Sumienie

Autorem wiersza jest Franciszek Karpiński

Noc przyszła i z nią razem ciemna jej drużyna
Po dołach się rozbieży, po górach się wspina,
Czarnym kirem naturę przykrywając całą,
Aby słodko stworzenie zmordowane spało.

Jeden mój nieprzyjaciel nigdy nieuspiony,
I jako do potrzeby zawsze uzbrojony,
Czuwa na mnie, sen miesza, stawia sidła w cieniu,
Zaraz mię napadając po mym przebudzeniu.

Szczęśliwy! Z którym rada niewinność przebywa,
Ona go od snów strasznych swą ręką zakrywa,
A zabawne dla niego marzenia się chwyta
I z wolna zbudzonego uśmiechem swym wita.

Za lat młodszych ja także tak szczęśliwy byłem,
Wpośród nocy głębokiej sam wesół chodziłem,
I patrząc na ten księżyc i na tych gwiazd zgraje,
Z pociechą-m śpiewał Temu, który im bieg daje.

Dzisiaj je blade widzę, chociaż świecą jasno;
Między łzami mych oczu promienie ich gasną.
A nawet patrzyć na nie przychodzi oporem;
Wstyd mi się pokazywać przed tym nieba dworem.

Szum wody przeszłą świata przypomina karę
I zdaje się, że znowu morza brzegi stare
Poddały się, falami zbite gwałtownemi,
Nowym grożąc zalewem obwinionej Ziemi.

Ptak nocny inszym dla mnie stając się tyranem,
Okropny glos swój miesza z nocą i z mym stanem.
Niby mię za coś łaje i coś wywołuje,
A mój mu nieprzyjaciel jeszcze potakuje.

Wezmę żałosną lutnię i przez tęskne tony
Powiadam cichym ścianom stan mój uprzykrzony,
Które, toż powtarzając podczas tonu przerwy,
Niby się pouczają, com im zadał pierwej.

Próżno ogień rozniecam, co swoim płomieniem,
Co różnością farb swoich, co mię bawił cieniem -
Dziś mię straszy, że wkrótce dni zemsty nastają,
Gdzie spłoną suche góry, co mię otaczają.

W takiej trwodze wyglądam porankowej zorzy,
Azali mi mój smutek cokolwiek umorzy
Czas, w którym, powiadają, jakąś folgę czują
Ci, co słabością ciała złożeni, chorują.

Już ptaki pierwszy promień słońca przywitały,
Gór wierzchołki ożywnym światłem zajaśniały,
Rolnik budzi do pracy czeladkę zaspane...
I ja cokolwiek oczy przecieram spłakane.

Przecież mój nieprzyjaciel próżnować nie lubi!
Wszystkie moje rozrywki w ich początkach gubi,
Z goryczą miesza wszystko, co jadam i piję,
Z jego ręki codziennie umierając, żyję.

Okrutną jakąś rozkosz i pociechę miewa,
Gdy widzi, jak mi czasem srogi ból dogrzewa.
Lubi jątrzyć mi rany, lubi, gdy się trwożę,
Ale zabić mię nigdy nie chce czy nie może.

Co mię tylko otacza, zarazą ozionął,
Boję się słońca, chmury, wiatru, co powionął.
Smutno mruczą strumyki, ptak żałośnie śpiewa,
Łąka się stała tęskna i róża nieżywa.

Zacząwszy od przyjaciół, których nie mam w biedzie,
Wszystko za jego wozem tryumfalnym idzie,
Wszystko groźną piorunem pooblekał chmurą
I z całą mię mój tyran pokłócił naturą.

Sumienie! Kto ty jesteś, żeby ci bezkarnie
Ujść miało tyle ludzi uciśnionych marnie?
Od pierwszego człowieka, co się w czymsiś zmylił,
Próżno się każdy oprzeć twojej broni silił.

Krwawe twoje chorągwie od kolebki świata
Rozwinąwszy, wojujesz przez tysiączne lata.
Chlubą nadęty, łupów zwycięskich bez liku
Nawieszałeś po świecie, stary najezdniku.

Czemu walcząc pod hasłem niezwyciężonego,
Zabiegasz aż do kąta ziemi ostatniego?
Strach, robiąc cię bożyszczem, wspiera wielkość twoją,
A tymeś tylko mocny, że się ciebie boją.

Ja wydam twój ród podły, zdejmę tę maszkarę,
Pod którąś dokazywał na twej sławy wiarę.
Zbiorę lud rozpierzchniony, dam na cię oręże,
Przynajmniej cię zawstydzę, kiedy nie zwyciężę.

Zmieszanie cudzołożne wielu niecnot w ciszy
Dało ci życie, które głupstwem naszym dyszy;
Które, jako słabieje, gdy się ustatkujesz,
Tak go rozbojem szlaków bitych utrzymujesz.

Kto ma męstwo poczciwe, szuka przeciwnika,
Który się z nim równymi siłami potyka.
Nie znieważaj swej broni rzezią tłuszczy krwawą,
Ty napadasz bezbronnych i zowiesz to sławą.

Żyj, święta wspaniałości! A tyś ją umorzył.
Komuś kiedy darował, choć się upokorzył?
Srożejesz, gdy przed tobą drżę ze strachu cały;
Podłyś jest i dlatego w twym szczęściu zuchwały.

A ja złorzeczę temu, którego się boję!...
Sędzio, świadku i panie, daruj głupstwo moje!
Nie przyczyniaj mi nowej do dawnych ran rany,
O groźny mój tyranie, o nieubłagany!

Chciałbym zejść z oczu twoich, mój dozorco srogi,
Aleś mi do ucieczki pozalegał drogi.
Jużeś mię ścisnął z bliska, ziemi wywołaniec!
Zamknę się chyba w sobie, w mój ostatni szaniec.

Tak jest, gdziem dotąd jeszcze (jakbym go się wstydził)
Nie był nigdy i wiernych progów nie odwiedził;
Pójdę do serca mego i tam troski moje
Na łonie przyjacielskim cokolwiek ukoję.

Pójdę! Mój ten przyjaciel, mój ten zawołany,
Kiedym tak w domu jego dawno pożądany,
Nazwie to dniem szczęśliwym, gościną przyjemną;
Odpocznę w sercu moim i serce me ze mną.

"Zostańcie przy drzwiach, troski, tęskne zamyślenia,
Narzekania tajemne i głośne jęczenia!
Ja sam tylko tu wnidę, w tę pociechy bramę,
Do was już nie powrócę, zostańcie tu same."

Jam to mówił - a los mój poszedł swoją drogą.
Zdrada jest, w pośrodku mnie oszukanym srogo!
Mój główny nieprzyjaciel, nie wiem, jakim kształtem
Opanował me serce i mieszka w nim gwałtem.

Marna moja nadziejo! Jedno miejsce było,
Co mi za ostateczne schronienie służyło.
Mój tyran w całym świecie jak w swoim się krząta;
Mnie małego w mym sercu pozazdrościł kąta.

Och, on tu, widzę, nie sam, jakże się rozrodził?
Całą swoją rodzinę na mój koszt pozwodził.
Zdają się być bezpieczni jak w swojej stolicy,
Mają kształt towarzystwa, chociaż wszyscy dzicy.

Oczy krwią zapłynionc, najeżone włosy,
Pozór wszystkim zabójczy i chrypliwe głosy.
Twarz śniada, wysuszona, kolor w ustach siny,
Podobni jak gadzina bywa do gadziny.

Wołają się imiony swego pokrewieństwa,
Są między nimi bracia, siostry i małżeństwa.
Płeć biała, zamiast wdzięków i powabnych oczy,
Ma surowość na twarzy, węże u warkoczy.

Wszyscy się pilną swoją robotą krzątają:
Ci brudny jakiś napój z goryczą mieszają,
Ci na długim rejestrze liczą jakieś kryski,
Ci na mnie kręcą łyka, ci ostrzą pociski.

„Serce moje zdradliwe! Czyż nie ja to pierwszy
Do domu twego byłem? Czyż nie ja ci szczerszy
Niźli ci, co nastają na dziedzinę moje?
Tyrani cię obsiedli, ja u proga stoję.

Ja od ciebie wzgardzony! Którym siłą całą
Zawsze się o to starał, czegoś tylko chciało;
Którym ci tyle razy służył z zdrowia stratą!
Który się tak szanował." A serce mi na to:

„Gościu mój ty niewczesny! Cóżem temu winno?
Wtenczas, gdy cię wiązano pieluchą dziecinną,
Usłużny kapłan ten twój domek ochędożył
I tron Bogu wielkiemu w pośrodku położył.

Jam czuło, kiedy wchodził Pań nieogarniony:
Najpierwej wskroś mię przejął strach upokorzony,
Potem niewymówiona wonność weszła tłumem
I z nią cichość głęboka. Bóg nie idzie z szumem.

Ogień na wielu miejscach domu tego błyśnie,
Potem się nawał światła białego naciśnie,
Potem mię ogarnęła miłość jakaś święta
l mdłe zmysły zalała słodycz niepojęta.

Boże, któż Cię obaczy? Jam Cię tylko czuło!
Tak jest, gościu, mieszkał Bóg, ale się popsuło
Z czasem wszystko, nóg Jego ślady pościeranc
I wyszły z domku twego cnoty zapłakane.

Prawda, żem prędko mego szczęścia zapomniało
I poszło, gdzie zepsute prowadziło ciało.
Ale ci na to rozum udzielony z góry,
Żebyś nim był hamował złą skłonność natury.

Czemuż tak łatwo żądzom moim pozwalałeś?
Jeżelim było ślepe, to ty światło miałeś.
Teraz moje i twoje zgubę widzisz jaśnie;
Zła iskra i dom spali, i sama zagaśnie.

Na kogóż skargi twoje rozkładasz i żale?
Tyś winniejszy nade mnie, żeś rządził niedbale.
A ci, których twoimi zowiesz tyranami,
Są własnym naszym płodem, naszymi synami.

Rozum zbestwionych żądzy ponętą ujęty,
Zapomniał stanu swego, złączył się z bydlęty.
Jakaż z takiego łoża pociecha być miała?
Pomieszana natura straszydła wydała..."

Dopiero nędzne serce z wolna mię uczyło,
Jak mi się to jaszczurcze gniazdo rozrodziło.
Przypominało wiernie czasy, znaki, ziemię,
Żem wreszcie przekonany uznał swoje plemię.
* * *
Boże! Jam Cię najpierwej poznał po dobroci!
Twoje niebo, chociaż się dla człowieka słoci,
Zabłyśniesz jasnym słońcem rozbiegną się wody.
Wyjdzie niespodziewana plenność spośród szkody.

Ty masz rozkosz jakowąś świadczyć dla stworzenia!
Rozradzasz, uszczęśliwiasz ludzkie pokolenia.
Jak gdyby dobre dzieci już Ci się przebrały,
Mnie się tylko najgorsze z Twej ręki dostały.

Nie mruczę na te moje najostrzejsze stróże,
Ty z pośrodka tych kolców możesz dobyć róże.
Ale niechby powolniej, niechby z mniejszą władzą,
Niech mi cokolwiek miejsca w sercu moim dadzą.

Jakby o Tobie nigdy, żeś jest, nic wiedzieli,
Znęcają się synowie nad krwią, z której wzięli.
Wstyd mi przed mymi dziećmi padać na kolana
Pozwól, ja się powrócę do dawnego Pana.


Czytaj dalej: Pieśń wieczorna