Palę Paryż III/2

Autorem wiersza jest Bruno Jasieński

Nazajutrz rano, w wielkiej sali byłego ministerstwa wojny, zebrał się naprędce ukonstytuowany na nowo KC. partji.
 Dzień był słoneczny i z wiosenna soczysty. Przy długim stole, zielonym, jak murawa, zmięta po niedawnej majówce, z rozrzuconemi tu i tam, jak skorupy od jaj, skrawkami notatek, siedziało trzynastu ludzi w szarych więziennych bluzach. Przez otwarte naoścież okna, wychodzące na plac Zgody, wtargało bezceremonjalnie słońce i przytłumiony rozgwar mas, mityngujących na placu przed gmachem. Atmosfera tej pseudo-wiosennej błogości, przetykana odległemi pogrzmotami zgiełku i gęstą, chluszczącą ulewą oklasków, zrywającą się raptem, by po chwili ustać, nawiewała kwietniowe reminiscencje.
 Mówił sekretarz KC., towarzysz Courreau:
 — Nie możemy być pewni, czy dżuma nie zdołała już rozszerzyć się poza obręb Paryża. Sądząc jednak z dotychczasowych danych, wszystko zdaje się wskazywać na to, że Paryż otaczają po dawnemu szczelne kordony wojsk, których zadaniem jest całkowite odizolowanie go od reszty Europy. Świadczyłoby to o tem, że dżumę udało się umiejscowić. Nie ulega wątpliwości, że z chwilą, gdy tylko rząd i otaczające nas wojska dowiedzą się, że epidemja w stolicy wygasła, następnego dnia wkroczą do Paryża i wtrącą napowrót do więzień uwolniony kosztem tylu cierpień proletarjat. Do tego pod żadnym pozorem dopuścić nie możemy. Skoro, zbiegiem tragicznych okoliczności, Paryż znalazł się w naszych rękach, nie mamy prawa oddać go zpowrotem w ręce kapitalistów i wyzyskiwaczy.
 — W jakiż to sposób, jeżeli wolno zapytać, zamierzacie się w nim utrzymać? — przerwał, skubiąc nerwowo rzadką bródkę, towarzysz Majoie. — Z trzydziestotysięczną, wyczerpaną głodem masą robotniczą nie możemy chyba nawet marzyć o stawieniu czoła regularnej armji, otaczającej Paryż ze wszystkich stron. Nie mamy prawa oddawać na rzeź tych wynędzniałych resztek proletarjatu paryskiego.
 — Pozwólcie mi skończyć, towarzyszu. Utrzymać Paryż w swoich rękach możemy w sposób bardzo prosty, nie uciekając się wcale do zbrojnego oporu, który przerasta nasze nikłe siły. Należy jedynie utrzymać za wszelką cenę świat i Francję możliwie jak najdłużej w przeświadczeniu, że dżuma w Paryżu sroży się po dawnemu i nie zamierza bynajmniej wygasać. Wystarczy najzupełniej obsadzić w tym celu naszymi ludźmi radjostację Eiffla i wysyła stamtąd co rana na cztery strony świata biuletyny o nieustannych spustoszeniach, jakich nie przestaje, jakoby, dokonywać w zamkniętym Paryżu mór. Dopóki rząd i wojska przekonane będą o tem, że epidemja w stolicy szerzy się z dawną siłą, dopóty nie odważą się zbliżyć do miasta ani na krok.
 — Zapominacie, zdaje się, towarzyszu, o tem, że ludność Paryża jest niestety liczebnie ograniczona i że jedni i ci sami ludzie nie umierają po dwa razy — uśmiechnął się towarzysz Majoie. — Prosty rachunek arytmetyczny każe im się domyślić, że w Paryżu oddawna nie powinnoby było już zostać żywej duszy.
