Epilog w stearynie

I

W krainę pleśni — w ciemną mą ojczyznę
Jest wejście przez miłość

Miłość pożółkła garkuchni wychłódłych

Bolesna miłość od ptaka śniętego

Nie ta szampańska
Co kopytkiem stuka
Gdy panna w wannie
A w salonie teść

Tutaj dziewczyny stoją z gołą głową
W śniegu
W procesji
W wywodzie
W odjeździe
Poważne jak karpie idące na wagę
Jak kury smutne
Po grabieży jaja

Tutaj jest radość ależ w sobie godna
Na rok przed przyjściem

Wietrzy się pierzyny
Na miesiąc przedtem omiata się lustra
W dzień przed radością
Przewidziano
Post

W krainę pleśni — w ciemną mą ojczyznę
Wergili wkraczał tylko we śnie Albo
Z chustką przy nosie tak sperfumowaną
Że więdły
Moje
Papierowe lilie

Czy jest ogrodnik co by swoje główne
Te swoje czułe Te nieomal płciowe
Co dałby dzieci na posuchę chemii
Karmienie mydłem Orzeźwianie octem?

Więc walczę z Wergilim

W krainie pleśni — w ciemnej mej ojczyźnie
Najpiękniej chodzą brzemienne przed czasem
Najwdzięczniej tańczą jednonodzy — dając
Drewnianym butem synkopowy postuk
Najlżej kochają
Ci co błądząc pierwej
Węszyli w bruku przelotu kobiety
Kobiety!
Grube — o tylko najgrubsze
Mają stateczność Męża i widelce

O tylko chude mają wiatr po nocach
Idący śniegiem jak dzwon obiecany
O rude!
Rude są najczęściej gołe
W lustrach stojące z miską i grzebieniem
Jakby je wszystkie albo fryzjer rodził
Albo i ksiądz

Kobiety!
Nagle — w środku nocy w lament
Za to w południe padające w bety
Miłość jak pożar biorące na piersi
Że dymem pachną
Smołą
I popiołem

O piersi! Białe — pobladłe jak twarze

W krainie pleśni — w ciemnej mej ojczyźnie.
Ręce układam na stole wiekowym
Obok pacierza
Plamy po kapuście
Blizny po świecy co nagle upadła
W pobliżu sęka gdzie co tydzień kładą
Zwykły zarobek lub niezwykłą hańbę
Ciężko odjęte od piersi twych leżą
Ręce poważne
Jak rzecz do jedzenia

II

A noc? —
Pytacie —
A noc nadchodzi ciężko
Kulą bigosu w pomroczny żołądek
W rękach odkrywa tylko wnętrza blade
W twarzach zaś usta uchylone duchom

Nad jednym domem zapala anioły
O skrzydle modrym
Sennym
I jedynym

To dom staruszki

Nad innym domem utacza bęcwała
Z tyłkiem okrągłym że ciskać weń noże

To dom dziewicy

Na trzecim czule wygłaskuje konia
O chrapach białych jakby śnieg w nie nawiał

To dom chłopczyka

Nad czwartym domem ustawia kobietę
W złocistą brodę dzwoneczki jej wplata

To dom młodzieńca

To dziupla wdowca
Forteca żołnierza
Kościółek klechy
Krawca tabakiera
To dom publiczny

Sny mają złotą świetlistą koronkę
Zapach welinu Smak drukarskiej farby
W niektórych tomach znajdziesz kwiat zaschnięty
W niektórych plamę po maśle lub płaczu

III

Nie ta szampańska
Co kopytkiem stuka
Gdy panna w wannie
A w salonie
Teść

Nie ta szampańska
Co kopytkiem stuka
Gdy panna z wanny
A pośladki
W pąs

Nie ta wstydliwa co kopytkiem stuka
Ogonkiem kręci oczkami zastrzyga
W chustkę nasiąka
Nachichoce w kułak
W klombik nafrunie

Nacwałuje w lasek
Ta w pieprzyk tknięta
Zosieńka golasek
Małdrzyk
Jagódka
Malinka
Osesek
Plater Emilka
Całusek
Karesek
Gdy chłop jak moździerz zluzowuje pas
A niebem suną posępne gawrony

O mam niebo obfite gdy gawrony grave
Na dziesiątki familii i odmian się dzielą
Te są żałobne
Te zaś mają oczy bab
Zamodlonych nad garnkiem z parującym sosem

Te są żałobne
I chodzą w konduktach
Szepcą półgębkiem o rzeczach poważnych
To one noszą ordery przed trumną
To czasem one podtrzymują wdowę

Tamte zaś w kuchniach zamodlone baby
Kołyszą dzieci Piorą chusty czarne
Z dziobami w oknach patrzą tępo w śnieg
Czy znowu odwilż białe pola ściemni

Lecz nie szampańska
Co kopytkiem stuka
Lecz nie szampańska
Co kopytkiem stuka
Gdy panna z wanny
A pośladki
W pąs

Nie ta wstydliwa co kopytkiem stuka
Ogonkiem zakręci oczkami zastrzyga
W chustę nasiąka
Nachichoce w kułak
W klombik nafrunie
Nacwałuje w lasek
Ta w pieprzyk tknięta
Zosieńka golasek
Małdrzyk
Jagódka
Malinka
Osesek
Plater Emilka
Całusek
Karesek
Gdy chłop jak moździerz zluzowuje pas
A niebem suną
Posępne gawrony

IV

W krainę pleśni — w ciemną mą ojczyznę
Jest wejście przez miłość

Lecz ile trzeba było nienawiści
By z pleśni powróz utoczyć jak z piasku
By brzytwą w oczy łyczek zamigotał?

Lecz ile balii odtoczyła w noc
Ta biała gruba co ma pięty z drewna?
Jak
Ile księżyców?

Jak ile kaczek wieszano za nogi
Żydów dostojnych o wysmukłych rękach?
Po ile jeden?

Po ile jeden cichy krzyk kobiety
Jedzącej ziemię świeżo farbowaną?
A w jaką noc?

A jaką nocą na wszystkich ulicach
Wiatr osypywał z prawiczek koszule?
Ze starców brody?

Ze starczej brody ile było peruk
Dla manekinów i dla łysych hrabin?
Lecz ile było?

Więc ile trzeba było nienawiści
Chronienia ziemią pokostniałych ciałek
Wstydzenia ziemią pohańbionych ud?

W krainie pleśni nadzieja jest sztywna
Jak płomień ale
Jak płomień z tektury
Dobrze wycięty
Nieźle pozłacany
Przed którym staniesz
Lecz
Bez
Błaz
Nowania

V

Odchodzę
Gasną
Odchodzą
Przestaję
Daleko gwiżdżą na glinianych trąbkach
Czasem się sandał dziewczynie otworzy
I zbiega Nike
I wiąże jej sandał

Przystaję
Idą
Ciasnym zaułkiem

W poświacie świtu jakby nieśli wiadra
Pełne popiołu

Tacy są niosący
Jakby dźwigali dźwiganie dźwigania

Zmęczeni liczą
Na co liczą? Ile?
Nie liczą więcej niż łagodność nocna
Kiedy nad domem
Różowieje anioł
O skrzydle modrym
Sennym
I jedynym

A potem ręce położą na stół
Zgodzą się
Na
Pół...

Czytaj dalej: Lekcja anatomii (Rembrandta) - Stanisław Grochowiak