Jan Potocki

Autorem wiersza jest Jan Lechoń

Jesień już idzie, i odejść mi pora,
Nic nie wyczekam, nie wyśnię nic więcej,
Z rozsnuwającej się nici pajęczej
Tępa mi patrzy bezmyślność, jak zmora.

Głuchym się bije po salach odgłosem,
Z twarzy portretów się śmieje straszliwie,
Kos śpiewnym brzękiem odzywa przy żniwie,
W zegarze bije raz po raz mym losem.

Służba się moja na palcach podkrada
I nic nie mówiąc, zastawia mi stoły,
Po nocach cicho się snują anioły
W komnatach, w których spiskuje ma zdrada.

Nie zasłoniona żadnymi zasłony,
Zła rzeczywistość - kobieta bez twarzy -
0 sobie samej zimnicy sal gwarzy,
Własną swą pustką od wieków zdziwionej.

Po nocy schodzą z portretów hetmani
I wszystkie moje prababki w robronie
I senny wiodą polonez w salonie,
Cicho, bezmyślnie w swą pustkę wsłuchani.

Raz, dwa! trzy, cztery! Słyszycie? Już wali
Zegar popsutą gardzielą charczący.
Dwanaście! Idzie polonez milczący,
I księźyc wchodzi przez okno do sali.

Martwota trzaska z drewnianych korpusów;,
A złoto z delii i srebro im kapie.
O! słyszysz teraz? Tu do mnie się złapie
I wilgoć wlecze smrodliwą z lamusów.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gasi mi świecę i ściany dotyka,
Skostniałą ręką chrobocze po murze -
A później cicho zaśmieje się w chórze
Głupich puszczyków. Zaśmieje i znika.

Władne na mojej zdobycznej nicości
I na nicości króluję dziedzicznej -
Nie śmiej się ze mnie, jesienny dniu śliczny,
I zasiądź ze mną przy stole dla gości.

Kastanietami zatrzaskaj, a żywo,
A roztańczże się w bolero szalone,
Rozsnuj mi szale hiszpańskie czerwone -
Taniec mi zatańcz: mą młodość szczęśliwą.

0 tak, tak właśnie - przeginaj się w skręty,
Co nic nie znaczą, a wszystkim być pragną.
Czerwonouste Carmeny niech nagną
Ust rozchylonych, tęsknoty mej świętej!

Niechaj przez ogród przeleci wiatr ranny,
By jak trybularz parował kwiatami,
Niech hiacyntowa mnie bajka omami
I kryształowe spryskają fontanny.

Nóg z alabastru mnie dławi pieszczota
I bioder czuję omdlałe gorąco,
Na wiatr wychodźmy z miłością dymiącą
Tłuc o kamienie puchary ze złota.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Otośmy wreszcie zostali się sami
Z zadumą cichą rozlana w naturze,
Wsłuchani w światów obroty tam w górze,
Nad pożółkłymi schyleni księgami.

Ze zbóż pogwaru, z ptasiego szczebiotu,
Z pluskania wody przy łące w krynicy -
O, graj mi, wietrze! graj marsz tajemnicy,
Dostojną, mądrą melodię odwrotu. -

Idziemy nocą, trzymając latarnie
Gwiazd zapalonych nad ziemi nicością,
Jak łzą, zdławieni przeczutą mądrością
I ciszą wielką, co w siebie nas garnie.

O! pola, łąki podchodzą już ku mnie -
Widzę, na ścianę jak moja krew chlusta.

Dwa wielkie srebrne anioły przy trumnie
W milczeniu palce składają na usta.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM