Grobowiec na Harendzie

Autorem wiersza jest Jan Lechoń

Kto sny miewa, ten wszystkie granice przekroczy.
Zaczęły szumieć drzewa, ledwom zamknął oczy:
Brzozy drżące pod liści sypiących się worem,
Wielkie buki płonące czerwonym kolorem
I złotymi pieniędzmi osypane klony.
Tak przez sen usłyszałem szum z dalekiej strony,
Jak kiedy tum się wielkim chorałem rozśpiewa.
Szczęśliwy, pomyślałem, ten który sny miewa.
A teraz iść mam kładka nad rwącym potokiem.
Cóż z tego żem tak rzadko i niechętnym wzrokiem
Patrzał dotąd aa wiry, co się w dole kłębią?
Cóż z tego żem przechodził nad huczącą głębią
Nie słysząc nic prócz dźwięku balowe] kapeli
I jęku wiolonczeli, co milknie za ścianą,
Nie widząc nic prócz sukien wirujących bieli?
Jeszcze czas jest - myślałem. - Jeszcze bardzo rano.
Ktoś trudny do nazwania, co sny nam wybiera,
Kto z nędznego posłania budzi bohatera,
Ze złote serafiny wiodą go i strzegą,
Chce, bym szedł nad tą wodą, nic mówiąc dlaczego.
To on chciał, abym w górze, choć nie -wznosząc głowy,
Zobaczył, jak w lazurze śpi wirch granatowy
A nad nim śnieg, gdzie głowa od słońca się studzi,
Więc powiedział te słowa: "Niech nikt go nie budzi".
Jak las ardeński chmurnie, w bojowej kolumnie,
Te turnie i te smreki idą teraz ku mnie
I nagle liście z ziemi wiatr porywa srogi,
I spotykam snę z nimi na połowie drogi.
Balów szumnych z mazurem i podkówek trzaskiem,
Imienin z życzeń chórem i hucznym oklaskiem,
Spotkań skrytych z poufnym-pochyleniem głowy;,
Spowitych jak w woń kwiatów w zapach waniliowy
Liry z cukru i chwili kiedyśmy łabędzie
Razem w parku karmili, już więcej nie będzie.
Zaraz zwiną chorągwie po przebrzmiałym święcie,
I za chwilę orkiestry zginą na zakręcie,
Tylko wolno po hali cień od skały sunie
I z oddali ktoś cicho gra na jednej strunie.
W to granie, gdzie on gędzie, idę górską drogą
Na spotkanie, na którym nie będzie nikogo,
Prócz zeschłych słoneczników, co grobowca strzegą,
Puszczyków, co się tłuką, i prócz mnie samego.
Ciężkie chmury się klaczą i mgieł morze płynie,
I ktoś szepnął z rozpaczą: "Co jest tej lawinie?".
Jakieś głuche pacierze szeleszczą w piwnicy,
Spłoszyłem nietoperze, gdym schodził w tę ciemnię,
Lecz wierzę, że iść muszę, by sięgnąć granicy,
Co dzieli dziś od jutra i innych ode mnie.
Ach! Balsamy z piramid, chroniące od czasu,
Kadzidła, których płynie woń z Halikamasu,
Co śmierci wstępu bronią przez grobowców mury,
I wyschłą dłonią lane tajemne tynktury
Na oczy, z których wreszcie już łzy ci nie cieką,
I wielki pogrzeb w mieście i więcej daleko,
Bo obłok, który wstaje ponad ciałem zgniłem.
Przyznaję, tak, przyznaję: nieraz o tym śniłem.
I to, że w dni pozgonne jeden wschodzi taki,
Gdy Cheops zrzuca z siebie wonne powijaki,
Mocna dziewka z Samarii ciężką ciągnie stągiew,
I nagle wielkanocna powiewa chorągiew.
Lecz teraz cicho o tym, bo wciąż nie wiadomo
Gdzie górskim błotem dojdę i tą ścieżką stromą
I może owa postać, com myślał że wskrześnie,
Zostać w martwych na długo, gdybym chciał za wcześnie
Drogę, co mam przemierzyć, sam sobie zakreślić.
Więc muszę razem marzyć i wierzyć, i myśleć
Nad skał bryły ze srebrnym granatem u szczytu,
Gdzie jak węże się wiją żyły chryzolitu
I żadna nie dosięźe ludzka ich budowa
Ani żadne muzyki, cóż dopiero słowa.
Chyba wiatru okrzyki, gdy z gór wiosną zedrze
Czapę chmur, tak że padnie jak chłop przy katedrze,
I krokus wyjdzie biały wśród dzwonienia owiec.
Więc któż by nad te skały mógł wznieść swój grobowiec?
I Tobie cóż dziś po nim i po cóż Ci laury,
Gdy widzisz, niewidzialny, a w słońc pierwszych złocie
Jak o krok stąd olbrzymie ciągną ichtiozaury,
Tratując od gór wyższe skrzypy i paprocie,
I z uchem przyłożonym do szumiącej muszli,
Co wyschłe oceany swym echem powtarza,
Jak my żywych zza ściany słuchasz tych, co uszli,
Nie tknąwszy płyt grobowych, spod głazów cmentarza.
*
Przez potok rozszalały rwą jodłowe kloce,
I starego Sabałę widzę w tej pomroce,
Jak włosy wiatr mu gmatwa, z rąk wiosło wyrywa.
Ach! To twoja, Charonie, już tratwa nadpływa
W wyciu wiatru, co teraz targa twoją gunię,
Jako płótna teatru za chwilę świat runie,
Jak lichtarze przy trumnie gwiazd błysną lampiony
I wtedy się pokaże, co jest z tamtej strony.
Światło lampy naftowej gaśnie w szarej próżni,
I jak próchno się sypie miedź laurowych kiści.
Gwiazd przecież nam nie zdmuchną. I jest coś co różni
Nas niesionych jak liście - od wiatru i liści.

Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM