Powołanie

Autorem utworu jest Teofil Lenartowicz

Rzuciłem muszlę na dalekie fale;
Innym, o piękna, śpiewa) swoje żale:
Gdybym ja wszystkie - nie, choć cząstkę małą
Powierzył tobie, wątle twoje ciało
Pękłoby w szczątki i rozprysło w ręki i
Od tego w ciszy tajonego jęku.

We mgłach nadmorskich ujrzałem daleki
Cały świat grecki, wszystkie dawne wieki...
Tam na rydwanie o spienionych koniach
Automcdon, lejce dzierżąc w dłoniach,
Pyłem okryty, śród oklasków gromu,
Przepędzał wichrem koło hipodromu.

W oddali Fingal płynął w deszczu chmurach,
Płaszcz rozdzielając na Morwcnu górach;
Na wzgórzach dęby poszumiały płowe,
Osty grobowców grały smutnym szmerem,
Harf kaledońskich struny kryształowe
Rzucały długą pieśń za bohaterem;
W odwiecznych lasach przez zimowe chłody
Błyskały tarcze i stąpał duch Lody.
Lutnia Homera i harfa Osjana
Porozwieszały te lalamorgana;
Znikli - nie dla mnie...


Innego piastuna
Ciągnie do siebie harfa zlolostnma...
Minezengery lal czci pięknej Miny,
Trzęsąc wlosŤimi, szty Ciermtinii syny
Z jakąż to dumą przed świcLne balkony
Szczęśliwy staje śpiewak uwieńczony,
Świadków szukając upojonym wzrokiem
W kole rycerzy i dziewic szerokicm.

W mych ocaleli nowe rozniosły się czary:
Obronne zamki i gotyckie lary,
Gdzie lekką stopę stawiając na głazie.
Piękne królewnę szły śród świątyń cieni,
A końce szat ich złote niosły pazic:
Świat jak z żelaza cały i z kamieni,
Tysiącobarwy; pstre odzieże, stroje,
Zbroje na piersiach i szarfy przez zbroje.
Z cieni kościoła cichy glos nieznany.
Towarzyszący tajemnej ofierze,
Tak mnie porywa, tak za serce bierze,
Że ręka pragnie przycisnąć organy.

Pienia anielskie, o Królu Psalmisto,
I wy, co po nim śpiewaliście psalmy,
Słyszę pieśń waszą wzniosłą, uroczystą,
I że mnie duch mój indziej wiedzie, żal mi.
Ijaldejż struny brzęk mi zawtóruje?
Z jaką wyśpiewam to. co w sercu czuję?

Duchu, co wicd/.ie.s/ mnie po świala drogach.
Strunę mi podaj na wieczności progach!

Na wciąż chwiejącym się odłamie skały
Stoję nad morzem smutny i zbolały,
A wtem gło.s nędzy spod wieśniaczej strzechy
Wyszedł i zimnem wskroś przeleciał duszę.
Zatarły, prędko, zasłuchane w głuszę,
Oliwne drzewa polskich sosen wiechy.
Morwen - i grodów zamki - i ratusze,
Chorągwie ziole i mieszczańskie cechy.

Warn to, ubodzy, kantyczkę pociechy
Ja, najuboższy wam zaśpiewać muszę -
Warn, pogardzonym, którym jeden śpiewa
Ptak. obywatel odwiecznego drzewa,
I wicher polny, co na węgłach chaty
Szumi żałosne chłopskie litanijc,
I strumień czysty, co między łąk kwiaty
Z nutą krysztalną toczy się i wije,
I owad zloty, co miód słodki zbiera,
I grom, co wstrząsa, jak glos bohatera.

Liro pastusza, ty, coś w Bctłehemie
Witała Zbawcę, gdy zstąpił na ziemię,
Pójdź do mej dłoni! Ja, śpiewak ubogi.
W wieśniaczej chaty zaniosę cię progi:
Z Bogiem i z tobą idąc między swemi,
Może znów Zbawcę powitam na ziemi.