Częstochowskie wiersze

Autorem utworu jest Cyprian Kamil Norwid

Za siwymi wołami,
Za rogatymi,
Po mokrym lesie, z psami,
Z psami chadzam żółtymi.
Jeden zowie się Brysio,
A drugi, bury, Mysio,
A jest i suka w łaty,
Co po rżysku, po złotem
Szuka myszy kosmatej,
Kretów szuka pod płotem.
*
Tak ja chadzam od zorzy,
Kiedy koguty pieją
Na dzień, na dzionek Boży;
Wierzby we mgle bieleją
Jakby szare chmureczki,
I rosy drobne pacioreczki,
I niknące gwiazdeczki...
*
Bo nie jestem parobek,
Ale chłopiec dorobek:
Woły pasać wiem jako,
I grabić lada jako,
Grabić siano w kopy,
Znosić snopy!...
*
Sierpem jasnym w ząbeczki
Ani gładkimi cepy
Nie potrafię; bez sprzeczki
Łeb rozbiłbym w czerepy
Albo zaciął się w palec
I spadłby jak padalec.

*
Umiem kopać motyką,
I wykręcać fujary,
I lipowe drzeć łyko,
I spać w cieniu jak stary,
I ogień robić w lesie
W nocy, w nocy!
Aż sowa dziwuje się
I wiatrowie głębocy,
Co dym niosą do góry
I składają na chmury.
*
Uczę się taż czytania
I wiem, że O jak bania,
Lub jak koło u wożą,
Że A jak szczyt u chaty,
Że I jak gibka łoza,
Że E jak dziad szczerbaty,
Że U jak wół rogaty
Albo jak przewrócona
Dua, gdy wyprzężona...
*
Wiem, że Bóg jest na niebie,
Co gospodarzy światem
I zna wszystko u Siebie,
I to, co drzewem, i co kwiatem,
I co dniem, i co nocą,
I jak gwiazdy się złocą...
*
I że myśli o chlebie
Dla wszystkiego na świecie,
A nie myśli dla Siebie!
I że urodził się jak dziecię
Najbiedniejsze w stajence,
Choć jest świata dziedzicem;
Że umarł za nas w męce
Na krzyżu, z bladym licem
I w koronie cierniowej.
*
Ach! włożyli go, płacząc,
Do czeluści grobowej,
Zamykając i znacząc;
Bo się bali, jak zbóje,
Czy kto ich nie szpieguje.
*
I tak trzy dni przeżyli
Ludzie źli, dawni Żydzi,
Myśląc, że się pozbyli
Tego, co wszystko widzi,
I że Boga zabili,
I że słońce zgasili,
I że nikt ich nie słyszy,
Że krew od nich nie cuchnie,
I że się to uciszy,
Że ta powieść nie gruchnie!
*
Aż na trzeci dzień rano
Zadrżał kamień na grobie
I grzmot wielki słyszano,
I Bóg w żywej osobie
Wstał z chorągwią rozwianą,
Wstał w jasności słonecznej,
Od wszystkiego bezpieczny,
I przebite wzniósł dłonie,
I podarte wzniósł skronie,
I bok dzidą przeszyty.
*
I szedł w górę, w błękity,
Żeby ludzie widzieli,
Że nikt nie jest zabity,
Tylko ziemia go dzieli;
Tak, jak ziarno zasiane
W bruzdy, w groby orane,
Co odrasta znów kłosem,
Aż kłos z wolna mężnieje
I obrasta aż włosem,
I siwieje, bieleje.
*
I człek taki kłos ścina,
I cepem go biczuje,
Bo to Boża spuścizna
I to Bóg nam sprawuje,
Bo on myśli o chlebie
Dla wszystkiego, prócz Siebie.
*
0 mój Boże! mój Boże!
Co nastałeś tu duszek;
Kiedyś leżał w oborze,
Chwalił Ciebie pastuszek,
I jak dzisiaj, w niedzielę,
Kiedy ludzie w kościele,
Tak nie myślał o wołach,
Tylko odbiegł wszystkiego,
Rozkochał się w aniołach
I już nie chciał niczego!
I wesoło mu było,
Jakby napił się nieba,
Jakby mu się nakryło
Stół i dało się chleba
Z przenajzłotszej pszenicy,
W najpiękniejszej kaplicy!
*
Wedle krzyża jak biegę
Albo świętej figury,
Co wystaje na chmury,
To coś więcej postrzegę,
To coś we mnie się modli,
To coś dysze: "0 Boże,
Tobie ręce przebodli,
A dosiewasz wciąż zboże!..."
I znów mówię: "0 Boże!"
*
Bo jak człowiek zasieje,
To ma ino nadzieję,
Ale nie wie, co w roli
Ziarna one rozwija,
I dlaczego z fasoli
Nie wyrasta lilija
Albo owies z pszenicy,
Albo róża z bylicy.
*
Tylko w swoim porządku,
Jak sobota po piątku,
Po sobocie niedziela,
Wszystko się tam z-kościela.
*
A to człowiek nie robi,
Tylko k`temu sposobi.
*
A czy wiecie, gdzie byłem,
Gdzie się tego uczyłem?
*
A czy wiecie?... nie wiecie:
Częstochowskie ja dziecię,
Stamtąd idę piechotą,
Choć daleko, z ochotą!
*
Tam na desce złoconej
Jest bo obraz święcony
Matki Boskiej cudownej,
Gdzie lud płacze wędrowny.
*
A ta deska skąd - wiecie?
Oj, ze stołu, gdzie jadał
Nasz Pan Jezus, i siadał
Za tym stołem, tu, w świecie.
I to polskie ją króle
Przez armaty i kule,
Przez pogańskie pałasze
Tam przynieśli, jak nasze.
*
Tam też cuda się dzieją,
Tam też modlą się księża
I na modłach siwieją.
Tam jest wiele oręża,
Najostrzejszych pałaszy
I chorągwi tak wiele,
Że się wszystko przestraszy,
Co nie klęknie w kościele.
Tam są jakby tysiące
Wojska, które jest śpiące
Pod kościołem głęboko,
Gdzie nikt dostać nie może,
Ani żadne ich oko
Nie dopatrzy, prócz Boże.
*
Tam zasiane są kule
I mosiężne armaty,
I bogactwa w szkatule;
Ale nikt z nich bogaty,
Nikt wielmożny nie będzie,
Tylko taki, któremu

Nić się z nieba uprzedzić,
A nie spyta się: "Czemu?" -
Tylko pójdzie za nicią,
Ułowiony jak siecią,
I nie zerwie przędziwa,
I nie splata ogniwa.
*
Taki w skałę przecieknie,
Gdzie złocisto i pięknie,
Gdzie jest dużo mieszkania
I śpiącego żołnierza
W żelazności ubrania;
Gdzie się jeden przymierza,
Jakby już miał wycelić,
Drugi jakby wystrzelić,
Trzeci jakby z pochewki
Szablę ciągnął, a czwarty
Jakby zdmuchał z panewki,
Piąty jakby strzegł warty.
*
To jest wszystko tam w głębi,
Aż czuć chodząc po ziemi;
Aż cię zgrucha, zgołębi
Skrucha łzami żywemi;
Aż upadniesz kolanem,
Jakby drzewem złamanem,
I zanucisz: "O! Matko
Zbawiciela naszego,
Toć jest modlić się czego,
A modlim się tak rzadko!"
*
A to wszystko rycerstwo,
A to wszystko żołnierstwo,
Co śpi w głębi, to owe,
Co krew lało dla wiary,
Całe w sobie krzyżowe.
Jak zwinięte sztandary,
Każdy cicho leżący,
Każdy w sobie myślący...

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM