Pieśń wysokiego wichru

Autorem utworu jest Leopold Staff

Pozdrawiam ciebie górnym pozdrowieniem,
Krążący ponad przepaściami zguby
Na wielkich skrzydłach potęgi, o, wichrze,
Co wstrząsasz siedzib zmurszałych kadłuby
I niewidzialnym olbrzyma ramieniem
Wyrywasz dęby zgrzybiałe z korzeniem,
Dna wód spleśniałych odwalasz najcichsze,
Wdzierasz się w martwych uroczysk ostępy,
Mącąc spoczynek i sen budząc tępy
Kłód, które toczy suchotnicze próchno,
Z burzą, szaloną twoich pląsów druhną,
Wpadasz na drogi i ponad gościńcem
Zawodzisz czarci taniec wściekłym młyńcem,
Dźwigasz się w górę szarym kurzu lejem,
Ulatasz w niebo z zdobytym trofejem
Uwiędłych liści i w swobodzie halnej,
Nieujarzmiony niczym, triumfalny,
Porywasz chmury za tragiczne włosy,
Zamiatasz nimi niebiosów powałę
I przerażone wlokąc, oszalałe,
W puch roztrzaskujesz je o gór kolosy -
Pozdrawiam ciebie!
Od nizin przychodzę,
Smutny, zwątpiały, otruty tchem dolin,
Gdzie, jak zgłodniały, upiorny Ugolin,
Jadłem w rozpaczy ścierw własnego serca!
Od nizin idę,
Po okropnej drodze
Wstrętu, od padlin, pola, co uśmierca
Płuca wyziewem zatęchłym w ohydę!
Także jest niskie, co być wielkie miało,
Gdy kłamstwo toczy jak rak prawdy ciało,
Kiedy żre siłę plugawa szpetota
Tchórzliwej zdrady i chytrej obłudy,
Kiedy moc nie zna piękna i dobroci.
Kiedy potęga buduje tron z błota
Na podwalinie z trupich czaszek kroci,
Trąc na purpurę swą skrzepłej krwi grudy,
Kiedy zatruto czyste życia źródło,
Kiedy miłości ognisko wychłódło
I żył zalane posoką zagasło,
Aż się zabójcze nienawiści hasło
Stało modlitwą ranną i wieczorną!

Okropne rzeczy widziałem! Potworną
Noc sądu! Czeluść piekła się otwarła,
Gdzie ludzie ludziom skakali do gardła,
Zębami sobie wzajem szarpiąc szczęki,
Szponami z łon swych wydzierając jęki,
Rżeli jak konie, jako psy szczekali,
W ogniu, w obłokach dymu, w gradzie stali,
A nad zamieszki tej szatańską mątwą
Wisiało niebo gniewne czarną klątwą!

Na zgruchotanym stoimy dziś świecie,
W którym ujrzało swoją twarz stulecie.
Oto podobicn owoc swemu drzewu!
Oto dowodzi plon wartości siewu,
Który wiek rzucał ziarnem w świata rolę!
Nicość rozpaczna! Jedno śmierci pole!
Kwitnącej ziemi straszliwe kalectwo!
Dzieł cmentarzysko! Okropne świadectwo
Wybuchów mocy szalonej i dzikiej,
Co zgruchotała na szczęty pomniki

Własnej wielkości, rozmiótłszy jej ślady
Wśród melancholii grozy i zagłady,
Owiane smutkiem mroku i żałobą...

Czyliż moc wyrok wydała nad sobą?
Czyż potępiła swą treść samosądem?
Istotę wszelkiej potęgi i siły?
Czyż zarażona zwyrodnienia trądem,
Sama uznała się godną mogiły?
Czyliż to świata schyłek i upadek,
W który go własne wtrąciło zniszczenie?

Dni wstrząsających grozą żywy świadek,
Jeszcze smak zaschłej krwi czuję na wardze...
Jest we mnie gorycz, krzyk, wstręt, potępienie,
Zbolały jestem, przeklinam i gardzę!

Nie! Wolę smętne pustki osowiałe
Gór, gdzie się włóczy samotność odludna
Nad przepaściami śmierci - kędy żmudna
Ścieżka, piętrząca wzwyż skalę na skałę,
Wiedzie w wielkości światy skamieniałe -
Kędy ponure, zranione granity
Pogardą nizin chronią się w błękity!
Niech mówi za mnie niemy kołys sosny,
Co smukłą kibić chwieje w rytm żałosny
I chyli ciemną swą, żywiczną głowę
Pod ciężką dolą swego opuszczenia,
Gdy wichr z wirchami prowadzi rozmowę
O konieczności twardej wyrzeczenia,
Którego imię: siła!
Świat cię grzebie,
Lecz jakże ja cię mam potępić, siło,
Kiedy cię kochać morze mnie uczyło,
Opiewające wiecznie samo siebie.
Które w odbitym swoją głębią niebie
Druzgoce huczne, zhasane bałwany,
Rodząc z ich zguby kwiat niewinnej piany?
Jakże pogardzę tobą, o potęgo,
Gdym jest związany miłości przysięgą
Z gwiazdami, które w sprzęgłach swojej mocy
Świat w ^wieczność niosą i w mroku posępie
Rodzą przeczyste, święte światła nocy?
Kocham cię, siło! Jakże cię potępię?

Nie, nie! Po stokroć nie! Nie chcę złorzeczyć,
Nie chcę przeklinać, nienawiści krzykiem
Przyczyniać ziemi jadu! Nie chcę przeczyć
Odwiecznym prawom _ ruchu, w których walczy
Tajemne życie wciąż młode i nowe!
Nie jestem dumny, lecz i niewolnikiem
Nie jestem tępej pokory padalczej,
Co szarym, kurzem syci serca głody
I w zastój wprawia wielkie ducha wody,
Gdzie się w ciemnościach dech twórczy unosi...
Dla snu nie żywię części bałwochwalczej,
Która ślepoty tępe szczęście głosi...

By patrzeć w chmury choć, muszę wznieść głowę!
?

Precz, jęku łzawy, i skargo w żałobie!
O, w chmury, w szczyty, ku orłom, ku tobie,
Gór samotniku,, o, wichrze wyżynny!
Inną mi śpiewaj. pieśń! Hymn graj mi inny!
Na nagich turni skalistym cokole
Obmyj mnie w swoim szlachetnym żywiole!
Oczyść mnie z błota bagiennej topieli
W krysztale twojej źródlanej kąpieli!
Owiej mnie chłodnem, błękitnem powietrzem,
Coraz to wyższem, rzadszem, dalszem, bledszem!
Szum! Wiej! Za szaty szarp, targaj za włosy!
Wymierzaj we mnie zamachy i ciosy!
Dmij w moje płuca w wściekłej zawierusze,
Przewiej mi piersi, serce, myśli, duszę!
Nie po spoczynek gnusny, wywczas senny,
Przychodzę w wyże twej pustki kamiennej,
O, niespętany, przepotężny wiewie!
Kocham trud twardy, nie drżę przed cierpieniem!
Chcę piąć się, wdzierać po mchu, kosodrzewie,
Czepiać się stopą, piersią i ramieniem
Ścian prostopadłych, przebijać obłoki!
Chcę walki, jeno czystej i wysokiej!

Nie drżę przed tob?i, ziemi wichrzycielu
I napowietrznej ciszy mącicielu,
Nieposkromionej burzy wieczny zdroju,
Siewco zamieszki, źródło niepokoju!
Niepokoiłem się przez życie całe,
Przez dni dzieciństwa jak trzcina niestałe,
Przez dni młodości wiecznie ? szuka jące,
Kędy jest prawda nowa, nowe słońce.
Pieluchą wieku upowity ciasną,
Niepokoiłem się o wielkość własną,
O, wielkość, cudzą, o duszę, o Boga
I najcenniejszym we mnie jest ta trwoga
O skarb żywota boski, niewysłowny...

O, wichrze zmienny jak ja i, gwałtowny,
Jako ja chwiejny, niezrównoważony,
Napełniający wszystkich drzew korony
Tajemną mową nienazwanych rzeczy,
Które nie mają jeszcze swego miana,
Które nie mają jeszcze swego lica,
Które w najskrytszej swojej chowa pieczy
Otchłań przyszłości ciemna i nieznana:
Nic zrodzonego jutra tajemnica.
Naprzeciw ciebie dusza ma wychodzi,
Co wiecznie w bólach swoje jutro rodzi...
Ożyw ją tchem swym, umacniaj, krzep, stężaj,
Ramiona, serce-ć otwieram na ściężaj!
Zza nieboskłonów, spoza horyzontów
Gór potrzaskanych jak umarłe czasy
Prawieków, które poległy w rozgromach,
Spośród falistych splątów i rozplątów
Sinych łańcuchów, co w swoich załomach
Kryją przepaści i odwieczne lasy,
Nadciąga z wolna, z oddala, z oddala,
Majestatyczny zew twojego śpiewu...

Zrazu jak pomruk tłumionego gniewu,
Który się z bezdna niemoty wyzwala,
Jak głuchy mamrot ciemnego olbrzyma,
Który się budzi z ciężkiego snu'nocy
I na gniot zmory w pół jawie się zżyma:
Bucha wark nagły, krótki, pełen mocy,
Niesamowity... Twoja pierwsza fala...

Groźna zapowiedź, co ciszę nastraja
Na ton skupionej uwagi, czuwania
Pełnego dreszczów i oczekiwania
I uroczysty posłuch w krąg zagaja...

Znieruchomiały i zwarły się bory,
Zgęszczając wieczne swych cieni wieczory...
Źdźbło żadne nie drgnie... Obłok zabłąkany
Przylcgł do szczytu, oniemiał i słucha...
Potok, co w skokach biegł z urwistej ściany,
Zajęczał, urwał, stracił nagle ducha,
Zawisł w powietrzu i w trwodze, bezwiednie,
Skoczył i w pył się roztrzaskał w bezednie...
Orzeł, co koło zataczał w błękicie,
Wstrzymał pęd w równo szybującym locie,
Przerzucił skrzydła i w ostrym zawrocie
Spadł strzałą w gniazda skalnego ukrycie.

Jeno na zwierzchnim cyplu skały nagiej,
Na powitanie gędźby wiatru szczytnej,

Samotna sosna, pustelnica, pierwsza
Głowę ugięła w pokłon czołobitny,
Szukając próżno dawnej równowagi...

I płynie fala nowa, głębsza, szersza...

Od dna przepaści, gdzie z jękiem boleści
Rozbitej strugi doleciał strach wieści
O przebudzeniu wichru, ledwo chwytny
Szmer idzie trwożnej, zmieszanej drzew rzeszy,
Która hołd drżącej pokory nieść śpieszy
Na przyjście górnych przestworzy mocarza
I echo głuche ze czcią się rozgwarza
I z wolna gaśnie, zanika, umilka...

Mija z zapartym tchem wieczność czy chwilka?

Lecz oto zamiast spodziewanej grozy,
Przed którą świerki skał i dolin brzozy
Drżały dygotem, słodycz przenajczystsza
Płynie spod dłoni powietrznych strun mistrza.,
Nie pomyślane, nie przeczute dziwa!
Niewidnych chórów gędźba się odzywa,
Muśnięć najczulszych pajęcza tkanina
W akordy splotą się... czar się zaczyna...

Posłuchajcież mi tej boskiej muzyki
Sfer kryształowych! Czuj! Natężaj uszu!...
Urok się leje przez górskie przesmyki
I upojeniem napełnia pierś głuszy,
Przemiękkich palców tajemniczy dotyk
Przebiegł smrekowych drzew pobożny gotyk,
Rozchwiał misternie rzeźbione igliwie,
Gładzi je miękko i głaszcze pleściwie.
Westchnęły z ulgą dusze drzew stuletnie:
Nucą łagodnie aksamitne fletnie
I szczęściom łkają uniesienia skrzypiec...
Jak szum pszczół, które w lipach żywi lipiec,
Z wnętrz borów, których promień nie prześwietli,
Wioną marzące zwierzenia basetli...
Eto głosów wzdycha, śpiewa, płacze, skomli
Sapaniem kobzy i. bąkaniem dromli...
Hejnał z fanfarą na dwóch szczytach staje
I grają trąby, surmy, szalamaje!...
A nad wszech dźwięków wybujałą gęstwą,
Tak ich kopuła i błogosławieństwo,
W wszechogarnieniu miłosnem, łaskowem,
Płyną szerokim, otchłannym poplawem
W psalm religijny wezbrany organy,
Rosną w pełń, w nadmiar, w potop niewstrzymany
I z synaicznym, gromowym patosem,
Majestatycznym huczące odgłosem,
W niebiosa pędzą rozszalałą fugą,
Lejąc się w wieczność przeciągle i długo!

Nieznane, żywo wniebowzięcie pieśni!
Zachwyt, o jakim rozkosz ziemska nie śni!
Góry, odziane w sinych mgieł habity,
Wstępują w błogie zbawienia błękity!
Mistycznyż pochód to procesji mniszej
Czy ekstatycznie śpiewne fale ciszy?
O, porywają mnie! Niosą w przestworze!
Przez bezgraniczne szczęścia płynę morze!
W nagłej ziemskiego ciężaru utracie
Rozszerzam skrzydła na świata połacie...
Wznoszę się! pieśń mnie coraz wyżej niesie!
Ziemia mi ginie sprzed źrenic w bezkresie...
O, jeszcze wyżej! W dziedziny zawrotne!
W oczach się mąci! Wnet zenitu dotknę!
Pieśń w coraz wyższe ogniwa się wiąże...
O, nie doścignę jej! Już nie nadążę
Strzelistym tonom, co coraz szaleńsze
Mkną coraz wyższe, subtelniejsze, cieńsze!
Na nucie, którą siuch ledwo już chwyci,
Wisi me życie, na pajęczej nici!
Oddycham niebem eterycznic czystem
I pierś się moja zatchnęła zachłystem...
Pieśń wyżej leci... i duch wyżej łaknie!
Czekajcie, dźwięki! O, tchu! Tchu mi braknie!
O, głosy śpiewne, przystańcie na chwilę!
Niech się po jeden ton stracony schylę:
Gdzie ziemia? Gdzie jej smutek i wesele?
Już nie rozróżnię ich, już nie rozdzielę...
Rozkosz i boleść w jc-lnym hymnie tonie!
O, słyszę życia i śmierci harmonię!
Fnio najwyzsz-i! O, falo dziewiąta!
Wnet się tajń świata akordem rozplata!
Wnet ją zrozumiem... O, bliskości błoga!
Widzę zagadkę! Najskrytszą myśl Boga!
Pojmę ją! Bo/c przekraczam granice!
Jeszcze krok jeden! Spojrzę Bogu w lice...
O, wszechzachwycie! Wiedzo! Objawienie!
Pieśni, gdzie pierzchasz? W milczenie?... Milczenie!
O, graj! Niech Boga z tajni wyspowiadam!
Dzierżcie mnie, skrzydła! Słabnę... Spadam! Spadam! -

Ach! Pod zawrotnym, obłędnym szafirem
Wiatr się zakręcił, zakotłował wirem
I, wsłuchanego w harmonię anielską,
Za pierś mnie chwycił i jak zgasłe cielsko
Urn; rłej gwiazdy, w wściekłości upuście
Strącił mnie w głuchych przepaści czeluście!
Cisnął w dno z grzmotu huczącym hałasem!
Zawichrzył drzewa, zachwierutał lasem,
Wstrząsnął odwiecznych gór potężnym trzonem
I rozpasanym, hulaszczym cyklonem,
Budząc w krąg grozę, przerażenie, przestrach,
W stu opętanych wybuchał orkiestrach!
Las jęczy, stęka, wyje, huczy, trzeszczy:
Pnie i konary łamie wiatr złowieszczy!
Próżne błagania, lamenty i modły!
Bite obuchem w pierś padają jodły,
Walą się z ziemią wyszarpane świerki,
W dół odkruszone lecą skał wysterki...
Powietrze smaga sto pletni, sto bieży!
Hallali! Wicher psy spuścił ze smyczy!
W kniej samo serce przebojem się porze!
Ha! Czarny strzelec poluje po borze!
Szczekotem krwawe rozgrały się sfory,
A on za nimi, z dzirytem, przez bory!
Na śmierć zaszczuje! Nic się nie obroni!
Nie dość mu jeszcze: ŤDo koni! Do konl!ť
Krzykną zaklęcie i z płanetnych szlaków
W pościg przybywa mu stado rumaków!
On w sto bachmatów gna ogarów tropem,
Znów z kniej wypada przez góry galopem!
Tabun zawichrzył przestwór grzyw zamętem
I świat napełnił huczącym tętentem,
Młotem w kowadła gór kują kopyta,
Sypią się iskry, granit wściekle zgrzyta,
Wicher przełęcz zmienia w wóz i w czarów grozie
Gna na płomiennym, błyskawicznym wozie!
Grzmot kół, skaczących po szczytach gór, dudni,
Łoskoty budząc w przepaściach jak w studni!
Piekielna jazda! Szatańska uciecha!
Wóz miażdży turnie na tysiączne echa,
Które, jak gromy, kawał za kawałem
Walą się w bezdeń rozbitym w piarg miałem.

Rzucony o ziem, ogłuszon łoskotem,
Przypadłem ciałem pod świeżym wykrotem...
Zapieram w twardy żwir bary i łokcie,
W krzemienie wpinam krwawiące paznokcie,
Wytężam wszystkie moce, wszystkie siły!
W grube korzenie pęcznieją mi żyły,
W konary mięśnie, w głaz ścięgna i kości!
Walczę z uporem odwetu, wściekłości!
Zrastam się z turnią w krewieństwie a-odzimem!
Jestem żywiołem! Jestem gór olbrzymem!
Wichr szarpie, targa, gryzie moje ciało...
Nie sobą jestem już, lecz puszczą całą!
W mchy się owijam i w kniej leśnych ciemnie!
Te szczyty, stoki urwiska są we mnie!
To już nie góry, lecz me skalne łono!
Bory się stały mych włosów koroną!
Nie trawy targa wiatr, lecz moje trzewa!
Z serca wyrywa mi z korzeniem drzewa!
Wydarł udarem strasznym głaz ze stoku
I oto rana otwarta w mym boku!
Kęs ciała wyżarł mi spod biódr zawoja!
Ta błyskawica ruda to krew moja!

Darmo mnie, wichrze, chwytasz w ramion kleszcze!
O, ból okropny! O, dosyć! O, jeszcze!
O, wściekła męko! O, zmagań rozkoszy!
Dzikie zapasy w burzliwej pustoszy!
O, huki! Świsty! O, gromy! O, chmury!
Me serce większe jest niż wszystkie góry!
Starcze za ziemię! Za świat cały stanę!
O, szczęście siły! O, szczęście nieznane!

Pierś moja dysze z świszczącym szelestem...
Przemagam ciebie, wichrze! Górą jestem!
Sępie żyjący mą krwawą wątrobą,
Teraz się tobą pasę! Jestem tobą!
Wysysam z ciebie dech, wypijam moce!
Rozwijam skrzydła! Piórami łopocę!
O, jak się prężą nagie biodra moje!
Jakże potężne są mych żeber słoje!
Wchłonęły ciebie me potężne płuca...
Jakież westchnienia moja pierś wyrzuca!
Burz wybuchami dmą moje oddechy!
Szaleję! Targam odwiecznych drzew strzechy!
Wstrząsam górami jak osiki listkiem!
O, szczęście walki! Z czym? Z nłczem i z wszystkiem!
Z rozpaczą przeciw rozpaczy! Z nicością
Przeciw nicości! Z nędzą i słabością
Przeciw słabości! Z trwogą przeciw trwodze!
Walić, co gnuśne i ustało w drodze!
Walczyć! Nic w zemście i nie w nienawiści,
Lecz jak huragan zrywa strzępy liści,
By wiosna nową wzrosła latorością!
Walczyć z uciechą, o, walczyć z radością,
Nie z klątwą, która złorzeczy, przeklina,
Lecz z piersią pełną miłosnego wina!
U, zgiełku pragnień! Namiętności wirze!
Żądzo, co niesiesz w jutro skrzydła chyże!
O, lecieć, kędy naszych tęsknot droga,
Choćby nie spotkać dobra, piękna, Boga,
Nad własnym bólem ulatać mogilnym:
Jak dobrze cierpieć, kiedy się jest silnym!
Nic nie wyklinać z swojej doli męskiej!
Kochać upadki, uwielbić swe klęski!
Z radością stygmat męki nieść na czole!
W woli nieznanej uznać swoją wolę!
O, być swobodnym w swobodzie, w sprzeczności!
Umieć być wolnym w bezbrzeżu wolności!
O, szerokiego tchu! O, nieb obszaru!
Nieskończoności i słońca bezmiaru!
Rozwinąć wszystkie swe błędy i cnoty
Jako sztandary, jak dwóch skrzydeł loty,
Co niosą w jeden nienaganny zenit!
Pęd swój uchyżać wężami Eumenid!
Nie bacząc, klęska-li czy triumf czeka,
Uwierzyć w życie, w los, w siebie, w człowieka!
O, jakże rosną w walce siły męstwa!
Ileż klęsk bardziej płodnych niż zwycięstwa!
Cóż być triumfu zbytnią może ceną?
Nie ma przegranej, są zwycięstwa jeno!
Niewiaro, byłaś głodem wiary zawdy!
Zwątpienie, byłoś mi potrzebą prawdy!
Chcę ciebie, wiaro, wzywam, widzę ciebie!
Wierzę, bo jestem i jest słońce w niebie!
Przez trupy niewiar! przez zwątpień wyłomy!
Przez zgliszcza, burze, zniszczenie i gromy!
Tęsknoto, wichrze, leć, przewodź i prowadź!
O, cierpieć w męce, a męce panować!
Burzyć się wiecznie, a nad burzą władać!
Lecieć na szczyty i z szczytów upadać,
By wzlecieć wyżej, nad wszystkie wyżyny,
W cel niewiadomy, a jednak jedyny!
Rzec patrząc na swe cierpienia minione
I przyszłe: ŤBądźcie mi błogosławione!ť

Ponad przepaście lecąc i bezedno,
Tęsknoto-wichrze, wszakże myśmy jedno!
Te rumowiska skal, te drzew ruiny,
Są-że to twoje czy też moje czyny?
Kto pokrył ziemię żałoby całunem?
Czyś ty tu szalał, czyli ja, piorunem?
Czy głębszy niźli ty i ja ów jeden
Szal, co nas rodzi?... Zburzyłem już Eden,
Swój Raj - owocu żywota łakomy...
Wszakże spaliłem gród pięknej Sodomy
Ogniem swej winy i siarki ukropem...
Potem swą ziemię zniszczyłem potopem...
I odtąd wiecznie tworzę i wciąż niszczę...
Skąd dziś ten cmentarz wkoło? Skąd te zgliszcze?
Nad własną duszą szalałem jak sępy!
Wszak to mojego życia krwawe strzępy!
Mych lat umarłych łańcuchy i stoki!
Oto zabite mej miłości zwłoki!
Oto trup mego szczęścia! się spopiela!
Oto perzyny mojego wesela!
Kto zabił mego serca przeszłość jasną?
Tyś to uczynił? Nie! Ja dłonią własną,
Którą krew ciemna dotąd jeszcze plami...
Dlaczego? Jaki cel? Nie wiemy sami!
Jeno czujemy, że nas siła pędzi
Przez łąki życia ku śmierci krawędzi,
By widzieć .czasem, powstrzymawszy kroku,
Niebo odbite w własnych łez potoku...
I żyć dla życia szaleńczej radości,
I żyć dla wielkiej, nadludzkiej miłości!
Być wichrem i przez wichr niesionął słomą,
Którą Ten widzi, któremu wiadomo!

Wichrze! wspomnieniem tej najwyższej chwili,
Gdy duch natchnieniem w1 Boga się przesili,
Ujmując wieczność w jedno okamgnienie,
Słyszę to samo w tobie wieczne tchnienie,
Co przed czasami, zanim świat był, było
I jest prawieczną,. ciemną, twórczą siłą!

O, ziemio, ziemio! O, tragiczna kulo
U nogi ducha! Choć cię w puch swój tulą
Skrzydła anioła, żelazne kajdany,
Co cię z nim wiążą, zadają mu rany.
I gdy cię stopy jego w górę niosą,
Ociekasz cała ich skrwawioną rosą,
Wylaną w walce i zmaganiu starem
Wolnego lotu z bezwładnym ciężarem.
I póki w niebo duch niesie cię w pędzie,
Krwią jego wiecznie twój glob krwawić będzie!

Dmij, wichrze, który wstrząsasz wielkie lądy
I wody ducha! pochwyć mnie w swe prądy!
Chcę krzyczeć, tarzać się z tobą po chmurach,
przeganiać echa po pustkach i górach!
Cóż, że padają w gruzy ziemi, szczyty,
Gdy ty grasz przyszłość siłą twej trąbity!
Cóż macza słońcu chmur wędrowne cienie,
Kiedy kochany dalekie przestrzenie,
Szeroki, wielki dech,
Potężny życia śmiech,
Który się śmieje ponad mogiłami
I z śmierci śmieje się i z nas, i z nami,
Do tego, czego nigdy nie wypowiem
I nie dotęsknię nigdy aż do końca
I co jest mocą, młodością i zdrowiem,
Wielką radości i nadmiarem słońca
I co z głosami cierpień i rozbicia
Jest jeno jednym wiecznym hymnem ożycia,
Póki są wichry, dale i nadzieje!
I nie ma klęski, są jeno trofeje!

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM