A Dorio ad Phrygium

Autorem wiersza jest Cyprian Kamil Norwid


I
Nie ciebie wzywam ja - o! Apollo,
Któremu na nieśmiertelnej cięciwie
Tętnią strzały, gdy z bark otrząsasz włos.
Tyś rumieńcem dogmatu młodego ludu,
Tyś energii harmonią...
Lecz ku tobie wołam, o Apollinie!
Którego akademicki ton i postać
Wielokrotnie i najróżno-trafniej
Pisarz brał i malarz kleił na mur,
Nie twe dając ci ciało, nie twe, równe
Ładem linii i barwy harmonią,
Nagie zawsze, nigdy rozebrane,
Ale ciało męża, co szaty zwlekł,
Myślę, że człowieka poczciwego:
Z narobionych to widać rąk, z chyłego karku,
Z nóg, co zdarły obuwia różny rodzaj.
Tak cię nieraz Holender obfitym pęzlem
Z dziewięcioma dziewki stawia na płótnie.
I nie nudzisz się przecie, lubo Olimp,
Przez mieszkańca mokrych kreślony równin,
Zielenieje warzywem, a wiatr jest chłodny
I nieumiejętnie pannom szarpie suknie.
- One myślą coś przecie! - zacne blondyny,
Silne w piersiach i w biodrach szerokie;
Koń się pasie z dala biały i tłusty,
Admetowy (podejrzewam) pegaz!
*
Onego ja ciebie, niedaremnie,
Wzywam dziś, na wszczęciu Odysei;
- Pchnij mi Muzę, rękopismów praczkę!
(U spółczesnych ukształconych ludzi
Wszak się mówi: "Pchnij z listem człowieka.";
Człowiek bowiem cóż jest?...
...cóż jest człowiek?!
*
Człowiek jest to ktoś, co sobie idzie
Gdzieś przez pole, i ty widzisz jego,
Drogą jadąc. - Parskają twe konie -
"Człek" uchyla czapki i żegna się...
Lekkie chmury wyżej, niżej łany
Grzywami bujnych kłosów trzęsą -
Stoi z dala zamyślony bocian.
Był w Egipcie, wrócił od piramid;
Faraonów nędze znając, duma
O robaczku, o wężu... i o człowieku!
*
Muzo! bywa, że jedynie bocian
Poważnym jest miejsc obywatelem,
Gdzie wzywałem był ciebie - i kędy
Błądzić uważałem za roz-sądne...
Muzo! - nie ty, dostojna u Hellenów
Panno, rozmyślna w pewnej rzeczy,
Która, śród dziewięciu zalotności
Jednej swoją przyznając podnietę,
Czynisz ją poważną i dawasz sobie
Osobną stateczność - nie ty, która -
(Mówię, iż) - attyckie wiodłaś damy
Do niebieskich potęg ziemskiego wdzięku,
Lecz ty, córo czasów, tylokrotnie
Na kurtynach malowana oper,
Na wachlarzach, na pudełkach perfum...
Ty! gwoli mojemu zejdź wołaniu.
Strony różne, rozliczny obyczaj -
Poznawając, włnienem mieć słowo
Kolibrowym skrzące się skrzydełkiem,
Ton winienem mieć nie jedno-tęźny:
Od cygańskiej drumli, co w zębach wre,
Jak zgryzione jestestwo konające,
I trzepoce się w wargach - aż do organu,
Swoje długie rozwlekającego brzmienia,
Ileż strun, ustrojów ile mam poruszyć?
Względów jak niemałą zachować liczbę!
*
Po trojańskiej wojnie w sporo już czasu,
Kiedy nominalny ostatni król
Panował w królestwie nominalnym,
Jechałem był (pomnę) "borem-lasem" -
Sosn szeregi za mną i przede mną
Jak chór grecki zbiegały się w epod,
Ale koła skrzyp, ale zacięcie bicza,
Ale wiatr gdzieś suchą łamiący gałąź,
Ale pijanego słodyczą kwiatów bąka
Pieśń pijana, z kielicha niesiona w kielich,
Ale żaby skrzek w pobliskim bagnie
Lazurową pstrym niezapominką,
Zagajały tysiąc podrzędnych tonów,
Podchwytujących główny pieśni ustrój.
Tak nie tylko w romanckich płodach późniejszych
Z Doryjskiego na Frygijskie schodzi
Rzecz poety, snując się na pozór
W barbarzyński i dziwaczny sposób.
I lud dawny tak samo w teatrach,
Gdy długie go umartwiało patos,
Wołał przecież: "Dlaczego nic nie ma
W tych tragediach gwoli Bachusowi?"
Lud klasyczny więc wchadzał do Chóru,
Apostrofującym tym wykrzykiem
Naglił formę, tok przerywał z-rzędny,
Oratorstwem grożący na scenie.
Owszem - właśnie że za dni Nerona
Przepis prawa ł sam oklask objął.
Równo było, metrycznie i sfornłe,
Arcymiernie było... nie było nic!
*
Przez las jadąc, myśliłem te rzeczy
Za dni epoki nominalnej,
Gdy - jak długie królestwo i szerokie -
Było równo... u słupów przy drodze
Mało dbale nie mogłeś się oprzeć,
Wszystkie bowiem mokry zwilżał pęzeł
Kolorami monarszej chorągwi.
I to nigdy nie schło - słupy - bramy -
Skazodrogi, co cię garną w uścisk -
Szubienice... wszystko pęzlem jednym
Malowane, na żółto, na czarno...
Tak, gdy domu jakiego lub zakładu
Właściciele mienią się ł zarząd,
Przedmiot wszelki nową przybiera postać,
Zawieszona jest czynność gospodarcza,
Szyld jaśnieje pod pęzlem i woła ludzi,
Odrzwia cieką farbą... wszystko piękne,
Lecz ostrożnie tam idź - lub iść tam nie czas...
Tam nic nie ma, tam jeszcze porządek,
Mieszkać tam nie można ani gościć.

W drogę! w drogę! podróżny człowieku,
Tobie tylko iść zostawa owdzie,
Nie zatrzymuj się nigdzie, lub ile wielbłąd...
Tak począłem - cóż było tam począć?!...
II
W Serionicach dziś jestem - Serionice
Że poważnym były ongi grodem,
Gwagnin pisze, kawaler Złotej Ostrogi,
I kronikarz inny to powtarza -
Kronikarze zaś cokolwiek skreślą,
Dla mieszkańców starczy - starczy ile?
Świadczą o tym baszty, gdzie stopa ludzka
Nie zbłądziła od lat niepamiętnych.
Cóż dopiero, by miał te ruiny
Dotknąć rydel niebaczny i ciekawy,
Podejmując pierwszy gmachu abrys.
Bywa wszakże (wyznać się to godzi),
Że przejezdni drogą budzą woźnicę,
Lub woźnica ich budzi - i powstają,
Ku szczerbatym poglądając wieżom;
Bywa nawet, iż panny stopy lekkimi
Wyskakują z bryk - podbiegną nieco
I fiołek uszczkną tam ł owdzie.

Na pod-zamczu Serionic, także i w karczmie,
Nieobojętny jest lud dla dziejów miejsca:
Z różnoszybnych gdy poziera okien
I dzban chyli - gada coś o duchu...
*
Serionicki Pan arcy jest znany
Pod przezwaniem "Salomon" (herbu Przyjaciel);
Człowiek zacny i który świat widział,
Znan jest w Wiedniu, gdzie u Arcyksięcia
Gdy wenecki udawano zapust,
Dam dwie było niesłychanie świetnych:
Równe miały klejnoty, lecz jeden dowcip,
Obie się przebrały za jedną Saabę,
Skąd dwie było Saab! spojrzały na się
Okiem strasznym - tak że Arcyksiążę
Delegował wtórego Salomona -
A to był szambelan Serionicki,
Do dziś tak zwań i nie innym umrze.

Żony nie ma, nigdy onej nie miał,
Córki nie ma - jedno siostrzenicę.
Tej ja postać i urok wiewnej postaci
Opiewałbym, gdybym był poetą -
Opiewałbym rymem Virgiliusa,
Danta rymem jej oczy - Hafiza zwrotką
Drżący jej włos na czole...
...zwano ją Różą -
Iż trzeba było nazwać...
...byłaż nazwana?


*
Jak gdy kto ciśnie w oczy człowiekowi
Garścią fijołków i nic mu nie powie...
*
Jak gdy akacją z wolna zakołysze,
By woń, podobna jutrzennemu ranu,
Z kwiaty białymi na białe klawisze
Otworzonego padła fortepianu...
*
Jak gdy osobie stojącej na ganku
Daleki księżyc wpląta się we włosy,
Na pałającym układu wianku
Czoło - lub w srebrne ubiera je kłosy...
*
Jak z nią rozmowa, gdy nic nie znacząca,
Bywa podobną do jaskółek lotu,
Który ma cel swój, acz o wszystko trąca,
Przyjście letniego prorokując grzmotu,
Nim błyskawica uprzedziła tętno -
Tak...
... lecz nie rzeknę nic - bo mi jest smętno.
*
Nominalny Czas-dziejów nie trzyma w dłoni
Zamaszystej swej kosy, ani jej ostrzem
Podchwytuje ludzkość i polny kwiat -
On tylko społeczność nominalną
Podsuwa pod profile postaci różnych.
Tak gdyby kto etruskie czarne rysunki
Na czarne tło przeniósł, znikłyby w tle.

Z niewiastą cóż być ma? gdy społeczność
Nominalnie istnieje? - Ta zaś jest czym?
Skoro Senat w mundurach szambełańskich
Poza Ojczyzną, armia gdy w szeregach obcych,
Parlament w dziecinniejącej pogawędce,
Salony ledwo że modą żywe,
A udawającymi zdań zamianę
Monologami są rozmowy!...

"Bawić na wsi!" - te dwa tylko słowa
Pozostają, jak z okrętu okrzyk:
"Ziemia! ziemia!..." gdy dni wiele i nocy
Żagle twoje pękały od wichru,
Wielokrotnym popstrzone łataniem,
Jak chwiejący się w łachmanie nędzarz,
Drżą - te słysząc słowa: "Ziemia! ziemia!"

Na wsi bawić! dopokąd wieś jeszcze
Niezupełnie jest czymś nominalnym!
Ziemia bowiem, jakkolwiek pokorna,
Tak że się ją depcze wciąż i depcze,
Ziemia nawet uprawianą chce być
Ręką wolną! - Nie najdłużej ona,
Niewolnikom się ścieląc pod łańcuch ich,
Wdzięczną chce być - i może!

Dnia jednego, jednej nocy... pewnej chwili
Zapomniany zegar, gdzieś na niepomnej-wieżycy,
Jaskółczymi pozornie osklepion gniazdy,
Zawróci nagle rdzawe koła...
I wyjęknie, że czas jest - tylko to rzecze,
Nic nie mówiąc więcej, lecz że jest czas...

I odepchnie ziemia pług - i nie raczy
Chcieć, by ją nie rozweselony niczym
Oracz tykał, jak błoto kajdaniarz:
Sto ma piersi Cybela, karmić gotowa
Dzieci wiele, które ssą z uśmiechem!

To mawiałem, gdym podawał strzemię
Lewej stopie Róży - - jeździliśmy...
*
O! wsi biała w atłasie kwiatów jabłoni
I w zwierciadłach księżyca,
Jako oblubienica
Na ustroni...

Przeszłość twa - zawsze wczora!
Przyszłość - ręką dosiężna,
Tyś ciebie zawsze - pora!
Tyś wczasów księżna...

Tyś u siebie zawsze, jak umysł zdrów,
Czy w Palmowym kraju posuchy,
Czy w zieleni brzóz - w złocie mchów,
Jak gajowe rozkoszna duchy.

Tobie, owszem, dziejów wydąźa praca,
Jako trzoda jałówce błędnej,
Gdy ku tobie i sam pasterz nawraca
Tłum nieogłędny - -

Alić z nagła strach milczkiem blisko
Przypadł - górne prysnęły lody,
Chat stu zgasło ognisko -
Jeziorami ogrody!

Dęby płyną wyrwane z ziemi,
Cisza klęski dwakroć przeraża,
Fale brudne przez mur cmentarza
Biją trumny ciężkiemi - -

Lecz o górnych kto myślił lodach,
Niskie przecierając szyby?
O rumianych prędzej jagodach
Lub gdzie się węzła grzyby - -
*
O jagodach!... tych właśnie kwiat bieliźniany
Poopadał, i z miękkimi podmuchy wiatru
Z dala skoro igrał, wraz owoce
Rumieniły się, mieniąc darń w kobierce.
Cicho po nich stąpały konie nasze,
Nie pytaliśmy się o drogę, świadomi dróg,
Ścieżek, stoków, i przez nie płasko rzucanych
Głazów, które jak most służą, ustawnie myty
Cienkimi fal szybami - -
- - błądziliśmy
Umyślnie i bezbłędnie - Róża i ja,
Dwoje tylko, albo w poczcie gości,
Zarówno swobodnie z-obcowanych.
Wuj Salomon czekał nas to z obiadem,
Umiejętnie zarządzonym przezeń,
To z wieczerzą: tej miejsce było w ogrodzie,
Gdy biała ćma lamp szuka lub robaczek
Świetlny, w głębokich cieniach alei,
Przelatuje, skrę niosąc...
- - Pogody równej
W oddechu płuc, w duchu, w biciu serca,
Czuć nie może, kto nie zna wsi polskiej,
Społeczności, będącej niby idyllą,
Niby wykwintnego świata kaprysem;
Czy
ponad
czy
poza
historycznym?
Nie wiem - świat to osobny zda się,
Coś, jak fortunne-wyspy starożytne,
Dziejów mające wdzięk - nie trud i ciąg.
Tak ubłogosławione owdzie duchy
Polityki zaledwo tyle dopuszczają,
Ile onej dla zacnych trzeba im rozmów
Wśród alei nieśmiertelnymi poważnej drzewy,
Gdzie wszelako z zapałem i solennie,
I z rodzajem osobnego namaszczenia
Wygłasza coś Brutusa-cień lub Katona,
Rozmawiający o Filippi!...
Polityka, zda się, i historia
Doczesnymi ich strony, tymi, które
Do powszednich obowiązują służb i prac,
Nie odwraca się zewsząd - nie wszystkim gwoli...

Czasem tylko Żyd, jak starożytny obelisk,
Ten sam, co za Faraonów, przy drodze stoi
I odpomina wieki - niekiedy bywa,
Ze utrafiony pługa ostrzem pancerz
Wyrzuci kmieć na miedzę, a pacholęta
Pobrzmiewają weń - bywa, niekiedy,
Że w zamkowej tej lub owej sali
(Gdzie owoce się suszą) ściemniały portret
Obsunie się wraz z gwoździem zjedzonym rdzą...
Tyle dziejów! historia, jako fenomen,
Przypadkami się ledwo odpomina.

U bramy dziś gdy rozmawiałem z Różą,
Gdy Salomon wuj z gośćmi w przedsieniu stał,
Gwar niezwykły powstał, służebni ludzie
Nadbiegali - mąż jakiś rosły i czarny,
Wyłamawszy się z tłumu, podskoczył ku nam,
Do naszych stóp się rzucił konwulsyjnie,
Mówiąc: "Księdzu, panie, każ - księdzu twojemu,
Który owdzie nadchodzi i gniewny jest -
By dozwolił na pogrzeb... ja idę z książąt
Cygańskiego narodu, i brat mój umarł
W drodze długiej - my nie mamy ziemie,
Ni gdzie pogrześć?... wiatr roznosi popiół
Koczowiska..."


...Ulękła się Róża,
Spazm nerwowy wsparł ją o ramię moje,
Ją, której udatne pałce tylokrotnie
Obmywały rany okaleczałego ludu:
Miłosierną będąca, ile piękna! -
Atoli nerwy nie są duchem i sercem nie są,
Odpychliwe bywają równie jak wstępne,
Szczegół nieraz potoczny podejmą tak,
Ze się ogółem stawa, ogół natomiast
Fraszką czyniąc...


- - Zbliżył się ksiądz sędziwy,
I Szambelan z gośćmi przystąpił z wolna.
Kółko nasze, jak harmonijny światek,
Na osi swej zdążało trybem statecznym,
Gdy cygański mąż czarny, jak aerolit,
Nie naruszył porządku w rzeczy istocie.
Jako ziemia cmentarzy święta jest
I ogrodzenie onych kanoniczne -
Zacny mówił ksiądz - nie był to misjonarz,
Wzorem był parafii dużej i możnej.
Ze swej strony Salomon wuj dobrotliwie
Skinął ku urzędnikom Kasztelanii,
"Ziemi! - rzekłszy - tak wiele na pograniczu
Serionickiego dać umiałbym państwa,
Że całe można by pogrześć rzesze!"
A rzekłszy to i w rozmowy wziąwszy ogólność,
Szliśmy z wolna ku schodom szerokich przedsień.
Wieczornego powiewu łagodne tchnienie
Przegarniało włos Róży i blade wstążki.
*
"Pani! - rzekłem - podjadę konno, wraz powrócę,
Ofiarowanej gdy dojrzę gościnności,
Opowiem obchód..." - tu wniesiono herbatę,
Której arom azjacki rozszerza nerwy
Poza miejscowość całej części świata.

Przy otworzonym zamyślona fortepianie
Stojąc, z palcem jednym na klawiszu,
Róża rzecze: "Kanonik z wujem zapewne
W szachy zagra..." Ktoś inny do nas się zbliżył.
Cowieczornym trybem arcypogodnym
Zagaiła się całość serionickiego kółka,
Całość błoga i zacna - -
III
Jak maluczko jest ludzi, rzekłbym: nie ma prawie,
Pragnących się objawić - przechodzą - przechodzą.
Czy się nie odpychają tańcząc? lub w zabawie
Poufnej czy się oni nie mylą i zwodzą?
Ni spółcześni, ni bliscy, ni istotnie znani,
Ręce imając, kłoniąc się spólnym uściskiem,
Pomiędzy nimi głębia wre i oceani,
Gdy na jej pianach oni, zbliżeni nazwiskiem.
Świat więc mówi: "To swoi, to kółko domowe,
To nasi..." - Szczerzej niebo łączy lazurowe
Ludów tysiąc, co rżną się przez wieki - bo szczerzej
Z każdego aby jeden w spoinę niebo wierzy!
Oni zaś tańczą, łonem zbliżeni do łona,
Połamie nieświadomi siebie i osobni;
Dość, że jedna nad nimi lampa zapalona,
Że moda jedna wszystkich zarówno podobni.
- To, nasi!...
*
- - Mapę życia gdyby kto z wysoka,
Jak mapę globu, kreślił: góry i pustynie
Przeniosłyby się w krótkie jedno mgnienie oka,
A ocean przepadłby, gdzie ledwo łza płynie.
IV
Las był z dala, gdzie mnie wiódł konny, przede mną
Pochodnię niosąc, jeździec-Róży i Cygan
Na klaczy pstrej, tudzież gruby ekonom
Przy siodle mym bliski swoim strzemieniem.
- Pojękiwały sosny, wzdychał dąb,
Ilekroć wiatr szedł puszczy korytem.
Tak, gdy... (jako wzoruje boski Homer
Lub naucza porównań Virgilius czuły) -
Tak, gdy o nocy letniej, a jednak chmurnej,
Zżyma się morze na zbyt ustaloną pogodę,
Piasek od brzegów śliniąc widny, gdy dalej jest ciemne,
Zmieszane z firmamentem i huczące...
Tak puszczy brzeg po stronach nam się zdawał,
Cwałującym w szesnaście kopyt.
Przecięliśmy gościniec, który las dzieli
I przez który mkną niekiedy sarny,
Cygan ujął się grzywy, wydłużył stopę
Na zad klaczy i świsnął - niebawem ognie

[Tu rękopis się urywa.]


Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM