Boska komedia - Czyściec - Pieśń IV

Autorem wiersza jest Dante Alighieri

Nie mogąc odnaleźć drogi na górę czyśćcową, Wergili i Dante przyłączają się do grona dusz, z których jedna, król Manfred, opowiada im swoje dzieje.



Gdy tak po polu rozbiegła się rzesza
Tęsknym spojrzeniem w szczyty zapatrzona,
Dokąd rozumem duch wiedzion pośpiesza,

Ja się tuliłem do wiernego łona;
I jakże mógłbym sam jeden pozostać?
Któż by pod górę podparł me ramiona?

Lecz on miał człeka zgryzionego postać:
O ty, sumienie zacne, trwożne błędu,
Najlżejszą winą każące się chłostać!...

Gdy stopy jego powolniły pędu,
Co wszystkim sprawom dostojeństwo kradnie,
Pragnienie moje z ciasnego oprzędu

Skupionej myśli szerszy kręg owładnie;
Za czym źrenice obracam na górę,
Co wyżej wszystkich ziemskich gór się kładnie.

Słońce, co z tyłu czerwonością gore,
Przede mnie rzuca złamane promienie,
Spotkawszy w mojej osobie zaporę.

Myśląc, żem został sam, bo nie dwa cienie,
Lecz tylko jeden widniał plamą ciemną,
W bok przestraszone rzuciłem spojrzenie,

A mój Cieszyciel: „Czemu drżysz daremno? -
Szepnął, postacią zwróciwszy się całą. —
Nie ufasz, żem tu? Nie idziesz to ze mną?

Podwieczerz schodzi, gdzie spoczywa ciało,
Co odeń dawniej padał cień ten samy;
Neapolowi Brindisi je dało.< Wąską ścieżką poeci przedostają się na wzniesieni, gdzie Wergili określa Dantemu położenie czyśćca w stosunku do słońca. Przebywają tu dusze, które na ziemi zwlekały z pokutą, a wśród nich florentczyk Belacqua.



Gdy moc rozkoszy albo moc boleści
Jednę z władz naszej istoty pochłonie,
Duch nasz w niej jednej tak się cały streści,

Że innym władzom nie da postać w łonie:
Przeciw błędowi to wiedz, co orzeka,
Że w nas nad jedną druga dusza płonie.

Gdy się więc na co skłoni zmysł człowieka,
To duszę w takie zapatrzenie wtrąca,
Iż nie spostrzega, jak jej czas ucieka.

Bo insza jest w niej moc spostrzegająca,
A insza, która źródłem jest pojęciu:
Tamta spętana, ta wolno chodząca.

Tego-m ja doznał w moim duchowzięciu:
Gdym zmysły topił w urodnej istocie,
Słońce dobiegło stopni pięćdziesięciu,

A myśmy zaszli, gdzie w głosów jednocie
Wołała do nas owa święta trzoda:
„Tutaj odpowiedź jest waszej tęsknocie".

Szersze częstokroć wrotka od ogroda
Rosochatymi cierniami przepina
Kmieć w porze, kiedy dojrzewa jagoda,

Niżeli była ciasnota komina,
Którędy z Wodzem wszedłem samowtóry,
Skoro nas duchów odeszła drużyna.

Wejść na San Leo, zejść z Nolijskiej góry
I Bismantowy można dojść grzebienia,
Lecz tu potrzeba chyba lecieć pióry,

Chcę rzec: na skrzydłach pożądnych pragnienia,
I być wiedziony takim drogowskazem,
Co krzepi mocy i rozprasza cienia.

Szliśmy więc na skroś rozłupanym głazem,
Tak że nam z obu stron uciskał boki:
Rąk i nóg było trzeba użyć razem.

Gdyśmy wypełzli na krawędź opoki
I na odkrytą natrafili ścianę,
„Gdzież teraz — pytam — obrócimy kroki?"

„W górę wprost pnij się przez bramy złupane;
Krok od mych śladów niech się nie odrywa,
Aż przewodnika biegłego dostanę".

Szczytu źrenica nie dobiegła żywa
I stromszy był spad granitowej bryły
Niż na promieniu kwadrantu cięciwa.

Zgnębiony byłem, mówiąc: „Ojcze miły,
Obróć się ku mnie i spójrz, jak się nużę,
Stań lub do reszty opuszczą mię siły".

„Synu mój — odparł — podźwignij się, druże!"
I ukazywał kamień w kształcie proga,
Skąd ścieżka wężem wiła się po górze.

Tak dzielna była jego słów ostroga,
Żem lazł na raczkach w górę pracowicie,
Aż na tę krętą perć trafiła noga.

Tameśmy oba usiedli na szczycie,
Oczy utkwiwszy we wschód, bo przyjemnie
Poglądać człeku na trudów przebycie.

Naprzód spojrzałem na doliny ciemnie,
Potem w wóz słońca; dziwno mi się zdało,
Że z lewej strony blask uderzał we mnie.

Kiedy Wódz ujrzał twarz mą osłupiałą
I wzrok snujący się po słońca szlaku,
Co między nami a północą stało,

Rzekł: „Gdyby Kastor i Polluks w orszaku
Znajdowali się onego zwierciadła,
Co w dwu półsferach chodzi po zodiaku,

Bliżej by jeszcze Niedźwiedzicy kładła
Wstęga Zwierzyńca płomienną obrożę,
Chybaby ze swej kolei wypadła.

Chceszli zrozumieć, jak to dziać się może,
Wyobraź sobie ów Syjon padolny,
Wyszykowany ku niniejszej górze

Tak, że horyzont posiadają wspólny
W różnych półsferach; więc tor, gdzie swe konie
Źle poprowadził Faeton swawolny,

W jednym kierunku bieży po tej stronie,
A zaś, rachubą już rozwiążesz własną,
W odwrotnym po tej, co ma szczyt w Syjonie".

„Zaiste — rzekłem — nigdy-m ja tak jasno
Nie widział ni tak w pewność był bogatym
Tam, gdziem już mniemał, że mi oczy gasną.

Śródkole kręgu najwyższego zatem,
Które mędrcowie równikiem nazwali,
Iż między zimą toczy się a latem,

Tu ku północy wybiega nie dalej
Niż tam u Żydów na drugiej półsferze
Ku południowi, co się wiecznie pali.

A teraz proszę, byś mi wyznał szczerze:
Dalekoż tak iść? Perć, co nas prowadzi,
Strzela wysoko, że okiem nie zmierzę".

A on: „Tę górę takie prawo ładzi,
Że zrazu przykro po jej wysoczyźnie,
Ale im wyżej, tym się idzie gładziej.

Kiedy wybiegniesz w takie sfery wyżnie,
Iż czuć przestaniesz, że cię droga nuży,
I będziesz jak łódź, co się z prądem śliźnie,

Natenczas koniec obaczysz podróży;
Tam odpoczynek znajdą twoje trudy:
A to wiedz pewnie i nie pytaj dłużej".

Taką zachętą pokrzepił mej nudy,
A wtem głos jakiś tuż blisko zawoła:
„Może ci będzie trzeba usieść wprzódy!"

Na dźwięk tej mowy zwracaliśmy czoła
I w lewo biegli oczyma do skały,
Cośmy jej przedtem nie spostrzegli zgoła.

Podejdziem bliżej. Osoby tam stały
W cień zasunięte, co padał od ściany,
Jako zwykł stawać człowiek opieszały.

Jeden duch jakby trudem pokonany
Siedział, u kolan wiązał ramion sploty,
A lica ukrył pomiędzy kolany.

Więc ja do Mistrza: „O Panie mój złoty,
Spojrzyj na tego, co siedzi w nieruchu,
Jakby był bratem rodnym bezochoty".

Ocknął się, głos nasz przyjąwszy do słuchu,
Siedzący, okiem spode łba w nas godził,
Po czym rzekł: „Idź sam, gdyś dzielny, mój zuchu!"

Poznałem wtedy, kto był; ni przeszkodził
Dech przyśpieszony z ciężkiego zmęczenia,
Żem zatem z wolna ku niemu podchodził.

A kiedym podszedł, głowę od niechcenia
Podniósł i mruknął: „Widziałeś słoneczny
Wóz podchodzący z lewego ramienia?"

Te skąpe słowa i ten gest stateczny
Chwyciwszy, usta rozwarłem w uśmiechu.
„Belacqua — rzekłem —jużeś ty bezpieczny!

Lecz czemu ślęczysz tu w takim nieśpiechu?
Czy przewodnika czekasz? Czyli może
Znów jesteś w dawnym zanurzony grzechu?"

„Bracie, i cóż mi w górę iść pomoże,
Gdy zacząć nie da czyśćcowej katusze
Ptak, co u bramy pełni straży boże?

Tylekroć słońca obrót widzieć muszę
Poza tą furtą, ilem żył na świecie,
Żem się ociągał w szczerej westchnąć skrusze.

Chyba że tam się modlitwą wesprzecie,
Jeśli z serc w łasce żyjących wynika,
Bo inna w niebie nic nie waży przecie".

Wódz już odchodził. „Pośpiesz! Południka —
Mówił —już sięga słońce, krążąc w toku,
A noc, po skraju morza idąc, tyka

Czarną swą stopą wybrzeży Maroku". br />
Ze kształt mój ciemnej nie odrzuca plamy,
Nie dziw się bardziej niż niebiosom, kędy
Nie kładzie promień promieniowi tamy.

Niemniej ból cierpieć i mrozy, i swędy
Ciałom, jak moje, każe Moc żywota,
Niewybadana ludzkimi obłędy.

Darmo się człowiek w tej nadziei miota,
Że swym rozumem szlaki poodwija,
Którędy działa Trójjedna Istota.

Rodzie człowieczy, dość tobie ad quia!
Gdyby wszechwiedzą ludzkość była mocna,
Przecz by Synaczka rodziła Maryja?

Znana ci mężów tęskność bezowocna,
W których by mogła być uspokojona
Tą wiedzą, a tak przejmuje ich do cna —

Arystotela myślę i Platona
I innych wielu..." Czoło schylił blade,
Zmilkł, a twarz jego była zasępiona.

Wtem już pod góry przyszliśmy posadę.
Spojrzę, opoka takim pionem sterczy,
Że stopy po niej darmo piąć się rade.

Najdziksza między Turbią a Lerici
Droga wyda się, że jak schody proście
Wstępuje, wobec tej spadzistej perci.

„I któż odgadnie, którędy tam dojście —
Wykrzyknął Wódz mój, zatrzymując kroku —
Gdy komu pierze u ramion nie roście?"

A kiedy stał tak, nachyliwszy wzroku,
I badał drogę, ścieżki nieświadomy,
Mnie, którym patrzał po kamiennym stoku,

Zjawił się w lewo od ścieżyny stromej
Czet duchów; spojrzę, prosto ku nam kroczy
Tak wolno, że się wydał nieruchomy.

„Podnieś — do Mistrza mówię — podnieś oczy:
Oto się zbliża, skąd ci rada znidzie,
Skoroś nieświadom tych skalistych zboczy".

Spojrzał, nie barwił lic w fałszywym wstydzie,
Lecz rzekł: „Podejdźmy, zbyt kroczą pomału;
A ty miej, synu, nadzieję na widzie".

Jeszcze dalekość onego oddziału
Liczyła milę rzymskiego mierzenia,
Czyli odległość procarskiego strzału,

Kiedy się nagle skupił u kamienia
I sparł o góry wysoczystą ścianę,
Jak czekający ktoś, pełen wątpienia.

„O błogokreśne duchy, o wybrane,
Przez uciszenie owo — rzekł Wergili —
Co od was wszystkich jest oczekiwane —

Powiedzcie, gdzie tu stok góry się chyli?
Aby wyjść na szczyt, którą brać nam stronę?
Kto świadom celu, żal mu każdej chwili".

Jak owce schodzą przez koszary bronę
Po jednej, po dwie i po trzy, niezwinne,
Postawające, w ziemię zapatrzone:

Co pierwsza czyni, za nią czynią inne,
Na grzbiet się kupią idącej na przodzie,
Nie wiedząc czemu, proste i niewinne,

Tak szli duchowie w onej świętej trzodzie,
Postępujący śladem przewodnika,
W licach wstydliwi i przystojni w chodzie.

Ledwie spostrzegli, że jasność promyka
Po prawej stronie mej cieniem się dzieli,
A cień złamany na krawędzi znika,

Zawahali się i w tył się cofnęli,
A wszyscy inni, którzy szli za nimi,
Nie wiedząc czemu, równie przystanęli.

„Ciekawość waszą, o duchowie niemi,
Uprzedzę; człeka widzicie, nie marę;
Przez niego promień łamie się na ziemi.

Nie dziwujcie się, ale dajcie wiarę,
Że z Łaską Bożą, co go prze i broni,
Przychodzi ściany te zwyciężyć stare".

Tak Mistrz. „Wracajcież przed nami ku toni",
Mówiła do mnie ta zacna drużyna,
Znak dając grzbietem odwróconej dłoni.

„Ktokolwiek jesteś —jeden z nich poczyna —
Idąc, odwróć się, spojrzyj w lice moje
I pomyśl dobrze, kogo-ć przypominia".

Więc spojrzę bystro, źrenice nim poję:
Pański był w ruchach, piękny, z płowym włosem,
Lecz miał brew jednę przeciętą na dwoje.

Toż mu pokornym odpowiadam głosem:
„Nie znam cię". — „Patrzaj — rzekł pan jasnobrody
I pierś ukazał naznaczoną ciosem. —

Wiedz — dodał, krasząc uśmiechem jagody —
Jam jest Konstancji wnuk, Manfred, a tobie
Zlecam, gdy zejdziesz między ziemian grody,

Donieś mej córze, przez którą w ozdobie
Stoi Sycylia i kraj Aragonu,
Żem jest tu, jeśli wątpi. W mej osobie

Gdy dwa utkwiły ciosy w chwili skonu,
Do tej, co grzechy przebacza człowiecze,
Łkaniem się wzniosłem, błagając pardonu.

Zbyt ciężkie były me grzechy, nie przeczę;
Lecz Łaska Boża, przestronna ogromnie,
Garnie, kto tylko do niej się uciecze.

Gdyby Kosenzy pasterz, co go po mnie
Posłał był Klemens z łowczymi pachoły,
Pamiętał o tym, czego snadź nie pomnie,

Dziś bym leżące widział me popioły
U Benewentu, pod mostu głowicą,
W straży mogilnych głazów; tak na gołej

Ziemi deszcz myje i wiatry je sycą
Wzdłuż Verde rzeki, na obcym majdanie,
Pod zagaszoną rzucone gromnicą.

Lecz się nie mrozi klątwą Prakochanie
Do tyla, aby wesprzeć mię nie miało,
Póki źdźbło bodaj nadziei ostanie.

Prawda, że czyje w klątwie kona ciało,
Choć opamięta się w grzechu nareszcie,
Musi zostawać za czyśćcową skałą,

Ile w uporze trwał, tyle — trzydzieście;
Chyba modłami waszymi skrócicie
Termin katuszy wy, co tam jesteście.

Pomyśl, jak możesz wzmóc mię znamienicie,
Wieści zanosząc mojej drogiej córze
O tym zakazie i mym tu pobycie.

Tak potrzebujem was ziemian — my w górze".


Czytaj dalej: 39. Boska komedia - Czyściec - Pieśń V

#Boska Komedia