,
Opłacą przewinienie więzieniem lub głową.
Paź bierze pióro i siada nad kartą pargaminu.

Pisz rozkaz, przewinili, litości nie godni.
Wszystkich bym jednym stosu ogarnął płomieniem.
MARJA.

Cały lud byś wytępił? jaka zemsta dzika!
Lud mię zdradza.
PAŹ, pisząc.

 Królowo! czyliż z twém imieniem
Połączę imię twego małżonka Henryka?
I dam mu tytuł króla?
MARJA.

 Tak, wszak zawsze razem
Pisałeś jego imię. Nie, czekaj — co czynię?
Może lud działał zgodnie z Henryka roskazem,
Wszak jego trefniś luby sam przéwodził w gminie?
Nie pisz imienia króla — ja jestem królową!
Rizzio! co myślisz? — niewiém — może się obrazi?
Piérwszy czyn przeciw męża; opuszczone słowo
Struje szczęście domowe, dni pogodę skazi.
Ja mu dawałam tytuł króla w dni szczęśliwe,
Nieraz koroną jego dotykałam czoła.
RIZZIO.

Królowo! ty masz lice i serce anioła!
I czemuż siejesz kwiaty na tak dziką niwę?
Widziałem słońce kiedy na obłoków tronie
Tonące w Tybrze, patrzy na krzyż Rzymu złoty;
Ty jesteś jak to słońce, twój tron w falach tonie,
Lud cały już zatonął w obłędach ciemnoty;
Ty jedna, wzniosłém czołem, widzisz światło wiary.
Królowo! zbrodnia czeka zasłużonéj kary,
A cnót przyćmionych kiedyś znajdą się obrońce,
Kto jak słońce zagasa, wstanie jako słońce.
MARJA.

Wiara każe przebaczyć.
RIZZIO.

 Bóg ma kary w niebie,
Jesteś na tronie, karać od Boga masz prawo.
Obojętność twe imie okryje niesławą
Obudź spiące uczucia, lud patrzy na ciebie

Jak na zgaszoną lampę, trzeba w lampy łonie
Zapalić jasny świecznik, niech błyska i płonie.
Do pazia który skończył pisać i wstaje.

Skończyłeś Paziu? dobrze, zawołaj rycerza
Który dziś straż odbywa.
Paź wychodzi.

 Wyrok swój usłyszą.
Niech straszny piorun zemsty na zdrajców uderza.
Jak pióra co na mojéj głowie się kołyszą,
Zadrzą przed tobą, do nóg twoich się uchylą.


SCENA DRUGA.
MARJA, RIZZIO, DUGLAS, PAŹ.
MARJA.

Witam ciebie Duglasie, niedawno, przed chwilą,
Widziałam tu Mortona w bramie pałacowéj.
Nieś mu ten roskaz, trzeba pieczęci kanclerza.
Duglas odbiéra pismo z rąk królowy, przegląda je i czeka.

Cóż to? wszak posłuszeństwo jest cnotą rycerza,
Śmiałżebyś w niém ubliżyć kobiécie? królowéj?
DUGLAS.

Królowéj? o nie, Duglas nie zna zdrady cienia.
Lecz wybacz pani — oto na tym pargaminie,
Pewnie skutkiem pośpiechu, w tak nagłéj godzinie,
Braknie tytułu króla, Henryka imienia,
Twego małżonka święta dla ludu osoba,
Imie, z twoim imieniem zawsze było w parze;
Wybacz śmiałości mojéj, może się podoba
Sprostować błąd?
RIZZIO.

 Królowa nie błądzi gdy każe.
DUGLAS, ze wzgardą

Niech z samych ust królowy otrzymam odprawę,
Czekam jéj odpowiedzi.
MARJA.

 Spełń rozkaz.
DUGLAS, zapalając się.

 Na Boga!
Wstrzymaj pani! o! wstrzymaj te rozkazy krwawe!
Królowo! chceszże aby krwią zalana droga
Wiodła do twego tronu? do tronu kobiéty?
I niezgody pochodnia na królewskim dworze,
Niewiém kto ją zapalił? jakiś wróg ukryty,
Albo ją wiatr francuzki roznieca przez morze.
Słowa wyroku wzięte z Weneckiego śpiewu,
Z barkarolli harfiarza? lub z hymnów Papieża.
Więc aż w Szkocji je słychać — pragną krwi rozlewu!
Ktoś umié radzić, może zastąpi kanclerza,
Może zostanie...
MARJA.

 Dosyć! pamiętaj Duglasie!
Mnie twoje płoche słowa obrazić nie mogą,
Lecz pamiętaj, pobiegłeś nierycerską drogą,
Możesz stracić ostrogi, lub ozdobę w pasie...
A gdy pieczęć upuści dłoń Mortona drząca,
Może ją weźmie ręka, co o stróny trąca.
Jestem królową...
DUGLAS.

 Przebóg! ja stracę ostrogi?
Zetrze się z nich pozłota — żelazo zostanie,
Ani je podstępnémi zdobywałem drogi,
Nie dała mi ich harfa — nie dało śpiéwanie,
Nie wziąłem — nie znalazłem ich u stopni tronu,
Gdziem je zyskał powiedzą pola Albijonu:
Winienem je potyczkom i niespanym wartom,
Szczycę się długim przodków szlachetnych poczetem:
A wszyscy! — wszyscy! mieczem służyli Stuartom.
RIZZIO.

Pozwól — nieraz Stuartom służyli sztyletem...
DUGLAS.

O nędzny coś wymówił? co słyszałem? Boże!
Ha! więc znasz jak Duglasy mścili swéj zniewagi?
Mścili się na Stuartach, na królewskim dworze,
Na kim że ja się zemszczę? — lalka — bez odwagi,

Oto trefione włosy i różane lice:
Przystąp tu małe dziecko — rzucam rękawicę!
Rzuca rękawicę.

Podnieś — jeśli ją podnieść, dźwignąć jesteś w stanie.
RIZZIO, podnosząc.

Podnoszę... Z mojéj strony oto masz wyzwanie.
Bierze kwiaty leżące na stoliku przed królową, i rzuca je pod nogi Duglasowi.

Podnieś gdy lubisz kwiaty — ta broń nam przystoi
Tu, w obliczu królowy...
MARJA, do Rizzia.

 Z mojego roskazu
Odrzuć tę rękawicę...
RIZZIO.

 Rzucam, niémam zbroi,
I nadto ciężka — dłoń ma nie sprzyja żelazu...
Daj mi wachlarz królowo!...
DUGLAS, z wściekłością.

 Jeszcze raz znieważył,
Odrzucił rękawicę... Królowo! królowo!
Znajdę go, pod zasłoną znajdę go tronową,
Już nie zaśnie pod dachem gdzie pożar rozżarzył.
Przysięgam, ścigać będę... Nie zechce się bronić?
Zostanę podłym zbójcą — pójdę za nim w ślady;
Ścigając wiecznie, kiedyś zdołam go dogonić.
Znajdzie mnie tu, w pałacu, gdzie śmiał szerzyć zdrady,
Znajdzie mnie u podwoi — w ogrodach — w kościele,
Znajdzie na dworze Francyi — przed tronem Papieża,
Choćby mu się słał u nóg jak się teraz ściele
Wyrwę go — tu przysięgam! przysięgą rycerza...
Zimno, ze wzgardą.

Kiedyś królowo — kiedy dworem okolona,
Rzucisz na chwilę tronu ciężar i zgryzoty;
Gdy się będziesz uśmiéchać — stanę pośród grona,
A naśladując dworzan uśmiéch i zaloty,
Podam ci ten kwiat — we krwi!...
MARJA.

 Rizzio! chodź z téj sali.
Widzisz Duglasie! jestem ze Stuartów rodu,
Umiém pogardzać.
Odchodzi. Rizzio idzie za nią, ale potém wraca.
RIZZIO.

 Jutro — w chłodnikach ogrodu
Czekam ciebie Duglasie, i na ostrzu stali
Znajdziesz śmierć, albo zemstę.
Odchodzi spiesznie za królową.


SCENA TRZECIA.
DUGLAS, sam.

 Jutro — dzięki tobie!
Zdjąłeś mi przecie z czoła, czarny srom zniewagi,
Mam czekać jutra — jutro zaśniesz w cichym grobie...
Któżby się po nim tyle spodziéwał odwagi?
Tak się lękliwy zdawał? — nawet drzącą dłonią
Rzucał pod nogi kwiaty — gardził? — być nie może
Żeby Duglasem wzgardził! On wié — śmiercią grożę...
Zamyślony, spokojniéj.

Lecz czy ten podły harfiarz umié robić bronią?...
Czuję, nie mógłbym w piersi odkryte uderzyć...
Dam włochowi miecz dłuższy; doświadczonéj mocy,
Krótszemu mogę zemstę honoru powierzyć,
Oby już noc nadeszła — chciałbym zasnąć w nocy,
Uśpionemu czas prędko przeleci jak chwila,
Kiedy się zbudzę — będzie już jutro na niebie.


SCENA CZWARTA.
DUGLAS, MORTON, wchodzi.
DUGLAS.

Witam wielki kanclerzu, — właśnie szukam ciebie;
Obacz jako małżeńska miłość się przesila,
Gdy się piękny głos harfy rozchodzi na dworze.
Daje roskaz królowy.

Przyłóż pieczęć.
MORTON, przeglądając pismo.

 Gdzież Henryk? — o nim ani słowa?
Ja mam przyłożyć pieczęć — jeśli nie przyłożę
Królowa powié na to...
DUGLAS.

 Mówiła królowa:
Jeśli pieczęć upuści dłoń Mortona drząca,
Może ją weźmie ręka co o stróny trąca.
MORTON.

Tak mówiła? słyszałeś?...
DUGLAS.

 Słyszałem.
MORTON.

 Mówiła!?...
DUGLAS.

Cha! cha! straszna się przepaść przed tobą odkryła
Trzeba pieczęć przyłożyć...
MORTON.

 Lecz gdy król się dowié
Co powié na to?
DUGLAS.

 Łatwo zgadnąć co król powié:
Jeśli pieczęć upuści dłoń Mortona drząca,
Weźmie ją ręka dotąd dzwonkami brzęcząca.
Śmiejąc się odchodzi.
MORTON.

Czekaj! czekaj Duglasie — bojaźń mię przenika,
Pójść do królowy?... Nie, nie, pójdę do Henryka.
Odchodzi.


SCENA PIĄTA.
Scena w pokojach Henryka Darnleja.
HENRYK DARNLEJ, NICK.
NICK.

Nagródź mi królu...
HENRYK.

 Za co?...
NICK.

 Jak rycerz bez zbroi
Wracam z placu potyczki bez dzwonków.
HENRYK, śmiejąc się.

 O! szkoda!...
NICK, smutno.

Jeśli je znajdzie Morton, pewno je przyswoi,
Chléb mi odbierze. Jakaż za trudy nagroda?
Co o tobie wiedziałem, wszystko w dzwonki kryłem,
Jak w ziemię tajemnicę chowałem Midasa:
Nicku — śmiać się niebędziesz — wesołość zabiłem!
Po chwili myślenia.

Zdéjm biret z głowy Knoxa, hełm z głowy Duglasa;
Niech między nami żadnéj nie będzie różnicy...
Takiéj żądam nagrody...
HENRYK.

 Cha! co ci się roi?...
Knox niech w birecie wiecznie prawi z kazalnicy,

Duglas niechaj ojczyzny wrogów ściga w zbroi;
A tobie sprawię dzwonki, sprawię ubiór nowy.
NICK.

Prócz ubioru cóś jeszcze biédny Nick dostanie?
HENRYK.

Żądaj więc...
NICK, myśląc.

 Królu, daj mi — daj —
Wesoło.

 Portret królowy.
HENRYK.

Dam ci swój...
NICK.

 Twego nie chcę — daj mi szyling panie,
Na nim jest wizerunek królowy w koronie;
A ciebie na szylingu niéma...
HENRYK.

 O! straszliwie!
Słowo błazna jak sztylet w moich piersiach tonie,
Jestem królem — nie jestem królem, — sam się dziwię
Że tak długo cierpiałem honoru zakałę...
Dosyć już poniżenia! — jam na wszystko gotów,
Gdzie się obrócę — dziecko wytyka mnie małe:
Oto jest mąż królowy! — Czemuż nie król Szkotów?
Mąż królowy — to wielka dla Darnleja sława?...
Zamyśla się.
NICK, niby do siebie mówiąc głośno.

Niedał szylinga — pójdę — nie wytrzymam dłużéj,
Pójdę służbę obiérać, zła ze skąpym sprawa.
Ja służę Henrykowi — Rizzio Marji służy
I któż z nas lepiéj wyszedł?.. Gdym przybył do dworu
Z zamkniętą torbą śmiéchu, niewsławiony niczém,
Zaraz mi dano szatę różnego koloru,
I kij na którym głowa z podwójnym obliczem,
I czapeczkę z dzwonkami — i pas — a przy pasie
Były dwa worki próżne, i dziś jeszcze próżne,

I dziś ta sama szata. W jednym ze mną czasie
Przybył włoch — wiatrem szyte miał sakwy podróżne,
Opatrzony podwójną twarzą — i okryty
Łataną szatą — w workach żadnego cekina;
Dziś patrz! Włoch już drogiémi błyszczy axamity,
Pióra nosi na głowie, ostrogi przypina,
Z pełnych worków twarz Marji wygląda przyjazna,
Ona go swoim płaszczem królewskim otula:
I gdyby miał takiego jak ja jestem błazna,
Może by był podobny do takiego króla
Jakim jest
Pokazuje ze złośliwym uśmiéchem na Henryka.

 Zasnął w myślach — zaraz go obudzę...
Królu słyszysz głos harfy?
HENRYK.

 Gdzie?
NICK.

 W tronowéj sali...
HENRYK, z mocną boleścią.

Szatanem jesteś Nicku, ja się dręczę — trudzę —
Tak, dźwięk harfy. Niech zamek w gruzy się zawali,
Niech zagrzebie tron, harfę... Gdzież znajdę zacisze?
Coraz bliżéj strasznémi nabawia mnie snami!
Budzę się zmordowany i znowu ją słyszę
Jak jéj nie słyszéć?
NICK.

 Królu wdziéj czapkę z dzwonkami,
Ich dźwięk harfę zagłuszy.
HENRYK.

 Sztylet stróny przetnie.


SCENA SZÓSTA.
HENRYK, NICK, MORTON.
MORTON.

Królu! racz słuchać królu? z ważną wieścią dążę,
Z wieścią... Jestem życzliwy — i myślę szlachetnie.
HENRYK.

Któż o tém wątpi?
MORTON.

 Racz więc posłuchać mię xiąże!
HENRYK, z oburzeniem.

Xiąże?
MORTON.

 Królu racz słuchać!... Nie znajdę wyrazów...
Oto jest pismo — pieczęć przyłożyć kazano.
HENRYK, przegląda pismo.

Cóż to? gdzież moje imie? Z jakich to roskazów?
Nie! to pomyłka...
MORTON, z uśmiechem.

 Tak jest, króla nie wpisano,
Przez pomyłkę zapewne?
HENRYK.

 Wątpisz o tém starcze?
Wnet pójdę do królowy, a wszystko przemieni!
Pójdę, i wymówkami niewierną obarczę...
Nie, prosić będę... Długo żyjąc oddaleni,

Nie czujemy tak zgodnie jak dawniéjśmy czuli;
To prawie moja wina — jakaś zazdrość płocha
Rozdzieliła nas — zdradę podstępni uknuli,
Lecz królowa kochała i teraz mnie kocha.
Gdzie jest Marja.
MORTON.

 U siebie — Rizzio u niéj bawi,
O zmienienie roskazu zapewna się wstawi.
HENRYK, gwałtownie.

Ten Rizzio! Rizzio! wkrótce sięgnie pod koronę.
Któż mnie uwolni?
MORTON.

 Panie! zdołam to uczynić.
Poświęcę się... Trzeba go o zbrodnią obwinić.
Panie przyjm zaskarżenie, ja przyjmę obronę,
Zginie.
HENRYK.

 O nędzny starcze! tyś dobry do rady!
Chciałbyś w oczach królowy być wolnym od zdrady,
Jak śniég biało wyglądać, ze krwi obmyć dłonie.
Ja mam stawać przed sądem? w purpurze, w koronie,
Ja Henryk? przeciw Rizzia mówić w podłéj sprawie?
Ten włoch nikczemny może w sądzie uwolniony
Znów mi będzie urągał? Nie — ręce zakrwawię,
Bo zgon jego obfite przyniesie mi plony;
Powróci pokój w domu... Tak — ja się namyślę...
Poco myśléć? — myślałem — wszystko mam w umyśle
Tak widne jak na niebie, tak czarne jak w piekle.
Myślałem długo — zimno — dziś wypełnię wściekle!
Dziś wypełnię! nad wieczór już go grób pochłonie,
Grabarze na cmentarzach już dlań kopią doły.
NICK, widząc że Morton nie może wesołości utaić.

Cóż to? ty moje dzwonki znalazłeś Mortonie,
Bo dziś byłeś dowcipny, a jesteś wesoły,
Oddaj mi dzwonki moje — bądź znowu kanclerzem.


SCENA SIÓDMA.
HENRYK, NICK, MORTON, LINDSAJ.
LINDSAJ.

Królu! dostałem dzisiaj sokoła, król ptaków!
Norwegski, cały srebrném osłoniony pierzem,
Gdy się podniesie, tonie wśród powietrznych szlaków.
HENRYK.

Co mówisz? Czy od mego sokoła piękniejszy?
LINDSAJ.

Cha! cha! bez porównania, lekszy, trochę mniéjszy,
Cacko dla kobiét, niegdyś Lady Hamiltonu
Nosiła go na dłoni nad Klydu rozłogi;
Pięknie mi się popisał, nie wrócił bez plonu,
Jak rycerz w krwi przepiórek pozłocił ostrogi.
Jedźmy dzisiaj na łowy.
MORTON.

 Dziś król ma zajęcie.
HENRYK.

Tak, prawda przyjacielu, dziś mam inne łowy,
Raz na jaw wyszłe trzeba kończyć przedsięwzięcie,
Słuchaj Lindsaju! spadła mi korona z głowy,
Jestem igraszką kobiét, celem pośmiewiska,
Odmówiono mi władzy, nawet i nazwiska.
Czczego nazwiska króla! czy wierzysz Lindsaju?
LINDSAJ.

Powinieneś się zemścić srogo — to tak właśnie
Jakby mi kto powiedział, że nie jestem w kraju
Piérwszym w sztuce łowieckiéj.
HENRYK.

 Nim słońce zagaśnie,
Lindsaju dziś pomożesz zastawić mi sieci.
Wiész kto mię zdradza? Rizzio, ów podły przychodzień!
Dzisiejszy xiężyc jego mogiłę oświeci.
Przyszedł tu jako tułacz, zginie jako zbrodzień.
Pomożesz mi?
LINDSAJ.

 Najchętniéj w twe zamiary wchodzę,
Czy wiész? w swoich mi lasach polować zabronił,
Zemszczę się.
HENRYK.

 Ja cię za to sowicie nagrodzę,
Będziesz w jego źwierzyńcu płoche sarny gonił.


SCENA ÓSMA.
HENRYK, NICK, MORTON, LINDSAJ, DUGLAS.
LINDSAJ, do wchodzącego Duglasa.

Jakże się zdołał Rizzio od śmierci wyprosić?
Odgłos o waszéj zwadzie rozszedł się daleki,
Słyszałem...
DUGLAS.

 Dobrześ słyszał, lecz gdy chcesz rozgłosić,
Pamiętaj że dzwon może zamilknąć na wieki,
Kiedy mu serce wydrą.
LINDSAJ.

 Słuchaj! złącz się z nami!
Dzisiaj jeszcze sztylety, dzisiaj zemsta świeża,
Pozbawi ciebie wroga co twój honor plami.
DUGLAS.

Któż cudzéj dłoni zemstę honoru powierza?
Ostrzegam was, ja pragnę, Rizzio niechaj żyje,
Jutro go oddam waszéj zemście — dziś nie zginie;
Dziś własną piersią sztylet od włocha odbiję,
Ze mną walczyć będziecie, krew wasza popłynie.
Spodziéwam się że boju nie zechcesz Mortonie?
Lindsaju! jam nie jeleń co w borach popasa.
Henryku! pomniéć zechcesz, że w twojéj koronie
Słabszy daleko kruszec, niż w mieczu Duglasa.
Na jutro złóżcie zemstę — kto pójdzie inaczéj
Jest wrogiem moim.
Odchodzi.


SCENA DZIEWIĄTA.
HENRYK, NICK, MORTON, LINDSAJ.
LINDSAJ.

 Cóż to? oszalał z rospaczy?
MORTON.

Królu czyliż cię groźba Duglasa zachwieje?
HENRYK.

Nie — lecz na jutro wszystko odłożyć wypada.
Cieszę się nawet z tego, zamiar nasz dojrzeje,
Kwiat przed czasem rozwity, przed czasem opada.
Rycerze, niechaj żadna nie płoszy was trwoga,
Trzymamy w ręku życie nieszczęsnéj ofiary.
A ty mały trefnisiu spiesz do Astrologa,
Niech powié jaki skutek odniosą zamiary.

KONIEC AKTU PIERWSZEGO.


AKT DRUGI.
SCENA PIERWSZA.
Teatr wystawia mieszkanie Astrologa. Wśród sali stół zarzucony xięgami — teleskopy w oknach obrócone na niebo.
ASTROLOG, sam.

Nicość nauki — gorzki owoc doświadczenia!
Myśléć — zgłębiać — i potém wszystkiemu nie wierzyć,
Dręczyć się, żeby okrąg swych marzeń rozszerzyć,
Czytać w gwiazdach! — sąż one xięgą przeznaczenia?...
Przeznaczenie!... szaleństwo walczyć z przeznaczeniem!
Ty coś ręce zakrwawił, podnieś czoło blade!
Przeklinaj los, lecz przestań dręczyć się z sumnieniem,
Gwiazdy winne że knułeś cudzą śmierć lub zdradę,
W kolébce byłeś takim jak dzisiaj zbrodniarzem,
Z pokarmu matki ssałeś dni strute zgryzotą!
Ty co posiadłeś cnoty, umiérasz nędzarzem,
Przestań się dręczyć — cnota twoja nie jest cnotą.
O! gdybyś w późnéj chwili na śmiertelném łożu,
Uznał ten błąd — tę nicość cnoty bez zasługi.
Dręczyłeś się — i poco? po świata bezdrożu
Szedłeś samotny nędzarz... Jestże więc świat drugi?


SCENA DRUGA.
ASTROLOG, NICK.
NICK.

Jak się masz, ojcze?...
ASTROLOG.

 Ojcze! skąd te pokrewieństwo?
NICK.

Z głupstwa rosną nauki — a z nauk szaleństwo;
Jestem więc twoim synem, a te wszystkie xięgi
Są mi rodzone siostry, bo z ciebie się rodzą.
ASTROLOG.

O! nędzny, nie znasz nauk i badań potęgi!
Myśli twoje okręgu ziemi nie przechodzą.
NICK.

Więc mi pokaż kres dalszy — Ojcze! proszę ciebie.
Patrzy przez teleskop na niebo obrócony.

Cha! cha! cha!
ASTROLOG.

 Cóż widziałeś?
NICK, śmiejąc się.

 Niebo!
ASTROLOG.

 A na niebie?
NICK, spokojnie.

Nic...
ASTROLOG.

 Zasiane jest ono światy rozlicznémi.
NICK, patrzy drugim końcem teleskopu zmniejszającym przedmioty.

Widziałem!...
ASTROLOG.

 Cóż widziałeś?
NICK.

 Ziemię!
ASTROLOG.

 A na ziemi?
NICK.

Nic...
ASTROLOG.

 Mnie musiałeś widziéć?
NICK.

 Byłeś oddalony...
Byłeś mały jak proszek, mądry Astronomie.
Nie patrz na niebo, znikniesz w tych światów ogromie,
Ale patrzaj na ziemię, patrzaj z tamtéj strony,
Jak małą ci się wyda! nauki! i sława!...
Tym lepszy jest teleskop im bardziéj oddala.
Ale coś błazen króla na mędrca zakrawa,
A mędrzec króla...
ASTROLOG.

 Błaznom rozprawiać dozwala.
Lecz z czémże tu przyszedłeś?
NICK.

 Pyta mąż królowy,
Jaki los czeka Rizzia?... Nie łam sobie głowy,
Przy mojéj się pomocy rzecz łatwo wysłowi,
Powiadam ci że zginie — ty powiész królowi,
Że zginie...
ASTROLOG.

 Precz mi z oczu! nie żądam pomocy.
Nieś to pismo królowi w niém jest tajemnica,
Los Rizzia w jasnych gwiazdach czytałem téj nocy,
Wszystkie pobladły, srebrne zachmurzyły lica.
Precz mi z oczu!
NICK.

 Lecz powiédz jeszcze, co mnie czeka?
ASTROLOG.

Śmierć prędka...
NICK.

 A po śmierci?
ASTROLOG.

 Nie wiém...
NICK.

 Do widzenia,
Równośmy mądrzy...
Odchodzi.
ASTROLOG.

 Podłe jestestwo człowieka,
Kiedy głupstwem okrywa głębokie marzenia.


SCENA TRZECIA.
ASTROLOG, PAŹ.
PAŹ.

Już wyszedł trefniś — dobrze. — Na twoje wezwanie
Stawię się mądry mistrzu.
ASTROLOG.

 Słuchaj Paziu młody!
Czy ty kochasz królowę?
PAŹ.

 Skądże to pytanie?
Czy ja kocham królowę? Jakież dam dowody?
Kocham ją jako matkę, siostrę, jak anioła.
Taki jestem szczęśliwy! dzień cały od rana
Przepędzam przy jéj stopach — nieraz, na kolana,
Spadnie mi róża napół uwiędła z jéj czoła;
Nieraz jéj twarz ochładzam złocistym wachlarzem,
Twarz spłonioną jasnémi rumieńca szkarłaty;
Nieraz, schylonéj kornie przed Boskim ołtarzem,
Trzymam xiążkę modlitwy, lub niosę kraj szaty.
Szczęśliwy jestem!
ASTROLOG.

 Paziu! nim chwila przeminie,
Masz stanąć u królowy i donieść jéj skrycie,
Że człowiek milszy dla niéj nad tron i nad życie,
Zginie dzisiaj.
PAŹ.

 Co mówisz? Botwel dzisiaj zginie?
ASTROLOG, z zadziwieniem.

Botwel? innego miałem w przestrodze na celu!
Paziu! ja nie myślałem wcale o Botwelu.
PAŹ, z rospaczą.

Więc zdradziłem ją! Boże w jakąż przepaść wpadłem,
Nie wierz mi! Ona tego sobie nie wyznała,
I mnie się nie zwierzyła, z rumieńca odgadłem...
Jam zbłądził... Nie... Botwela nigdy nie kochała.
Nie wierz mi — niech cię proźba, rospacz moja wzruszy,
Zatrzymaj wszystko w sobie, czcij honor królowy!
Nie dziw się — całą duszą słuchałem twéj mowy,
Cóż dziwnego że słowo wyrwało się z duszy?
O nieszczęśliwy Paziu!... Z serca mi wyrwałeś
Najskrytszą tajemnicę — zapomnij! zaklinam!
Daje Astrologowi brylantową sprzączkę od kapelusza.

Weź tę sprzączkę — Zapomnij!... Czy już zapomniałeś?
Ja nawet uraz moich prędko zapominam,
A ty byś nie zapomniał?
ASTROLOG.

 Chodź tu moje dziécie.
Czy myślisz że nauki spodlić mogą starca?
Królowa mnie łaskami obdarza obficie,
Nie zasłużyłby na nie starzec i potwarca.
Zatrzymaj te brylanty, przebaczam żeś dawał,
Nadtoś mię lekko sądził, za mało poznawał!
Patrz na komnatę, oto są królowy dary,
Oto xięgi bez ceny — mam złoto, pałace;
Kiedyś wdzięczność zachowam, z darów się wypłacę.
Patrz na te czarnym płynem nalane puchary,
W nich złoto rodzą mojéj sztuki tajemnice;
Takiego kruszcu z Peru Hiszpania dostaje,
Ja przed królową większe otworzę skarbnice,
Będzie w nich czerpać, będzie zakupywać kraje.
PAŹ.

Lecz któż ma zginąć?
ASTROLOG.

 Rizzio! Rizzio, w jego serce
Godzą mnogie sztylety — na Rizzia pogrzebie
Jutro płakać będziecie, silni są morderce,
Wiém to z ust ludzkich, w gwiazdach czytałem na niebie.
PAŹ.

Ojcze! więc spieszę.
Wybiega.


SCENA CZWARTA.
ASTROLOG, sam, bierze jeden z puharów.

 Tutaj są moje nadzieje.
Nie śmiém czar tych otworzyć — ha! kiedy otworzę?
Może mi dzisiaj w oczach złoto zajaśnieje?
Patrzy w puhar.

Nie, jeszcze niéma — dzisiaj wcześnie — jutro może?...
A więc czekać do jutra. Lecz na cóż mi złoto?
Spytaj się siebie starcze, naco? naco sława?
Piérwszeństwo wynalazku — wytrwałość jest cnotą,
Wszak równych starań roli kosztuje uprawa!
Całe życie marzyłem, miałżebym nad grobem
Odkryć nicość marzenia? bezskuteczność sztuki?
Nie przeżyłbym odkrycia — nie — dziwnym sposobem
Wiążą się słowa pazia z pismem gwiazd nauki.
Królowa! Botwel! skądże razem dwa imiona?
Ona kocha Botwela? Dziś nad jego głową
Zbiegły się razem Marsa, Saturna znamiona,
To znaczy... Otóż Botwel, zdziwi się gwiazd mową.


SCENA PIĄTA.
ASTROLOG, BOTWEL.
BOTWEL, zamyślony.

Czemuż wszedłem w te progi? muszę być szalony!
Obaczyć przyszłość? zajrzéć w dno prawdy kielicha.
Przyszłości mi nie kryją nadziei zasłony,
Lecz przed śmiercią zasłona mgły tajemna, cicha,
Śmierć we mnie uśmiéch budzi, zasłona odkryta
Może zgasi ten uśmiéch?... I czegoż żądałem!
Tak, kto wié co ten starzec z duszy mi wyczyta?
Może mi to odkryje czego sam nie śmiałem
Dotąd odkryć przed sobą? przepaść mi odkryje;
Nad brzegiem się obudzę i w otchłań się rzucę.
Zgłębić przyszłość? niech tylko obecność przeżyję!
I czegoż tu przyszedłem? — tak — wrócę się — wrócę.
Nie, już się stało, tak jest stało się — zostanę.
Starcze czytasz w przyszłości?
ASTROLOG.

 Gwiazdami pisane
Zgłębiłem tajemnice.
BOTWEL.

 Powiédz mi więc szczerze,
Czy wierzysz w twe wyroki?
ASTROLOG.

 Wierzę — jak w śmierć wierzę.
BOTWEL.

Nigdy nie mylą?
ASTROLOG.

 Nigdy.
BOTWEL.

 Marność nauk świata!
Dziś rzeczywistość płonne zawiedzie rachuby.
Czy długo ja żyć będę?
ASTROLOG.

 Trzy lata.
BOTWEL, ze wzgardą.

 Trzy lata?
Kres nadto oddalany, błąd twój nadto gruby.
Trzy dni dla mnie za wiele — trzy lata? daremnie.
Widzisz mnie Astrologu, na wybladłéj twarzy
Gorzki uśmiéch i wzgarda — nie patrz co jest we mnie,
Któż się we wnętrze grobu zaglądać odważy?
Nie zniszczyły mię zbrodnie, jest to sytość życia;
Gorące serce wrzało we mnie od powicia,
Teraz jestem znużony — zimny — umrzéć muszę.
Pokazuje truciznę w kryształowym naczyniu.

Patrz — oto jest trucizna, a przeszkody — żadne;
Tylko stałość twych mądrych przepowiedzeń wzruszę!
Cóż, jeśli ją wypiję u nóg twych padnę?
Od długich bolów, krótkim uwolnię się bólem.
Umiéram...
ASTROLOG, bierze go za rękę i prowadzi do stoła gdzie leżą horoskopy.

 Nie, żyć będziesz trzy lata Botwelu.
Patrz co pisały gwiazdy — będziesz królem...
BOTWEL.

 Królem?
Co mówisz? będę królem! do takiego celu
Dążyć z nad brzegu grobu? miałem zasnąć w grobie.
Będę królem... Kląć ciebie? czy dziękować tobie?
Niewiém... powiédz mi starcze, powiédz czy na tronie
Spokojniéj jest niż w grobie? ten wszystko pochłonie.
Może późniejsze życie gorżki owoc wyda?
I pocóż? poco ścigać tak znikomą marę?
Wypiję tę truciznę... nie, rozbiję czarę —

Ale poco rozbijać — może mi się przyda?...
W taką drogę iść trzeba z obfitym zapasem...
Wszak nieraz we śnie złotą koronę widziałem!
Wygrałeś Astrologu! żyć będę!...
ASTROLOG.

 Wygrałem.
BOTWEL.

Idę do celu — nie chcę umiérać przed czasem.
Prowadź mnie Astrologu w wysokie komnaty
I pokaż mi władnące moim losem światy...
Wychodzą.


SCENA SZÓSTA.
Pokój królowy, w głębi okres gotyckie.
MARJA, PAŹ.
PAŹ.

Zaraz przybędzie Rizzio.
MARJA.

 Czemuż nie przybywa?
On mi jeden pozostał z przyjaciół tak wielu,
I wkrótce zginie.
PAŹ.

 Pani — tyś niesprawiedliwa,
Wspominając przyjaciół, wspomnij o Botwelu,
Paź nie śmié się przypomniéć, może niéma prawa.
MARJA.

Mój luby, ty dorastasz — rozdzielisz się ze mną,
Wachlarz na miecz zamienisz, powoła cię sława.
Któż mi wtenczas rozjaśni tę pustynię ciemną?
Botwel? — lecz ja Botwela nie znam. O! mój drogi!
Ty płaczesz? Paziu! Paziu!
PAŹ.

 Dziecinne łzy ronię,
Daruj mi — ja myślałem że w twojéj obronie
Na dworze pas pozyskam i złote ostrogi.
Nigdy mię nie budziła ze snu myśl rozdziału,
Teraz pierwszy raz czuję że nastąpić może,
Już mi pół rycerskiego odjęła zapału.
Lecz, wszak Botwel rycerzem? przecięż jest na dworze
I mógłby jeszcze bliżéj, bliżéj być królowy.
MARJA, zamyślona, jak echo.

Botwel — tak — mógłby bliżéj, bliżéj być królowy.
PAŹ.

Był jednak blisko wczora, kiedy w dworzan kole
Towarzyszył ci, pani, na królewskie łowy;
Tajemniczy miał smutek wyryty na czole.
Potém gdy cały orszak siadł na strojne łodzie,
Botwel stanął przy stérze, twarz jego pobladła,
Patrzał w głębinie wody, jak gdyby w téj wodzie
Widział jakie straszliwe, dręczące widziadła;
I coraz się nachylał — drzałem — nigdy w świecie
Takiéj myśli w człowieka nie widziałem twarzy;
I pojąć jéj nie mogę — dotąd mi się marzy
Jak sen jaki okropny.
MARJA.

 O! niewinne dziécie!
Ja łatwo ją pojmuję — dzika myśl szaleńca.
PAŹ.

Królowo! wiatr co sprzyjał téj wodnéj podróży,
Silniéj w żaglach zaszumiał, i z twojego wieńca
Roskwitłe w jasnych włosach zerwał kwiecie róży.
Kwiat padł na wodne fale i z falą upłynął,
Zbudził się Botwel — zadrzał i na sługi skinął,
Łódź mu podano — usiadł samotny do łodzi,
I ścigał kwiat zerwany — śledziłem go długo,
Aż zniknął we mgle.
MARJA, niecierpliwie.

 Odejdź! odejdź wierny sługo!
Lecz daj mi wachlarz, niechaj czoło mi ochłodzi...
Tak mi gorąco — odejdź! jest to czas pacierzy.
Paź odchodzi.


SCENA SIÓDMA.
MARJA, sama.

Przenikliwe ma oczy ten Paź — i nie wierzy
Że miłość jest występkiem, w błędną wiedzie drogę.
Długo ją usypiałam, już uspić nie mogę,
Będę widziéć Botwela — oddalę ze dworu.
Czyste zwierciadło skazić może lekkie tchnienie...
Co?... Ja jestem niewinna, lękam się pozoru?
Wszak zdawna mnie obarcza czarne podejrzenie,
Myślą że kocham Rizzia... O bojaźń dziecinna!
Któż ma prawo mnie sądzić? ja osądzę siebie,
Ludzie są u stóp moich, nademną Bóg w niebie.
Wczoraj tak było... Dzisiaj nie jestem niewinna!
Kocham Botwela! kocham! Bóg mnie sądzić może.
Ciężko mi w téj koronie — francuzka korona
Z lekszego była kruszcu — na chwilę ją złożę...
Zdejmuje koronę.

Więc teraz z wszystkich więzów jestem uwolniona.
Ciężyłaś mi na czole, a twój połysk zgubny
Wielu, wielu przerażał i odstręczał wielu.
Teraz wolna... Nie — jeszcze cięży pierścień ślubny.
Zdejmuje pierścień.

O! teraz przybądź do mnie! przybądź tu Botwelu!
Przybądź! niémam korony, i niémam pierścienia.
Przybądź! już się nie lękam Boga i potwarzy.
Jak mię zachwyca urok twéj posępnéj twarzy
I ten uśmiéch goryczy, ten mrok zamyślenia.
Precz ta myśl śmierci spiąca głęboko na czole,
Niech tę chmurę rosproszy uśmiéch szczery, tkliwy;
Długo w posępnych myśli obłąkany kole,
Będziesz jeszcze piękniejszy, gdy będziesz szczęśliwy.


SCENA ÓSMA.
MARJA, RIZZIO.
RIZZIO.

Wezwałaś mnie królowo?
MARJA.

 Bojaźnią dręczona,
Przyzwałam ciebie Rizzio w te skryte komnaty.
Jesteś w niebespieczeństwie, bo rzucone kwiaty,
W roli Duglasa, śmierci wydały nasiona.
Posłuchaj więc cierpliwie mój błędny rycerzu,
Już nie możesz tu zostać. Przeciw mieczom wroga
Łatwo znaleść obronę w mieczu i w pancerzu,
Lecz grożą ci sztylety, śmierć zdradziecka, sroga.
Wierzaj mi źle kto wrogom ukrytym zawierza,
Musisz uniknąć ciosu, dziś rzucić te strony.
Dam ci ważne zlecenie do dworu Papieża,
Okręt gotowy — żaglów rospięte zasłony.
Bądź zdrów!
RIZZIO.

 Królowo moja! powtórz te roskazy!
O! nie! nie! nie powtarzaj — nad brzegiem otchłani,
Nie posłucham — choć ściągnę twój gniew, twe urazy,
Wszak śmierć cię nie urazi? nie zasmuci? Pani!
Marjo! o! ja zostanę — przysięgam, zostanę!
Postanowienia żadna nie naruszy siła!
Śmierć sroższą mi wyrzekły twe usta różane,
Żeby choć głos był zadrzał, gdyś ją wymówiła...
Marjo! posłuchaj!...
MARJA.

 Rizzio chciéj mówić z królową,
Rozmawiałeś z kim innym.
RIZZIO.

 I gdzież twa korona?
Nie widzę jéj na czole — kwiatem uwieńczona
Jesteś mi równa — śmielszą przemówiłem mową.
Daruj mi! ja myślałem! — myślałem, szalony!
Że ją umyślnie zdjęłaś dla mnie...
MARJA.

 Źleś osądził.
Wszak wiész że ja się zwykłam modlić bez korony,
I teraz się modliłam.
RIZZIO.

 Przebacz mi, jam zbłądził.
Lecz nie kładź jéj na czoło — czoło twe utrudzi,
I myśl jakąś posępną przykrywa żałobą.
MARJA.

Bez korony nie zwykłam przemawiać do ludzi.
Rozmawiam tylko z Bogiem — z Bogiem, albo —
Ciszéj kładąc koronę.

 Z sobą.
RIZZIO.

Śmiałość mi odebrała — więc dobrze — odjadę.
Staje w gotyckiém oknie i z udaną obojętnością mówi.

Dziś dzień taki pogodny — dobry do podróży,
Niebo czyste, błękitne, chmury lekkie, blade,
Pokazują mi drogę, lecz nie wróżą burzy.
Obacz proszę królowo, jak cicho na dworze,
Kwiaty w twoim ogrodzie odświéżone kwitną,
Tam góry Szkocji barwą owiane błękitną,
Odległe jak marzenia — jak tam szumi morze!
Białą mgłą osłonione chwieją się okręty...
MARJA.

Rizzio! czemu tak zbladłeś?...
RIZZIO, odwraca twarz od okna i zakrywa ją dłonią.

 Tam żagiel rozpięty,
Patrzéć nie mogę...
MARJA.

 Rizzio! tyś jak dziecko słaby!
RIZZIO.

O pani! pani! ty mi chcesz zachować życie?
A życie wszelkie dla mnie straciło powaby.
Wkrótce ten zamek w mgły się rostopi błękicie,
Będę stał na pokładzie — a morze pode mną.
Ha! kto wié gdzie zapłynę? w tłum świata się rzucę,
Zapomnienie już szatą okrywa mnie ciemną,
Coraz! coraz ciemniejszą! wszak nigdy nie wrócę?
Już mnie boleść głęboka strawiła i zmogła.
Pocóż mam wracać? poco? łzy, westchnienia tłumić?
Jedna tu była dusza, zrozumiéć mnie mogła!
I ta nie zrozumiała — nie chciała zrozuméeć!...
Odjadę więc samotny — niech będzie szczęśliwa!
MARJA, wzruszona.

Rizzio!
RIZZIO.

 Powtórz tym głosem! powtórz moje imie!
Z dźwiękiem mowy głos duszy twojéj się wyrywa.
MARJA, zimno.

Rizzio, chciałam cię prosić, kiedy będziesz w Rzymie,
Proś odemnie Papieża, niech zamknięty w złoto
Przyszle mi chléb ze stołu Pańskiego.
RIZZIO, z oburzeniem.

 Pobożna!
Gardzić, poniżać serce, zabijać jest cnotą,
Potém można się modlić? wszystko zgładzić można.
Żegnam cię...
MARJA.

 Wszyscy losem jesteśmy miotani!
Bądź zdrów! Marja ci wiecznie pamięci dochowa.
RIZZIO.

Mamże odjechać?
MARJA.

 Cóż to znaczy?
RIZZIO.

 Przebacz pani!
Ale twój głos był tkliwszym — smutniejszym, niż słowa,
Pozwól mi dziś pozostać — jutro się oddalę.
MARJA, z ironiją.

Zostań! zostań! dziś możesz pozostać bez grzechu,
Dziś bal na dworze, maski napełnią te sale,
Ja sama się ubiorę jak królowa śmiéchu;
Przyjdź więc — tam nowe z nami będzie pożegnanie,
Przyjmiesz je choć ze śmiéchem, z ust śmiéchu królowy.
RIZZIO.

Pani! żegnam na wieki!
Odchodzi.
MARJA.

 Raniłam go słowy,
Lęka się mego śmiechu, dłużej nie zostanie.
Jedno słowo od pewnej śmierci go wybawia,
Zawsze gorżkie lekarstwo dobre skutki sprawia.

KONIEC AKTU DRUGIEGO.


AKT TRZECI.
SCENA PIERWSZA.
Ogród — Noc — Wśród drzew i kwiatów widać pałac Holy Rood i kaplicę świętego krzyża. Okna pałacu oświécone wewnątrz. Xiężyc świéci.
BOTWEL, sam.

Zatrzymał mnie ten starzec nad przepaścią zgonu,
On marzył — a jam płocho marzeniom zawierzył.
Nie żyć — albo być królem — dotąd jużbym nie żył!
Czyliż się na krok jeden zbliżyłem do tronu?
Jestem, czém byłem — marnym łudzę się pozorem.
Może ja nadto prędko chcę stanąć u celu?
Ranne przepowiedzenie chcę sprawdzić wieczorem,
Dziś wcześnie — jutro będziesz na tronie Botwelu.
Gwiazdo, z tobą związane przeznaczenie moje,
Lecz twój blask nadto słabo méj drodze przyświéca.
Może krew na téj drodze — świéć — krwi się nie boję...
Oto świętego krzyża posępna kaplica,
I kiedyż się w niéj będą modlić za mnie? może
Wtenczas gdy usnę w grobie, lub kiedy na tronie
W purpurę królów skryję zakrwawione dłonie,
Wtenczas modlić się będą? Oto na tym dworze,
Tłum zalotników pełen nadziei, zapału,
Ja — jak nędzarz u progu... okna oświécone,
Cień się jakiś przesuwa po szybach kryształu,

Tak — to ona — królowa! poznałem koronę...
Bliżéj! bliżéj — o nieba! już mi sił nie stanie,
W oczach się snują dziwne gorączki kolory.
Gdyby mnie jaki człowiek obaczył w tym stanie,
Rzekłby z gorżką litością — Botwelu! tyś chory!
Idź do szpitala! słuchaj! ty jesteś szalony!


SCENA DRUGA.
BOTWEL, PAŹ.
PAŹ.

Szukam ciebie Botwelu — wszystkie zwiedzam strony,
A ty w murach zamkowych, w królowy ogrodzie?
BOTWEL.

Chciałem się tu orzeźwić przy wieczornym chłodzie?
PAŹ.

O! prawda, jak tu miło? — W tym lesie topoli
Kwiaty milszą tchną wonią — i wszystko roskwita.
Lecz najpiękniejsza róża w pałacu ukryta,
Chcesz ją widziéć?
BOTWEL.

 Co mówisz! królowa zezwoli?
PAŹ.

Zezwoliła!
BOTWEL.

 Widzieć ją! kiedy?
PAŹ.

 Za godzinę.
BOTWEL.

Sama ci to mówiła?
PAŹ.

 Spełniam jéj roskazy.
BOTWEL.

O gwiazdo! świéć mi gwiazdo! na morze wypłynę,
Niech łódź moją strzaskają wodokryte głazy,
Nie dbam o nic, zaczęły sprawdzać się wyroki.
PAŹ.

Panie! panie! rospogódź ten smutek głęboki,
Strwożyć możesz królowę tych nieszczęść widziadłem,
A cień twojego czoła na jéj czoło spadnie.
BOTWEL, z ironiją.

Co? rozpogodzić czoło paziu? to tak snadnie,
Idę, całą godzinę strawię przed zwierciadłem.
To łatwo twarz ułożyć. Uśmiéch gorżki twarzy
Nie jest owocem cierpień? igraszka dziecinna.
Twarz moja była niegdyś, jak dziecka, niewinna,
Będę się śmiał jak dziecko co o świecie marzy.
O! Paziu, łatwo zatrzeć na czole te rysy?
Tak jak na pargaminie zaloty pisane,
Można przemazać! zetrzéć, nowe kłaść napisy.
Przemażę pismo czoła — zniknie przemazane.
Bywaj zdrów!
Odchodzi.
PAŹ.

 Jak gorżkimi przeraził mię słowy
Śpieszę teraz do Rizzia, z roskazem królowy.
Wybiega.


SCENA TRZECIA.
HENRYK, MORTON, LINDSAJ, wchodzą śpiesznie.
HENRYK.

Więc to prawda Mortonie! Rizzio nam uchodzi?
MORTON.

Źle nam wróży ten odjazd, zbyt nastąpił nagle.
Już służba jego sprzęty przenosi do łodzi,
I przeprawia na okręt pod francuzkie żagle.
Trzeba śpieszyć — niewiémy jakie ma zamiary?
Pod lilijami Francji bespiecznie odpłynie.
HENRYK.

Co miałżeby uniknąć zasłużonéj kary?
Nim się na okręt schroni, niech na brzegu zginie.
LINDSAJ.

Śpieszmy więc!
HENRYK.

 Czekaj! czekaj! niech dobrze rozważę...
Zanadto nas daleko zapędy uwiodły.
Czyliż sam we krwi zbiega dłoń królewską zmażę?
Na brzegu, gdzie tłum majtków, gdzie tłum ludu podły,
Będzie wskazywał palcem... Jaka myśl straszliwa!
Będzie wskazywał, będzie urągał méj twarzy,
Jeżeli twarz poblednie. Kto wié, co się zdarzy?
Rizzio opuszcza brzegi — niech sobie odpływa!
Jego trup zakopany — tu — blisko królowy,
Więcéj mi będzie szkodził, niż sam Rizzio żywy
Skoro się stąd oddali.
LINDSAJ.

 Panie! skończmy łowy!
Już prawie wpół dognany ów jeleń pierzchliwy.
HENRYK.

Nie — nie, niechaj odjeżdża.
MORTON.

 Tak, niech z Bogiem płynie,
Niech po krajach rozszerza twoją sławę, panie.
Jeszcześ nie był dość znany w francuzkiéj krainie?
Harfiarz, na dobrowolne skazany wygnanie,
Da cię poznać francuzom. Na królewskim dworze
Kadzić mu będą, prosić na królewskie sale,
Błagać o jego przyjaźń — pomocną być może.
On trzyma serce Marji, trzyma rządu szalę,
A Henryk?
HENRYK.

 Co chcesz mówić?
MORTON.

 Że Henryk — w tym kraju,
Jest królem.
HENRYK.

 Jestem królem! czy słyszysz Lindsaju
Co on śmié mówić?
MORTON.

 Lindsaj tym słowom zawierza.
Napiwszy się do woli płochych kadzidł dymu,
Uda się może Rizzio do dworu Papieża;
Ujrzysz go wkrótce w kraju — przyjedzie tu z Rzymu,
I kapelusz czerwony przywiezie na głowie;
Z twarzy bardzo podobny Rizzio do Wolseja.
Padniemy przed nim na twarz, a sam Darnléj powié,
Że już zemsty ostatnia zniknęła nadzieja.
HENRYK.

Przestań! już idę!...
Chcą wychodzić, w progu spotykają Duglasa.


SCENA CZWARTA.
HENRYK, MORTON, LINDSAJ, DUGLAS.
DUGLAS.

 Stójcie! już Rizzio odpłynął.
HENRYK.

Nieba! więc moja zemsta spełnić się nie może?
Już bym się był nie wahał!... Pójdę po nad morze,
Każę okręt zatrzymać.
DUGLAS.

 Już żagle rozwinął.
Jam winien! teraz na mnie mścijcie się rycerze,
Oto piersi odkryte i miecz obnażony;
Ta krew warta krwi Rizzia. Jestem tak spodlony,
Że ludziom już nie wierzę, i sobie nie wierzę.
Sam chciałem przeciąć żywot tak podłéj osnowy,
Lecz kto wié? może marna zatrzyma mię trwoga.
Bałem się zabić Rizzia w obliczu królowy,
Będę się bał zabijać siebie w oczach Boga.
Życie włocha zostało na mojém sumnieniu;
Myślałem że ten Harfiarz wierny przyrzeczeniu,
Jutro jak rycerz bronią ze mną się rosprawi.
Ufajcie teraz ludziom? znoszę brzemię sromu,
Gdy szukam wyjść z tych nieszczęść ciężkiego ogromu,
Od wstydu aż do grobu widzę mały przedział;
Któż mię przed okiem wzgardy na świecie zasłoni?
Przynajmniéj uciekając gdyby był powiedział,
Że nie waszych sztyletów, mojéj zląkł się broni,
Możebym żyć mógł jeszcze.


SCENA PIĄTA.
HENRYK, MORTON, LINDSAJ, DUGLAS, PAŹ.
DUGLAS, chwyta za piersi wbiegającego Pazia.

 Paziu! Paź ten zginie!
Ja go zabiję — Pazia tak kocha królowa
Jak Rizzia.
Postrzegając pismo w rękach Pazia wyrywa je.

 Cóż to znaczy? Na tym pargaminie,
Widzę jakieś skreślone niewyraźnie słowa,
Czytajcie...
PAŹ.

 List królowej oddać mi kazano,
Nie czytajcie! nie macie prawa!
LINDSAJ, biorąc z rąk Duglasa pismo.

 Prawem siła.
Czyta.

„Dzięki tobie królowo, żeś mi pozwoliła
Wieczór z tobą przepędzić dzisiaj” podpisano:
Rizzio.
DUGLAS.

 Rizzio? Rizzio! czyś dobrze wyczytał?
LINDSAJ.

 W klasztorze
Czytać mię nauczono, pojąłem nauki.
HENRYK.

Więc Rizzio dziś ma wieczór przepędzić na dworze?
To pewno jaka zdrada, jakie włoskie sztuki?

Lecz nie — musiał pozostać, zmyliły nas czaty.
Lindsaju zamknij pazia do mojéj komnaty,
Żeby nie zdradził, żeby nie mógł nam przeszkadzać.
PAŹ.

Żeby nie zdradził? od was nauczę się zdradzać.
Duglasie! wstyd ci wyrył znamiona na czole,
Daj mi miecz równéj miary jak miecz przy twém boku,
A czarną zdradę, we krwi obmyję potoku.
LINDSAJ.

Paziu mój jesteś dziecko! — O! młody sokole,
Ty jeszcze piérwsze pióra utracasz na wiosnę.
Pójdź ze mną.
PAŹ.

 Pamiętajcie! ja kiedyś dorosnę.
Lindsaj wyprowadza Pazia.
DUGLAS.

Więc Rizzio zginąć musi!
HENRYK.

 Kiedy?
DUGLAS.

 Dzisiaj zginie!
HENRYK.

Gdzie?
DUGLAS.

 Ty się wahasz jeszcze? gdzie, w tronowéj sali,
U nóg królowy — niech go w szaty swe zawinie,
I tam go znajdzie jeszcze, ostrze mojéj stali.
HENRYK.

Lecz w obliczu królowy spełnić czyn tak krwawy,
To mnie od niéj na wieki! na wieki oddzieli!
DUGLAS.

Ha! więc idź i znoś brzemię wzgardy i niesławy,
Wzgarda nie ośmieliła, nic cię nie ośmieli.
Idź pełzać przed królową w udanéj pokorze,
Lecz wiédz — kobieta kochać człowieka nie może,
Skoro śmiała nim gardzić.
HENRYK.

 Gardzić? Nigdy w świecie!
Dziś będę śmiałym — dzisiaj męstwa dam dowody.
Chodźmy więc po sztylety święcone w Lorecie,
Potem potajemnémi wprowadzę was wschody.
Odchodzi z Duglasem.
MORTON.

Poszli — nie pójdę z nimi. Marja się nie dowie,
Że z zabójcami Rizzia i Morton był w zmowie.
Odchodzi w stronę przeciwną.


SCENA SZÓSTA.
Pokój Marji, jak w Scenie VI, Aktu II.
MARJA, sama, siedzi nad krośnami.

Sama jestem. Gdzież Paź mój? dotąd nie powraca.
Czémże czas sobie skrócę? tak pomału płynie!
Najmilsza to godzina gdy mię zajmie praca,
Kiedy się kwiat na płótnie pod igłą rozwinie,
Gdy jak wiejska dziewica siądę za krośnami.
Lecz jak mało tych godzin, wiecznie! wiecznie w tłumie,
Podejrzliwych, nieczułych; ich łzy nie są łzami,
Uśmiéch nie jest uśmiéchem, nikt mnie nie rozumie.
Gdybym tak oświecona blaskami klejnotów,
Zeszła do niskiéj chaty gdzie lud mój przebywa;
I spytała wieśniaka, czy królowa Szkotów
Jest szczęśliwa? odpowié: musi być szczęśliwa!
Byłem niegdyś w stolicy, widziałem pałace,
Widziałem oświecone okna jéj komnaty;
A ja nędzny do grobu skazany na pracę,
Mchem i zielem porasta strzecha mojéj chaty,
W pocie czoła uprawiam te skaliste góry;
Widziałem groby królów, na grobach marmury,
A prosty grób wieśniaka ciemny wrzos pokrywa:
Tak królowa szczęśliwa — musi być szczęśliwa.


SCENA SIÓDMA.
MARJA, RIZZIO.
RIZZIO.

Jakież mam składać dzięki? widzę cię, królowo!
U stóp twoich przepędzę ostatnią godzinę,
Każdą chwilę bym życia okupił półową.
Marjo! jakżem szczęśliwy! ja jutro odpłynę,
Ale to jutro, jutro, to kres zbyt daleki.
O pani! Marjo moja! tak się szczęściem łudzę,
Jak gdyby wieczór szczęścia miał trwać długie wieki.
O! kiedyż z zachwycenia? ze snu się przebudzę?
MARJA.

Serce mi ogarnęła tęsknota nieznana,
Wesołość nawet twoja smuci mię, przeraża.
RIZZIO.

Królowo! co ja powiém niech cię nie obraża.
Zawsze bym tu pozostał do jutra, do rana,
Na jutro Duglasowi dałem przyrzeczenie,
Że się z nim widziéć będę, dotrzymałbym słowa.
MARJA.

Rizzio — to być nie może?
RIZZIO.

 Zamiaru nie zmienię.
Ale to nadto smutna na dzisiaj rozmowa.
Pani! aż do szaleństwa jestem dziś wesoły,
O mojém oddaleniu myślałem z uśmiéchem.
Słyszę! słyszę śpiéw Tassa powtarzany echem,

Zda mi się, że już płynę na łonie gondoły,
Czarnym wybitéj kirem, jak na łonie trumny;
Okna pałaców długim świécą się szeregiem,
Ścieląc po wodzie jasne światłości kolumny;
Łódź moja płynie szybko, płynie z fali biegiem;
A nademną daleko na błękicie ciemnym,
Posępném światłem xiężyc rostacza się złoty;
I w duszy czuję dzikie uczucie tęsknoty,
Dla serca trawionego ogniem niewzajemnym,
Potrzeba takich cierpień, niech się karmi łzami.
MARJA.

O! Rizzio, serce twoje nie wesoło marzy,
Póki jesteśmy młodzi, wszystko jest przed nami.
RIZZIO.

Za mną wszystko zostało. Uśmiéch mojéj twarzy,
Jeśli kiedy roskwitnie? prędko, prędko skona!
Można za szkłami różę roskwiecić w jesieni,
Lecz jakże będzie smutna, blada, wysilona.
Ale poco się smucę? wszystko się odmieni!
Powrócę kiedyś! wrócę! czemużbym nie wrócił?
Czemu?... Świat jest przepaścią, kto się w przepaść rzucił
Może nigdy nie wrócić... Nie, to niepodobna,
Ja będę kiedyś w Szkocji, w tych samych komnatach,
Sala ta co się smutkiem wydaje żałobna,
Zabrzmi znów wesołością, rozjaśnią się mury
Tłumem zamaskowanych dworzan w jasnych szatach.
MARJA.

O Rizzio! patrzaj! patrzaj na ten dwór ponury,
Tu niewinne zabawy lud grzechami zowie;
Szemrać będą dworzanie.
RIZZIO, z wzrastającą wesołością.

 Szmer zgłuszą oklaski,
Półowa nawet dworzan może przyjść bez maski,
Gdy który spyta „znasz mnie?“ każdy mu odpowie
„Nie znam cię masko“ ani zbłądzi w odpowiedzi.
Ten kto się śmieje zawsze płaczących zwycięża.

Młodzież francuska tłumem ten zamek odwiedzi.
Wtenczas szczęśliwy!...
Słychać szczęk broni.
MARJA.

 Słyszysz! jakiś szczęk oręża?
RIZZIO.

O nie, to moja harfa wisząca na ścianie,
Tknięta powiewem wiatru, smutném jękła brzmieniem.
Harfo! przyjmuję z czuciem twoje pożegnanie,
Ty mnie jedna tak żegnasz, smutno i z westchnieniem.
MARJA z niespokojnością.

Lecz gdzież się Paź mój bawi?
RIZZIO.

 Pani rozjaśń czoło!
Niech ja zastąpię Pazia. — Całe moje życie
Nie byłem tak szczęśliwy, szczęśliwy jak dziécie.
Siada na małym stołku Pazia, u stóp Marji.

Siądę przy twoich stopach... Jak mi tu wesoło!
Nie chciałbym teraz umrzéć.
MARJA.

 O! co ci się marzy?
Umrzéć tak młodo, z sercem tak pełném nadziei.
RIZZIO.

Nadziei? chciałem na twéj wyczytać ją twarzy,
Czytałem wszystkie, wszystkie uczucia z kolei;
Nadziei tam nie było... Pani! nie chmurz lica,
Niech Paź z twarzy królowy gniewu nie wyczyta,
Paź dziecko, z wody chciałby dostać twarz xiężyca...
Pani! piękny ci wieniec we włosach roskwita,
Daj mi róż kilka.
MARJA.

 Rizzio! na co ci te kwiaty?
RIZZIO.

We Włoszech, na ołtarzów święconym marmurze
Zawieszę ten dar drogi, nad złoto bogaty,

Pokazywać je będą, patrzcie! oto róże
Marji Stuart Szkockiéj, anioła w koronie.
MARJA, dając mu kwiaty.

Nie odmówię twéj proźbie, lecz zamiaru bronię,
Weź te kwiaty, lecz kwiaty niegodne ołtarza.
Henryk wchodzi tajemnémi wschodami i staje za krzesłem Marji niepostrzeżony.
RIZZIO.

Pani! jestem twym Paziem — Paź ciebie zaklina,
Daj mu ten wachlarz, powiew twojego wachlarza
Ma jakąś woń czarowną, woń co przypomina
To gór Szkockich powietrze; nieraz w kraj daleki
Przyniesie zapach róży co ciebie otacza,
Wtenczas zamknę na chwilę złudzone powieki,
Marzyć będę...
MARJA, z uśmiechem.

Królowa Paziowi przebacza;
Rizzio nie śmiałby do niéj użyć takiéj mowy.
Paziu! czy mi nie zechcesz korony zdjąć z głowy?
Dobrze żeś nie zapragnął purpurowéj szaty?
Dobrze żeś na wachlarzu przestał.
Daje mu wachlarz.
RIZZIO.

 Dzięki tobie!


SCENA ÓSMA.
MARJA, RIZZIO, HENRYK, stojący zawsze za krzesłem Marji. DUGLAS, LINDSAJ.
DUGLAS, uzbrojony sztyletem, chwyta Rizzia za piersi.

Właśnie dziś rano trzymał i wachlarz, i kwiaty,
Z kwiatami i z wachlarzem teraz legnie w grobie.
RIZZIO.

Królowo!...
MARJA, powstając.

 Stój Duglasie! skądże ta odwaga?
Ty w komnacie królowy! czy gardzisz królową?
Stój! stój! Duglasie odejdź! królowa cię błaga.
Nie, mogę roskazywać — precz! odpowiész głową!
Rizzio! chodź do mnie.
DUGLAS.

 Próżno wołasz go do siebie,
Duglas trzyma go w dłoni, nie uniknie zgonu.
Do Rizzia.

Módl się! za chwilę będziesz lub w piekle, lub w niebie.
MARJA.

Duglasie! precz stąd! precz stąd! splamisz stopnie tronu
Pomyśl! próżno mnie będziesz błagał przy skonaniu,
Kat ci zerwie ostrogi i twarz splami dłonią;
W obliczu ludu zelży kat na rusztowaniu.
DUGLAS.

Próżno grozisz królowo! wiész że władam bronią.
Skoro Duglas na zamku kaganiec zapali,

Zbiegną się zbrojne tłumy poddanych wasali.
Mam się lękać kobiéty? Poco wszczynać boje?
Na tym samym okręcie na którym miał płynąć,
Odjadę w kraj Francuzów, wnet porzucam zbroję,
Mogę się w ten płaszcz jego jedwabny zawinąć,
Wezmę te strusie pióra, wezmę ten miecz złoty,
Podłego włocha dobrze wyuczę się roli;
Wnet mię zgraja francuskich trefnisiów okoli,
Na dworze kr?


Czytaj dalej: Przekleństwo