Odmiennych mową, wiarą, obyczajem...

Autorem wiersza jest Jacek Kaczmarski

Odmiennych mową, wiarą, obyczajem
Na jednej drodze złączyły rozstaje.

W świetle tych gwiazd, co wędrowcom się jarzą,
Mogliśmy własnym przyglądać się twarzom.

Patrzeć na stopy, dłonie i kostury,
I dusze w workach z żywej, ludzkiej skóry.

Przy nocnych ogniach odpoczywał pochód -
Tam poznawaliśmy siebie po trochu.

Dziwny to widok był w błyskach płomieni -
Tacy niepełni, tacy zniekształceni:

Rysy słabości w grymasach siłaczy,
Maski uciechy na skurczach rozpaczy.

W źrenicach czujność od zmierzchu do świtu,
Na podorędziu broń kłamstwa i sprytu.

Do tego sznury, sztylety i pałki,
Lękliwe groźby, naiwne przechwałki.

Krew, któż wie czyja, przyschnięta do dłoni,
Nogi ucieczce skłonne i pogoni.

Dusze, jak zbite psy na wątłej smyczy,
Wywar wściekłości, krzywdy i goryczy.

Ale wraz z brzaskiem dalej szliśmy razem,
Niewysłowionym budzeni nakazem.

Silniejsi nawet słabszych podpierali,
By wszyscy doszli, gdzie dojść zamierzali.

Długo to trwało i zwątpiło wielu,
Aleśmy wreszcie dotarli do celu.

Czekał nas widok najzwyklejszy w świecie:
Stajenka, żłobek, ojciec, matka, dziecię.

Cud w tym był tylko, że na widok onych -
Każdy się poczuł - niedoczłowieczony,

W tym, że odchodził przejęty tęsknotą.
I tylko o to chodziło.
Tylko o to.

20.9.1993


Czytaj dalej: Przechadzka z Orfeuszem