Oblicza zmyślone

Autorem wiersza jest Jan Brzechwa

Księżyc płynie milczący,
Noc się zbliża niechcący,
Noc się zbliża brzegiem własnych oddali,
A potem je składa na krzyż
I wyprzestrzenia w wyż,
Abyśmy jej przez sen nie poznali.

Noc przelękła się nocy,
Północ wzywa pomocy,
Z ziemi płynie tuman i wydech lasów,
A gdzie lasów zanika szczyt,
Gwiazdy jawią swój byt,
Jak ćwieki od niewidzialnych zasuw.

Cztery razy do roku
Księżyc przepada w mroku,
Nikt go nie zabijał, a jest nieżywy,
A potem się kładzie na wznak
Żeby zmartwychwstać tak,
I Bogu zwraca własne przypływy.

Bóg nie patrząc - spogląda,
Nie czuwając - pożąda,
On jest tam, a my tu bezdomni -
On niepokój przeczuwa nasz
I ma zmyśloną twarz,
I nigdy nam tego nie zapomni.

W każdem godzin ogniwie
Wymijamy się chciwie,
Ludzie i rośliny, my i zwierzęta,
A księżyc swym cieniem wzdłuż
Wędruje w cieniu róż,
Chociaż nigdy tego nie pamięta.

Poprzez mgieł niedorzeczność
Drzewa grążą się w wieczność,
Pogardzając tymi, co już umarli,
Tylko księżyc zapada w nów,
Pragnąc zmartwychwstać znów,
A myśmy się temu nie oparli.

Chodźmy ludzkim zwyczajem,
Nawołując się wzajem,
Nieśmy chleb zaklęty w to, co się marzy,
Nieśmy białą, wilgotną sól
Z kwiatów zmyślonych pól.
I uśmiech naszej zmyślonej twarzy.

Chodźmy w odmęt ten boży,
Gdzie nas Bóg może stworzy,
Chodźmy tam, gdzie nas ozioną mleczne rozstaje,
A może Bóg wcieli i w nas
Ludzką przestrzeń i czas,
Z których się tak łatwo zmartwychwstaje.


Nasza witryna korzysta z plików COOKIES („ciasteczka”). Dowiedz się więcej o COOKIES z naszej Polityki Prywatności.
ROZUMIEM