Pan Twardowski

Autorem utworu jest Jan Lechoń

Raz, dwa, cztery, dwanaście. Cóż to dziś się dzieje?
Zegary biją północ, a tu kogut pieje,
Jest kogut. Jaki wielki! Grzebień ma jak grzywę
I pióra szmaragdowe, ostrogi prawdziwe.
Zapia przed samym domem. Trzeba z tym się zgodzić:
Lepiej jeździć kogutem niż piechotą chodzić.
Widzę cię. Widzę znowu! Ty jesteś jak zdrowie!
Te same baby wiejskie na Rynku w Krakowie.
I dziad przed Panną Marią siwą chyli głowę.
Masz tu, dziadku, dolara! Za dusze czyśćcowe,
Za wszystkich, którzy umrą od otwartej blizny,
I za tych, co nie wrócą nigdy do ojczyzny.
Kogoś tu miałem spotkać! Jakiś ważne sprawy...
To było już tak dawno!! Jegomość kulawy,
Któremum coś obiecał, więc będzie się zżymać,
Bo właśnie nie mam żadnej ochoty dotrzymać.
No! Nie trzaskaj kopytem! To nie żadna sztuka.
O biedny polski diable! Każdy cię oszuka.
O! rozpustny Kmicicu, najmężniejszy z mężnych!
Widziałem ja na świecie szatanów potężnych,
Nie nadętych pyszałków, ale bosko dumnych
I niczym nie ugiętych, i bardzo rozumnych.
Tobie z nimi się mierzyć - toż komedia czysta!
Nigdy z ciebie, Boruto, nie będzie Mefista.
Jedno co możesz czynić - to gusła i czary
We mgle błękitno-srebrnej, którą ja tak lubię.
Ale chcę coć nowego. Nie wzywaj Barbary
Ni Zygmunta Augusta w sobolowej szubie,
Ni Janów, ni Batorych z starych sarkofagów,
Bo na to nie potrzeba żadnych wielkich magów.
Tylko ze świeżych grobów, z dołów śmierci tajnych,
Gdzie nikt nawet ich imion nie umiał oznaczyć,
Wywołaj paru ludzi zupełnie zwyczajnych,
O których ja wciąż myślę i chcę ich zobaczyć.
Nie chcesz? Jak to? Nie możesz? Takież twoje sztuki?
Na toż skrycie świętoszek wciąż ku tobie zerka?
I wartoż było takiej zasięgać nauki,
Ażeby się okazać głupim jak ekierka?
Chodźmy do karczmy na wino! Ja za ciebie płacę.
A tamci... Requiescant! Requiescant in pace!
Dziewczyno, która tęsknisz w półmroku szynkwasu
I zwracasz ku mnie teraz swoje oczy łzawe,
Pytasz o wielkie miasta? Ogromnie ciekawe,
Lecz podróże mnie męczą od pewnego czasu.
Znam zorze nad dalekich oceanów głębią
I puszcze storczykowe o duszącej woni,
Stolice, gdzie się tłumy jak mrowiska kłębią,
I znam wieczór nad Wisłą. I powracam do niej.
Jaśminów woń z ogrodu bije mi do głowy,
Jak mleko blask księżyca leje się na drogę.
Ta karczma ăRzymŇ się zowie? Nie bądź drobiazgowy!
Nic nie mam oprócz duszy. Więc dać jej nie mogę.

Mój kogut zapiał znowu! Lećmy, mój koniku!
Leć tam, nad Pannę Marię! Na tym rogaliku,
Którego srebrne smugi tak zawsze mnie nęcą,
Co teraz wszedł na nieba wielką płachtę ciemną,
Będę siedział i patrzał, jak się gwiazdy kręcą,
Będę widział Warszawę i Kraków pode mną.
I wpośród woni z dołu i wśród nocy cienia
Będą ku mnie ku górze płynęły wspomnienia,
Jak mgły się będą snuły w księżycowej bieli,
A ja, w niebo wpatrzony, do świata ostatka
Będę mówił pacierze, jak uczyła Matka.
A resztę, co tu gadać, wszystko diabli wzięli.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM