Palę Paryż III/5

Autorem wiersza jest Bruno Jasieński

W tydzień potem, w porannych dziennikach, gdzieś na niedostrzegalnym szarym końcu, po raz pierwszy nonparelem wypłynęło imię państwa * * *. Pod koniec tygodnia, kwestja * * *, podnosząc się z błyskawiczną szybkością, jak rtęć w rurkach szpalt, zapełniła całe kolumny, podpełzła ku nagłówkom. Wiadomości stawały się coraz konkretniejsze.
 Na terytorjum państwa * * *, nie wiedzieć skąd, zjawił się nagle nowy, naprędce spreparowany hetman, który zamyślił pochód na Ukrainę, w celu wyzwolenia jej z pod jarzma bolszewickiego. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
 . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . Nastąpiła ostra wymiana ultimatów.
 W Lionie tego dnia od rana powiał gwałtowny wiatr północno-zachodni, i na wietrze, jak niewysuszona bielizna, rozwieszona na niewidzialnych sznurach, łopotały postrzępione łachmany mgły. Wicher z furją pędził ulicami, zwalając z nóg nieopatrznych przechodni. W powietrzu, jak ociężałe ptaki, poszybowały zdmuchnięte kapelusze i wślad za niemi w dziwacznych podskokach, jak gumowe piłki, pognali bezgłowi ludzie.
 Około szóstej wieczór na ulicach ukazały się dodatki nadzwyczajne. Na skrzyżowaniach ulic przechodnie kręcili się, jak bąki, przytrzymując uciekające im z rąk płachty. Pod nieprzeniknioną siatką mgły ludzie, jak schwytane motyle, trzepotali niezgrabnie rozpostartemi skrzydłami gazet.

 Za grubemi szybami kawiarni opaśli, zadomowieni bywalcy grali w preferansa i, z namaszczeniem dobierając maści, ciskali z rozmachem w serca kierów ostremi pikami pik.
 — Wist.
 — I owszem.
 — A my go — atucikiem.
 — Tak, m’sje, to już nie żarty. Ci bandyci sprowokowali wojska * * * do przekroczenia ich granicy. Zagrażają jawnie integralności naszej wiernej sojuszniczki * * *. Francja tej prowokacji nie ścierpi.
 — Pas.
 — Jeszcze jak!
 — Poślemy przyjaciołom * * * w sukurs wojska i amunicje. Bolszewików wytępimy.
 — A my mu zajedziemy kierem! Tak, m’sje, tylko tą drogą możemy zaprowadzić nareszcie w Europie dawny, przedwojenny porządek. Mówiłem to zawsze mojemu deputowanemu, Juliet. Nigdy nie skończymy z drożyzną, nie skończywszy wprzód z Sowietami.
 — Damulka pik.

 Na dworze pędził wiatr, smagał grube szyby, wzbijał się wgórę, koziołkował po dachach, utknął, zaplątał się w pajęczynie anten, wywikławszy się z niej, gnał dalej, i rozhuśtane anteny huczały żałośnie, długo.

 W klubie przemysłowym tego wieczora, jak codzień, goście grali w bakarata i suto wieczerzali w bufecie, żując powoli i zakrapiając „Chablis“ tłuste portugalskie ostrygi. W palarni, w wygodnych, skórzanych fotelach, wysmokingowani panowie palili cygara i papierosy, rozprawiając z ożywieniem.
 Wtedy wszedł zarządzający z dwoma lokajami, niosącymi długi zwitek. Zwitek, jak się okazało po rozwinięciu, był mapą Europy. Lokaje powiesili ją na ścianie.
 Zarządzający, zwracając się do szpakowatych panów, rozpartych wygodnie na kanapie, objaśnił z uśmiechem:
 — Ile razy jest wojna — panowie lubią mieć pod ręką mapę. Ostatniej wojny trzeba było ze sześć razy zmieniać mapy. Całkiem podziurawili je szpilkami.
 Panowie otoczyli mapę kołem.
 W rogu, na kanapie, łysy jegomość w monoklu mówił do siwego pana z bokobrodami:
 — Podobno wczoraj wieczór eskadra angielska odpłynęła w kierunku Petersburga?...
 Pan z bokobrodami nachylił się ku sąsiadowi konfidencjonalnie:
 — Mój przyjaciel, sekretarz ministerstwa spraw wewnętrznych, mówił mi wczoraj, — oczywiście między nami, — że rząd zamierza jutro ogłosić mobilizację. Tworzy się koalicja całego świata kulturalnego, coś w rodzaju nowej krucjaty, przeciwko tym łajdakom komunistom. W ciągu trzech tygodni bolszewicy zostaną zmieceni i w Rosji przywrócona będzie władza legalna. W Londynie, za wiedzą rządów angielskiego i francuskiego, ukonstytuował się już rząd tymczasowy z poważnych mężów stanu emigracji rosyjskiej. Przebąkują nawet, jakoby... — pan z bokobrodami nachylił się niżej i dokończył już niedosłyszalnym szeptem.
 — Co pan mówi! — zainteresował się łysy. — Tak, to bardzo rozumne. Zresztą, oddawiendawna byłem tego zdania. Nigdy przemysł francuski nie pozbędzie się tego fermentu, dopóki tam, na wschodzie, będą istniały Sowiety. Zlikwidowanie Sowietów, zaprowadzenie porządku w Rosji, to decydujący cios dla naszego rodzimego komunizmu, to zwycięstwo na naszym wewnętrznym, przemysłowym froncie. W imię jego, cała rozumnie myśląca Francja nie cofnie się przed żadnemi ofiarami...

 Na dworze, opustoszałemi ulicami, na wyścigi z samotnym motocyklem, pędził wiatr, i w wietrze olbrzymiemi płatami monstrualnego śniegu wirowały strzępy nadzwyczajnych dodatków. Na rogach ulic, jak widma, w czarnych ceratowych kapturach tańcowali niezdarnie policjanci.

 W drukarni gazety robotniczej jasno płonęła elektryczność, terkotały linotypy i usmoleni zecerzy, jak dziwni wirtuozi, z rękami w odciskach, cwałowali rozsypanym tabunem palców po maleńkich brukowcach klawiszy. Miarowo to podskakiwały, to opadały dźwignie, i zgapione litery, jak żołnierze, skrzyknięci na zbiórkę, błyskawicznie ustawiały się w rząd. Potem czcionki, jak pływacy z odskoczni, rzucały się wdół, do basenu z płynnym ołowiem, aby po chwili wypłynąć stamtąd spoistą linijką zdania:
 „Dziś, o godz. 12 w południe, pierwszy trans-
 Znowu litery gonią litery, aby, rozpalone biegiem, po chwili wynurzyć się nowym smukłym wierszem:
 port broni i amunicji wysłany z Lionu do * * *.
 I dalej:
 utknął w odległości 80 km od granicy niemieckiej, naskutek gremjalnego strajku kolejarzy, którzy odmówili przepuszczenia jakiegokolwiek transportu, przeznaczonego do walki z robotniczym Związkiem Republik Radzieckich.“
 Kropka.
 — Zuchy chłopaki! — uśmiecha się zecer.
 Znów migają palce po schodkach klawiszy. Znów, jedna za drugą, po linach, po rusztowaniach dźwigni, jak akrobatki, drapią się czcionki, aby po chwili rzucić się głową wdół w bulgocący basen i wypłynąć stamtąd nowym nierozerwalnym łańcuchem wiersza:
 „O godz. 3 po południu na mieście ukazał się dekret o mobilizacji kolei żelazny.“
 I zaraz następne:
 „Centralny Komitet Zjednoczeniowych Związków Zawodowych proklamował na jutro strajk generalny.“
 — Towarzyszu, złóżcie cycerem odezwę KC. partji do mas robotniczych.
 Znowu klekocą klawisze:
 „Towarzysze! Burżuazyjny rząd francuski pod dyktando angielskich kapitalistów...“
 U wejścia do drukarni rozległ się gwar głosów, tupot nóg i szczęk karabinów. Na schodach, prowadzących wdół, zaroiło się od granatowych ludzi.
 Policja.
 Pod wieczór na mury domów wystąpiły czerwone plamy plakatów: odezwa Komitetu Centralnego Kompartji do robotników i żołnierzy.
 Około siódmej na bulwarach wszystkich miast Europy ukazały się nowe dodatki nadzwyczajne, przynoszące sensacyjną wiadomość.
 Samolot angielski, w drodze z Londynu do Lionu, zabłądziwszy w gęstej mgle nad La Manchem i zmyliwszy kierunek, nieoczekiwanie znalazł się nad Paryżem i, cudem uchodząc przed obstrzałem, zdołał, mimo złamanego skrzydła, wylądować szczęśliwie poza obrębem kordonu.
 To, co lotnik angielski zobaczył i opowiadał, było tak niewiarygodne, tak fantastyczne, że nawet nie odznaczająca się zbytniemi skrupułami prasa bulwarowa podawała jego relacje z dużą rezerwą.
 Pragnąc stwierdzić, gdzie się znajduje, pilot leciał na wysokości zaledwie stu metrów nad ziemią. Gdy się zorjentował, że jest nad Paryżem, było już za późno; ciekawość przemogła w nim obawę.
 Leciał od strony Lasku Bulońskiego. Dzięki południowemu wiatrowi, który rozwiał nad miastem mgłę, mógł wszystko widzieć, jak na dłoni. Paryż, który odsłonił się jego oczom, nie był bynajmniej spalony. Gmachy, pałace i posągi — wszystko napozór stało na swojem miejscu, a jednak wszędzie dawała się zauważyć bijąca w oczy zmiana. Pierwszą rzeczą, która uderzyła lotnika, była nieprzeliczona ilość wznoszących się nad miastem olbrzymich masztów radjostacji. Powietrze we wszystkich kierunkach przecinały rozpięte w nieskończoność druty anten.
 Minąwszy Łuk Triumfalny, pilot leciał dalej, wzdłuż alei Pól Elizejskich. To, co ujrzał tutaj, przekraczało już wszelkie granice prawdopodobieństwa.
 Gdzie niegdyś niezmierzoną taflą wyślizganego asfaltu rozpościerał się plac Zgody, od Madeleine do Izby Deputowanych i od Pól Elizejskich do Tuilleryj, pod lekkim podmuchem południowego wietrzyka falował teraz łan dojrzałego zboża. Zboże to żęły właśnie motorowe żniwiarki, prowadzone przez barczystych, ogorzałych ludzi w białych koszulach. Mężczyźni i kobiety, w takich samych lekkich ubraniach żniwiarzy, zwinnie podawali gotowe mopy na oczekujące auta ciężarowe. Gdzie niegdzie, na skraju ścierniska, odpoczywające kobiety karmiły piersią niemowlęta.
 Dostrzegłszy nadlatujący aeroplan, żniwiarze przerwali pracę, zadzierając do góry głowy i wymachując we wzburzeniu rękoma.
 Przelatując dalej nad parkiem Tuilleryjskim, pilot zauważył w nim kolonję, złożoną z paru tysięcy bawiących się dzieci, w jednakowych ubrankach, fartuszkach i maleńkich, czerwonych czapeczkach, przypominającą pole makowe o miedzę z polem pszenicznem.
 Gdzie dawniej rozciągał się Ogród Luksemburski, bielał teraz w słońcu grzędami kalafjorów, szachownicą kolorowych działek, ogromny ogród warzywny.
 Lotnik tak był zaskoczony tem, co ujrzał, że rezygnując z dalszych obserwacyj, przeciął miasto naukos, chcąc czem prędzej podzielić się swem odkryciem z władzami.
 Nad Sekwaną, w miejscu, gdzie karkołomnym skokiem przesadza ją w powietrzu most metropolitenu, ujrzał biegnący po wiadukcie pociąg, złożony z wagonów towarowych, naładowanych jakimś materjałem. Ludzi na ulicach nie było widać prawie zupełnie, jedynie na polach i w ogrodach, wydłużające się jednak ku niebu wąską smugą dymu kominy fabryczne świadczyły o tem, że tętni tu powszechna natężona praca.
 Przelatując nad południowemi przedmieściami, pilot stał się przedmiotem zaciętego obstrzału, co zmusiło go do wzbicia się na znaczną wysokość. Jedynie dzięki zręcznym ewolucjom udało mu się ujść bez znaczniejszego szwanku.
 Lotnik utrzymywał, że Paryż otaczają poważne fortyfikacje, i przysięgał, że dostrzegł na bastjonach dalekonośne działa.
 Nieprawdopodobną opowieść pilota radjo rozniosło tegoż dnia po całej kuli ziemskiej.
 Przed nadejściem wieczora w całej Francji sensacją dnia byli już tajemniczy ludzie, zbierający zboże na placu Zgody i płodzący całe falangi dzieci. We wszystkich kabaretach Lionu śpiewano o nich frywolne piosenki.


Czytaj dalej: 23. Palę Paryż III/6

#Palę Paryż