 — Nie sądzę. Stopniując wiadomości umiejętnie i z umiarem, będziemy mogli w każdym razie utrzymał Europę w tem przeświadczeniu przez czas bardzo długi. Musimy, kropla po kropli, zaszczepić w kraju przekonanie, że przez długie jeszcze miesiące, a kto wie, może i lata, Paryż pozostanie jedynie niebezpiecznem ogniskiem zarazy, że wszystkie jego instalacje uległy zniszczeniu i przywrócenie go do poprzedniego stanu wymagałoby miljardowych wkładów i lat pracy. Zapewniam was, że nic nie działa tak przekonywająco, jak przyzwyczajenie. Ludzie, którzy w pierwszych dniach wojny światowej nie mogli wyobrazić sobie, aby wojna mogła potrwać dłużej nad cztery tygodnie, pod koniec czwartego roku przestali już wierzyć, że może się ona wogóle kiedykolwiek skończyć, przywykłszy uważać ten stan rzeczy za zupełnie naturalny, jeżeli nie jedynie możliwy.
 — Chcecie zatem, jak widzę, zrobić z nas coś w rodzaju Robinsonów na bezludnej wyspie, skazanych przez całe lata na łowienie ryb w Sekwanie i polowanie na małpy w Lasku Bulońskim — żartował towarzysz Majoie. — Nie widzę celu tej całej mistyfikacji.
 — Pozwólcie, towarzyszu. — odezwał się nagle towarzysz Marac, płaski, kościsty mężczyzna, o twarzy zapadłej i kanciastej, szampjon głodówek więziennych, mogący dać tydzień „for“ każdemu zawodowemu głodomorowi.
 Wszyscy zwrócili się w jego stronę.
 — Zdaje mi się, że rozumiem myśl towarzysza Courreau. Badając dzisiaj stan radjostacji na Eifflu, potknąłem się o tę samą myśl: utrzymać Europę jak najdłużej w przekonaniu, że dżuma w Paryżu nie ustała. W międzyczasie, objąwszy miasto, zorganizować w niem wzorową komunę. W środku Francji, w sercu Europy, metropolję świata zamienić na olbrzymie miasto komunistyczne, ognisko i komórkę, z której ustrój nasz rozpromieniuje na cały kontynent. W chwili, gdy będziemy już dostatecznie zorganizowani, nie czekając na wykrycie naszej mistyfikacji, — pierwsi zwrócić się ponad głowami otaczających nas wojsk z apelem do robotników i chłopów Francji i całego świata. Nie zapominajmy, że na tyłach blokującej nas armji stoją masy proletarjatu francuskiego i że zew, który nie docierał do nich ze wschodu, zagłuszony świstem, rykiem i jazz-bandem orkiestry kapitalistycznej, rzucony stąd, z Paryża, wstrząśnie całą Europą. Czy dobrze zrozumiałem waszą myśl, towarzyszu Courreau?
 Towarzysz Courreau skłonił głowę.
 Po chwili milczenia, zabrał głos towarzysz Durail, trzymający się dotychczas na uboczu:
 — Plan towarzyszy Courreau i Maraca jest bardzo piękny, obawiam się jednak, że niewykonalny. Towarzysze Courreau i Marac nie biorą pod uwagę jednej prawdy, przykrej, lecz realnej: poto, żeby wytrwać przez długie miesiące w pierścieniu kordonu, nie wystarczy, by Europa zostawiła nas w spokoju. Trzeba jeszcze mieć co włożyć do gęby. Trzeba nakarmić trzydzieści dwa tysiące ludzi, którzy wygłodowali się już dosyta w więzieniach i którzy dłużej głodować nie zdolni. Towarzysz Duffy, który przeprowadzał dziś ewidencję składów żywnościowych, wykrytych na terytorjum miasta, będzie nas mógł poinformować najlepiej o stanie zapasów i o tem, jak długo mogą one starczyć na wyżywienie naszej komuny.
 Zkolei wszystkie oczy zwróciły się w stronę towarzysza Duffy.
 Towarzysz Duffy, bawiąc się ołówkiem i wystukując nim takt po stole, zaczął mówić monotonnym, pedantycznym głosem, jakgdyby recytował wykuty napamięć raport:
 — Ewidencji wszystkich zapasów przeprowadzić w ciągu dzisiejszego dnia nie zdołaliśmy. Na dworcu Saint-Lazare znaleźliśmy większe zapasy mąki i cukru. Ogółem około czterystu tonn. W elewatorach wykryto tysiąc dwieście tonn pszenicy. Większe lub mniejsze zapasy prowjantów, przeważnie konserw i makaronu, znaleziono w piwnicach fabryk artykułów spożywczych i przetworów mięsnych. W piwnicach wielu domów prywatnych dzielnic: Etoile, Wielkie Bulwary, Saint-Germain i Passy natrafiono na większe ilości mąki, ryżu i cukru. Widocznie nagromadzili je tam mieszkańcy w obawie przed głodem. Dokładną sumę tych produktów ustalić będzie mogła dopiero szczegółowa rewizja. W przybliżeniu, ogólną cyfrę wykrytej w ciągu dzisiejszego dnia żywności określić można zgrubsza na dwa tysiące tonn. Licząc, że przeciętny organizm ludzki dla utrzymania się przy życiu wymaga dziennie: 82 gr. białka, 100 gr. tłuszczów, 310 gr. węglowodanów i 26 gr. witamin, co, przełożone na cyfry aprowizacyjne, daje przeciętnie, samego tylko chleba, w braku innych substancyj, conajmniej 350 gr. dziennie, — zapasów dotychczas odkrytych starczyć może na wyżywienie trzydziestu dwóch tysięcy ludzi najwyżej na cztery do pięciu miesięcy. Oczywiście niepodobna przewidzieć ile żywności znajdziemy jeszcze w piwnicach fabryk i domów mieszkalnych. Dobrać się do niej zdoła jedynie skrupulatna rewizja...
 Przez okna, zagłuszając słowa, bryznął nowy chlust oklasków.
 Towarzysz Majoie zapalił papierosa, przeszedł się w zamyśleniu po sali i przystanął w oknie. Wdole nieprzejrzany plac roił się mrowiem głów. Tłum mityngował. Okolicznościowi mówcy wdrapywali się zwinnie na strome postumenty ośmiu symbolicznych dziewic-miast, rzucając stamtąd w ciżbę, w otwarte od natężonej uwagi usta, pełnemi garściami pastylki mocnych, zamaszystych słów, od których łechce w nosie i głowa kręci się, jak pijana.
 Z piedestału dziewicy, przedstawiającej Strasburg, mówił bezręki wąsal:
 — Ja, towarzysze, chciałem rzec słowo względem tych towarzyszy, co to z branży kryminalnej. Będzie między nami, towarzysze, ze trzy tysiące towarzyszy-kanciarzy, wypuszczonych z więzień razem z pozostałym proletarjatem. My, towarzysze, po sądach ich ciągnąć nie będziemy. Choć to niby i przestępcy, jak to mówią, ale przestępcy, można powiedzieć, przeciwko dawnemu państwu burżuazyjnemu, a kogóż to wtedy nie uważali za przestępcę? Niejeden z głodu, z nędzy, z bezrobocia świsnął gdzie funt kiełbasy, albo jenszą szynkę, nie? Takiego zaraz pański, klasowy sąd — bach do ula! Złodziej i tyle. My tam, towarzysze, w tych drobiazgach grzebać się nie będziem. Jak rewolucja, to rewolucja, znakiem tego — wolność dla całego proletarjatu bez różnicy i wyjątku, nie? Innem słowem: starym grzechom, jakieby tam nie były — można powiedzieć, amnestja i koniec. Od dzisiaj wszystko na nowo, po naszemu, Co było, a nie jest — nie pisze się w rejestr, nie?
 Ale, towarzysze, kiedy już towarzyszom-kanciarzom odtąd, jak to mówią, wszystkie prawa obywatelskie i tak dalej, niech i oni pokażą nam teraz swoje proletarjackie pochodzenie. Były tam u nas z burżuazją różne porachunki i niemałośmy się od nich krzywdy najedli — wyrównało się wszystko na glanc. Teraz żeśmy wszyscy jednacy robociarze, proletarjat i kropka. Kraść dobytek ludowy — wara! My, towarzysze, na bawienie się z nimi czasu nie mamy. Władza proletarjacka każdy zamach na dobytek komunalny karać będzie bez ceregieli. Niech towarzysze-złodzieje to sobie dobrze zapamiętają. Co było, to było, a od dzisiaj — ani mru-mru! U nas, towarzysze, sądów ani procesów nie trzeba. Złapiemy złodzieja — grabił nasz komunalny majątek — i pod murek go! Nam w policję bawić się nie pilno!
 — Dobrze mówi!
 — Mało roboty, jeszcze ich doglądaj!
 — Myśmy się do nich za policjantów nie zgadzali!
 — Chcą po dobroci, — roboty huk, a jakże, każdemu starczy. Nie chcą, — wolna wola. Pod murek i po krzyku.
 — Właśnie, towarzysze, to chciałem powiedzieć. To już, towarzysze, nasza, jak to mówią, sprawa familijna. KC. w to mieszać nie trzeba, oni swojej roboty mają dosyć. A ogłoszeń drukować, ani powtarzać dwa razy nic będziemy. Powiedziane i dosyć, nie?
 Wąsaty mówca zeskoczył z piedestału, żegnany oklaskami.
 Towarzysz Majoie uśmiechnął się i, rozweselony, odszedł od okna. Nowy wybuch oklasków i grzmiące „rracja!“ pociągnęły go mimowoli ku ostatniemu oknu. Towarzysz Majoie rzucił ukradkiem spojrzenie w stronę stołu. Duffy wciąż jeszcze recytował swoje sprawozdanie. Majoie na palcach zbliżył się do ostatniego okna, oparł się o parapet i nastawił ucha.
 Wdole, z zabłąkanej tu, niewiadomo skąd, drewnianej skrzyni, grzmiał barczysty parobczak z zadartym nosem:
 — Towarzysze! W tej chwili towarzysze z KC. zastanawiają się nad sposobami i możliwościami, jakby utrzymać Paryż w naszych rękach i nie oddawać go więcej w ręce burżujów i kapitalistów. Główny sęk, towarzysze, — z prowjantem. Gąb do karmienia, naturalnie, mamy do djabła i trochę, a z prowjantem, powiadają, całkiem gorzej. Ja, towarzysze, myślę, że niech to towarzyszy z KC. nie turbuje. Głodowaliśmy, towarzysze, naturalnie dla burżujów, dla ich zysku, pogłodujemy i dla siebie, dla naszej własnej robotniczej władzy radzieckiej. A Paryża burżujom nie oddamy!
 — Dobrze gada!
 — Nie poto nam się dostał, żeby go oddawać!
 — A my co? Zpowrotem do ula? Niema głupich! Ma się wiedzieć — przetrzymamy!
 — Narodowi głodowanie nie pierwszyzna!
 — Towarzysze, Rosja Radziecka gorzej głodowała w pierścieniu blokady imperjalistycznej, a przetrzymała, wybudowała naturalnie pierwszą republikę socjalistyczną. Czemże francuski proletarjat gorszy jest od rosyjskiego?
 — Ma się wiedzieć, żołądek każden ma jednaki.
 — A Komuna nie głodowała? Szczury jedli, a nie poddali się.
 — Racja!
 — Co tu dużo gadać, towarzysze. Wytrzymamy naturalnie i koniec. Tylko patrzeć, ruszy się proletarjat na tyłach, jak się dowie, że Paryż trzymamy w garści, i pójdzie nam na pomoc. Miesiąc, czy rok czekać wypadnie — poczekamy. Prowjantu, jeżeli go oszczędzać, na miesiąc jeden albo drugi jako tako starczy. Będzie trzeba — przetrzymamy się i dłużej. W elewatorach, towarzysze, sam widziałem, przechowali dla nas naturalnie burżuje krztynę pszenicy. Jakby tak wyśpekulować i odjąć sobie tę pszenicę od ust, a dociągnąć jako tako do wiosny, to potem już bagatela. W mieście — miejsca wolnego, ile chce. Ziemia także samo niezgorsza. Jak zasieje pszenicę na wiosnę — pod koniec lata, ani chybi, mielibyśmy już zboże z nowego zbioru. Nie jeden rok można przetrzymać takim sposobem, a ile zechce. Ruszyć nas burżuje nie ruszą, — stchórzą, furt myślą — dżuma. A my im tu tymczasem takiego piwa nawarzymy, że, nie pijąc go, syci będą. Główna rzecz, towarzysze — przetrzymać.
 — Przetrzymamy, co nie mielibyśmy przetrzymać?
 — Na więziennym wikcie wyżyliśmy, wyżyjemy i na własnym.
 — Musowo, wyżyjemy!
 — Nie poto jedni gospodarze powyzdychali, żeby drugich wołać!
 Towarzysz Majoie odwrócił się od okna. Do uszu jego doleciał spokojny głos towarzysza Courreau:
 — ... przed interwencją Europy, pewniej od wszystkich armij, broni nas pancerz zarazy. Żadne promienie Roentgena nie są w stanie odgadnąć na odległość, czy dżuma w Paryżu wygasła, czy też sroży się w nim po dawnemu...
 Wdole plac huczał dziesiątkiem tysięcy zapalczywych głosów.
 Towarzysz Majoie rzucił papierosa i pośpieszył na swoje miejsce, do stołu. Po skupionych twarzach komitetowców odgadł, że zdążył na ostatni akt. Twarzy mówiącego, obróconego doń plecami, nie widział, po szorstkim głosie poznał jednak Maraca.
 — Towarzysze, za chwilę wniosek towarzysza Courreau będzie oddany pod głosowanie. Od wyniku tego głosowania zależą, być może, losy proletarjatu Francji, losy całej Europy. Niechaj każdy z was poradzi się własnego sumienia. Czy mamy prawo, dla ratowania własnego życia i życia trzydziestu tysięcy naszych towarzyszy, w oczekiwaniu łaski i amnestji, wydać ich w ręce rządu fabrykantów i imperjalistów? Czy mamy prawo przepuścić moment jedynego w dziejach ludzkości kataklizmu, który oddał w nasze ręce Paryż, oczyszczony miotłą zarazy z burżuazji i bogaczy? Czy mamy prawo, w obawie przed głodem, niedostatkiem i izolacją w kleszczach blokady, wyrzec się możności wzniesienia w pośrodku Europy, na miejscu jej dawnej stolicy, stolicy bankierów i prostytutek, podwalin wielkiej wzorowej komuny, która, jak słup ognia, rozświeci drogę proletarjatowi wszystkich krajów, stanie się zarzewiem, pierwszą głownią rewolucji światowej? Czy mamy prawo wyrzec się tej historycznej misji, którą narzucają nam same okoliczności? Towarzyszu przewodniczący, proszę postawić wniosek Courreau pod głosowanie.
 Towarzysz Gaillard równym głosem wybił:
 — Towarzysze, stawiam pod głosowanie wniosek towarzyszy Courreau i Maraca. Kto — za? Proszę podnieść rękę.
 Podniosło się dwanaście rąk.
 Towarzysz Duffy powstrzymał się od głosu.
 — Wniosek towarzysza Courreau przeszedł — ogłosił lakonicznie Gaillard.
 Przystąpiono do kolejnych punktów porządku dziennego.


Czytaj dalej: 20. Palę Paryż III/3

#Palę Paryż