Palę Paryż II/6

Autorem wiersza jest Bruno Jasieński

W chłodnej sali posiedzeń Instytutu, nad olbrzymim stołem, krytym zielonym suknem i zasłanym plikami papierów, w wysokim, prezydjalnym fotelu siedział P’an Tsiang-kuei w szarych rękawiczkach i w omotanym dokoła szyi szalu (sposób, by jak najmniejsza powierzchnia skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią zadżumionego powietrza).
 Na dwóch końcach stołu dwie maszynistki wypukiwały równocześnie tekst dwu dyktowanych przez niego cyrkularzy. Ustawiony na stole telefon, przerywający co chwila pracę ostrym lamentem dzwonka, wyrzucał z czarnej lufy słuchawki raporty z różnych punktów państwa.
 Raporty naogół nie były pocieszające. Pomimo zastosowania środków nadzwyczajnych dżuma rozpowszechniała się na terenie nowego państwa powoli, lecz nieustannie. P’an Tsiang-kuei postanowił rozprawić się z nią po azjatycku.
 Na czwarty dzień istnienia nowej republiki na murach domów ukazał się przejmujący chłodem dekret. Stwierdzając, że panująca obecnie forma dżumy okazała się w praktyce nieuleczalną, i zarażeni nią osobnicy, podtrzymywani sztucznie przy życiu, stają się jedynie dalszemi rozsadnikami epidemji, dekret oznajmiał, iż na przyszłość każdy z zarażonych podlegać będzie natychmiastowej egzekucji. Obywatele zdrowi obowiązani są donosić niezwłocznie o każdym wypadku zasłabnięcia. Winni ukrywania zarażonych podlegać będą rozstrzelaniu narówni z nimi.
 Suche raporty telefoniczne donosiły co chwila o nowych egzekucjach. Dżuma podjęła wyzwanie. Na zielonem suknie stołu, gdzie, miast kart, padały z szelestem podpisywane w locie kartki rozkazów, rozgrywała się hazardowna partja. Z głębi wysokiego fotela P’an Tsiang-kuei kładł na podawane mu kolejno do podpisu dekrety zygzak swego nazwiska, jakby rzucał na stół nowy atut. Partnerka odpowiadała skądś, zdaleka, przez tubę słuchawki telefonicznej, cyfrą nowych egzekucyj.
 Przedyktowawszy wszystkie cyrkularze P’an Tsiang-kuei odprawił gestem obie maszynistki i pozostał sam w mroczniejącej zwolna sali. Wytężony w nierównej, bezsennej walce umysł domagał się wypoczynku. Dzwonek telefonu wykasłał nową cyfrę straconych. P’an Tsiang-kuei z wściekłością odczepił słuchawkę i cisnął ją na stół. Bezsilne usta słuchawki syczały zjadliwie w próżnię.
 P’an Tsiang-kuei zapragnął nagle powietrza. Od trzech dni nie opuszczał sali, przykuty do fotela. Wcisnąwszy kapelusz, zamknął salę na klucz i po szerokich kamiennych schodach zbiegł szybko na ulicę, obok wyprężonych skośnookich wartowników.
 Na ulicach było pusto. Po bezludnych wąskich trotuarach przemykali gdzieniegdzie samotni żółci przechodnie.
 Znajomemi ulicami dotarł P’an Tsiang-Kuei do ogrodu Luksemburskiego, zamienionego na państwowe krematorjum. Skądś, z głębi, powitał go suchy trzask salwy. P’an Tsiang-kuei zmarszczył się i przyśpieszył kroku.
 Dziwnym rikoszetem wrażeń przyszedł mu nagle na myśl profesor, wywołując na jego wargi nieczęsty uśmiech.
 W noc przewrotu, na mocy specjalnego rozkazu, profesor, jedyny z białych, został aresztowany i internowany w jednym z pałacyków dzielnicy Łacińskiej, w którym przebywał w najściślejszej izolacji.
 W pałacyku było urządzone wzorowe laboratorjum, gdzie, pod osobistem kierownictwem profesora, kilkunastu Chińczyków, asystentów i studentów bakterjologji, ślęczało dwadzieścia cztery godziny na dobę nad wynalezieniem zbawczej szczepionki, zdolnej zniszczyć morderczego bakcyla.
 Trzeba przyznać, że profesor dotrzymywał swego słowa sumiennie, pracując dzień i noc bez wytchnienia. W toku hazardownej walki z nieustępliwą zarazą odezwała się w nim jego żyłka uczonego; początkowo niechętny, z każdem nowem niepowodzeniem zapalał się coraz bardziej, poprzysięgając sobie zwyciężyć za wszelką cenę złośliwego mikroba, który zadrasnął jego ambicję uczonego i ośmielał się podawać w wątpliwość potęgę współczesnej wiedzy. Im dłużej trwały nieudane próby, tem bardziej profesor zacinał się w swym niezłomnym uporze. Skończyło się na tem, że przestał prawie zupełnie sypiać, nie opuszczając ani na chwilę laboratorjum, i z trudnością udawało się wmuszać w niego jedzenie. Zamknięty wśród mikroskopów, probówek i retort, wychudzony i żółty od nieprzespanych nocy i przemęczenia, z dziko zwichrzoną bródką, przypominał średniowiecznego alchemika, który, opętany manją wykrycia kamienia filozoficznego, nie daje się zrazić żadnym niepowodzeniem.
 Na dziesiąty dzień po przewrocie P’an Tsiang-kuei osobiście odwiedził profesora w jego nowem mieszkaniu, aby sprawdzić, czy mu czego nie potrzeba. Profesor gorączkowo przestawiał jakieś probówki i krzątał się koło mikroskopu.
 — Obowiązuję się uśmiercić tę przeklętą bakterję — zawołał, potrząsając pod światło jakąś probówką — przyrzeknij mi pan jednak, że nie wykorzystasz wynalezionej przeze mnie szczepionki wyłącznie dla pańskich żółtych, lecz uczynisz ją dobytkiem i białych dzielnic miasta. Nie zamierzam bynajmniej ratować od śmierci samych tylko Azjatów, pozostawiając na pastwę losu moich białych współbraci.
 — Jeśli o to tylko chodzi, mogę pana uspokoić — odparł z uśmiechem P’an Tsiang-kuei. — Szczepionka pańska w chwili jej wynalezienia stanie się dobytkiem, wprawdzie nie wszystkich białych dzielnic, ale za to z pewnością najludniejszej z nich — robotniczej dzielnicy Belleville. A propos, jeżeli nie zna pan jeszcze ostatnich nowin, mogę panu donieść, że w tych dniach robotnicze dzielnice Paryża, Belleville i Menilmontant, z przyległościami, oderwały się od reszty miasta i utworzyły samodzielną robotniczą republikę rad. W chwili obecnej rozporządzają już laboratorjami nie gorszemi od naszych, gdzie koledzy pańscy pracują nad zlikwidowaniem wspólnego nieprzyjaciela. Mam wrażenie, że informacje o postępach ich prac powinny pana interesować i że wzajemna wymiana spostrzeżeń byłaby nie bez pożytku dla obydwu stron. Zdołałem — z niemałym trudem, to prawda — nawiązać z nimi kontakt telefoniczny. Musieliśmy w tym celu przeprowadzić druty poprzez wszystkie leżące między nami dzielnice, co przy obecnem rozdrobnieniu Paryża na samodzielne państewka nie było wcale rzeczą łatwą. Wpadliśmy na pomysł zużytkowania w tym celu tunelów metra. Dziś wieczór postawimy panu aparat, który połączy pana bezpośrednio z laboratorjum republiki Belleville.
 Profesor nie posiadał się z zachwytu:
 — Co pan mówi! Ależ to kapitalny pomysł! Ma się rozumieć, że to ogromne ułatwienie. Jeżeli tamci mają dobrze urządzone pracownie, będziemy mogli równolegle dokonywać wielu doświadczeń. To niezawodnie przyśpieszy wynik moich poszukiwań. Tak, to istotnie świetny pomysł.
 — Czy nie ma pan jeszcze jakichś życzeń?
 — Owszem. Niech pan każe usunąć stąd radjo. Asystenci będą mogli słuchać wiadomości, jeżeli ich to interesuje, w innym pokoju. A ja nie mam w tej chwili do tego głowy. Przeszkadza mi to w pracy.
 — Życzeniu pańskiemu stanie się zadość.
 Uścisnęli sobie ręce, jak dwaj starzy znajomi.
 Schodząc po schodach w kierunku wyjścia, P’an Tsiang-kuei natknął się na jednego z asystentów, małego, pucołowatego Japończyka. Kolegowali z sobą kiedyś na Sorbonie. Mały Japończyk, schludny i staranny w swej tualecie, bez jednego puszka na ubraniu, przypominał mu zawsze odkurzony skrupulatnie bibelocik.
 Japończyk zdawał się na niego tu specjalnie czekać. P’an Tsiang-kueja uderzyła jego zacięta bladość i determinacja, z jaką zastąpił mu drogę.
 — Co się stało? Czy macie mi coś do powiedzenia?
 — Ośmielam się mieć do was wielką prośbę, ogromną prośbę... — powiedział półgłosem Japończyk wąskiemi, jakoś dziwnie nie w takt słów podskakującemi wargami, i wargi te nagle zatrzepotały, spadły, przylgnęły do kościstej, zgrubiałej ręki P’an Tsiang-kueja.
 P’an Tsiang-kuei zaskoczony wyrwał rękę.
 — Oszaleliście? O co wam chodzi?
 — Ośmielam się mieć do was wielką prośbę, ogromną prośbę... — powtórzył asystent, szybko żując słowa i odcinając każde białemi, wystającemi zębami. — Jestem tutaj zamknięty w zupełnej izolacji. Nie wolno mi stykać się z nikim. Dziś zatelefonowano mi z miasta... Żona moja zasłabła. Boleści. Może wcale nie dżuma. Nawet na pewno nie dżuma. Musiała zjeść coś nieświeżego. Sąsiedzi donieśli. Zabrano ją do baraku. Dziś wieczór, o ósmej, będzie rozstrzelana. Rozumiecie? Dziś wieczór... Żeby choć poczekać do jutra. Próbujemy nową szczepionkę. Jutro będą rezultaty. Wszystko zdaje się wskazywać na rezultat pomyślny. Jutro dżuma może się okazać uleczalną. Rozumiecie? Nie można jej przecież w tych warunkach dzisiaj zabijać. A zresztą może to wcale nie dżuma. Pierwsze objawy bywają mylne. Może zwyczajna niedyspozycja żołądkowa. Trzebaby przeczekać, zbadać. Odizolować przynajmniej na kilka dni. Przecież, odizolowana, nie będzie przedstawiała dla nikogo żadnego niebezpieczeństwa. Trzeba tylko zawiesić wykonanie egzekucji. Wasze polecenie telefoniczne... Rozumiecie, towarzyszu... Nazywa się...
 P’an Tsiang-kuei patrzył na asystenta ze zdziwieniem.
 — Nie rozumiem was, towarzyszu. A raczej zaczynam was, zdaje się, rozumieć — powiedział szorstko. — Chodzi wam, o ile się nie mylę, o protekcję. Domagacie się naruszenia prawa o walce z zarazą dla przedłużenia życia o kilka dni jednemu z zarażonych osobników, na tej jedynie podstawie, że osobnik ten jest waszą żoną. Zapominacie, zdaje się, że dzień w dzień giną dziesiątki naszych co lepszych pracowników i że jedynie dzięki zastosowaniu prawa o traceniu zarażonych udało nam się zmniejszyć ilość wypadków o przeszło 50%.
 Japończyk mrugał prędko powiekami.
 —...Próbujemy nową szczepionkę... Jutro będą rezultaty... Jutro dżuma może się okazać uleczalną... Zatrzymajcie całą dzisiejszą partję... Jeżeli doświadczenie się nie uda, można będzie stracić ją jutro. A może uda nam się ich uratować? Zresztą jestem pewien, że żona nie ma dżumy... Zwykła niedyspozycja żołądkowa... Gdyby odizolować...
 P’an Tsiang-kuei przerwał sucho:
 — Powtarzacie piosenkę każdego zadżumionego. Jeżeli żona wasza nawet nie miała dżumy, to ma już ją na pewno. Z baraku zadżumionych więcej się nie wychodzi. Zresztą nie możemy się bawić w wyjątki i pielęgnować rozsadników zarazy. Wszystkie dotychczasowe surowice nie dały żadnych rezultatów. Niema żadnej podstawy przypuszczać, że ostatnia będzie lepsza. W ten sposób musielibyśmy odkładać egzekucję z dnia na dzień i magazynować zarażonych, nie będąc w stanie odgrodzić ich od zetknięcia się ze zdrową ludnością, nie mamy bowiem nato dostatecznych kadrów sanitarjuszy. Innymi słowy znaczyłoby to podnieść znowu śmiertelność o poprzednie 50%. Dziwię się wam, towarzyszu.
 Wargi małego Japończyka bezdźwięcznie drgały.
 P’an Tsiang-kuei zbiegł po schodach i minął bramę. Na ulicy jeszcze raz stanął mu przed oczyma mały Japończyk-czyścioszek z drgającemi kącikami popielatych warg.
 — Dla ratowania jednej spódnicy — zarazić wszystkich! — pomyślał z goryczą. — Właściwie takich należałoby rozstrzeliwać...
 Zresztą po chwili zapomniał już o całym incydencie.

 Upłynęły dwa tygodnie. Zaprzątnięty sprawami minjaturowej republiki, P’an Tsiang-kuei nie zaglądał do profesora od owego dnia. Otrzymywał wprawdzie codzień dokładne biuletyny telefoniczne o stanie prac starego uczonego, które, na przekór niezmorzonym wysiłkom, nie dawały uparcie pozytywnych rezultatów. Korzystając z wolnej chwili, P’an Tsiang-kuei postanowił go odwiedzić.
 Ścieżkami szarzejących uliczek przyzwyczajone nogi wywiodły go na plac Panteonu. Okno na trzecim piętrze w domu pod numerem 17 świeciło po dawnemu bielmem zatrzaśniętej okiennicy.
 Naraz zaczął padać deszcz, zasłaniając domy storą ze szklanych koralików. P’an Tsiang-kuei, chcąc go przeczekać, wszedł do otwartego Panteonu.
 Panteon był pusty i od wysokiej kopuły, od cienistych naw, wionęło chłodem i spokojem. Pusta kasa świeciła po dawnemu niegościnnym napisem: „Wejście 2 franki“. Samotne kroki po kamiennej posadzce przedrzeźniały się długo dudniącem, wielokrotnem echem. Ze wszystkich stron, białkami oczu bez źrenic, wpatrywały się w przybysza dobrze znajome postacie...


 Deszcz ustał już dawno, gdy P’an Tsiang-kuei ukazał się napowrót w drzwiach Panteonu.
 Dokoła sztachet zebrała się w międzyczasie grupka żółtych, witająca dyktatora okrzykami entuzjazmu. Odkłaniając się niezręcznie, P’an Tsiang-kuei postawił w zakłopotaniu kołnierz od palta i zniknął szybko w krętych uliczkach.
 Zapadł już mrok i na tonących w ciemnościach pomostach trotuarów żółci latarnicy zawieszali pośpiesznie misterne kule papierowych lampjonów, pstre akcesorja jakiejś fantasmagorycznej nocy weneckiej.
 W laboratorjum profesora ustało się mdłe, cieplarniane powietrze, oprowadzające wszystkie kontury chwiejną, rozdwojoną linją; jak muchy pod grubym szklanym kloszem, słaniali się w niem rozleniwiali ze zmęczenia, senni asystenci.
 Profesor z rozwichrzoną czupryną przelewał z retorty do retorty mętną białawą ciecz, mieszał ją z substancjami, zawartemi w szeregach probówek, przygotowując jakąś reakcję. Na zapytania P’an Tsiang-kueja odmrukiwał niezrozumiale, niecierpliwie opędzając się przed niemi rękoma. Niepodobna było wydobyć z niego ani słowa.
 Nawpół nieprzytomni z wyczerpania asystenci zdawali się nie rozumieć zadawanych im pytań, odpowiadali nieodrazu i od rzeczy.
 Pokręciwszy się chwilę po salach, P’an Tsiang-kuei rzucił okiem na zegarek. Była siódma, godzina wieczornego raportu. P’an Tsiang-kuei szybkim krokiem podążył ku wyjściu. W drzwiach zderzył się z rozpędu z małym asystentem w białym chałacie. Prysnęło szkło. Wylana ciecz obryzgała P’an Tsiang-kuejowi twarz i ubranie. Mały asystent przepraszał. P’an Tsiang-kuei spojrzał na zaciśniętą w palcach asystenta szyjkę strzaskanej probówki, podniósł wzrok na bielejącą przed nim plamę twarzy. Twarz wydała mu się skądś znajoma. Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć. Wąskie drgające wargi. Mały Japończyk-czyścioszek. Prosił o protekcję dla żony...
 Japończyk rozpływał się w przeproszeniach. P’an Tsiang-kuei ostro spojrzał mu w oczy i natknął się na opór pary zimnych, utkwionych w nim źrenic. Przez chwilę wydało mu się, że dostrzega w nich dwie drwiące iskierki. Bez słowa zawrócił na pięcie i poszedł w głąb laboratorjum. Dobył z szafy aptecznej wielką butlę z rozczynem sublimatu, zlał nim całe ubranie, długo i starannie mył twarz i ręce. Potem, nie patrząc na przepraszającego wciąż jeszcze asystenta, szybko zbiegł po schodach.
 Po powrocie do Instytutu, P’an Tsiang-kuei zajął się przyjmowaniem raportów i wydawaniem rozporządzeń na dzień jutrzejszy. Skazówka wielkiego zegara dobiegała już dwunastej, gdy, wydawszy dyspozycje, dyktator odprawił ostatniego kurjera i skręcił zbyt jaskrawy żyrandol.
 W kącie sali, pod ścianą, wniesione tu od trzech dni i od trzech dni nietknięte, stało wąskie polowe łóżko. P’an Tsiang-kuei posłał je sam i po raz pierwszy jął się rozbierać. Gdy został zupełnie nago, natarł starannie całe ciało jakimś przezroczystym rozczynem. Doszedłszy zkolei do pach, zatrzymał się na chwilę i, podnosząc rękę, przyjrzał się uważnie. Gruczoły pachowe wydały mu się nieco obrzmiałe. Długo badał je skrupulatnie palcami.
 — Autosugestja... — mruknął bezbarwnie i, narzuciwszy koszulę, szybko dał nurka pod kołdrę. Usnął natychmiast.
 W nocy śniły mu się udekorowane flagami ulice, orkiestry i maszerujące ulicami kolumny żółtych wojsk. Przystrojony czerwoną flagą Panteon otwarty był naoścież; u sztachet jego oczekiwał łańcuch zasypanych kwiatami ciężarowych aut. Po obu stronach wejścia dwa szpalery żołnierzy sztywno prezentowały broń. P’an Tsiang-kuei, zdziwiony zagadnął wartownika o powód uroczystości.
 — Przewozimy ich do Chin — oznajmił żołnierz.
 Teraz dopiero P’an Tsiang-kuei przypomniał sobie, że przecież poto właśnie tu przyszedł i, przeciąwszy nawę szybko zbiegł do krypt.
 Krypty były otwarte i tłoczył się w nich uroczysty, galowy tłum. Przecisnąwszy się do wnętrza, P’an Tsiang-kuei ujrzał pluton żołnierzy, podważających olbrzymiemi żelaznemi kilofami sarkofag Rousseau. Sarkofag, jak przykuty do ziemi, nie ustępował.
 — Jeszcze! Razem! Rrrraz!
 Ani drgnie.
 P’an Tsiang-kuei, odpychając pierwszego z brzegu żołnierza, z całej siły naległ brzuchem na kilof.
 — Teraz! Na komendę! Rrrraz!
 Ani drgnie.
 — Rrrraz! Znowu nic.
 — Rrrraz!
 Kroplisty pot wystąpił mu na czoło.
 Obraz znikł. P’an Tsiang-kuei długą chwilę nie mógł uświadomić sobie, co zaszło, gdzie się znajduje, pogrążony w nieprzeniknionych ciemnościach. Pierwszem odczuciem, które zatrzepotało, jak ryba, na lustrzanej powierzchni świadomości, był silny ból w dole brzucha. Zaraz... Co to było? Aha! Nalegał brzuchem na kilof. Kiedyż to było i gdzie?
 Ból stawał się z każdą chwilą nieznośniejszy i dopomógł myśli ugruntować się w przestrzeni. Ciemność. Noc. Łóżko. W sali Instytutu. Boleści. Czyżby??...
 Ból stawał się nieludzkim. P’an Tsiang-kuei zeskoczył boso na chłodną posadzkę, namacał ręką kontakt i przekręcił. Buchnęło światło, wycinając zasłane papierami zielone sukno stołu, wysokie oparcia foteli, sufit, noc.
 Dziki ból w brzuchu nie ustępował. P’an Tsiang-kuei z trudnością dowlókł się do okna, gdzie na parapecie stała, pozostawiona tam wczoraj, butelka konjaku, i haustem chlusnął w siebie jej palącą zawartość. Koniak rozlał się po wnętrznościach rozpaloną strugą, zagłuszając na chwilę poczucie bólu.
 P’an Tsiang-kuei powolnym, niepewnym krokiem wrócił na łóżko. Myśli skakały w skrótach, niedomyślane do końca, jak obrazy w starym, przerywającym się co chwila filmie. Ostry ból w brzuchu znowu dawał o sobie znać.
 P’an Tsiang-kuei wyciągnął się sztywno i postarał się przez chwilę nie myśleć. Pochłonięty koniak musował mu pod czaszką ciepłym pluskiem napływających miarowo fal. Brzuch, jak worek, pełen bólu, opadł gdzieś, jakgdyby całe ciało wydłużyło się nagle niepomiernie, zwiększając o kilka metrów odległość między głową a biodrami. Chłodne fale bólu napływały stamtąd rytmicznie, jedna za drugą. Zmęczony mózg wyrzucał na ekran zamkniętych powiek rozsypujące się i z mozołem zlepiane na nowo obrazy. Na chwilę zmorzył go półsen.
 W półśnie realne kontury przedmiotów jęły się powoli zacierać i pałąkować, stwarzając w nowych kombinacjach tych samych linij coraz to inne pejzaże.
 Gdzie przed chwilą tysiącem świec płonął żyrandol, żarzyło się teraz olbrzymie, kuliste słońce ciężkie, jak kropla rozpalonego metalu, gotowa w każdej chwili skapnąć na ziemię, paląc ją na węgiel. To, co przed chwilą jeszcze było szeregiem ławek, przeciągało się teraz leniwie w słońcu garbami tysiąca zagonów, wyzierających z mętnego szkliwa wody. Zanurzeni po kolana w wodzie, mali, pomarszczeni, żółci ludzie w łachmanach sadzą ryż. Jak okiem sięgnąć — nic, tylko woda, zagony i zgięte, skarlałe w wiekowem jarzmie mozołu plecy ludzkie, pod gotową skapnąć lada chwila rozżarzoną kroplą słońca.
 Olbrzymia bolesna fala wszechogarniającej miłości pełznie wolno od brzucha ku krtani przypływem nagromadzonych, ciepłych łez. P’an Tsiang-kuei czuje, że jeszcze chwila, a rzuci się twarzą w rozmokłą glinę zagonów całować rozpalonemi, gorzkiemi wargami białe, pożółkłe od potu, ziarna życiodajnego ryżu, pochwyci w ręce i z płaczem przygarnie do serca, drobną, pomarszczoną, kobiecą twarzyczkę pochylonego wieśniaka.
 Nagle, jak przez łzy, obraz zaczyna się mienić i blaknąć. Na pierwszym planie, w powietrzu majaczeje para potwornych, migających w pędzie stóp i wir szprych sadzącego naprzeciw wózka.
 Ostry, piekący ból i ciemność. Tak, to skapnęła rozżarzona kropla słońca. Szary, gryzący dym powleka wszystko miękką drapieżną pieszczotą. W pasmach dymu, jak w pętlach, kołyszą się białe, wykrzywione twarze ludzkie.
 Czyjaż to obrzękła kobieca twarz, z oczami, rozszerzonemi dziecięcym lękiem? Drogie, znajome rysy. Czen! Maleńka! Słów nie słychać, lecz w rysunku ust uchwytnie drży zasłyszane już gdzieś zdanie: „Tak się boję umierać!“
 Dym rozwiera się powoli, odsłaniając czerwone szkielety budynków.
 Nankin!
 Płomień pożera dzielnice chińskie i staje, jak zaczarowany, przed ażurową kratą koncesyj. Z za kraty biała, nalana twarz dziobatego majstra w obleśnym grymasie wywaliła język nad dymiącym ryjem karabinu maszynowego.
 — Za mną! — krzyczy P’an Tsiang-kuei do prącego za nim tłumu, przecinając gigantycznemi susami dzielący go od kraty placyk.
 Nagle ogląda się. Placyk jest pusty, niema za nim nikogo. Dziobata twarz za kratą wyszczerza się w grymasie przedrzeźniającego rechotu nad białawą żmijką dymu, wypełzającą z lufy kulomiotu. Straszliwy ból w brzuchu zdaje się rwać naprężone struny wnętrzności.
 — Dostałem w brzuch! — szepce P’an Tsiang-kuei, napróżno usiłując poderwać się do biegu.
 Ból skręca się we wnętrznościach jak robak. Dym opadł. Na suficie jasno świeci żyrandol. Zielone sukno stołu. Telefon. W wielkiej, rzęsiście oświetlonej sali po kątach wije się czyjś jęk.
 — Kto może tu jęczeć?
 P’an Tsiang-kuei przysiada na tapczanie. Spostrzega, że to jęczy on sam. Szarpiący ból w brzuchu szamoce się, jak ranny ptak.
 — Aha, więc koniec?
 P’an Tsiang-kuei dwukrotnie głośno powtórzył to słowo, nie mogąc doszukać się w niem żadnego znaczenia. Machinalnie, sycząc z bólu, zaczął się ubierać. Ubierał się długo, z przestankami dla złapania tchu po szczególnie ostrych paroksyzmach. Ubranie było jeszcze wilgotne. P’an Tsiang-kuei nagle zatrzymał się wpół ruchu. Ostra myśl, jak drucik, przewinęła się wstecz, nawlekając rozsypane koraliki faktów. Plamy od sublimatu. Stłuczona probówka. Mały asystent-Japończyk. Dwie drwiące iskierki. Na ręce — nieznany dotyk suchych, drgających warg...
 P’an Tsiang-kuei zapiął marynarkę. Automatycznie wciągnął na ręce szare rękawiczki i owinął dokoła szyi szal (sposób, by jak najmniejsza powierzchnia skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią zadżumionego powietrza).
 Skończywszy swą tualetę, P’an Tsiang-kuei z wysiłkiem dowlókł się do stołu i odszukał papier i pióro. Ból, pełznąc wzdłuż przełyku, napełnił już całe usta i rozdygotane zęby dzwoniły bezradnie na alarm. Aby pisać równo, lewą ręką musiał przytrzymywać sobie szczękę. Napisał dwa listy, włożył je starannie do koperty i zaadresował.
 Dopiero ukończywszy ten proceder, wyjął z szuflady stołu wielki nagan, towarzysza czerwonych dni Nankinu, i zasiadł się w fotelu. Na stole zadzwonił telefon.
 P’an Tsiang-kuei odłożył rewolwer i ujął słuchawkę. W pierwszej chwili po wystraszonym głosie w słuchawce nie mógł poznać, kto mówi. Mówił asystent, zarządzający pracownią profesora.
 — Dziś w nocy — niespodziewanie — nie było objawów — profesor — umarł. — Z wieczora — nie kładł się spać. — Asystenci nocnej zmiany — znaleźli...
 P’an Tsiang-kuei powiesił słuchawkę. Na blade zagryzione wargi wyspinał się z trudem wątły uśmiech. P’an Tsiang-kuei włożył zpowrotem do szuflady czarny nagan i wyjął z innej szuflady mały polerowany sześciostrzałowy rewolwer. Nie przestając się uśmiechać, wsunął sobie lufę do ust. Potrącone, jak kamerton, zęby zadzwoniły o chłodną stal. Osadzona mocno między zębami muszka natrafiła w ustach na wyżłobione dla niej miejsce.
 W pustej, rzęsiście oświetlonej sali Instytutu, od zdziwionych, uroczystych ścian, głuchem, nieswojem echem odbił się łoskot wystrzału.


 Chowano P’an Tsiang-kueja z wojskowemi honorami, bez muzyki, w żołnierskim łomocie bębnów. Trzydziestu trzech doboszy w osamotnionem, złowieszczem solo, jak rozlegające się raptem alarmowe larum bębnów wśród grobowego milczenia zamarłej orkiestry cyrkowej, w chwili śmiertelnego skoku, werblem migających pałeczek fastrygowało przed nim długi żałobny chodnik. Na mocy nadzwyczajnego dekretu rządu narodowego ciało jego wyjęte zostało z pod przymusu palenia i złożone tymczasowo w Panteonie.
 Wpośrodku głównej nawy, w rzeźbionej drewnianej skrzyni, okrytej czerwonym sztandarem, pozostawiono go samego za zatrzaśniętą żelazną bramą. Białe oczy bez źrenic marmurowych postaci, jak rozszerzone zdumieniem, wpatrywały się w dziwnego intruza.
 W prostej drewnianej trumnie, na prostej parcianej poduszce, leżał P’an Tsiang-kuei, wyprostowany i nieruchomy, w szarych rękawiczkach i w szczelnie omotanym dokoła szyi szalu, jakby pragnął, by jak najmniejsza powierzchnia jego zadżumionej skóry stykała się bezpośrednio z powierzchnią przezroczystego, życiodajnego powietrza.


Czytaj dalej: 15. Palę Paryż II/7

#Palę Paryż